Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ahoj Przygodo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ahoj Przygodo. Pokaż wszystkie posty

13 września 2010

Podwójna trzynastka - bilans dwustronny po raz pierwszy

Dziś mija piętnaście miesięcy naszej Przygody w Nowym Kraju - rok i kwartał, albo: pięć pór roku ;-)) Dziś kalendarz pokazuje również, że do przylotu Hobbitów pozostały równo dwa miesiące ;-))
W najbliższy weekend świętować będziemy przyznanie obywatelstwa Dorocie i Petrosowi - tym, dzięki którym przeskoczyła iskierka dawno dawno temu, między mną a Najmilszym (a może w drugą stronę? ;-)) oznaczająca, że oto zakiełkował plan Projektu Ahoj Przygodo!

Ostatni miesiąc przeleciał nieprzyzwoicie szybko. Z jednej strony to dobrze, bo zbliżamy się ku wiośnie, wychodzimy w końcu z zimy i widzimy coraz więcej słońca, ale z drugiej strony... ehhhh, ledwie człowiek kupił kalendarz, a tu już prawie końcówka roku...

Na początek zagadka z lubianego cyklu: Znajdź siedem różnic:

Od Lawendowa Chatka3
Od Lawendowa Chatka3

Bingo! W miejscu Volvika stoi inne auto :-O
Przestraszonych pragnę uspokoić: Volvik jest nadal z nami, pod garażem stoi Narzędzie Pracy ;-))

Zgodnie z planami ruszyła bowiem firma. Z początkiem września z ubiegłorocznego biznesiku Mistrza Projektów powstała, przy fachowym udziale Fachowego Księgowego Artura, firma Look Up Lukas Pty Ltd. Jest już komplet dokumentów, numer ABN, konto firmowe, trwają prace nad kontraktem, Najmilszy dopina ostatnie formalności. Dwa kroki dzielą Dumnego Przedsiębiorcę od zdobycia nowoojczyźnianego prawa jazdy (ojjj, będzie z tego post w Notesie ;-)), tworzy się komplet narzędzi i wyposażenia.
Szkolenie dobiegło końca z pozytywnym wynikiem, czas wypłynąć swoim statkiem na burzliwe wody przyjmując pełną odpowiedzialność w roli dowódcy ;-))

Tu drobny wtręt: wspięliśmy się na kolejny stopień asymilacji - przyznano nam karty kredytowe. Niby zwykła rzecz, ale cieszy ;-))
Do tej pory mieliśmy karty debetowe - mając funkcje karty VISA umożliwiały realizację transakcji w sklepach, w Internecie, ale korzystały ze zgromadzonych na koncie środków - w starej ojczyźnie działają tak karty płatnicze (w odróżnieniu od kredytowych, które pozwalają wydawać nie swoje pieniądze, awansem, z góry, a potem spłacać kwotę pokazaną na wyciągu).
Stała płaca, regularne wpływy na konto, historia wynajmu domu oraz historia finansowa w banku złożyły się na wydanie pozytywnej opinii.
Kwota limitu zadłużenia? Na poziomie około 50% kwoty dostępnej docelowo.
O podwyższenie limitu możemy wystąpić na początku 2011 - jeśli historia karty wypadnie dość dobrze dla banku, być może limit wzrośnie ;-))

Lawendowa Chatka przygotowuje się na powitanie Gości. W nielicznych wolnych chwilach trwają pracę nad uszczelnieniem dachu garażu, zabezpieczeniem go zarówno przed deszczem, jak i przed upałami w lecie, powstał plan dotyczący modyfikacji 'czwartego pokoju' w ogrodzie, zmienić ma się także Socjal, bo firma wymaga biura, a Study przez najbliższe miesiące będzie Gościnnym.

Wraz z początkiem wiosny otworzyliśmy nasz Drugi Sezon Ogrodniczy ;-))
Tegoroczna wersja projektu Cytrusy opiera się na założeniu, że grunt to dobry drenaż (dna beczek zostały podziurowane przy użyciu specjalnego wiertła), najbliżej dna znalazła się warstwa kamieni. Ziemia została nakryta warstwą ściółki, która zatrzyma wilgoć i stworzy barierę zabezpieczającą korzenie przed gryzącym działaniem nowoojczyźnianego słońca.
Oprócz cytrusów mamy w swej kolekcji od tego roku również brzoskwinie i nektarynki.
Sukulenty przed domem zyskały sąsiadów w drugiej takiej samej 'skrzyni'.
Lawendowy Kącik cieszy oko pojawiającymi się kwiatostanami, nad którymi brzęczą pszczoły.

Trwa szkoła i trwa moja praca. Koty szczęśliwe to mruczą, to biegają po domu jak zwariowane, przeszczęśliwe, kiedy mogą wyjść na zewnątrz. Aganiok wspina się na krzewy, chwilowo omija drzewa u sąsiadki Julie, za to coraz lepiej (niestety) idzie mu polowanie na ptaki - trzeba go zatem mieć na oku...

Deszczu jakby mniej, ale nadal dni słoneczne przeplatają opady deszczu, temperatury wyższe, powietrze pachnie inaczej - nadchodzi wiosna.

Zerknęłam na bilans sprzed roku i uśmiechnęłam się widząc podobieństwa i różnice:
- wtedy udomawialiśmy Lawendową Chatkę; do dziś niewiele w tej kwestii się zmieniło: nadal Chatkę udomawiamy, nadal upiększamy kąciki i nadal Najmilszy przeprowadza kolejne domowe projekty, lista zakupowa wciąż się nie skraca ;-))

- u dziewczyn pojawił się kolejny tysiąc, ale z innego, niż zakładaliśmy powodu (niechlubna smażalnia), z nawozu korzystamy na bieżąco, kompostu jeszcze nie ruszyliśmy,

- Mój Ostatni Mąż nadal systematycznie chodzi do szkoły, natomiast dowody na postęp, jaki się w jego znajomości języka dokonał są liczne, sympatyczne i wypowiada je spore grono osób w różnych okolicznościach; funkcjonowanie codzienne począwszy od zakupów, poprzez wizyty w urzędach, rozmowy z klientami odbywa się bez żadnych kłopotów, moja pomoc w roli tłumacza potrzebna była dosłownie parę razy na przestrzeni tych piętnastu miesięcy,

- rok temu szukałam pracy, teraz też wysyłam aplikacje i nadal aktualne jest zdanie: Zobaczymy, (...) jak długo jeszcze potrwają moje poszukiwania..., w czwartek obchodzić będę rocznicę pracy w biurze, gdzie rok temu przyszłam na... trzytygodniowe zastępstwo,

- w tym roku projekt Cytrusy chyba zakończymy wcześniej, jest też szansa, że i wiosna przyjdzie mniej okrężną drogą, za co trzymamy do niedawna zmarznięte kciuki ;-))

13 czerwca 2010

Minął pierwszy rok

Świętujemy dziś pierwszą rocznicę w nowej ojczyźnie.
Kiedy to zleciało?

Nowa ojczyzna cieszy nas niezmiennie i niezmiernie. Rozmawialiśmy dziś o tym, że ja już nie pamiętam, kiedy ostatnio złapałam się na tym (np. jadąc przez miasto), że uświadamiam sobie (np. patrząc na napisy po angielsku), że mieszkamy w Australii i jakie to cudowne. Zdarza się natomiast często, że łapię się na myśli: jak cudownie, że mieszkamy w Australii, albo: w Adelajdzie, jak tu jest fajnie, ładnie, jaki ładny widok itp.

Najmilszy mówi, że On jeszcze jest na etapie uświadamiania sobie, że to nowa ojczyzna, szczypania się, że naprawdę już tu jesteśmy, że przygoda już trwa.

Minusy? Hmmmm, czekamy na wiosnę - już nie lubimy zimna ;-)) Zwłaszcza poranki to próba charakteru, kiedy trzeba wyjść z ciepłego łóżka i stawić czoła zimnemu światu ;-)) A tak poważnie? Nadal nie ma, chociaż gdybyśmy mieli magiczną różdżkę, to może przyśpieszylibyśmy dzianie się niektórych rzeczy, na które obecnie musimy poczekać ;-))

Dzięki Chantal i Łukaszowi świętowanie było godne okazji: odwiedziliśmy winnicę Chalk Hill podczas tegorocznego festiwalu Sea & Wine (Morze i Wino, czyli talerze głoszące chwałę owoców morza i lampki pełne lokalnego wina) w McLaren Vale, czyli dolinie winnic nie mniej słynnej niż sąsiednia Barossa. Toasty wznosiliśmy z co najmniej kilku powodów: i my i druga para mamy za co dziękować ;-))
Ja spróbowałam Sangiovese - czerwonego wina, którego nazwę zobaczyłam dziś po raz pierwszy, do reszty toastów posłużyła zawartość butelek Shiraza ;-)

Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4

Jutro urodziny królowej, czyli kolejny poniedziałek wolny od pracy. Hurrrra. Ale fajnie jest mieć królową ;-))

Dlaczego ostatnio brak postów? Otóż, sporo się dzieje. Najpierw głodówka, więc marzliśmy, walczyliśmy ze zmęczeniem i kładliśmy się do łóżka szybko po przyjściu do domu, potem nasza wyprawa północ-południe z dramatycznym zwrotem akcji tuż przed Alice Springs, potem weekendowy wypad do doliny Barossa (Maggie Beer) i na grzyby z gościną w pełnym ciepła i śmiechu domu w Sellicks Beach, szkoleniowo-egzaminowy tydzień Łukasza, kiedy wyjeżdżaliśmy z domu bladymi zimnymi świtami, bo Jego zajęcia zaczynały się od ósmej, więc ja korzystałam z podwózki i zaczynałam pracę wcześniej. W ostatni czwartek zaliczyliśmy wystawę fotografii, dziś kawałek festiwalu, jutro idziemy na koncert.
Ufffff, kiedy zatem mam pisać? ;-))

Wczoraj byliśmy na pierwszych pogłodówkowych zakupach, po których nieco poszalałam w kuchni z nową książką Thermomixa. Dziś rano spróbowaliśmy naszych kiszonych grzybów - wooow - oto rodzi się kolejna kulinarna legenda Adelajdy ;-))

Obiecuję, że nadrobię zaległości i obiecuję, że mamy fotograficzny zapis powyżej wspomnianych wydarzeń - prosimy o pamięć, wyrozumiałość, ponowne odwiedziny na blogu i... kciuki na zaś ;-))

27 grudnia 2009

Pół roku za nami - podsumowanie

Pół roku to niby niewiele, ale z drugiej strony wystarczająco dużo czasu, aby poczuć klimat nowego miejsca, zadomowić się i podsumować dotychczasowy pobyt kolejną opinią.

Wyjazd do Australii to na pewno wydarzenie wielkiej wagi i spore przedsięwzięcie: logistyczne i finansowe. W tej chwili (po decyzji ministra z września br) rozpatrywanie złożonych dokumentów przystopowało i pewnie sporo się zmieni w przepisach na zaś, ale jeżeli ktoś taką decyzję podejmie i załatwia sprawy z głową, to nie może się nie udać - jest to jedynie kwestia czasu i pieniędzy, ile potrwa osiągnięcie celu...

My swoją drogę do wizy przeszliśmy przez bolesne prawie dwa lata (prowadzeni przez agenta poleconego stąd przez znajomych), potem odstaliśmy w kolejce około roku, a później na szczęście wszystko nabrało zdrowszego tempa ;-))
Od kiedy podjęliśmy naszą decyzję, przyjęliśmy założenie, że patrzymy tylko naprzód, że nie zbieramy w sobie goryczy związanej z wysoką ceną, jaką za ten projekt życia przyszło nam zapłacić. Od momentu, kiedy jesteśmy tutaj, układamy sobie nowe życie, odnajdujemy się bez żadnych (odpukać) problemów w nowych realiach i, o dziwo, od początku czujemy się tutaj 'normalnie' i 'u siebie' - tak jest, bo tak miało być.

Po półrocznym pobycie w Australii obydwoje pracujemy - tak jak chcieliśmy (chociaż oczywiście jest to ciągle faza przejściowa) - tj. ja w biurze w City, w kostiumie i na kontrakcie ;-) (chociaż 'prawdziwy' kontrakt 'ruszy' dopiero od 1 stycznia, przynajmniej wedle usłyszanych od szefa obietnic), a Łukasz jako samodzielny przedsiębiorca. Nasze zarobki to na razie marniutkie minimum, wystarcza ono jednak na spokojne życie.
Oszczędności przywiezione ze starego kraju w wysokości określonej przez tutejszy rząd (przepisy mówią o 30 tysiącach dolarów i naprawdę tyle mniej więcej potrzeba) pozwoliły nam się zadomowić, np. umeblować wynajęty pusty dom i postawić obok niego samochód (na razie jeden, ale to kwestia czasu, kiedy pojawi się drugi, bo bez samochodu jest... mniej korzystnie ;-)). Kwestią indywidualnego wyboru jest, czy ktoś (jak my) przywiezie na swój koszt od razu część dobytku ze starego kraju, czy też przywiezie pieniądze i wszystko od nowa kupi tutaj - koszty przewozu są spore, rynek usług w Polsce raczkuje; koszty kupna tutaj raczej korzystne - chociaż oczywiście wszystko zależy od oczekiwań, gustów i... możliwości poczekania na okazję.

Bardzo dobrym rozwiązaniem dla nas była możliwość skorzystania z rządowego projektu mieszkania na pierwsze trzy miesiące - my ten czas wykorzystaliśmy na rozpoznanie rynku nieruchomości i na przygotowanie listy miejsc, gdzie zrobimy potrzebne zakupy. W dniu przylotu wystarczyło kupić jedynie pościel i ręczniki, co samo w sobie było bardziej przygodą niż uciążliwością. Mieliśmy parę tygodni na wybranie dzielnicy, gdzie chcemy wynająć dom, na poukładanie spraw w banku, na rozpędzenie poszukiwań pracy itp.
Ogromnym plusem, naszym zdaniem, był fakt posiadania komputera i podłączenie Internetu tuż po przyjeździe. Dzięki temu czas od początku pracował na naszą korzyść - od początku uczyliśmy się nowego miejsca, wiele informacji wyszukując w sieci.
Poznaliśmy tutaj także nowe znaczenie słowa: kontakty. Faktycznie, bez znajomości tutaj dużo trudniej się poruszać, a jeśli nie trudniej, to na pewno wolniej. Niestety, trzeba szybko nauczyć się zarówno zdobywać, jak i filtrować informacje - nie wszyscy chętnie dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniami (zwłaszcza niestety Rodacy zdają się wierzyć w sprawiedliwość w wydaniu: jeśli sam dostałem baty, to czemu 'nowego' ma to ominąć? skoro mnie było ciężko, to czemu jemu ma być łatwiej? - brrrrrrrrr, no, ale takie jest życie ;-)), a jak już mówią, to też trzeba ostrożnie, bo nie wszystko, co doradzą życzliwi jest najlepszym rozwiązaniem, nie wszystkie informacje są pełne i aktualne, warto zawsze sprawdzać, aby ograniczyć ilość popełnianych błędów.

Po prawie trzech miesiącach przeprowadziliśmy się 'na swoje' - do wynajętego domu. W tym czasie zdążyły dopłynąć rzeczy wysłane z Polski, a chwilę później wrócił do nas Popiołek, któremu skończyła się kwarantanna w Melbourne. Mieszkamy w domu, co jest dla nas nowym doświadczeniem życiowym, uczymy się dbania o dom (inaczej niż o mieszkanie) i o ogród - na tym polu debiutujemy i to na dodatek w nowym klimacie - uczymy się walczyć z insektami i zabiegamy o przeżycie nowo zakupionych roślin, co wychodzi nam różnie ;-))

Ogromnym plusem jest na pewno znajomość języka. Ja swój angielski 'przywiozłam', a Najmilszy uczy się bardzo intensywnie, odkąd przyjechaliśmy: sumiennie chodzi do szkoły (wariant wieczorowy, dwa razy w tygodniu), a oprócz tego na całego 'zanurza się w języku' - ogląda TV i słucha radia, samodzielnie załatwia różne codzienne sprawy, także w urzędach oraz przez telefon. Komunikuje, jak umie, dopytuje, jeśli czegoś nie wie. Praktyka czyni mistrza, więc i u Najmilszego Mistrza widać postępy, które mobilizują do dalszej pracy.
Wśród znajomej Polonii poglądy i doświadczenia są bardzo różne, ale przeważa opinia (nawet wśród tych, którzy kiedyś sobie szkołę odpuścili), że znajomość języka bardzo pomaga i buduje pozycję nowoprzybyłego.

Nowa ojczyzna jest coraz bardziej 'nasza', czujemy się tutaj świetnie i wciąż rozczarowujemy nielicznych sceptyków, co to liczyli na nasze smutne miny, rozczarowanie itp - nic z tego - jest nam tu dobrze i wiemy, że może być tylko lepiej ;-))
Otacza nas państwo, gdzie dobrze się żyje (choć podobno bywało tu o niebo lepiej ;-), przepisy, które da się zrozumieć, których się tu przestrzega i które się egzekwuje, wspaniała przyroda, życzliwi ludzie (wyjątki zdarzają się jak wszędzie, ale jako osoby asertywne dajemy radę ;-)), cudowne krajobrazy. Ocean pływa niedaleko, papugi się drą, wiatr szumi w palmach i eukaliptusach. Każda wycieczka to miniwakacje, każdy wypad to turystyczna atrakcja. A do tego kulinarne propozycje wokół - zarówno restauracje, jak i produkty...

Nasz dom to miejsce magiczne, bo jesteśmy w nim my, nasze cudne koty i znajomi, których grono powoli, ale systematycznie budujemy, przemeblowując jak i kiedy trzeba. Za chwilę skończy się ten przełomowy, pełen emocji i wrażeń rok i zacznie się nowy - Ahoj Przygodo! nie milknie.

24 października 2009

Blog ma rok ;-)

Parę dni temu minął rok Chudzielce Story.
Marzenie naszego życia weszło w tym czasie w fazę swojej realizacji, przybyło nam wiele doświadczeń, w tym dotyczących bloga właśnie.

Blog okazał się narzędziem fantastycznym: mobilizuje do wpisów, jest świetną platformą kontaktu z bliskimi osobami, niweluje różnicę czasu i odległości, ułatwia czas milczenia, kiedy rozmówców akurat nie ma przy komputerach po drugiej stronie (sic!).
Blog pomaga w prowadzeniu systematycznych zapisków, wymusza segregowanie treści i dobieranie tematów. Zachęca do umieszczania kolejnych wpisów, bo a nuż kogoś zaciekawią, rozwieją wątpliwości, może kogoś zainspirują... Zapis służy więc nie tylko autorowi, ale i pozostaje trwałą pamiątką na 'za jakiś czas'. I dobrze, bo pamięć jest ulotna, a my mamy okazję zapisywać 'na gorąco' spełnianie się naszego życiowego marzenia, wielkiego planu układanego przez długie miesiące, wyczekanego i okupionego sporymi nakładami ;-))

Nieocenioną zaletą bloga jest dla mnie jego multimedialna strona (na razie wykorzystywana przy umieszczaniu linków do innych stron, aby rozwinąć poruszane tematy oraz zdjęć) oraz interaktywność. Nie odpowiadam na poszczególne komentarze bezpośrednio, ale staram się do nich odnosić w rozmowach oraz kolejnych wpisach. Komentarze cieszą mnie niezmiennie i są pierwszą częścią bloga, którą sprawdzam, ilekroć go otworzę.

Najwierniejszym Czytelnikiem jest Najlepszy z Mężów - czyta na bieżąco, choć moim zdaniem blog skorzystałby bardzo, gdybym umieszczała tu więcej wpisów inspirowanych przez Niego - zawsze to męskie oko, męski sposób myślenia, racjonalne podsumowania i wnioski ;-)) W mojej głowie dojrzewa pewien pomysł - może się uda wprowadzić go w tym nowozaczętym drugim roku pisania? ;-)

Wszystkim Czytelnikom serdecznie dziękuję - za odwiedziny, za ciepłe słowa, za pytania, które mnie inspirują i za... pokazane słoiki ;-)) Tak trzymajcie - bez Was ten blog nie będzie taki sam ;-))

4 lipca 2009

Ukłon w stronę Czytelnika

Zacznę od podziękowań. Za to, że jesteście i że tak licznie i żywo reagujecie na powstające tu wpisy.
Cieszy mnie Wasza obecność, cieszą przekazywane opinie, a nade wszystko - cieszą mnie komentarze*.
Niektórzy z Was zaszczycili nas wpisując adres tego bloga jako swoją stronę startową; widzę takich, którzy na bieżąco sprawdzają, czy przegraliśmy do albumów zdjęcia z aparatu (yyyy, tego, no...); są tacy, którzy poranną kawę uzupełniają australijskim newsem (if any ...) - bardzo Wam dziękuję, bo Wasza obecność bardzo popycha ten blog do przodu. I chciałam dodać w tym miejscu, że co prawda nie odpisuję na kolejne komentarze, ale zaczynam oglądanie bloga po włączeniu komputera od sprawdzenia, czy jakieś komentarze się pojawiły ;-))

Dziękuję za wszystkie kciuki i życzenia. Im więcej ich będzie, tym bardziej entuzjastyczne wpisy tu znajdziecie, bo na moc kciuków nie ma rady, o czym wiem, odkąd czytam Pewne-Forum ;-))

Od Zdjęcia Bloggera

Wszechświat nie pozostaje obojętny ani na trzymane kciuki, ani na nasze marzenia, do których spełnienia dążymy. Mam nadzieję, że wpisy na tym blogu będą dawały liczne na to przykłady. A jeśli dla kogokolwiek z Was, Drodzy Czytelnicy, okaże się to inspiracją, doda otuchy, czy zmobilizuje do zakrzyknięcia Ahoj Przygodo!, to już mi serce roście (sic!) na samą myśl o tym. Zachęcam do zbierania, a może i nadsyłania przykładów - to się bardzo przydaje w takie dni, kiedy nam jesiennieje za oknem i w duszy, kiedy trybiki się zatną, utkną i nie chcą ruszyć w wymarzonym przez nas kierunku... Bo że trybiki ruszą, to wiadomo, tylko czasem nie wiadomo: kiedy ;-)

Zabawne, jak często się łapię na tęsknocie za rzeczami, które płyną do nas. Ostatnio był to jeden ze słowników, do którego chciałam spojrzeć, by sprawdzić czy warto mu dokupić 'kuzyna'. Dziś, pisząc o odpowiedziach Wszechświata na nasze marzenia pomyślałam oczywiście o Alchemiku ;-)) Jasne, wiem, że większość z nas dawno wyrosła z tej książki ;-)), ale prawdy w niej zawarte pewnie dlatego oddziałują tak silnie, że w tak prostej formie zostały nam podane, poza tym mgiełka baśni i poezji zawsze sprzyja opowieściom, prawda? Cytatu więc nie będzie, ale pewnie wszyscy wiemy, o co chodzi i co poza blogiem pomaga na jesienne nastroje duszy ;-))

Niedawno pisałam o za małych kubkach herbacianych i co? Wczoraj podczas zakupów już w dziale z warzywami uśmiechnęły się do nas kubki o rozmiarach może-nie-całkiem-satysfakcjonujących-ale-już-lepszych-niż-przeciętny-kubek ;-) Przeczytałam etykietę 'kubki na zupę', uśmiechnęłam się pod nosem, wymieniłam z Miłym Mym porozumiewawcze spojrzenie i... zapakowałam do koszyka trzy sztuki. Dlaczego trzy? Hmmm, jakem skąpiec ;-) 3 szt za A$6, więc wziąć czterech nijak nie mogłam, sześciu wziąć nie śmiałam ;-))
I kto mi powie, że Wszechświat nie czuwa, gotowy by spełniać nasze marzenia?

Jeszcze słówko o smokach, skoro odpowiadam na komentarze. Stadko ma się dobrze, pociech przybyło, między innymi piękne maluchy smoków letnich. To moi ulubieńcy - smoki letnie podobają mi się najbardziej ze wszystkich pór roku. Jasne, że zapraszam do oglądania i klikania, szczególnie na jajka i na pisklaki - dzięki temu rosną i mają się dobrze ;-)
O klikanie proszę tym bardziej, że czas kiepskiego połączenia internetowego przyczynił się do dwóch śmierci - straciłam jajo i pisklaka, bo zabrakło kliknięć, a ja nawet nie mogłam biedusiów podrzucić komuś innemu... Aha: i nie pytajcie mnie, czemu hodowla smoków mnie tak wciągnęła - nie wiem, po prostu tak mam ;-))

Na koniec zagadka: skąd wiem, że nadeszło południe? Jeśli jestem wtedy w domu, wiem ponieważ włącza się radio! Taka magia ;-)) Jakem humanistka: jest to dla mnie kolejny dowód na to, że w radiu mieszkają małe ludziki, które włączając radio przesyłają mi wiadomość, że już dwunasta ;-))

--------------------------
* Ostatnio w jednej rozmów okazało się, że nie każdy wie, gdzie te komentarze są i jak je odczytać.
Zapraszam, bo to ważna część bloga: pod każdym postem znajduje się zielony napis: komentarze Jeżeli jest ich więcej niż zero, wtedy należy najechać myszką i kiedy pojawi się łapka, kliknąć w ten wyraz, a komentarze się wyświetlą.

14 czerwca 2009

Dwie dziurki w nosie i zaczęło się ;-)

Pierwszy samolot wystartował w czwartkowe przedpołudnie.

Na lotnisku pożegnały nas słodko-gorzkie uśmiechy, łezki w oku, Mama kreśląca na naszych czołach znak krzyża - tradycyjnie i po polsku, a potem razem z Tatą i Artystami Obiektywu - Anią i Piotrem - machająca na pożegnanie z tarasu widokowego. Całości dopełniały serdeczne SMSy oraz wspomnienia licznych imprez pożegnalnych z ostatnich tygodni.
Oj, poświętowaliśmy godnie, pożegnaliśmy się z większością Bliskich, choć kalendarz miał swoje okrutne prawa i nie dla wszystkich wystarczyło czasu.

Od Zdjęcia Bloggera

Londyn powitał nas strajkiem metra, unieruchomił na Heathrow w oczekiwaniu na kolejny lot. Pozwolił zasmakować po raz pierwszy nowego poziomu obsługi klienta oraz poznać bliżej Agnieszkę i Wojtka. Nasi nowi znajomi byli w drodze na swoje wakacje, które skończą się w mieście, do którego my jedziemy bezpośrednio. Na kawę zatem już jesteśmy umówieni ;-)
Minusy Londynu?
Brak dostępu do darmowego Wi-Fi na lotnisku.
W tej jedynej kwestii okazało się, że Kraków rozpieszcza swych mieszkańców i gości...

Wieczorem ruszyliśmy w dalszą drogę. Od tej pory opiekował się nami Nasz Ulubiony Przewoźnik. Zostaniemy z Qantasem na zaś - zdecydowanie podbili nasze serca.

Droga na spotkanie naszej Przygody obejmowała cztery przeloty i trwała ponad dobę, ale było warto.
Dotarliśmy do ostatniego lotniska, przeszliśmy przez procedury bezpieczeństwa, oddaliśmy ostatnie wypełnione kwestionariusze i usłyszeliśmy profesjonalnie wypowiedziane "witamy". Na lotnisku powitali nas przyjaciele oraz agent. Razem pojechaliśmy do mieszkania, w którym zostaniemy na najbliższe 12 tygodni - taksówką na koszt rządu, z taksówkarzem, który podjął się roli ambasadora Naszej Nowej Ojczyzny - opowiedział nam o mieście, o tym, gdzie co kupić, o oceanie, rowerach, pogodzie i o kupowaniu samochodu ;-)

Nowe mieszkanko Owocówką nie jest, ale ma pewien potencjał. Ma dwie sypialnie, salon, kuchnię i łazienkę, a co najważniejsze - gości w nim sporo słońca ;-)

Od Zdjęcia Bloggera

Ocean dmuchnął nam w twarze i dusze swoim świeżym oddechem; ulice i ogrody pokazały swoje skarby, czyli mega rośliny, które do tej pory widywałam w doniczkach, w zupełnie innych rozmiarach; z utęsknieniem czekam na tutejsze "wróble", na razie zobaczyłam, powiedzmy, "gołębie", czyli... pelikany.
Brzmi fajowo, prawda?
I tak już będzie ;-)

Pogoda była zaskakująca - wbrew prognozom świeciło słońce na czystym niebie. Wiał chłodny wiatr, ale sweter i polar wystarczyły ;-)

Od Zdjęcia Bloggera
Od Zdjęcia Bloggera
Od Zdjęcia Bloggera
Od Zdjęcia Bloggera

Zaliczyliśmy pierwszy lunch (kuchnia grecka na początek) oraz pierwsze zakupy - mamy zapas jedzenia na kilka dni (na razie nie z placu, na którym spodziewamy się znaleźć nowości ;-), nową pościel i ręczniki.
Drobne rzeczy, a jak cieszą ;-)

11 czerwca 2009

Listy z podróży - Londyn, Heathrow


Kochani,
Jesteśmy w Londynie. Siedzimy już na Heathrow i czekamy na otwarcie check-in. Nie wychodzimy z lotniska, bo strajkuje metro - buuuuu...
Na razie wszystko - odpukać - idzie zgodnie z planem i nie przewidujemy opóźnień. Jedyne co wkurza, to brak wi-fi i polskich liter na ich płatnych komputerach.
Do zobaczenia w Adelajdzie o 8 rano w sobotę ;-)

Kot na kwarantannie zdenerwowany, ale spoko. Już mamy raporty od nich ;-) Daje się głaskać pracownikom ośrodka, a to już sporo ;-)

Pozdrawiamy,
Nowi-Przybysze



Od Zdjęcia Bloggera
Od Zdjęcia Bloggera
Od Zdjęcia Bloggera


Kochani Rodzice,
Już jesteśmy na Heathrow i już coś sobie zjedliśmy pysznego.
Czekamy aż będzie można nadać bagaże, podobno check-in otworzą o 17:00, czyli za parę minut. Zobaczymy, czy na wszystkie loty?

Na razie idzie zgodnie z planem.

Pozdrawiamy,
Dzieci-w-drodze-do-Australii

 

List z podróży - Londyn, Gatwick


Kochani,
Właśnie wylądowaliśmy w Londynie. Niebo zachmurzone i zbiera się na deszcz.
Kupiliśmy bilety na lotnisko Heathrow. Autobus mamy o tutejszej 14:40, na miejsce dojedziemy na 15:30, czyli w Polsce o godzinę później.

Metro nie jeździ co najmniej do wieczora (wybrali sobie datę na strajkowanie, co?), więc chyba nic nam nie wyjdzie z wycieczki wgłąb Londynu. Dostęp do Internetu mamy tu tylko z ich płatnych komputerów - na razie nie możemy użyć laptopa.

Mamy wieści z ośrodka kwarantanny. Popiołek dotarł bezpiecznie. Jest zdenerwowany, niewiele je, ale skorzystał normalnie z kuwety. Podobno to typowe zachowania i podobno po kilku dniach powinno już być ok.

Na razie kończę, bo mija nam wykupiony czas. Mam nadzieję, że odezwiemy się z Heathrow przed drugim odlotem.

Buziaki z Londynu.
Dzieci-w-drodze-do-Australii


Od Zdjęcia Bloggera

6 czerwca 2009

Gorączka chłodnego czerwca

Wpadam na chwilkę po długim czasie smutnego milczenia.
Nasze Chudzielcowe Story kręci się od pewnego Lutowego Wieczoru jak karuzela.
Po dłuuuuuugim czasie w naszym tunelu zajaśniało światełko - Projekt A wkracza w swą właściwą fazę. Ahoj, Witaj Przygodo! - tak, to bardzo odpowiednie słowa.

Owocówka ma nowego właściciela. Już czeka na swych nowych mieszkańców, ale jeszcze nas gości. Spakowane rzeczy piętrzą się w półtoratonową hałdę pudeł na dwóch europaletach i tworzą grunt neutralny, na którym ktoś inny wyczaruje swoją wersję Owocówki.

Od Zdjęcia Bloggera

Kraków współpracuje, niestety, w kwestii czekających nas zmian - razem trenujemy nadchodzącą ku nam zimę. A szkoda! Bo my przecież kochamy słońce, a i Krakowowi ze słońcem i ciepłem bardziej do twarzy.
Grzeją nas za to spotkania pożegnalne. Kalendarz od dłuższego czasu jest naszym niezbędnikiem - pozwala optymalnie sprawiedliwie dzielić naszym Czasem Krakowskim tych, którzy stają w kolejce - cóż to za wzruszający ogonek ;- )

Walizki Czarnoweselne doczekały się przyrodnich sióstr - szarosrebrnej Dużej i Średniej.
Karuzela wiruje...

2 marca 2009

Kończy się luty...

Zima tego roku była godna swej nazwy. Zamarudziła ze śniegiem psując nam święta i tło za choinką. Potem i śniegu nie poskąpiła, niektórym aż się przejadło... Za to zimno było popisowo od samego początku, i ciemno, i bezwiosennie....
Chudzielce Story pomroczniała od tej zimy, zieleni w nas zostało tyle co w ramkach bloga, nadzieja tliła się gdzieś w kątku, ale królowały smutki i trzymanie miny mimo wszystko i wbrew rzeczywistości.
A i grypa nas nie oszczędziła w tych smutnych czasach...

I oto 13 lutego, w piątek, zajaśniał nam pierwszy promyczek zwiastujący wiosnę, ba - lato stulecia zwiastujący. Śliczny optymistyczny pierwiosnek, chociaż jeszcze nic to pewnego nie było - zwiastun na razie. Zwiastun wywołał jednak pierwszą solidną burzę, wstrząsnął nami i naszym światem.
Zagrzały się łącza, wyszukiwarki zadziałały na najwyższych obrotach, bo Najnowszy Projekt Życia wszedł w kolejną fazę zbierania informacji i wybierania opcji.
W świat powędrowały e-maile z prośbą o przygotowanie różnorakich ofert.

Kolejny dzień, który będziemy zaznaczać jako dzień świętowania w naszych przyszłych kalendarzach, to 25 lutego. Stały się wtedy dwie rzeczy: pewien pracodawca dowiedział się, że oto z końcem maja traci pracownika, a pewien urzędnik oficjalnie podpisał papiery otwierające aplikującym Drzwi do Przygody Życia. Juuuuuuppppiiiiiiiii! A raczej: Ahoj, Przygodo!

1 marca odczytaliśmy maila, w którym było napisane o tym urzędniku ;-)

W tym gorącym okresie Owocówka miała wielu gości, większość została jej fanami, ale nie każdy był zainteresowany przełożeniem swej sympatii na kasę i transakcję.
Nie każdy, ale... Ciiiiiii, nie zapeszajmy ;-)

Zapyta ktoś może o Popiołka po tak długiej przerwie?
Proszę bardzo: Popiołek dorobił się mikroczipa zgodnego ze standardami ISO, granatowego paszportu, w którym odnotowano szczepienie przeciw wściekliźnie oraz... pudełka (ex-zgrzewki po mleku), w którym trenuje pakowanie się ;-)
Okazał się przy tym od początku Mistrzem Przenikliwości i jako Kot Supergrzeczny od początku prosił pięknie o dołączenie go do Projektu, skoro szczęśliwie dla wszystkich Chudzielców zmieniły się przepisy ;-))