Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka języka angielskiego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka języka angielskiego. Pokaż wszystkie posty

15 czerwca 2011

Bilans dwulatka ;-)


Hihihi, wbrew tytułowi nie będzie to post o Aganioku, tylko o naszym stażu pod błękitnym niebem nowej ojczyzny.

Dwa lata to okres bardzo znaczący - tyle bowiem w przypadku naszej wizy wynosi minimalny okres kwalifikacji do ubiegania się o stały pobyt.
Wizie poświęciłam osobnego posta, tu chciałam zebrać parę refleksji i krótko podsumować nasz 'dorobek' w nowym kraju.

Znajomość Adelaide
Atlas ulic Adelajdy towarzyszył nam od pierwszego dnia. Korzystając z aplikacji Google Maps 'spacerowaliśmy' po 'naszym' mieście jeszcze przed wyjazdem z Polski - zwłaszcza Najmilszy - oglądał różne dzielnice, zabudowę, ulice, puste działki ;-). Po przyjeździe od początku w Internecie szukaliśmy informacji o sklepach, usługodawcach, produktach, a potem - sprawdzaliśmy adres i trasę dojazdu, a nawet oglądaliśmy widok ulicy, żeby łatwiej było trafić w wybrane miejsce.

Plan centrum jest dosyć przejrzysty, otoczony przez cztery ulice: Północną, Południową, Wschodnią i Zachodnią. Ten czworobok (o powierzchni około jednej mili kwadratowej, nieco nieregularny w kształcie po wschodniej stronie) okala pas parków. Przez parki biegną ścieżki rowerowe, spacerowe, znajdują się tam grupy drzew, klomby, skupiska krzewów, sadzawki i fontanny oraz sporo restauracji i kafejek.
Przez środek centrum, z góry na dół, biegnie King William Street. Serce tej części miasta to Plac Wiktorii (nazwa z 1837 roku, kiedy Wiktoria była jeszcze księżniczką w kolejce do sukcesji), który znajduje się w środku prostokąta wyznaczonego przez inne cztery place. Tam stoi pomnik królowej (odsłonięty w 1894 roku), tryska fontanna obrazująca trzy rzeki, które zasilają miasto w wodę: Torrens, Onkaparinga i Murray oraz powiewają flagi: australijska i australijskich Aborygenów.



Od centrum ulice rozchodzą się promieniście - my do domu jeździmy 'na dół i na lewo', czyli w stronę oceanu i Glenelg. Jeździ też do nas tramwaj i sporo autobusów, kolejka - nie. Z autobusami jest o tyle 'śmiesznie', że większość linii jeździ z danej dzielnicy do centrum, więc, aby odwiedzić kogoś w sąsiedniej dzielnicy 'z boku' jadąc komunikacją miejską trzeba pojechać do centrum, znaleźć punkt przecięcia i 'wrócić' do wybranej dzielnicy ;-)) Trwa to zwykle wieki i tłumaczy, dlaczego samochód jest tu wieeelkim ułatwieniem.

Samochód kupiliśmy zaraz po przyjeździe, mapy też. Od początku staraliśmy się poznawać miasto, układ ulic, kierunki w oparciu o odwiedzane miejsca - sklepy, bank, szkołę, lotnisko itp. GPS zagościł w Chatce dużo dużo później - nie był więc pierwszym nauczycielem i dzięki temu udało się (zwłaszcza Miłemu Memu) dobrze poznać miasto. Dobrym pomysłem okazała się też praca Najmilszego przy dostawach posiłków do domów seniorów polskiego pochodzenia - dzięki temu sporo pojeździł po różnych dzielnicach, poznał skróty, natężenie ruchu, objazdy itp.

Co widzieliśmy oprócz Adelaide?
Staramy się zwiedzać miasto, poznawać różne dzielnice i odwiedzać ciekawe miejsca. Dzięki swojej pracy Najmilszy zna Adelajdę o wiele lepiej niż ja, miał okazję odwiedzić już chyba wszystkie dzielnice i bywać w różnych punktach miasta. Ja znam miasto raczej od strony 'turystycznej' - do pracy jeździłam do centrum, do tego samego biura, teraz też jeżdżę w jedno stałe miejsce.
W ciepłe dni, w czasie wolnym od pracy odwiedzamy więcej miejsc 'na zewnątrz' - plaże, parki, itp., w czasie zimy (tak jak teraz - kiedy dni są krótkie, jest chłodno i szybko zapada zmrok) nasze trasy spacerowe wyznaczają raczej zakupy lub/i jedzenie ;-) Są to też z reguły miejsca położone bliżej Chatki.

Staramy się wyjeżdżać także poza Adelajdę - ciągnie nas z reguły w kierunku oceanu, w kierunku lokalnych roślin (wliczając w to grzyby ;-) ) i zwierzaków oraz... tam, gdzie ciągną się winnice ;-)) Jak bardzo pewne okolice stały nam się swojskie, mieliśmy okazje przekonać się podczas wycieczek z naszymi gośćmi, kiedy braliśmy na siebie rolę przewodników - zdumiewające, ale jednak proces zadomawiania się postępuje ;-))
Sporo już wiemy, choć zapewne tempo zwiedzania może być szybsze.

Odwiedzone miejsca dalej to: Melbourne i Great Ocean Road, którą przejechaliśmy już dwa razy, szlak winnic na Limestone Coast (okolice Coonawarra), szlak starych portów na południe wzdłuż wybrzeża prawie do granicy stanu, okolice jeziora Alexandrina (które objechaliśmy naokoło) oraz pobliskie Goolwa i Victor Harbor i najdłuższa wyprawa, czyli Darwin i emocjonujący zjazd w dół z zaskakującym przystankiem przed Alice Springs. Potem kawałek dnia w Alice Springs i nieplanowany powrót samolotem.
Niektóre z wymienionych wypraw doczekały się już swoich postów, niektóre pozostają ciągle w sferze zamierzeń... Na razie muszą wystarczyć zdjęcia w galeriach... Ale to się oczywiście zmieni i wpisy się pojawią ;-))

Jazda samochodem
Ruch lewostronny nie stworzył żadnych problemów - Najmilszy jeździ 'od zawsze', kierował w swoim życiu przeróżnymi pojazdami, jeździł w różnych warunkach i przychodzi mu to chyba z taką samą naturalnością, jak chodzenie. Mówi, że zaliczył parę pomyłek na pustej uliczce po złej stronie jezdni, ale to sporadyczne, drobne pomyłki, bez konsekwencji.
Ja przywiozłam ze starej ojczyzny zbyt małe doświadczenie, więc kiedy wsiadłam do samochodu (po długiej zresztą przerwie) byłam już wystarczająco 'opatrzona' z tutejszym ruchem.

W Adelajdzie jeździ się raczej komfortowo. Jeszcze nie ma (odpukać!) prawdziwych korków, ulice są z reguły wystarczająco szerokie, w większości mają co najmniej dwa pasy ruchu. Systemu oznaczeń trzeba się nauczyć (jak wszędzie), znaki są czytelne, łącznie z pasami namalowanymi na jezdni. Jeśli miejsca parkingowe wyznaczają linie, to w większości wypadków wyznaczona długość i szerokość jest wystarczająco duża, aby się zmieścić, aby spokojnie wykonać manewr. Podoba mi się również zasada, że przy poboczu parkuje się zawsze zgodnie z kierunkiem jazdy (nawet, jakby się człowiek zagapił i 'przeszedł' na ruch prawostronny, samochody pokażą, jak jechać ;-)) Ta sama podpowiedź stosuje się do pieszych - rzut oka na zaparkowane pojazdy i już wiadomo, gdzie spojrzeć przed wejściem na przejście dla pieszych, skąd może coś nadjechać ;-)) Najgorsza zmora to chyba nierówne studzienki (z reguły poniżej poziomu drogi).

Kierowcy przestrzegają limitów prędkości, raczej nie wymuszają, ustępują, nie naciskają. Zdarzają się na drodze kierowcy niekompetentni, ale z reguły wiadomo, w których miejscach należy szczególnie uważać i na kogo brać poprawkę ;-)) Najlepszy (?) przykład: okolice Central Market w środku miasta - ludzie szukają miejsc parkingowych, często nie sygnalizują, co chcą robić, albo co właśnie robią albo: z taksówkami bywa rożnie ;-) albo: z autobusami też ;-))

Samochód kupiliśmy w pierwszym tygodniu po przyjeździe - korzystając z sobotniego dodatku do dziennika Advertiser, w którym publikowane są ogłoszenia. Niewiele brakło i kupilibyśmy dwa, zamiast jednego - tak się jednak stało, że drugie auto musiało trafić do mechanika i ten w czasie przeglądu zdecydował, że musi je zatrzymać na dłuższą chwilę w warsztacie, a zaplanowane naprawy wpłynęły na cenę samochodu.

Jesteśmy fanami Volvo od wielu lat, więc nie będę się rozpisywać, jak trafna okazała się nasza decyzja ;-)) Volvik jeździ, ma się dobrze, zaliczył kilka drobnych zakupów i wymian, ale i kilka turystycznych wyzwań, że nie wspomnę o niezawodnej pojemności wnętrza podczas ściągania do Chatki dóbr wszelakich ;-))
Opcja, którą bierzemy pod uwagę przyszłościowo to samochód z napędem na cztery koła - ze względu na obszary, które chcielibyśmy zobaczyć, a gdzie trzeba nie tylko dojechać, ale gdzie będzie się można poruszać w trudnym terenie.

Formalności i utrzymanie samochodu to sprawy proste i do przeżycia finansowo, o paliwie pisałam już w osobnym poście. Od lipca tego roku znikają naklejki na przedniej szybie - do tej pory był to znak opłaconej rejestracji i podatku drogowego, wprowadzono już jednak nowy system elektronicznej identyfikacji samochodów i po lipcu każdy kierowca odklei naklejkę, która straci ważność, po raz ostatni.

Zmorą beztroskich kierowców są mandaty (temat w Chatce przerobiony baaardzo gruntownie) - na drogach znajduje się sporo kamer, które cykają zdjęcia, a zdjęcia przekładają się na wysyłane mandaty, których wysokość jest boleśnie odczuwalna. Oprócz kary finansowej naliczane są też punkty karne. I niech nie mają nadziei kierowcy, którzy nie muszą mieć jeszcze australijskiego prawa jazdy (punkty 'czekają' w systemie - kiedy właściciel samochodu, do którego przypisany jest/są mandat/y dostanie pierwszy mandat po otrzymaniu australijskiego prawa jazdy poprzednie punkty zostaną do niego automatycznie doliczone... A obowiązują oczywiście limity punktów w danym czasie (12 punktów w ciągu trzech lat), których przekroczenie grozi utratą dokumentu...

Prawo jazdy to dokument, który nie tylko uprawnia do jazdy samochodem, ale i służy jako dowód tożsamości przy załatwianiu wielu spraw. Niedługo po przyjeździe potrzebowaliśmy np. pożyczyć przyczepę, by przywieźć paczki z dobrami ze starej ojczyzny. I co? Australijskie prawo jazdy było niezbędnym dokumentem, aby skorzystać z usługi. Hmm, pomógł niezawodny Łukasz B. ;-) Z reguły nie ma problemu, aby posłużyć się polskim paszportem jako dokumentem tożsamości, ale...

Według prawa do czasu uzyskania wizy stałego pobytu Polacy mogą jeździć legitymując się polskim prawem jazdy (dokument Unii Europejskiej), ale powinno być ono przetłumaczone na język angielski. Całe szczęście, że niewielu urzędników australijskich wie, że polskie 'międzynarodowe prawo jazdy' ma ważność trzy miesiące (co napisane jest na okładce)... Pozwólcie, że nie skomentuję...

Po uzyskaniu wizy stałego pobytu ma się trzy miesiące na zdanie egzaminów i uzyskanie prawa jazdy. Można to oczywiście zrobić wcześniej, w dowolnie wybranym momencie (tak np. zrobił Najmilszy, aby spełnić wymagania pracodawcy).
Według obecnie obowiązujących zasad Polacy muszą zdać pełny egzamin tzw. VORT - teoretyczny i praktyczny. Na szczęście omija nas tzw. 'petka', czyli 'Practitioner' - trochę jak kiedyś zielony listek, ale z poważniejszymi konsekwencjami i grupą ograniczeń.

Egzamin praktyczny
bezpieczniej zdawać po uprzednim wykupieniu i odbyciu jazd z instruktorem - zwiększa to szanse na zdanie egzaminu, bo egzaminator bardzo surowo odhacza wykonane manewry i ich zgodność z 'procedurami' - liczy się dokładna sekwencja poszczególnych zachowań kierowcy, nie jest ważne, ile lat doświadczenia się ma na koncie, ile przejechanych kilometrów i jakie wyczucie sytuacji na drodze... Instruktor pomaga ocenić, czy ma się już szansę, by pomyślnie zaliczyć egzamin i... pomaga umówić się z egzaminatorem.
Trochę więcej o zdobywaniu nowoojczyźnianego prawa jazdy tutaj.

Język angielski
Jako główny aplikant musiałam zdać egzamin IELTS jeszcze w Polsce na wymagane co najmniej 6 punktów z każdej z czterech części. Strach przed egzotyką australijskiej wymowy, przed tutejszymi wyrażeniami okazał się na szczęście mieć wielkie oczy - da się ;-)) Poza tym: mieszkamy w stolicy stanu (na terenach wiejskich byłoby na pewno trudniej ;-), który jest tyglem wielu narodowości, akcentów i poziomów zaawansowania.

Najmilszy został zobligowany do wykupienia kursu języka angielskiego w szkole (alternatywą było zdanie IELTSa na co najmniej 4 punkty z każdej części jeszcze w Polsce). Do szkoły zaczął chodzić niedługo po przyjeździe i kontynuował, w trybie part time (dwa razy w tygodniu wieczorami po trzy godziny) przez nieco ponad rok. Po czym zawiesił do odwołania. Na pewno pomogły mu słuch muzyczny oraz kontakty z osobami mówiącymi po angielsku, a potem praca, gdzie na bieżąco rozmawia i ze współpracownikami i z klientami (włączając w to też rozmowy telefoniczne). Wyzwaniem w pewnym momencie były też licencje zawodowe, których kilka musiał zdobyć zaliczając egzaminy ustne i testy pisemne.

Na pewno pomaga 'zanurzenie w języku' - żadne to odkrycie, że uczymy się dużo szybciej mieszkając w kraju, gdzie na co dzień używa się języka, którego się uczymy. W samochodzie towarzyszyło Najmilszemu włączone radio, w domu - telewizor, Internet oraz gazety.
Na dziś, po dwóch latach, Najmilszy komunikuje swobodnie i bez żadnego problemu, w każdej sytuacji. Kiedy któraś ze stron nie rozumie, albo kiedy Najmilszy nie zna potrzebnego słowa - bez problemu można dopytać, wytłumaczyć 'na około', aż obie strony osiągną porozumienie.

Praca zawodowa
Wiadomo, że wszystko się da ;-)) Da się zatem znaleźć pracę, da się zarabiać wystarczającą ilość pieniędzy.
Pytanie jest jednak inne: jak się mają możliwości znalezienia do naszych oczekiwań, aspiracji, kwalifikacji zawodowych? Hmmm, mocno nijak, a jeśli nie nijak, to co najmniej: inaczej.

Pierwszą sprawą jest przygotowanie dokumentów (CV zwane tu raczej Resume i list motywacyjny, czyli Cover Letter) - niby wszystko jest jasne i oczywiste, ale istnieje zespół lokalnych wymagań i standardów, które należy uwzględnić przygotowując swoje dokumenty. Istnieją możliwości uzyskania darmowej porady, odbycia konsultacji (płatnych lub bezpłatnych), można też wykupić któryś z wielu kursów, skorzystać ze wskazówek publikowanych w Internecie. Kursy angielskiego w szkole obejmują też 'naukę szukania pracy' - tworzenie dokumentów, praktyka przed rozmowami kwalifikacyjnymi, szukanie ofert pracy itp.

Uzbrojeni w dokumenty zaczynamy etap aplikowania o pracę: ogłoszenia publikuje wspomniany wcześniej dziennik Advertiser, popularny portal z ogłoszeniami to np. SEEK, można też wyszukiwać strony internetowe pracodawców i odpowiadać na zamieszczane tam ogłoszenia.
Innym sposobem są agencje rekrutacyjne, gdzie najpierw umawiamy się na rozmowę, zaliczamy większą lub mniejszą ilość testów, zostawiamy dokumenty lub przerabiamy je według otrzymanych wskazówek i... czekamy na sygnał - na telefon z zaproszeniem na rozmowę z potencjalnym pracodawcą.

Można wybrać sobie interesującego pracodawcę i spróbować zacząć u niego pracować w roli wolontariusza. Bywa, że owocuje to ofertą płatnej pracy.

Szukanie pracy 'w ciemno' i wysyłanie aplikacji w miejsca, gdzie nas nie znają, zwiększają ryzyko odpowiedzi odmownej lub eliminacji naszej aplikacji bez nawet słowa odpowiedzi.
Wrogiem nowo przyjezdnych są powszechnie przyjęte stereotypy na temat migrantów, nieznajomość prawa i typów wiz (często aplikację eliminuje odpowiedź na pytanie, że TAK mam wizę uprawniającą mnie do podjęcia pracy, ale NIE, nie mam stałego pobytu; brak wizy stałego pobytu kojarzy się często z koniecznością sponsorowania pracownika, a to oznacza zawiłe i kłopotliwe procedury, których lepiej uniknąć). Inny stereotyp zakłada, że imigrant nie zna dobrze angielskiego, nie potrafi skutecznie komunikować i ciężko taką osobę zrozumieć.
Kolejny kłopot to brak lokalnego doświadczenia zawodowego i szablonowe podejście przy weryfikacji umiejętności.

Zabrzmi to pewnie złośliwie, ale niejednokrotnie miałam wrażenie, że odnotowałabym znaczny wzrost skuteczności, gdybym użyła angielskiej wersji mojego imienia, gdybym wyrzuciła co drugą linijkę z CV i gdybym nazwy stanowisk zamieniła na odpowiedniki występujące w firmie potencjalnego pracodawcy. Pytanie tylko: czy wśród takich ludzi, w takiej firmie naprawdę chciałabym pracować? ;-)) Dodam od razu, że są to czysto teoretyczne rozważania, gdyż nie próbowałam iść tą drogą ;-))

Najbardziej jednak rozpowszechnionym i chyba najskuteczniejszym sposobem jest szukanie pracy w oparciu o znajomości. W pozytywnym sensie, więc może jednak napiszę: w oparciu o kontakty, bo 'znajomości' kojarzą się raczej pejoratywnie. A zatem: puszczamy wici do każdej znanej nam osoby, że szukamy pracy, co nas interesuje itp. Warto mieć przy sobie zapas wizytówek, w niektórych sytuacjach warto mieć i przekazać swoje dokumenty (CV).

Dla osoby świeżo przybyłej z Polski naturalnym pierwszym kręgiem znajomości jest oczywiście Polonia - znajomi, kościół, polskie ośrodki i organizacje. Ten krąg pomógł nam dotrzeć na nasze pierwsze rozmowy kwalifikacyjne, stąd wywodziły się nasze pierwsze prace, więc nie mogę nie polecić tego sposobu. Ale? Hmmm, należy liczyć się ze wszystkimi konsekwencjami wstąpienia w polski światek - niby beczka miodu, ale o łyżce dziegciu powiem, że moim zdaniem była to jedna z większych łyżek, z jakimi się w życiu zetknęłam...

OK, ale jak poznać nie-Polaków? Tak, bywa to niełatwe. Zwłaszcza, że np. mieszkańcy Adelajdy są bardzo przyjaźni, ale po anglosasku zachowują dystans. Celem jest zostać 'mate' - kumplem, swoim. Jak? Hmmm, bywa, że pomaga hobby (Najmilszy np. gra w pokera), sport, wolontariat. Kobiety mogą znaleźć koleżanki u fryzjera lub kosmetyczki (jeśli często tam bywają). Wiele możliwości dają dzieci - plac zabaw, przedszkole, szkoła, zajęcia pozalekcyjne - to różne okazje, gdzie można nawiązywać rozmowy i gdzie niektóre z tych rozmów mogą prowadzić do bliższych znajomości.
Jeśli ktoś lubi prezentacje firm pracujących w systemie marketingu wielopoziomowego - jest ich tutaj cała masa - i to z rożnych branży.
Innym miejscem jest szkoła albo kursy zawodowe, a jak się już pracę ma - spotkania 'sektorowe', gdzie spotyka się ludzi z innych firm.

Dwa lata wydają się optymalnym czasem na wypracowanie 'skutecznych' kontaktów - towarzyskich i zawodowych. Nasz przykład to potwierdza. Najmilszy dzierży puchar lidera, bo Jego 'oswajanie tematu' zabrało rok!

Właściwie odkąd przyjechaliśmy, pracujemy w systemie wypróbowanym w starej ojczyźnie: Najmilszy jest zwolennikiem samodzielności, samozatrudnienia, woli mieć ograniczoną liczbę przełożonych i większy wpływ na sposób, w jaki pracuje, na planowanie, tempo, rozkład dnia itp.; ja z kolei jestem raczej pracownikiem kontraktowym i wolę stacjonarne zajęcia w jednym biurze z ograniczoną ilością spotkań na zewnątrz. Moim celem jest też zacząć ruch 'od linii pierwszego kontaktu wgłąb'. Po -nastu latach witania klientów i gości, odbierania większości telefonów i 'zawiadywania ruchem' dla innych czas już chyba na miłe ciche biuro w głębi, a może nawet na asystentkę ;-))

W tym temacie też obowiązuje zasada sumiennego odrabiania zadań domowych: tym razem ważne jest nie tylko, aby wiedzieć, co oferujemy drugiej stronie, co możemy zaoferować w zamian za pensję i ewentualne dodatki, co umiemy i chcemy robić, w czym mamy doświadczenie, ale i wiedza o tym, czego robić nie chcemy! Hmmmm, niby natrafiłam na opór w w/w temacie, ale w pożegnalnej rozmowie zabrzmiało coś jakby cień cienia przyznania racji...? A może się mylę?

Finanse
Nasza wiza stawiała wymaganie, abyśmy przywieźli ze sobą środki, które pomogą nam tu zamieszkać i doczekać do czasu znalezienia pracy. Fachowcy wyliczyli, że potrzeba nam będzie minimum 30 000 dolarów australijskich (dane na rok 2009!).
Z perspektywy czasu przyznaliśmy im rację.
Fakt, skorzystaliśmy z taniej opcji wynajmu na pierwsze 12 tygodni (o tym pisałam w osobnym poście poświęconym wizie), ale mogliśmy zapłacić depozyt za wynajęcie Chatki (tzw. bond), kupić samochód, potrzebne sprzęty i meble do domu, 'rozpędzić się' bez zbytniego stresu. Dużą pomocą była też na początku przywieziona z Polski karta kredytowa (mimo problemów, których nie przewidzieliśmy!).

Po dwóch latach da się odbudować oszczędności do 'stanu pierwotnego' - piszę 'da się', choć nam się nie udało. Ot, cena za luksus zrezygnowania z nielubianej pracy przed znalezieniem nowej ;-))
I co ważne: mówię o odbudowywaniu oszczędności w sposób zdrowy - przesuwamy do skarbonki jedynie nadwyżki, które zostały z poprzedniej pensji. Ale żyjemy normalnie: poza pracą mamy też rozrywki, opłacamy swoje przyjemności i hobby, inwestujemy w to, co nas cieszy. Nas cieszy ładne i wygodne otoczenie, odwiedzanie nowych i wracanie do starych lubianych miejsc, dobre jedzenie, spędzanie czasu w sympatycznym gronie, stare dobre rozrywki i szukanie nowych ;-))
Mam nadzieję, że nasz blog potwierdza to, o czym teraz piszę ;-))

Zdrowie
Osoby bez prawa stałego pobytu nie są w Australii objęte systemem ubezpieczenia zdrowotnego. Można zatem: a) wykupić prywatne ubezpieczenie lub b) liczyć się z finansowymi konsekwencjami braku ubezpieczenia.

Najważniejszą decyzją jest opłacenie lub nie tzw. Ambulance Cover, czyli opłaty za wezwanie karetki pogotowia w nagłym wypadku. Kolejna decyzja to opłacenie lub nie prawa do opieki szpitalnej - w przypadku braku polisy koszty pobytu w szpitalu są bardzo wysokie.

Co do bieżącej opieki lekarskiej, pomijając oczywiście wypadki losowe i choroby wszelkiej maści, warto rozważyć takie sytuacje, jak wizyty u dentysty, u okulisty (np. recepta na wykupienie szkieł kontaktowych lub konieczność wymiany okularów), czy u lekarza pierwszego kontaktu (GP), łącznie z zapotrzebowaniem np. na środki antykoncepcyjne, skłonność do uczuleń itp.

Według opinii wielu, po przyjeździe do Australii nie tylko reguluje nam się od nowa poziom odporności i flora bakteryjna, ale i zmienia się ponoć gęstość krwi. Organizm przystosowuje się też do innych przedziałów temperatur - i ponoć wszystkie te regulacje 'zajmują' naszym organizmom około dwóch lat.

Nasze doświadczenie zdaje się to potwierdzać: przyjechaliśmy w zimie i na fali entuzjazmu i świeżych wspomnień zimnej wiosny w starej ojczyźnie śmialiśmy się w głos na zastaną zimę. Druga zima dała nam w kość - marzliśmy okrutnie, doskwierał nam chłód i wilgoć. Przyzwyczajeni do centralnego ogrzewania i innych technologii budowlanych odczuwaliśmy dotkliwie zimno panujące wokół. Teraz zdaje się być lepiej, ale poza ewentualnym przyzwyczajeniem organizmu chroni nas też: zabezpieczona przed zimnem i przeciągami Chatka, wełniana kołdra, grzejnik, flanelowe piżamy, domowe skarpetki i 'kapcie' a'la ugg-boots (tu pozdrawiam Dorotę - pamiętam, jakby to było wczoraj, jak się śmiałam z Jej 'zimowego osprzętu' na czele z ugg boot'sowymi papciami) ;-), teraz sama mam podobne ;-)).

Poprzedniej zimy dopadły nas paskudne grypo-podobne infekcje: długo trwały i wymęczyły nas okrutnie. Dość długo potem dochodziliśmy do pełni sił. W tym roku - odpukać - infekcja dopadła Najmilszego, przeszła na mnie, ale już jej przebieg przypominał to, co pamiętamy ze starej ojczyzny, czyli: trzeba się bronić i jest niemiło, ale da się przeżyć ;-))

Ostatnia uwaga w punkcie o zdrowiu to ugryzienie pająka. Niestety, Najmilszy 'zaliczył' najprawdopodobniej ugryzienie White Taila. Domyślamy się tylko patrząc na paskudnie jątrzącą się ranę, bo ani momentu ugryzienia, ani tym bardziej sprawcy Miły Mój po prostu nie pamięta. W pracy, w 'ferworze walki' najprawdopodobniej przeoczył, może pomyślał, że się zadrapał, uderzył itp. Dopiero, gdy zaczęło dziwnie wyglądać, po nitce do kłębka, wymyśliliśmy ugryzienie pająka jako przyczynę...
Mijają tygodnie, Najmilszy kuruje się różnymi środkami, proces gojenia powoli postępuje, nabieramy więc nadziei na pomyślny finał.

Mieszkanie
O wynajmie już było w osobnym poście. Znalezienie miejsca do wynajęcia, to kwestia odrobienia 'zadania domowego' - sumienne zbadanie rynku ofert na pewno zaowocuje znalezieniem tego, czego szukamy. Ważne jednak, aby wiedzieć, czego się szuka, aby określić takie parametry jak: lokalizacja, wielkość, przedział cenowy.
Najtrudniejszy jest pierwszy wynajem, ale wtedy zwykle przychodzą nam z pomocą znajomi i wspólnymi siłami udaje się zrealizować wymagania agencji wynajmu.

Po dwóch latach mieszkania tutaj mamy właściwie komplet - brakuje nam 'tylko' własnego domu, który wygodnie pomieściłby nas i zgromadzone dobra ;-))

Jeśli chodzi o kupno domu - trzeba poczekać do uzyskania wizy stałego pobytu, bo nie tylko umożliwia to zawarcie umowy kupna, ale i wzięcie kredytu z banku (spełnienie wymagań). I jak przy wynajmie: badanie rynku, analiza swojej sytuacji finansowej, porównanie ofert różnych kredytodawców i... już ;-))

Doświadczenie innych uczy: nie sztuką jest kupić dom, schody zaczynają się później - nie wystarczy zbudować, nie wystarczy się wprowadzić - trzeba z uwagą i rozwagą planować spłaty zobowiązań kredytowych.

Zamykam nasz bilans z uśmiechem i satysfakcją.
Lubimy robić bilanse co najmniej tak bardzo, jak lubimy planować nowe projekty.
Podsumowania poza radością dają nam też nową wiedzę, pozwalają wyciągać wnioski i uczyć się na zaś.
Nauczyliśmy się sporo, nowej wiedzy przybywa nam z każdym dniem.
Mamy za sobą sporo osiągnięć, z których jesteśmy dumni i zadowoleni.
Mamy za sobą rozczarowania.
Zdarzyły się rzeczy, które poszły nie tak.
Nie raz trzeba było weryfikować pierwotne założenia.

Ale całościowo: bilans wypada na duży plus.

Patrzymy w przyszłość z ciekawością, optymizmem i rosnącą pewnością siebie.
Wiemy, że mamy oparcie w samych sobie, w sobie nawzajem i wiemy, jakiej mniej więcej porcji oczekiwać od innych ;-))
Na bieżąco przeglądamy, uzupełniamy i dostosowujemy do okoliczności Plan Działania - ilekroć odkreślimy jakiś punkt, świętujemy i... przechodzimy do realizacji kolejnego. A przewidziany margines zostawia potrzebny zapas na modyfikacje i niespodzianki.

14 października 2010

Karuzela, czyli kiedy minął miesiąc szesnasty?

Po raz drugi minął nam pod tutejszym niebem trzynasty dzień października. Dziś nauczyciele w starej ojczyźnie znów mają swoje święto (a my znów wysłaliśmy wirtualne uściski dla Zasłużonej Pani Dyrektor Pewnego Przedszkola ;-), czas zatem na kolejny bilans sumujący szesnasty już miesiąc naszego pobytu w nowej ojczyźnie.

Minął pod hasłem przygotowań dyrektorskich. Najmilszy załatwiał formalności, odwiedzał przeróżne urzędy, zdał egzamin na tutejsze prawo jazdy i otrzymał ten dokument, skompletował narzędzia i materiały do nowej pracy, przygotował samochód do przeglądu, zdał kolejne cztery egzaminy i - uffffffff - podpisał kontrakt.
Tadaaaaam, jeszcze nie podniesiono kotwicy, ale wiatr dmie obiecująco i wody oceanu błękitnieją w oddali ;-)) Ahoj!!!

Od Lawendowa Chatka3

Kawał dobrze wykonanej roboty, ale warto było! Dni mijały w szaleńczym tempie, szybciej chyba tylko wydawaliśmy pieniądze - yyyyyyy, wróóóóóóććć - inwestowaliśmy! Czekamy zatem z pełną ciekawości niecierpliwością na efekty poczynionych starań ;-))

Zaskakujące, że kiedy Najmilszy zsiadał z tej wirującej karuzeli, to znajdował czas i siły, by wynajdować dziury w całym, czyli dopieszczać Lawendową Chatkę. Dlaczego dopieszczamy? Hmmm, bo tacy już jesteśmy ;-) Może rozsądek podpowiada innym inne podejście, ale to nasza codzienność, nasze miejsce na obecny kawałek życia, więc skupiamy się na podpisanej w sierpniu umowie na kolejny rok pobytu tutaj i wierzymy, że za pracę nikt nas nie ukarze ;-))
Jedna z Sióstr podpowiada uparcie, że afirmacje to potęga, więc upiększamy Chatkę i wizualizujemy swoje tutaj szczęśliwe życie - będzie dobrze ;-))

Uczciliśmy kolejny rok udanego małżeństwa szaleństwami kulinarnymi w nieco innej wersji niż zwykle - zamiast pójść do restauracji na kolację, tym razem poszliśmy na miniwarsztaty kulinarne z degustacją tego, co powstało podczas wieczoru.

Inspiracja kuchnią molekularną była widoczna, ale pewien niedosyt pozostał - najważniejsze, że taka forma spędzania czasu też nam odpowiada i nie był to zapewne ostatni taki wieczór.

Od 2010/09/23
Od 2010/09/23
Od 2010/09/23
Od 2010/09/23

W wyniku obecności przy kiermaszu książek w Domu Polskim w Chatce pojawił się Hrabia Monte Christo. Dawno dawno temu Najmilszy zafascynowany powieścią dał się namówić, by pożyczyć komuś pierwszy tom... Książka do Niego już nigdy nie wróciła, po latach pożyczkobiorczyni się wyparła...
Żeby sprawiedliwości stało się zadość, przyniosłam Najmilszemu nowy komplet, postawiłam na półce, po czym... zdjęłam i czytam ;-)) Obok postawiłam Don Kichote'a ;-))

Od Lawendowa Chatka3

Ostatnią niedzielę września okrasiło oglądanie startu parady starych samochodów - fenomenalna kolekcja zabytków z historii motoryzacji obejmowała samochody osobowe, motocykle oraz samochody-narzędzia pracy, czyli karetki pogotowia, straż pożarna, autobusy, ciężarówki, samochody pomocy drogowej i wojskowe (nawet stare samoloty przeleciały nam kilkakrotnie nad głowami), a smaczku imprezie dodały stroje uczestników parady, którzy w większości wypadków dostosowali swój strój do czasów największej popularności prezentowanego pojazdu.

Przez prawie dwie godziny przejeżdżały koło nas różne maszyny, ale czas ten w ogóle się nie dłużył.
Wcześniej niż my, wyczerpana zupełnie, padła... bateria w aparacie.

Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4

Do przybycia Hobbitów pozostał miesiąc. Ha, coraz więcej toczy się rozmów na ten temat i to w obu krajach ;-))
W oparciu o świetny materiał przygotowany onegdaj przez Tomka W., powstała odświeżona wersja Przewodnika Podróżnika, która posłużyła już kilku podróżnikom, a teraz posłuży Hobbitom.
Jak zwykle w takich okolicznościach, powstała również lista i wykreślamy z niej kolejne punkty. Tik tak tik tak, ale raczej nas to cieszy niż stresuje, bo przygotowania mają swą moc, która przybliża wyczekiwany moment oraz chroni od niespodzianek niemiłych pozwalając cieszyć się miłymi ;-))

Tradycyjnie, zerkam na bilans sprzed roku i:

- Najmilszy nadal chodzi do szkoły i ostatnio stwierdził, że zauważył dokonany skok - hihihihi, najlepsze, że zauważył to na przykładzie nie swoim, a współklasowiczów ;-))
- czy ja rok temu wspomniałam o trzymiesięcznym kontrakcie? hmmmm, we wrześniu minął rok, a kontrakt nadal jest wirtualno-mówiony...
- Najmilszy jest już przyszłym-obywatelem-tego-kraju w coraz większym stopniu: jest szefem fajnej firmy, ma tutejsze prawo jazdy i ładny komplet uprawnień zawodowych, bez problemu rozmawia wszędzie, gdzie Go nogi doniosą ;-)

Mieliśmy okazję być świadkami uroczystości odebrania tutejszego obywatelstwa i cieszy nas, że to kwestia czasu, kiedy i my przeżyjemy podobne wzruszenia ;-))

Od Lawendowa Chatka3

- Kolejny piękny mebel czeka na Mistrza Projektów, aby przywrócił mu świetność pewnie większą niż kiedykolwiek ;-) Koncepcja się krystalizuje, a czas nadchodzi ;-)) - hmmm, ten czas nadal nadchodzi ;-))

W zeszłym roku nasze cytrusy miały już ponoć owocki. Hmmm, w tym roku mamy piękne zestawy kwiatowe na pomarańczach, cytryna ma... jeden pączek, lemonka i mandarynka - nic poza liśćmi.
Zobaczymy, w końcu nie o zawiązki owoców chodzi, a o dojrzałe owoce ;-)) Za to przyszłe brzoskwinki już są ;-))

Od Lawendowa Chatka3
Od Lawendowa Chatka3

Zrezygnowaliśmy w tym sezonie ze ściółki pod płotem, i tak nie bardzo zdała egzamin, więc gęstnieje trawnik tam, gdzie miała być wyściółka. Natomiast to, co w zeszłym sezonie nazywaliśmy trawnikiem - jak tak dalej pójdzie - zacznę chyba wkrótce pisać z dużej litery ;-))

Fontanna szumi nam bardzo często - w zasadzie częściej szumi, niż nie ;-))

Storczyki przezimowały na zewnątrz i... mają nowe odrosty - wrrrr, nie całkiem o to chodziło. Za to epidendrum ma pęd kwiatowy - mam nadzieję, że niedługo pokażę Wam kwiatostan w pełnym rozkwicie.

Lawendy zaliczyły wiosenne kwitnienie - najwcześniejsza już finiszuje, pozostałe w rozkwicie.

Od Lawendowa Chatka3

Wiosna pięknieje z dnia na dzień, kwitną kwiaty w przydomowych ogrodach, krzewy i drzewa; papugi zachwycone buszują wśród czerwonych kwiatostanów Bottle Brush, które zgodnie z nazwą przypominają szczotki do butelek. To bardzo duża grupa roślin o efektownych kolorowych, postrzępionych, szczotkopodobnych kwiatostanach.

Jest coraz cieplej, ale deszcz nadal o nas pamięta, więc wracając podtrzymuje bujny rozkwit zieloności - liści po zimowej przerwie przybywa z dnia na dzień.

Fantastyczne są te przejawy rozkwitania, odżywania, żywiołowej żywotności ;-))

Od Lawendowa Chatka3
Od Zdjęcia Bloggera 4

Korzystając z tych fantastycznych okoliczności przyrody odwiedziliśmy kolejne parki-rezerwaty, by napawać się urokami tutejszej flory i fauny - pospacerowaliśmy nad klifami w Hallet Cove i zajrzeliśmy do Warrawong.

Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4

Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4

Rowery nadal śpią zimowym snem... Wiosna wokół, a śpiochy śpią i przegapiają... ;-)) Ale i to się zmieni, niech no tylko karuzela zwolni ;-))

Od Zdjęcia Bloggera 4

13 września 2010

Podwójna trzynastka - bilans dwustronny po raz pierwszy

Dziś mija piętnaście miesięcy naszej Przygody w Nowym Kraju - rok i kwartał, albo: pięć pór roku ;-)) Dziś kalendarz pokazuje również, że do przylotu Hobbitów pozostały równo dwa miesiące ;-))
W najbliższy weekend świętować będziemy przyznanie obywatelstwa Dorocie i Petrosowi - tym, dzięki którym przeskoczyła iskierka dawno dawno temu, między mną a Najmilszym (a może w drugą stronę? ;-)) oznaczająca, że oto zakiełkował plan Projektu Ahoj Przygodo!

Ostatni miesiąc przeleciał nieprzyzwoicie szybko. Z jednej strony to dobrze, bo zbliżamy się ku wiośnie, wychodzimy w końcu z zimy i widzimy coraz więcej słońca, ale z drugiej strony... ehhhh, ledwie człowiek kupił kalendarz, a tu już prawie końcówka roku...

Na początek zagadka z lubianego cyklu: Znajdź siedem różnic:

Od Lawendowa Chatka3
Od Lawendowa Chatka3

Bingo! W miejscu Volvika stoi inne auto :-O
Przestraszonych pragnę uspokoić: Volvik jest nadal z nami, pod garażem stoi Narzędzie Pracy ;-))

Zgodnie z planami ruszyła bowiem firma. Z początkiem września z ubiegłorocznego biznesiku Mistrza Projektów powstała, przy fachowym udziale Fachowego Księgowego Artura, firma Look Up Lukas Pty Ltd. Jest już komplet dokumentów, numer ABN, konto firmowe, trwają prace nad kontraktem, Najmilszy dopina ostatnie formalności. Dwa kroki dzielą Dumnego Przedsiębiorcę od zdobycia nowoojczyźnianego prawa jazdy (ojjj, będzie z tego post w Notesie ;-)), tworzy się komplet narzędzi i wyposażenia.
Szkolenie dobiegło końca z pozytywnym wynikiem, czas wypłynąć swoim statkiem na burzliwe wody przyjmując pełną odpowiedzialność w roli dowódcy ;-))

Tu drobny wtręt: wspięliśmy się na kolejny stopień asymilacji - przyznano nam karty kredytowe. Niby zwykła rzecz, ale cieszy ;-))
Do tej pory mieliśmy karty debetowe - mając funkcje karty VISA umożliwiały realizację transakcji w sklepach, w Internecie, ale korzystały ze zgromadzonych na koncie środków - w starej ojczyźnie działają tak karty płatnicze (w odróżnieniu od kredytowych, które pozwalają wydawać nie swoje pieniądze, awansem, z góry, a potem spłacać kwotę pokazaną na wyciągu).
Stała płaca, regularne wpływy na konto, historia wynajmu domu oraz historia finansowa w banku złożyły się na wydanie pozytywnej opinii.
Kwota limitu zadłużenia? Na poziomie około 50% kwoty dostępnej docelowo.
O podwyższenie limitu możemy wystąpić na początku 2011 - jeśli historia karty wypadnie dość dobrze dla banku, być może limit wzrośnie ;-))

Lawendowa Chatka przygotowuje się na powitanie Gości. W nielicznych wolnych chwilach trwają pracę nad uszczelnieniem dachu garażu, zabezpieczeniem go zarówno przed deszczem, jak i przed upałami w lecie, powstał plan dotyczący modyfikacji 'czwartego pokoju' w ogrodzie, zmienić ma się także Socjal, bo firma wymaga biura, a Study przez najbliższe miesiące będzie Gościnnym.

Wraz z początkiem wiosny otworzyliśmy nasz Drugi Sezon Ogrodniczy ;-))
Tegoroczna wersja projektu Cytrusy opiera się na założeniu, że grunt to dobry drenaż (dna beczek zostały podziurowane przy użyciu specjalnego wiertła), najbliżej dna znalazła się warstwa kamieni. Ziemia została nakryta warstwą ściółki, która zatrzyma wilgoć i stworzy barierę zabezpieczającą korzenie przed gryzącym działaniem nowoojczyźnianego słońca.
Oprócz cytrusów mamy w swej kolekcji od tego roku również brzoskwinie i nektarynki.
Sukulenty przed domem zyskały sąsiadów w drugiej takiej samej 'skrzyni'.
Lawendowy Kącik cieszy oko pojawiającymi się kwiatostanami, nad którymi brzęczą pszczoły.

Trwa szkoła i trwa moja praca. Koty szczęśliwe to mruczą, to biegają po domu jak zwariowane, przeszczęśliwe, kiedy mogą wyjść na zewnątrz. Aganiok wspina się na krzewy, chwilowo omija drzewa u sąsiadki Julie, za to coraz lepiej (niestety) idzie mu polowanie na ptaki - trzeba go zatem mieć na oku...

Deszczu jakby mniej, ale nadal dni słoneczne przeplatają opady deszczu, temperatury wyższe, powietrze pachnie inaczej - nadchodzi wiosna.

Zerknęłam na bilans sprzed roku i uśmiechnęłam się widząc podobieństwa i różnice:
- wtedy udomawialiśmy Lawendową Chatkę; do dziś niewiele w tej kwestii się zmieniło: nadal Chatkę udomawiamy, nadal upiększamy kąciki i nadal Najmilszy przeprowadza kolejne domowe projekty, lista zakupowa wciąż się nie skraca ;-))

- u dziewczyn pojawił się kolejny tysiąc, ale z innego, niż zakładaliśmy powodu (niechlubna smażalnia), z nawozu korzystamy na bieżąco, kompostu jeszcze nie ruszyliśmy,

- Mój Ostatni Mąż nadal systematycznie chodzi do szkoły, natomiast dowody na postęp, jaki się w jego znajomości języka dokonał są liczne, sympatyczne i wypowiada je spore grono osób w różnych okolicznościach; funkcjonowanie codzienne począwszy od zakupów, poprzez wizyty w urzędach, rozmowy z klientami odbywa się bez żadnych kłopotów, moja pomoc w roli tłumacza potrzebna była dosłownie parę razy na przestrzeni tych piętnastu miesięcy,

- rok temu szukałam pracy, teraz też wysyłam aplikacje i nadal aktualne jest zdanie: Zobaczymy, (...) jak długo jeszcze potrwają moje poszukiwania..., w czwartek obchodzić będę rocznicę pracy w biurze, gdzie rok temu przyszłam na... trzytygodniowe zastępstwo,

- w tym roku projekt Cytrusy chyba zakończymy wcześniej, jest też szansa, że i wiosna przyjdzie mniej okrężną drogą, za co trzymamy do niedawna zmarznięte kciuki ;-))

27 grudnia 2009

Pół roku za nami - podsumowanie

Pół roku to niby niewiele, ale z drugiej strony wystarczająco dużo czasu, aby poczuć klimat nowego miejsca, zadomowić się i podsumować dotychczasowy pobyt kolejną opinią.

Wyjazd do Australii to na pewno wydarzenie wielkiej wagi i spore przedsięwzięcie: logistyczne i finansowe. W tej chwili (po decyzji ministra z września br) rozpatrywanie złożonych dokumentów przystopowało i pewnie sporo się zmieni w przepisach na zaś, ale jeżeli ktoś taką decyzję podejmie i załatwia sprawy z głową, to nie może się nie udać - jest to jedynie kwestia czasu i pieniędzy, ile potrwa osiągnięcie celu...

My swoją drogę do wizy przeszliśmy przez bolesne prawie dwa lata (prowadzeni przez agenta poleconego stąd przez znajomych), potem odstaliśmy w kolejce około roku, a później na szczęście wszystko nabrało zdrowszego tempa ;-))
Od kiedy podjęliśmy naszą decyzję, przyjęliśmy założenie, że patrzymy tylko naprzód, że nie zbieramy w sobie goryczy związanej z wysoką ceną, jaką za ten projekt życia przyszło nam zapłacić. Od momentu, kiedy jesteśmy tutaj, układamy sobie nowe życie, odnajdujemy się bez żadnych (odpukać) problemów w nowych realiach i, o dziwo, od początku czujemy się tutaj 'normalnie' i 'u siebie' - tak jest, bo tak miało być.

Po półrocznym pobycie w Australii obydwoje pracujemy - tak jak chcieliśmy (chociaż oczywiście jest to ciągle faza przejściowa) - tj. ja w biurze w City, w kostiumie i na kontrakcie ;-) (chociaż 'prawdziwy' kontrakt 'ruszy' dopiero od 1 stycznia, przynajmniej wedle usłyszanych od szefa obietnic), a Łukasz jako samodzielny przedsiębiorca. Nasze zarobki to na razie marniutkie minimum, wystarcza ono jednak na spokojne życie.
Oszczędności przywiezione ze starego kraju w wysokości określonej przez tutejszy rząd (przepisy mówią o 30 tysiącach dolarów i naprawdę tyle mniej więcej potrzeba) pozwoliły nam się zadomowić, np. umeblować wynajęty pusty dom i postawić obok niego samochód (na razie jeden, ale to kwestia czasu, kiedy pojawi się drugi, bo bez samochodu jest... mniej korzystnie ;-)). Kwestią indywidualnego wyboru jest, czy ktoś (jak my) przywiezie na swój koszt od razu część dobytku ze starego kraju, czy też przywiezie pieniądze i wszystko od nowa kupi tutaj - koszty przewozu są spore, rynek usług w Polsce raczkuje; koszty kupna tutaj raczej korzystne - chociaż oczywiście wszystko zależy od oczekiwań, gustów i... możliwości poczekania na okazję.

Bardzo dobrym rozwiązaniem dla nas była możliwość skorzystania z rządowego projektu mieszkania na pierwsze trzy miesiące - my ten czas wykorzystaliśmy na rozpoznanie rynku nieruchomości i na przygotowanie listy miejsc, gdzie zrobimy potrzebne zakupy. W dniu przylotu wystarczyło kupić jedynie pościel i ręczniki, co samo w sobie było bardziej przygodą niż uciążliwością. Mieliśmy parę tygodni na wybranie dzielnicy, gdzie chcemy wynająć dom, na poukładanie spraw w banku, na rozpędzenie poszukiwań pracy itp.
Ogromnym plusem, naszym zdaniem, był fakt posiadania komputera i podłączenie Internetu tuż po przyjeździe. Dzięki temu czas od początku pracował na naszą korzyść - od początku uczyliśmy się nowego miejsca, wiele informacji wyszukując w sieci.
Poznaliśmy tutaj także nowe znaczenie słowa: kontakty. Faktycznie, bez znajomości tutaj dużo trudniej się poruszać, a jeśli nie trudniej, to na pewno wolniej. Niestety, trzeba szybko nauczyć się zarówno zdobywać, jak i filtrować informacje - nie wszyscy chętnie dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniami (zwłaszcza niestety Rodacy zdają się wierzyć w sprawiedliwość w wydaniu: jeśli sam dostałem baty, to czemu 'nowego' ma to ominąć? skoro mnie było ciężko, to czemu jemu ma być łatwiej? - brrrrrrrrr, no, ale takie jest życie ;-)), a jak już mówią, to też trzeba ostrożnie, bo nie wszystko, co doradzą życzliwi jest najlepszym rozwiązaniem, nie wszystkie informacje są pełne i aktualne, warto zawsze sprawdzać, aby ograniczyć ilość popełnianych błędów.

Po prawie trzech miesiącach przeprowadziliśmy się 'na swoje' - do wynajętego domu. W tym czasie zdążyły dopłynąć rzeczy wysłane z Polski, a chwilę później wrócił do nas Popiołek, któremu skończyła się kwarantanna w Melbourne. Mieszkamy w domu, co jest dla nas nowym doświadczeniem życiowym, uczymy się dbania o dom (inaczej niż o mieszkanie) i o ogród - na tym polu debiutujemy i to na dodatek w nowym klimacie - uczymy się walczyć z insektami i zabiegamy o przeżycie nowo zakupionych roślin, co wychodzi nam różnie ;-))

Ogromnym plusem jest na pewno znajomość języka. Ja swój angielski 'przywiozłam', a Najmilszy uczy się bardzo intensywnie, odkąd przyjechaliśmy: sumiennie chodzi do szkoły (wariant wieczorowy, dwa razy w tygodniu), a oprócz tego na całego 'zanurza się w języku' - ogląda TV i słucha radia, samodzielnie załatwia różne codzienne sprawy, także w urzędach oraz przez telefon. Komunikuje, jak umie, dopytuje, jeśli czegoś nie wie. Praktyka czyni mistrza, więc i u Najmilszego Mistrza widać postępy, które mobilizują do dalszej pracy.
Wśród znajomej Polonii poglądy i doświadczenia są bardzo różne, ale przeważa opinia (nawet wśród tych, którzy kiedyś sobie szkołę odpuścili), że znajomość języka bardzo pomaga i buduje pozycję nowoprzybyłego.

Nowa ojczyzna jest coraz bardziej 'nasza', czujemy się tutaj świetnie i wciąż rozczarowujemy nielicznych sceptyków, co to liczyli na nasze smutne miny, rozczarowanie itp - nic z tego - jest nam tu dobrze i wiemy, że może być tylko lepiej ;-))
Otacza nas państwo, gdzie dobrze się żyje (choć podobno bywało tu o niebo lepiej ;-), przepisy, które da się zrozumieć, których się tu przestrzega i które się egzekwuje, wspaniała przyroda, życzliwi ludzie (wyjątki zdarzają się jak wszędzie, ale jako osoby asertywne dajemy radę ;-)), cudowne krajobrazy. Ocean pływa niedaleko, papugi się drą, wiatr szumi w palmach i eukaliptusach. Każda wycieczka to miniwakacje, każdy wypad to turystyczna atrakcja. A do tego kulinarne propozycje wokół - zarówno restauracje, jak i produkty...

Nasz dom to miejsce magiczne, bo jesteśmy w nim my, nasze cudne koty i znajomi, których grono powoli, ale systematycznie budujemy, przemeblowując jak i kiedy trzeba. Za chwilę skończy się ten przełomowy, pełen emocji i wrażeń rok i zacznie się nowy - Ahoj Przygodo! nie milknie.

13 listopada 2009

Pięciomiesięcznica, czyli kolejny bilans

Piąty miesiąc minął szybko - szczególnie czas od weekendu do weekendu ;-)

Weekendy celebrujemy - to czas, jaki możemy poświęcić sobie, bliskim i poznawaniu nowej ojczyzny. Pogoda sprzyjała, może momentami aż za bardzo ;-)
Zaczęły się gorące dni pod błękitnym bezchmurnym niebem. W ciągu dnia powietrze aż drga, klima hula w większości budynków oraz pojazdów, przechodnie chronią się za szkłami okularów przeciwsłonecznych, pod parasolami, kapeluszami, po ubraniach też widać, że lato tuż tuż. Ja się cieszę ze słońca i wysokich temperatur (ale, spryciara, dnie spędzam w klimatyzowanym biurze), za to Chłopakom upały już dały się we znaki - nadmiar ciepła męczy, a potem, mimo zmęczenia, nie pozwala spać w nocy. Klimatyzacja pomaga, ale hałasuje ;-) Wiatrak w sypialni też. Okna w ciągu dnia zostawiamy zasłonięte, ale Chatka i tak baaardzo się nagrzewa, więc Mistrz Projektów kombinuje ;-)

Mój kontrakt w pracy potrwa jednak dłużej niż do Bożego Narodzenia ;-) Na razie zatem jedynie uaktualniłam CV ;-) Szykuje się kolejne szkolenie, z czego baaardzo się cieszę ;-) Początkowa dezorientacja powoli - tfu tfu - łagodnieje, co więcej - ustępuje miejsca pomysłom nowych przedsięwzięć, ale na razie powolutku pozwólmy im się porządnie zagnieździć i nie poganiajmy ;-) Odzyskałam też nieco czasu na czytanie, kupka przyniesiona z biblioteki powolutku maleje, obok rośnie druga - to książki przeczytane ;-) No i nareszcie - znowu tfu tfu - wróciłam na dobrowolne wuefy ;-)
Co do Męża - szkoła to nadal priorytet numer jeden, czego efekty już widać i słychać, poza tym znaczące postępy i widoczną różnicę na plus potwierdzają i nauczycielka i świadkowie odbywanych przez Najmilszego rozmów. Juuupi, puchnę z dumy ;-)
Biznes się rozwija, zlecenia bywają i stałe i mniej stałe, za to rozszerza się wachlarz wykonywanych prac oraz baza kontaktów ;-) Po Adelajdzie Mój Ostatni Mąż jeździ już jak u siebie ;-)

Popiołek ma młodszego kolegę - naprawdę lżej nam teraz wychodzić do pracy - wiemy, że obydwaj jakoś się zajmą sobą nawzajem i czas zleci do naszego powrotu ;-) Mały Aganiok chodzi po domu, kicha, śmiesznie miauczoskrzeczy, mruczy megagłośno i cieszy się wszystkim, a my wiemy, że podbił nasze serca caaaaaałkieeeemmmmm.

Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12

Projekty domowe zrealizowane ostatnio to głównie walka z insektami przeróżnego typu - pcha nam się tałatajstwo do domu każdą możliwą szczeliną, a tych niestety nie brakuje. Najmilszy zatyka, sypie lub wylewa trutki, ściga odkurzaczem lub... pakuje do słoika (ostatnio zafundował mi lekcję poglądową p.t. Jak wyglądają Redbacks - pająki, których ugryzienie jest baaardzo nieprzyjemne, bolesne, a w przypadku maluchów wiąże się z wizytą w szpitalu. Brrrrr, nawet przez zakręcony słoik się bałam, a Najmilszy złapał je niestety w garażu, w środku... Takie są solidnej budowy, nie za duże, ale wystarczająco grube, żeby budzić respekt. Na grzbiecie mają czerwony pasek, jaskrawy i widoczny. Podobno buzie mają niezbyt wielkie, więc nie tak łatwo im ugryźć człowieka, ale jakoś nie bardzo mnie to przekonuje... Większość ugryzień to 'wypadki przy pracy' - Redbacks lubią metalowe i plastikowe przedmioty, więc zanim np. złapie się stół lub krzesło turystyczne, aby je wnieść do domu, warto sprawdzić, czy pod krawędzią nie czeka niespodzianka; podobnie ze skrzynkami pocztowymi czy kubłami na śmieci).

Ogród raczej przegrywa z upałami - truskawek kilka padło (uschły, nieochronione 'posypką' z kory), cytrusy zbierają się po utracie sporej części liści i małych świeżo zawiązanych owocków (skutek zimnych nocy) - mają nowe liście, nowe kwiaty i nawet już nowe nowozawiązane owocki, wynajęta cytryna cieszy żółtymi owocami i masą kwiatów kolejnego pokolenia, trawnik niechętnie żegna chwasty, za to trawa schnie na potęgę, trzy boronie też przegrały ze słońcem...
Fontanna umila czas pędzany w ogrodzie za domem szumem przelewającej się wody. Papug na razie nie stwierdzono :-(
Storczyk kwitnie jeszcze tylko jeden, lawenda z kwitnieniem letnim wciąż się waha...

Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12
Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12

Powoli rozkręcają się grillowe imprezy wśród naszych znajomych. Pikniku na razie nie zaliczyliśmy żadnego. Rowery odkurzamy i wietrzymy w każdy weekend.

Aaaaa, no i wbrew pogodzie zupełnie, wyczyściłam piekarnik - juuuuupi.
Co do menu - jak już wspominałam - nadszedł czas lodów, sorbetów i napojów z lodem (w tej wersji piję od paru dni także ja ;-).

14 października 2009

Kolejna trzynastka, czyli bilans za czwarty miesiąc

Minął trzynasty dzień października, dziś nauczyciele w starej ojczyźnie mają swoje święto (tu wysyłamy wirtualne uściski dla Zasłużonej Pani Dyrektor Pewnego Przedszkola ;-), a my możemy pokusić się o kolejny bilans sumujący czwarty już miesiąc naszego pobytu w nowej ojczyźnie.

Na szczęście pomogły kciuki Niezawodnych Sióstr i spełniło się kilka marzeń dotyczących czwartego miesiąca:
- trwa nauka Najlepszego z Mężów uzupełniana o zlecenia dające dochody nieduże, ale w miarę stałe i obecnie wystarczające,
- ja znalazłam pracę i jak na razie pracuję na pełny etat w ramach trzymiesięcznego kontraktu na stanowisku zbliżonym do tego, jakie planowałam,
- Popiołek stopniowo zmienia się z blokowego nieśmiałka w Kota-z-Domu-z-Ogrodem (odwiedza sąsiadów podczas wieczornych spacerów, zamiast woreczkowych supełków aportuje patyki z ogrodu, obserwuje ptaki z coraz mniejszej odległości).
- Lawendowa Chatka pięknieje i roztacza swój czar, a ogród wychodzi na prostą.

Czasu niby wystarcza, ale chciałoby się mieć go więcej, zwłaszcza aby spędzać go razem. Coraz bardziej doceniamy weekendy, jako wynagrodzenie i czas wypoczynku po tygodniu pracy.

Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12
Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12

Dumą napawa mnie szybkość asymilacji Najmilszego z Mężów - odwiedza przeróżne miejsca, gdzie skutecznie załatwia kolejne sprawy. A to przyczepę ziemi do ogrodu przywiezie, a to narzędzia sobie uzupełni, a to załatwi sprawy w banku - super: problem językowy nie istnieje w stopniu, który uniemożliwiałby samodzielne funkcjonowanie tutaj ;-)) Dodając do tego systematyczne wizyty w szkole i słuch muzyczny (oraz motywację, jaka płynie z pewnego zakładu... ;-) zaczynam liczyć dni, kiedy będzie mówił nie tylko płynnie i swobodnie na każdy temat, ale i bez cienia staroojczyźnianego akcentu ;-))

Szkoda, że wiosna nadal marudzi i że nie jest tak ciepło i słonecznie jak było w zeszłym roku i jak zwykle bywa o tej porze tutaj...

Odebraliśmy meble, które oczarowały mnie w sklepie dawno temu od pierwszego wejrzenia, co na szczęście poparł Najlepszy z Mężów. Łóżko spisuje się znakomicie, ale nie byłoby to możliwe bez materaca (rodzima produkcja i strzał w dziesiątkę), ani bez absolutnie genialnej pościeli. Dodatkowe szuflady też mają swoje ogromne znaczenie na naszej drodze ku Domowi Uporządkowanemu ;-))
Kolejny piękny mebel czeka na Mistrza Projektów, aby przywrócił mu świetność pewnie większą niż kiedykolwiek ;-) Koncepcja się krystalizuje, a czas nadchodzi ;-))

Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12
Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12
Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12
Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12
Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12

W ogrodzie drzewka cytrusowe nie dają się zimnu i wiatrom (chociaż straciły sporo liści i kwiatów... Na szczęście mają sporo malutkich zawiązanych owocków ;-), truskawki produkują kolejne kwiatki, z pewną dozą nieśmiałości, ale jednak, widać też pierwsze małe zielone owocki ;-) Dosiana trawa oraz pestki w doniczkach na razie zbiera się w sobie, za to rośliny niechciane, czyli chwasty, a przede wszystkim fasola ze słomy, która miała być tylko wyściółką, rozkrzewiają się niewzruszone spóźniającą się wiosną.

Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12
Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12
Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12
Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12
Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12

Udało się zakupić fontannę z pompką na energię słoneczną, ale na razie częściej jest wyłączona niż włączona, z powodu kaprysów pogody i niedoboru słońca.
Planowana rozbudowa fontanny i projekt w piątej beczce czekają na słoneczną odmianę.
Jeden ze storczyków przekwitł już zupełnie, drugi kończy kwitnienie - niedługo trafią na wakacje do ogrodu, ale jeszcze na to za wcześnie i za chłodno ;-)

Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12
Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12
Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12

Lawenda wyraźnie rozważa kolejną fazę kwitnienia, na razie najbardziej widać... niezdecydowanie. Wyczytałam, że lubi wapienne podłoże, więc obłożyłam roślinki muszlami znalezionymi nad oceanem. I co? I brakło mi muszli ;-))

Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12
Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12

Rowery sprawują się super, do kasków już przywykliśmy.

Plany na kolejny miesiąc? Między innymi:

- Zrealizować wymyślone pomysły okołodomowe.
- Zobaczyć nowe nieodwiedzone jeszcze miejsca.
- Kontynuować rowerowe odkrycia.
- Rozpocząć serię samochodowych wycieczek wiosennych wokół Adelaide.