Pokazywanie postów oznaczonych etykietą truskawki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą truskawki. Pokaż wszystkie posty

28 września 2014

Niedzielne mgnienie wiosny

Trwa kolejny weekend.
Wiosna zagościła się na dobre - jest już z nami nie tylko według nowoojczyźnianej tradycji (tj. od pierwszego września), ale i zgodnie z kalendarzem astronomicznym (23 września ;-)

Powietrze lekko drga z powodu ciepła, nad nami jasnobłękitne czyste niebo, w eukaliptusach na zmianę to głośniej drą się ptaki, to głośniej szumi wiatr.
Słońce! Ciepło!
Australio, witaj z powrotem ;-)

Skoszony przed tygodniem trawnik odrasta w oczach - jeszcze gęsty i zielony, jeszcze niepomny letnich słonecznych ugryzień ;-) Fikusy budzą się z zimowej drzemki - rozwijają nowe liście rozpoczynające kolejny sezon. Na stole doniczkowe cymbidia prezentują świeżo rozwinięte kwiaty, spod daszku pozerkują truskawki, które biorąc przykład ze storczyków - rosną i rozwijają pierwsze kwiateczki.




Przy furtce pigwa też dumnie okryta białymi kwiatami, obok grant przygotowuje swoje pąki, które rozwinie nieco później.
I pomyśleć, że trochę się obawiałam, czy po jesiennym urodzaju pigwowych owoców, Królowa przy Furtce nie zdecyduje się aby odpocząć w tym sezonie. Chyba jednak możemy spać spokojnie ;-)
Przy przyszłym wodospadzie rozwinął się liliopodobny kwiatostan.






Po drugiej stronie cytrusowy sad prezentuje kombinację dojrzewających owoców i kwiatów w różnej fazie rozwinięcia. 
Zza węgła (no dooobrze, zza rogu Przyczółka) wychylają ostatnie kwiaty kamelii - jeszcze pysznią się wcześniejszymi barwami sukienek, ale już coraz więcej wśród płatków pożegnalnej rudości. A ruda sukienka oznacza koniec balu i lot na ziemię, a potem sen i odpoczynek...






Przed Przyczółkiem na krzewach rozwijają się kolejne wiosenne róże. To na razie pojedynczy liderzy, dopiero zapowiadający występy zespołowe, ale różany zapach już wita gości.



Koty, jak zwykle, patrolują ogród i teren za płotem (Aganiok). Wśród kwiatów przelatują motyle i ważki. Żaby jeszcze śpią, śniąc zapewne o czekającym nas wieczornym koncercie. Na płocie, na garażu lub na trawniku raz na jakiś czas ląduje ptak - coś tam zagada, pokrzyczy, ponarzeka na koty i leci dalej, na sąsiednie drzewa.


Najmilszy z Moich Mężów w doborowym towarzystwie mknie autostradą do sąsiadów - znów jedzie pograć w golfa w Wiktorii, na polach półwyspu Mornington (Mornington Peninsula).

Ja napawam się ciszą i pięknem okoliczności przyrody nadrabiając kronikarskie zaległości i rozważając jak bardzo chcę dziś umocnić swoją mocno chwiejącą się pozycję Perfekcyjnej Pani Domu ;-)

Pomiędzy piątkową uroczystością odebrania dyplomów a otrzymaniem pozytywnej opinii na moją ciągle jeszcze powstającą aplikację o przyjęcie mnie na studia doktoranckie chwilowo brak mi wymówek pozwalających się wymigać od domowych obowiązków...
Co by tu najpierw...?

12 lipca 2014

Coś jakby bilans, albo jakby półmetek zimowy

Trwa zima...

Wieczorem idziemy na zimowe party. Ha! Czas przewietrzyć szaliki, czapki i rękawiczki :-) A jako, że wyjazd na tutejsze narty ciągle odciąga się w czasie, będzie też okazja, żeby w ramach przebrania przewietrzyć spodnie narciarskie ;-)
Wczoraj w czasie przechadzki po Glenelg mijaliśmy lodowisko, zamontowane czasowo przy molo, na okres trwających wakacji. Choć niewielkie, cieszy się sporą popularnością - bilety zostały wykupione 'na pniu', z wyprzedzeniem na późniejsze terminy.

Dziś po porannym spacerze podeszłam do Przyczółkowego sadu cytrusowego, zerwałam i zjadłam trzy soczyste 'swojskie' mandarynki - i tak sobie pomyślałam, że gdzieś tam daleko w starej ojczyźnie trwa teraz upalne lato... My brniemy przez zimną zimę i pocieszamy się dojrzewającymi na drzewach cytrusami ;-)  


Kiedy Najmilszy z Moich Mężów wróci z pracy, przywitam Go budyniem cytrynowym - 'swojskim', a jakże :-) i herbatą z sokiem z pigwy.

Nie jest źle, no nie jest źle :-) I do tego: trwają wakacje :-)

Jeszcze nieoficjalnie, ale z ogromną radością i satysfakcją świętuję koniec semestru, a zarazem koniec mojej przygody z Flinders University - czas odebrać dyplom i... ruszać dalej ;-) Wbrew wcześniejszym negocjacjom tutaj nie zrobię mojego zaplanowanego doktoratu tak szybko, jak bym chciała.
Hmmmm, zmodyfikowałam zatem pierwotny plan i ruszam gdzie indziej ;-)
Rozmowy trwają, więc na razie proszę o kciuki ;-)

Zakończyliśmy też kolejny rok finansowy. Fachowy Księgowy :-) jeszcze finalizuje papiery, ale na tym polu też bilans wypada dobrze :-)
Jak często tutaj, z Ostatnim z Moich Mężów patrzymy na siebie z uśmiechem i mrugając znacząco powtarzamy, że lubimy tu mieszkać :-)


Tej zimy pewnie nie pada więcej deszczu niż w poprzednich latach, ale bardziej zwracamy uwagę na intensywne opady, bo mieszkamy teraz tuż koło rzeki i rano często widzimy zalane brzegi i poziom wody zakrywający przejście na drugą stronę.

Wokół Przyczółka zielenią się trawniki, ptasie radio w eukaliptusach jakby mniej intensywne - ptaki bardziej się wydzierają, niż sławią śpiewem 'okoliczności przyrody'. Róże, przycięte zgodnie z tutejszym kalendarzem, wydają się takie malutkie - już nie odgradzają nas od Georga-sąsiada, ani nie przysłaniają okien sypialni. Śpią i nabierają sił przed kolejnym sezonem, kiedy wystroją się znowu w białe sukienki.









Aganiok coraz większy, w gęstym zimowym futrze i z iście lwią grzywą dziesiątkuje okoliczne stada gołębi oraz populację gryzoni i pod naszą nieobecność przynosi 'żywnościowe dokładki do zapasów domowych'. Czasem takiej dokładce udaje się uciec, i czasem Najmilszemu uda się dokładkę uratować i zwrócić jej wolność. Czasem...
Popiołek wyszukuje ciepłe kąciki, stara się nie okazywać, jak bardzo tęskni za kaloryferami, regularnie obchodzi teren Przyczółka wewnątrz granic i okazuje Aganiokowi tyle serca, wyrozumiałości i cierpliwości, ile tylko się da... albo i więcej.



30 listopada 2011

Pożegnanie wiosny

Wyczekana, wytęskniona i... już po wiośnie - jutro zaczyna się lato.

W nową porę roku wkraczamy z zapasem nadziei, energii i dumnie podniesionym czołem :-D
'Ogród' w 'pergoli' rośnie w oczach: sadzonki w skrzynkach i koszykach pięknie się rozkrzewiły, nasiona wykiełkowały pięknie z wyjątkiem papryki (na razie - mamy nadzieję), pomidory i ogórki zasłużyły na sznurki - pięknie rosną i prezentują kwiaty (a jeden z pomidorów nawet pierwsze dwa owoce).

Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011

Kuzyn Konia, czyli starszy fikus już prawie sięga sufitu, co chwilę rozwija nowe liście, młodszy - dzielnie go goni. Oba phalenopsisy w pełnym rozkwicie.

Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011

Na zewnątrz frangipani prezentują coraz większe liście, na jednym z wierzchołków rośnie kwiatostan - trzymam mocno kciuki szeroko się uśmiechając.

Od Lawendowa_Chatka_2011

U cytrusów w beczkach najwięcej dzieje się u cytryny - widać kilka pokoleń, czyli owoce o różnych rozmiarach oraz sporo pączków kwiatowych, lemonka i mandarynka mają małe owocki. Pomarańcze: jedna nadal śpi, druga chyba nieco się zbiera do życia (niedawno Najlepszy z Ogrodników znowu ją nieco popodcinał).

Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011

Wiosna pożegnała nas piękną pogodą - dziś było ciepło i słonecznie, wczoraj wieczorem i w nocy zaliczyliśmy popisowy deszcz (chwilami tak mocno bębnił o dach, że wychodziliśmy sprawdzić, czy to nie grad, ale nie - to były tylko duże gęsto padające krople). Była też burza z efektownymi piorunami (u nas bardziej je było widać niż słychać) i porywisty wiatr.
Przygotowania do burzy nieco zmąciły nam poniedziałek: powietrze w ciągu dnia wypełniała ciepła duszna wilgoć (temperatura około 28 stopni), a moją głowę prawie rozerwało na kawałki.
Ufffff, w końcu spadł deszcz, powiał wiatr, przeszła burza i... wszystko wróciło do normy.

Podczas deszczu nie tylko my odetchnęliśmy z ulgą - wyraźnie odżyły też rośliny. Śmiałam się, że gdyby nie bębnienie, to usłyszelibyśmy jak trawa rośnie :-D Za Chatką wyraźnie widać świeże odrosty (bo przez chwilę przebijały wysuszone połacie), za to z przodu trawnik zrobił się popisowy - chodzi się po nim jak po dywanie - przyjemnie sprężynuje pod stopami ;-)

A co słychać poza Chatką?

Otóż, w Stella Creek Orchard w ostatni weekend listopada rozpoczął się sezon czereśniowy.
Pojechaliśmy w niedzielę i trafiliśmy w dziesiątkę.

Od Zdjęcia_Bloggera_5
Od Zdjęcia_Bloggera_5
Od Zdjęcia_Bloggera_5

Albo nie wszystkim się chciało, albo pochmurna sobota odstraszyła chętnych - słowem: tłoku nie było :-D Zebraliśmy dwa wiaderka pięknych owoców z dwóch jasnych odmian: Summit (powtarzam za źródłem: dojrzewa w środku sezonu, o jasnym kolorze i silnym, słodkim smaku. Jedna z odmian o największych owocach - piękne czereśnie w kształcie serca o fantastycznym smaku. Ze względu na rozmiar i pozostałe właściwości osiąga najwyższe ceny w sprzedaży.) i Vega (wczesna odmiana o białym miąższu i skórce w kolorach złota i czerwieni. Owoce o średniej do dużej wielkości, średnio słodkie. Vega ma swoich wielbicieli ze względu na unikatowy smak.)
Trudno powiedzieć, które są lepsze. Duże (wielkości mirabelek 8-0), soczyste, aromatyczne.

Od Zdjęcia_Bloggera_5

Wracając z czereśniowych sadów wstąpiliśmy do Stirling na pyszny lunch w Tranquilo - niedużej nastrojowej knajpce, której wnętrze tchnie śródziemnomorskim ciepłem (werandę ocienia winorośl), gdzie obsługa jest fachowa, przyjazna i uśmiechnięta, a dania - mmmmmmmm, smakują wybornie.
Zjedliśmy lunch: Najlepszy z Mężów filet z kangura (buuuuuuu....) z puree z patatów, duszonym szpinakiem i wywarem (jus) z buraków, ja - pyszną sałatkę z grillowanych warzyw z karmelizowanymi orzechami pekan.
Z żalem, ale i z powodu braku miejsca w żołądkach zrezygnowaliśmy z kuszących propozycji deserów i kawy.

Odwiedziliśmy lokalny market (zakupując do kompletu megatruskawki :-) i pojechaliśmy na krótki spacer do pobliskiego Warrawong.
Ten prywatny park otwarty jest w weekendy (w tygodniu trzeba zadzwonić i się umówić), organizuje też nocne wycieczki na spotkania ze zwierzakami, które w ciągu dnia śpią. Można zjeść coś dobrego w tamtejszej kafejce oraz zatrzymać się na noc w jednym z domków campingowych.

Od Zdjęcia_Bloggera_5

Żelaznym punktem wizyty w Warrawong jest głaskanie kangurów, o określonych godzinach można zobaczyć prezentacje zwierzęcych mieszkańców parku, szczęściarzom udaje się wypatrzyć dziobaka (nie wierzę ;-p), na pociechę po stawach pływają kaczki, czarne łabędzie, a w wodzie figluje sporo wodnych żółwi.

Tym razem udało nam się też wśród megapaproci wypatrzyć bandicoota (gryzoń o wielkości porównywalnej do szczura, ma jednak grubszy ogon i inny kształt głowy - bardziej szpiczasty nos). Nie widzieliśmy walabii (to takie nieduże kangury, dosyć płochliwe niestety). Jak na kogoś, kto do parku wszedł niecałą godzinę przed zamknięciem to i tak nieźle :-D

Od Zdjęcia_Bloggera_5
Od Zdjęcia_Bloggera_5

17 lipca 2010

Ogrodnicze zmagania

W nowej ojczyźnie zdecydowanie, jak do tej pory, nie idzie nam ogrodnictwo.

Trawa rośnie całkiem całkiem, ale najlepiej w zimie, czyli wtedy, kiedy chyba nie ma możliwości, aby komuś nie rosła.
O niebo lepiej, bujniej i w każdym miejscu, rosną za to chwasty. Rośliny niechciane i w niechcianych miejscach udają nam się znakomicie, ale to nas oczywiście nie cieszy...
Warstwa ściółki (sławetna słoma fasolowa) nie za bardzo się sprawdziła - było jej chyba za mało i stworzyła chyba nie dość szczelną, nie dość zbitą warstwę (albo trzeba ją jednak było regularnie polewać środkami chwastobójczymi) - efekt jest taki, że... trawnik wymknął się spod kontroli i dotarł do samego płotu. Niby dobrze, ale nie takie było zamierzenie...

Projekt obrzeżenia trawnika przed domem trzykrotkowym pasem też się nie udał - mimo włożenia do ziemi dziesiątków ukorzenionych szczepek, większość z nich się nie ukorzeniła. Miłego Mego zniechęciło to na tyle, że 'pomógł' im podczas tego 'antyukorzeniania' kosiarką...
Próba ukorzenienia nagrandzonych oleandrów także się nie powiodła - wyschły...
Hmmm, słowem: jedyne, co wychodzi, to koszenie. A i to nie do końca, gdyż ostatnio ewidentnie przydałoby się zaatakować środkiem chwastobójczym, ale zbyt często pada deszcz... Wrrrr, a trzeba się wstrzelić w przerwę międzydeszczową co najmniej ośmiogodzinną... W efekcie trawnik przypomina kolorową łąkę, co jest może i romantyczne, ale postrzegane jako nieprofesjonalne, a o płot opierają się mleczopodobne stwory - znowu - malowniczo, ale...

W ramach walki z chwastami Najmilszy wdrożył projekt dwa-w-jednym: usunął część chwastów i przygotował romantyczne zaproszenie na moją samotną kolację:

Od Kulinaria

W doniczkach bywa różnie: albo słońce za mocno przyświeci, albo robactwo się zlezie, albo gąsienice się pojawiają - nie wiedzieć skąd i po co. Systematycznie podejmujemy kolejne próby, zwłaszcza ziołowe, ale bilans uparcie ujemny...
Dwa drzewka awokado słońce pogryzło na śmierć, a nowe pokolenie jakoś nie chce kiełkować - ale nieeeeee, ja się nie poddam.

Najsmutniejsza porażka to chyba jednak beczki. Za domem zginęło pięć cytrusów i piętnaście sadzonek truskawek, a przed domem - kolekcja kangurzych łap oraz niewypał - cukinie... Cukinie sprawdziły się raczej jako... kwiaty ozdobne, choć o rozczarowująco krótkim żywocie...
Planujemy reaktywację beczek według zmienionego scenariusza - zobaczymy, jak się uda za drugim razem...

Zioła, poza bazylią, obecnie zimują, jak się nieco noce ocieplą, podejmę kolejną próbę tzn. zasadzę pokolenie nowych roślin na nadchodzący rok - trzeba przyznać, że wiszące doniczki w minionym roku sprawdziły się całkiem nieźle.

Storczyki mam nadzieję przygotowują się obecnie do kwitnienia, eksmitowane na zewnątrz, do ogrodu. Ananasów jak na razie zimne nocy nie wzruszają, drzewka frangipani straciły już prawie wszystkie liście, ale taka ich natura, więc się nie martwię. Rozmaryn kwitnie, ale nie jakoś super efektownie, lawenda za to nie kwitnie w ogóle (jedna sadzonka lawendy też odeszła do lawendowego nieba)...

Doniczka sukulentów to obecnie (tfu tfu) moja jedyna pociecha. Roślinki rosną, mimo że nie przepadają ani za zimnem, ani za nadmiarem wody. Ostatnio dorzuciliśmy im w nagrodę trzy muszle - kulinarne wspomnienie z Mesa Lunga - fantastycznej klimatycznej knajpki z pysznymi tapas (to takie małe dania-przekąski), które zasługuje na osobny post.

20 marca 2010

Jesienna sobota, czyli czym się różni...

...mieszkanie w domu z ogrodem od mieszkania w mieszkaniu?
W naszym przypadku oznacza to sporo więcej miejsca, ale w tym poście chodziło mi przede wszystkim o ogród i otoczenie domu, a raczej o ilość pracy, która się z tym wiąże ;-)

W Starej Ojczyźnie tak się nam układało, że poza pierwszym wynajmowanym mieszkaniem, które było wybitnie słoneczne, na piętrze i z balkonem, trafiały nam się miejsca sympatyczne, ale parterowe, bezbalkonowe i w zacienionym układzie. Tu słońca nam nie brakuje, wręcz przeciwnie: rolety i zasłony odsłaniamy dopiero od niedawna, wcześniej od nadejścia wiosny zostawialiśmy zasłonięte, aby wnętrze domu w ciągu dnia się tak bardzo nie nagrzewało.

Słońce na zewnątrz przełożyło się na pasmo ogrodniczych porażek. Najlepszym miejscem dla roślin okazało się serce domu, czyli przezroczystodachowy korytarz, który zupełnie nieprawidłowo nazywamy 'pergolą', bo nam ta nazwa do miejsca pasuje ;-))

Tam rosną storczyki i zioła (ekhm, ekhm, w sensie: kolendra padła, bo nie dość, że to nie jej pora, nie dość, że przynieśliśmy ją do domu obrobaczoną, to jeszcze Aganiokowi tak się spodobała, że przytulał się do niej całym sobą... aż zadusił biedaczkę...).

Cytrusy w beczkach walczą ze słońcem, z żarłocznymi larwami, z pajączkami niby niewielkimi, ale też szkodliwymi oraz z chłodnymi nocami, kiedy spadnie temperatura. Porastają nowymi liśćmi, potem je znów gubią, razem z kwiateczkami lub nawet już zawiązanymi owockami, zasychają im końcówki, ale idą nowe odrosty itp. Zobaczymy, jak będzie w przyszłym sezonie ;-))

Truskawki pożegnały beczkowe domki i przeniosły się do Krainy Wielkich Łowów, albo tam gdzie trafiają zasuszone truskawki ;-)

Za to kącik lawendowy bujnie wyrósł (rozmaryn wyraźnie przoduje), ale letniego kwitnienia lawendy nie było :-( Szkoda, bo po sąsiedzku właśnie kwitnie i paaachnie.
Rośnie też pięknie górny odcinek ananasa, na razie ciągle w wodzie. Jak kupimy i odetniemy następcę, to ten pewnie trafi już do doniczki.

Skrzynko-donica z sukulentami okazała się strzałem w dziesiątkę - i tak oto znalazłam moje nowe botaniczne hobby ;-)) Ileż roślin do znalezienia i udomowienia, a ryzyko raczej niewielkie, że się nie przyjmą lub nie będą pięknie rosły ;-)) Mamy nawet pierwszy bonus - kwiateczki ;-))

Od Lawendowa Chatka2

Trawnik to pole walki Najmilszego z Moich Mężów. Siał, ale ptaki zjadały większość ziarenek; podlewa, ale słońce ucztuje na całego; walczył z chwastami i wychodziło różnie. Teraz znowu podlewa na potęgę i, o dziwo, kosi na potęgę.
Upały zelżały, ostatnio i deszcz się zdarzył parę razy więc... trawa ruszyła.

Od Lawendowa Chatka2

Trawniki w ogrodach to sprawa chyba przyjemniejsza do ogarnięcia, ale te paski zieloności przy ulicy... Z boku, od strony garażu jest dopiero przygrywka, rozgrzewka - na zewnątrz nie tylko się kosi, ale i podcina brzegi wyłażące poza zaplanowany pas zieleni. Przed domem - dochodzi jeszcze megaaraukaria, która okazała się okropnym brudasem. Uschnięte 'liście' spadają w niesamowitych ilościach i zalegają na chodniku i trawie. Samo z wiatrem nie poleci, chodzi się po tym kiepsko, a trawie zasłania świat i słońce...
Przy okazji koszenia trzeba więc zamiatać i zbierać to tałatajstwo.

Od Lawendowa Chatka2

Zaplanowane brzegi trzykrotkowe wzbogaciły się o kolejną partię, która puściła korzenie w wodzie. Poprzednie sprawdziłam i... przyjęła się większość, nieliczne dziury uzupełniłam dzisiaj. Oleandrowe korzenie jeszcze się czają :-( Kolejna porcja trzykrotek jeszcze w wodzie.
Przeniosłam awokado do zacienionego kącika, bo je słońce pogryzło, jak w nowych doniczkach postawiłam je na straży okna do gabinetu...

Wielkanoc za rogiem, upały zelżały, więc odsłaniamy okna w ciągu dnia, czyli zyskałam dwa powody, aby je umyć. Praca nieporównywalna z oknami staroojczyźnianymi, bo tu po prostu... jest czyściej - mniej spalin i mniej pyłów przemysłowych. Zatem ciach ciach mikrofibrowymi szmateczkami i... Najmilszy załapał się dziś na guza. Walczył z mrówkami śledząc ich szlak, po czym... wszedł w zasunięte drzwi między pergolą a ogrodem...

20 grudnia 2009

Czereśniowy zawrót głowy

W piękną słoneczną niedzielę 20 grudnia rano z miejsca zbiórki wyruszył sznur samochodów w kierunku na Stella Creek Cherry Orchard. Jest to jedno z wielu gospodarstw na wzgórzach wokół Adelaide, gdzie uprawia się czereśnie. Jest to również jedno z tych miejsc, gdzie można przyjechać i kupić owoce w cenach hurtowych lub wejść na teren sadu i do pojemnika samodzielnie uzbierać sobie tyle czereśni, ile chcemy kupić, wybierając te, które najbardziej nam się podobają.  Takie samodzielne zbieranie nazywa się PYO - Pick your own, czyli Uzbieraj według własnego wyboru.
Właściciele nauczeni doświadczeniem z poprzednich sezonów wprowadzili opłatę na wejście, którą wlicza się później w cenę kupowanych owoców, jeśli ich waga przekroczy 3 kilo.  Większość gości zanim przystąpi do zbierania, przechodzi krótką lekcję zrywania owoców - chodzi o to, aby nie niszczyć zawiązków przyszłych czereśni podczas zbierania tegorocznych.

Pogoda dopisała znacznie lepiej niż mapa i... czereśnie.  W tym roku owoców na drzewach było zdecydowanie mniej niż zainteresowanych kupujących.  My załapaliśmy się na samą końcówkę (część osób, które zamarudziły na parkingu już nie weszło na teren sadu - właściciele pobierają opłatę, więc chcieli być uczciwi mówiąc, że owoców po prostu już nie wystarczy dla tych, którzy przyjechali później).

Zbieranie okazało się sporą frajdą, mimo że faktycznie wśród drzew krążyły tłumy chętnych.  Wbrew zasadom nie wszystkie zerwane owoce trafiały do pojemnika...

Od Zdjęcia Bloggera2
Od Zdjęcia Bloggera2
Od Zdjęcia Bloggera2

Akcja trwała do napełnienia brzuchów i do stwierdzenia, że faktycznie popyt przebija podaż, więc wycofaliśmy się w kierunku kasy i sorbetu czereśniowego.  Ceny przy kasie ucieszyły nas bardziej niż smak sorbetu...
[Parę tygodni później okazało się, że kolejne zbiory w sadzie z przodu (Front Orchard) też były mniejsze niż spodziewane i sezon 2009/2010 zakończył się już 3 stycznia.]

Rozochoceni owocowo, z pewnym niedosytem po zbiorach czereśniowych ruszyliśmy w stronę Hahndorfu -  miasteczka założonego przez niemieckich kolonistów - Luteran z Prus - w 1839 roku.  Do dziś zachowało ono swój historyczny wygląd i charakter, co czyni z tego miejsca kolejną atrakcję turystyczną w pobliżu Adelajdy.  Tłumy turystów przyjeżdżają tu na niemieckie kiełbaski i piwo, można odwiedzić cukiernie, napić się kawy lub czekolady oraz zobaczyć zachowane stare zabudowania i warsztaty.

Od Zdjęcia Bloggera2

My pojechaliśmy nieco dalej, do Beerenberg Farm, która słynie z truskawek.  Jedni odwiedzają tu sklep, gdzie można kupić świeże truskawki i różne prawie-domowe-firmowe przetwory, inni wchodzą na pole, aby zbierać truskawki samemu.  My, mimo wcześniejszych planów, nie weszliśmy zbierać, bo... zjedzone wcześniej czereśnie zaczęły nam pęcznieć w brzuchach ;-))

Zwiedziliśmy zatem szybciutko sklep i wykonaliśmy odwrót w kierunku Stirling, gdzie otoczeni przez chłodny i pełen ptactwa las wydrylowaliśmy przywiezione zbiory przygotowując je do zamrożenia, odpoczęliśmy, zaliczyliśmy spacer nad jezioro i wokół koalowych eukaliptusów, uwieczniliśmy wspaniale i odważnie pozujące kukabury i tak przygotowani na nadchodzący świąteczny tydzień wróciliśmy do Lawendowej Chatki.

Od Zdjęcia Bloggera2
Od Zdjęcia Bloggera2
Od Zdjęcia Bloggera2