O ile poprzednie dwa koncerty dzieliło wiele tygodni, tak tym razem wróciliśmy do ratusza po zaledwie kilku dniach.
W piątkowy wieczór na dobry początek czerwca pojawiliśmy się najpierw na wykładzie - słowo wstępne przed koncertem wygłaszał dyrektor chóru (chorusmaster) Adelaide Chamber Singers - Carl Crossin. Absolwent Konserwatorium Muzycznego w Sydney i Uniwersytetu Adelajdzkiego, zdobył też specjalistyczną wiedzę z zakresu dyrygowania chórem w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. W 2007 roku odznaczony Orderem Australii za zasługi w dziedzinie muzyki.
Opowiedział nam o zbliżającym się koncercie:
- kto pojawi się na scenie, nieco o chórze, nieco o każdym z pięciu solistów: chór powstał w 1985 roku i od początku jego założyciel - Carl Crossin był dyrektorem artystycznym i dyrygentem; związek z ASO trwa już wiele lat i został uwieczniony na wielu płytach, muzycy odbyli jak dotąd sześć światowych tournee do Wielkiej Brytanii, USA, Kanady, Norwegii, Singapuru i Japonii, w 2006 zdobyli nagrodę (pierwszego chóru świata) Choir of the World at Kathaumixw, od 1994 roku biorą udział w prawie każdym festiwalu Adelaide Festival oraz innych: Filmowym, Fringe, WOMADelaide i wielu wydarzeniach muzycznych w różnych częściach Australii;
- potem o Bachu i epoce, warunkach, w jakich pracował, jak odbierano jego samego i jego twórczość, o każdym z dwóch utworów, o tym, że Magnificat został przekomponowany z tonacji Es dur na D dur w okresie żałoby po śmierci elektora Fryderyka Augusta I Saksońskiego - Bach usunął elementy bożonarodzeniowe, aby utwór można było wykonywać we wszystkie święta, zamienił flety proste na poprzeczne i obniżył tonację na D dur, która była bardziej odpowiednia dla trąbek. Usłyszeliśmy też, że w epoce Baroku nie było standardowego dźwięku według którego strojono orkiestrę, inny standard obowiązywał w kościołach protestanckich, inny w katolickich, kształtowała się dopiero wielkość i skład orkiestry, zmieniały się instrumenty itp itp.
Tu ciekawy, moim zdaniem, artykuł o historii orkiestry symfonicznej.
- i jeszcze o drugiej części koncertu, czyli o czwartej symfonii estońskiego kompozytora Arvo Pärta, który 37 lat po napisaniu trzeciej symfonii, skomponował czwartą - dedykowaną Michaiłowi Chodorkowskiemu i wykonaną po raz pierwszy w Mieście Aniołów.
Styl kompozytora zwany jest tintinnabuli (od łacińskiego dźwięczącego dzwonu) - i opowiada według kompozytora o subiektywnym świecie: egoistycznej codzienności grzechu i cierpienia i obiektywnej sferze przebaczenia - tragiczny ton symfonii nie jest lamentem, ale ukłonem w stronę Chodorkowskiego - wielkiej siły ludzkiego ducha i godności. Symfonia jest więc kanonem do aniołów stróżów wszystkich uwięzionych.
Po przerwie zasiedliśmy, by wysłuchać trzeciego z Serii Mistrzowskiej koncertu zatytułowanego Angels (Anioły):
- w pierwszej części dwóch utworów Jana Sebastiana Bacha:
Cantata No. 80 (Ein feste Burg ist unser Gott) - napisana na obchody Święta Reformacji (31 października) i oparta na hymnie autorstwa Marcina Lutra - A Mighty Fortress Is Our God
i Magnificat - napisany na Boże Narodzenie, najprawdopodobniej w 1723 roku; tekst utworu to fragment z pierwszego rozdziału Ewangelii Św. Łukasza (wersy 46-55)
Orkiestrze pod batutą Arvo Volmera (główny dyrygent i dyrektor muzyczny ASO) towarzyszył chór Adelaide Chamber Singers oraz pięciu solistów:
- Sara Macliver, Sopran
- Greta Bradman, Sopran
- Sally-Anne Russell, Alt
- Paul McMahon, Tenor
- Stephen Bennett, Bas
- a po przerwie orkiestra w rozszerzonym składzie wykonała Czwartą Symfonię "Los Angeles" Arvo Pärta.
Każdy koncert udowadnia, że Adelaide Symphony Orchestra (Adelajdzka orkiestra symfoniczna) to muzyczny kameleon - ich repertuar jest niesamowicie zróżnicowany - współpracują z wieloma różnymi artystami, goszczą nie tylko dyrygentów, ale i solistów oraz chóry z całego świata, grają utwory z różnych epok i okresów historii muzyki, włączając w to nie tylko kompozycje współczesne, ale i muzykę o różnym charakterze - filmową, jazz; całkiem niedawno grali swój muzyczny ukłon w stronę dorobku Queen.
Dzisiejszy koncert pięknie zilustrował to, co napisałam powyżej - w pierwszej części orkiestrze towarzyszył chór Adelaide Chamber Singers - oraz pięciu solistów-śpiewaków, po czym po antrakcie - zniknął chór, pojawiły się nowe instrumenty (więcej smyczków, harfa, kotły, plus niektóre nietypowe, czytaj: współczesne, instrumenty perkusyjne), a wszystko po to, abyśmy ze świata tradycyjnej muzyki barokowej mszy mogli się przenieść w świat współczesnych rozważań filozoficznych nad duchowością, miejscem człowieka we Wszechświecie, nad sensem otaczającej nas rzeczywistości autorstwa współczesnego estońskiego kompozytora.
Niby ta sama orkiestra, ten sam dyrygent, a tak różne światy, tak różna atmosfera, tak odmienny spektakl - nie powiem, naszym zdaniem, w drugiej części było trudno...
Najłatwiej mi porównać te dwie części do wizyty w galerii sztuki - najpierw oglądamy obrazy starych mistrzów - 'realistów' - ich perspektywę, kolory, udrapowane tkaniny, symbolikę, odnośniki biblijne i mitologiczne - uzbrojeni w szkolną wiedzę, w kulturowe korzenie 'wiemy, co widzimy' i decydujemy, czy nam się podoba, czy nie.
A potem, wyobraźmy sobie, przechodzimy do sal, gdzie eksponowana jest sztuka współczesna (o nie! kubiści to byłaby łatwizna, oglądamy naprawdę niedawno namalowane obrazy, bardzo proszę!) i co? I jest trudniej, bo 'nie wiemy, co widzimy' - skończył się realizm i zostajemy sam na sam z własną interpretacją. Na niewiele nam wiedza, włączamy zatem intuicję. Możemy się co najwyżej poratować recenzjami autorytetów oraz drukowanym przewodnikiem po wystawie, jeśli takowy mamy...
No. To tak mniej więcej było w drugiej części koncertu...
A ja się cieszyłam, bo dzięki temu 'zyskał' i Bach i mój bardzo lubiany Magnificat, który niezmiennie mnie wzrusza ;-) I pomyśleć, że gdyby nie konieczność wpasowania utworu w mszę, być może moglibyśmy się cieszyć utworem dłuższym niż 29 minut?
Miło też było wrócić myślami do koncertu parę lat temu w krakowskiej Filharmonii podczas Festiwalu Bachowskiego, kiedy też razem z Najmilszym słuchaliśmy Magnificat...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adelaide Town Hall. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adelaide Town Hall. Pokaż wszystkie posty
3 czerwca 2011
30 maja 2011
Niedzielna uczta
W ostatnią jesienną niedzielę tego roku, w chłodne deszczowe popołudnie wybraliśmy się do ratusza miejskiego na kolejny koncert - Carmen Fantasy (Fantazja Carmen). Tym razem 'nasza' orkiestra miała zagrać pod batutą dyrygenta Olari Elts'a, a na scenie w pierwszej części koncertu zaplanowano pojawienie się solistki - światowej już sławy skrzypaczki kanadyjskiego pochodzenia mieszkającej obecnie w Nowym Jorku - Lary St John, która gości w Australii z koncertami po raz trzeci.
Program zapowiadał co następuje:
Glinka: Rusłan i Ludmiła: Owertura
Sarasate: Zigeunerweisen, Op. 20 Gypsy Airs
Bizet/Franz Waxman: Fantazja Carmen
Czajkowski: Piąta Symfonia
Wedle artykułów wyszukanych w Internecie, kanadyjska skrzypaczka miała 'krzesać skry z instrumentu', miała nas 'czarować i uwodzić'...
Po swojsko brzmiących dźwiękach z głębi słowiańskiej duszy, czyli po pierwszym utworze w wykonaniu orkiestry, nieco 'przemeblowano' scenę i pojawiła się Lara - młoda, uśmiechnięta, w długiej, fantazyjnej zielono-brązowej sukni, która zdawała się zapowiadać czekające nas emocje.
No i zaczęło się - bardzo trudny technicznie utwór Zigeunerweisen (Gypsy Airs - Cygańskie klimaty), a potem nie mniej emocjonująca Fantazja Carmen - muzyka do filmu, 'skomponowana' przez Franza Waxmana z motywów z opery.
Lara jest niesamowitą skrzypaczką - gra całą sobą, jej ciało pomaga wyrażać niesamowitą gamę emocji, a z instrumentu wydobywa się taka plejada dźwięków, że aż trudno uwierzyć, że aż tyle się da, że tak szybko, że w takiej skali, że instrument wciąż nie w kawałkach... W każdej przerwie między częściami utworów Lara zdecydowanym ruchem zrywała luźne 'włosy' powiewające wokół śmigającego smyczka...
Podczas gry siedzieliśmy jak zaczarowani, wypełniały nas ogromne emocje. Mnie oczy raz po raz zachodziły łzami, a kiedy utwór się skończył, trudno mi było powiedzieć: czy bardziej mi żal, że to koniec, czy też większą odczuwam ulgę, że to już, że przerwa, że można odetchnąć...
Tutaj można zobaczyć nagranie Fantazji Carmen sprzed trzech lat: Lara gra z towarzyszeniem tylko fortepianu - my mieliśmy okazję nie tylko usłyszeć ten utwór z towarzyszeniem orkiestry, ale i zobaczyć Larę na scenie przed publicznością w 'wersji', której wklejone nagranie nie oddaje - mowa ciała i wyraz twarzy dodatkowo ilustrowały utwór, falowała suknia, fruwały włosy skrzypaczki i włosie 'oswobodzone' ze smyczka, skrzypce zdawały się śpiewać, płakać, wzdychać, jęczeć, tańczyć, jakby żyły własnym życiem, a solistka grała rękami, nogami, całą sobą, jej ciało wibrowało razem ze strunami, jednakowe drgania przeszywały i skrzypce i skrzypaczkę, spektakl na scenie regulował wręcz rytm, w jakim my-publiczność braliśmy kolejne oddechy, jak podrygiwały nasze nogi, jak ściskaliśmy oparcia foteli, gdzie patrzyliśmy, a patrzyliśmy przez większość czasu tylko na nią... - ehhhh, słów mi brakuje, żeby zbudować obraz równy temu widzianemu na scenie...
W czasie przerwy w koncercie, w hallu mieliśmy okazję spotkać solistkę i chwilę porozmawiać, kiedy podpisywała nam CD (Bach: The Six Sonatas and Partitas for Violin Solo - Sześć sonat i partit na skrzypce solo J. S. Bacha - wydana w roku 2007 okazała się najlepiej sprzedającym się podwójnym albumem roku na iTunes).
Była w zeszłym roku w Polsce, koncertowała w Warszawie. Nie, nie miała okazji spotkać Nigela Kennedy'ego - ponoć się w tej Warszawie minęli ;-)) Czy wybiera się do Krakowa? Kto wie? Może?
Czego udało nam się dowiedzieć z Internetu? Od czasu pierwszego publicznego występu z orkiestrą w wieku czterech lat Lara St John koncertowała na pięciu kontynentach, grała z wieloma różnymi orkiestrami i współpracowała z różnymi dyrygentami. Zbiera nieustannie pochwały i entuzjastyczne recenzje. Rozczarowana komercjalizacją panującą w świecie wielkich studiów nagraniowych założyła w 1999 roku własną wytwórnię - Ancalagon Records (Ancalagon to imię jej zwierzątka domowego - iguany ;-)
Od trzynastu już lat gra na skrzypcach z 1779 roku - “Salabue” Guadagniniego, dzięki anonimowemu darczyńcy i wsparciu Heinl and Co. of Toronto.
Po antrakcie orkiestra miała trudne zadanie - po emocjonalnej bombie z pierwszej części teraz scena, mimo pojawienia się kolejnych muzyków i większej ilości instrumentów, wydawała się niepełna, może nie pusta, ale wyraźnie brakowało charyzmatycznej skrzypaczki.
A jednak dyrygent poprowadził orkiestrę i nas poprzez uroki i emocje piątej symfonii Czajkowskiego - powoli daliśmy się zaprosić i zaczarować, a znane dźwięki stopniowo pozwoliły się słuchaczom 'pogodzić z nieobecnością Lary' ;-)
Druga część koncertu się zatem 'obroniła', mimo że tak odmienna, że tradycyjna i klasyczna ;-)
My byliśmy na koncercie w niedzielę - drugim z dwóch. Ominęły nas dwie rzeczy - w sobotę koncert był nagrywany dla radia ABC Classic FM (transmitowany był we wtorek 7/06/2011 o godz. 1:05 po południu) i kiedy pierwszy wiolonczelista stracił strunę w instrumencie - kolega siedzący obok użyczył mu swojego instrumentu.
My mogliśmy podziwiać niezakłóconą przez żaden incydent grę obu muzyków - sobotni 'oddający' ujął nas swoim zachowaniem na scenie, poza tym - przypominał nam przyjaciela z pierwszej ojczyzny (pozdrawiamy, Krzychu ;-).
Tutaj - recenzja z sobotniego koncertu.
Program zapowiadał co następuje:
Glinka: Rusłan i Ludmiła: Owertura
Sarasate: Zigeunerweisen, Op. 20 Gypsy Airs
Bizet/Franz Waxman: Fantazja Carmen
Czajkowski: Piąta Symfonia
Wedle artykułów wyszukanych w Internecie, kanadyjska skrzypaczka miała 'krzesać skry z instrumentu', miała nas 'czarować i uwodzić'...
Po swojsko brzmiących dźwiękach z głębi słowiańskiej duszy, czyli po pierwszym utworze w wykonaniu orkiestry, nieco 'przemeblowano' scenę i pojawiła się Lara - młoda, uśmiechnięta, w długiej, fantazyjnej zielono-brązowej sukni, która zdawała się zapowiadać czekające nas emocje.
No i zaczęło się - bardzo trudny technicznie utwór Zigeunerweisen (Gypsy Airs - Cygańskie klimaty), a potem nie mniej emocjonująca Fantazja Carmen - muzyka do filmu, 'skomponowana' przez Franza Waxmana z motywów z opery.
Lara jest niesamowitą skrzypaczką - gra całą sobą, jej ciało pomaga wyrażać niesamowitą gamę emocji, a z instrumentu wydobywa się taka plejada dźwięków, że aż trudno uwierzyć, że aż tyle się da, że tak szybko, że w takiej skali, że instrument wciąż nie w kawałkach... W każdej przerwie między częściami utworów Lara zdecydowanym ruchem zrywała luźne 'włosy' powiewające wokół śmigającego smyczka...
Podczas gry siedzieliśmy jak zaczarowani, wypełniały nas ogromne emocje. Mnie oczy raz po raz zachodziły łzami, a kiedy utwór się skończył, trudno mi było powiedzieć: czy bardziej mi żal, że to koniec, czy też większą odczuwam ulgę, że to już, że przerwa, że można odetchnąć...
Tutaj można zobaczyć nagranie Fantazji Carmen sprzed trzech lat: Lara gra z towarzyszeniem tylko fortepianu - my mieliśmy okazję nie tylko usłyszeć ten utwór z towarzyszeniem orkiestry, ale i zobaczyć Larę na scenie przed publicznością w 'wersji', której wklejone nagranie nie oddaje - mowa ciała i wyraz twarzy dodatkowo ilustrowały utwór, falowała suknia, fruwały włosy skrzypaczki i włosie 'oswobodzone' ze smyczka, skrzypce zdawały się śpiewać, płakać, wzdychać, jęczeć, tańczyć, jakby żyły własnym życiem, a solistka grała rękami, nogami, całą sobą, jej ciało wibrowało razem ze strunami, jednakowe drgania przeszywały i skrzypce i skrzypaczkę, spektakl na scenie regulował wręcz rytm, w jakim my-publiczność braliśmy kolejne oddechy, jak podrygiwały nasze nogi, jak ściskaliśmy oparcia foteli, gdzie patrzyliśmy, a patrzyliśmy przez większość czasu tylko na nią... - ehhhh, słów mi brakuje, żeby zbudować obraz równy temu widzianemu na scenie...
W czasie przerwy w koncercie, w hallu mieliśmy okazję spotkać solistkę i chwilę porozmawiać, kiedy podpisywała nam CD (Bach: The Six Sonatas and Partitas for Violin Solo - Sześć sonat i partit na skrzypce solo J. S. Bacha - wydana w roku 2007 okazała się najlepiej sprzedającym się podwójnym albumem roku na iTunes).
Była w zeszłym roku w Polsce, koncertowała w Warszawie. Nie, nie miała okazji spotkać Nigela Kennedy'ego - ponoć się w tej Warszawie minęli ;-)) Czy wybiera się do Krakowa? Kto wie? Może?
Czego udało nam się dowiedzieć z Internetu? Od czasu pierwszego publicznego występu z orkiestrą w wieku czterech lat Lara St John koncertowała na pięciu kontynentach, grała z wieloma różnymi orkiestrami i współpracowała z różnymi dyrygentami. Zbiera nieustannie pochwały i entuzjastyczne recenzje. Rozczarowana komercjalizacją panującą w świecie wielkich studiów nagraniowych założyła w 1999 roku własną wytwórnię - Ancalagon Records (Ancalagon to imię jej zwierzątka domowego - iguany ;-)
Od trzynastu już lat gra na skrzypcach z 1779 roku - “Salabue” Guadagniniego, dzięki anonimowemu darczyńcy i wsparciu Heinl and Co. of Toronto.
Po antrakcie orkiestra miała trudne zadanie - po emocjonalnej bombie z pierwszej części teraz scena, mimo pojawienia się kolejnych muzyków i większej ilości instrumentów, wydawała się niepełna, może nie pusta, ale wyraźnie brakowało charyzmatycznej skrzypaczki.
A jednak dyrygent poprowadził orkiestrę i nas poprzez uroki i emocje piątej symfonii Czajkowskiego - powoli daliśmy się zaprosić i zaczarować, a znane dźwięki stopniowo pozwoliły się słuchaczom 'pogodzić z nieobecnością Lary' ;-)
Druga część koncertu się zatem 'obroniła', mimo że tak odmienna, że tradycyjna i klasyczna ;-)
My byliśmy na koncercie w niedzielę - drugim z dwóch. Ominęły nas dwie rzeczy - w sobotę koncert był nagrywany dla radia ABC Classic FM (transmitowany był we wtorek 7/06/2011 o godz. 1:05 po południu) i kiedy pierwszy wiolonczelista stracił strunę w instrumencie - kolega siedzący obok użyczył mu swojego instrumentu.
My mogliśmy podziwiać niezakłóconą przez żaden incydent grę obu muzyków - sobotni 'oddający' ujął nas swoim zachowaniem na scenie, poza tym - przypominał nam przyjaciela z pierwszej ojczyzny (pozdrawiamy, Krzychu ;-).
Tutaj - recenzja z sobotniego koncertu.
19 września 2010
Kolejne mgnienie wiosny
Weekend w tym tygodniu zaczął nam się wcześniej - w piątek obydwoje wyszliśmy z pracy już w porze lunchu, bo nasi przyjaciele odbierali w tym dniu potwierdzenie nadania im obywatelstwa. W odświętnych strojach i nastrojach pojawiliśmy się w Ratuszu Miejskim, gdzie w jednej z sal odbyła się uroczystość z udziałem jednego z Radców Miejskich, Mera (Lord Mayor) oraz pani Minister d/s Wielokulturowości i kilku innych zagadnień m.in. Wolontariatu (więc my z Najmilszym mieliśmy okazję poznać Ją wcześniej, na majowej uroczystości dla wolontariuszy).
Ależ było uroczyście - przemówienia, przysięga, odbiór certyfikatów (każdy udokumentowany indywidualnym zdjęciem z Merem w wykonaniu 'ratuszowego' fotografa), flagi krajów, z których przyjechali nowi obywatele (flag było około 20, w tym: polska, brytyjska, amerykańska, kanadyjska, grecka, włoska, izraelska, ukraińska i wiele innych, które dopiero musimy sprawdzić, bo nam wiedzy nie starczyło), odśpiewanie hymnu pod przewodnictwem zaproszonej solistki, a potem, a jakże, bankiecik ;-)) Do pełni szczęścia doszedł fakt, że jakimś cudem uniknęliśmy mandatu, mimo przekroczenia czasu dozwolonego o godzinę :-0




Sobota zaczęła się bladym świtem, bo o siódmej rano (!) Ostatni z Moich Mężów rozpoczął egzamin praktyczny na nowoojczyźniane prawo jazdy. Tuż przed ósmą zameldował się w domu z powrotem z zaskakującą wiadomością: zdał (a jakże!) na 96pkt na sto (???). No wiecie Państwo, a już się przyzwyczaiłam do Jego stuprocentowych sukcesów ;-))
Kiedy Najmilszy odbierze już swój nowoojczyźniany dokument (pierwszy!), wtedy w Notesie pojawi się obiecany już wcześniej post na temat zamiany staroojczyźnianego prawa jazdy na tutejsze.
Popołudnie rozpoczęliśmy od degustacji wina u znajomych Najmilszego z Moich Mężów. Jason i Sachi mają swoje krzewy winorośli, w tym roku uzbierane grona przekazali fachowcom od produkcji i po odpowiednim czasie otrzymali rieslinga i shiraza sygnowane własną marką. Degustacja wypadła pomyślnie i zakończyła się zamówieniem tuzina (6+6) butelek. Przy okazji poznałam Gospodarzy. Chwilkę porozmawialiśmy z Gospodarzem, Gospodynią i jednym z ich znajomych, po czym ruszyliśmy w stronę domu Nowych Obywateli - nadchodził bowiem czas świętowania w atmosferze mniej podniosłej ;-))
Wieczór u Nowych Obywateli obfitował w nowoojczyźniane akcenty, choć nie obyło się bez akcentów znanych i przywiezionych ze Starego Kontynentu: podano i pizzę (dwie wersje) domowej roboty, i tzatziki, i sałatkę Isaury, i francuskie trójkąciki.
Oprócz lokalnego wina i flagi, było też i BBQ ;-)
Pojedliśmy, popiliśmy, pożartowaliśmy, po czym Volvik prowadzony pewną-kobiecą-dłonią zajechał pod Lawendową Chatkę, gdzie Popiołek i Aganiok zdecydowanie uparli się na śródnocny spacer. Wyszli, dzięki temu możemy ze spokojnym sumieniem powiedzieć, że to koty wróciły do domu nad ranem ;-))
Po 'wychodnej' sobocie nastała okołodomowa niedziela: przywieźliśmy dwa ostatnie cytrusy do kompletu: drzewko pomarańczowe (z czerwonym miąższem) i mandarynkowe.
Kiedy, już po ciemku, trafiły do beczek, oficjalnie ogłosiliśmy, że oto Projekt Cytrusy, Podejście Drugie - został ukończony.
Pozostaje trzymać kciuki za przyszłe kwitnienia i owocowanie ;-))
Ależ było uroczyście - przemówienia, przysięga, odbiór certyfikatów (każdy udokumentowany indywidualnym zdjęciem z Merem w wykonaniu 'ratuszowego' fotografa), flagi krajów, z których przyjechali nowi obywatele (flag było około 20, w tym: polska, brytyjska, amerykańska, kanadyjska, grecka, włoska, izraelska, ukraińska i wiele innych, które dopiero musimy sprawdzić, bo nam wiedzy nie starczyło), odśpiewanie hymnu pod przewodnictwem zaproszonej solistki, a potem, a jakże, bankiecik ;-)) Do pełni szczęścia doszedł fakt, że jakimś cudem uniknęliśmy mandatu, mimo przekroczenia czasu dozwolonego o godzinę :-0
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
Sobota zaczęła się bladym świtem, bo o siódmej rano (!) Ostatni z Moich Mężów rozpoczął egzamin praktyczny na nowoojczyźniane prawo jazdy. Tuż przed ósmą zameldował się w domu z powrotem z zaskakującą wiadomością: zdał (a jakże!) na 96pkt na sto (???). No wiecie Państwo, a już się przyzwyczaiłam do Jego stuprocentowych sukcesów ;-))
Kiedy Najmilszy odbierze już swój nowoojczyźniany dokument (pierwszy!), wtedy w Notesie pojawi się obiecany już wcześniej post na temat zamiany staroojczyźnianego prawa jazdy na tutejsze.
Popołudnie rozpoczęliśmy od degustacji wina u znajomych Najmilszego z Moich Mężów. Jason i Sachi mają swoje krzewy winorośli, w tym roku uzbierane grona przekazali fachowcom od produkcji i po odpowiednim czasie otrzymali rieslinga i shiraza sygnowane własną marką. Degustacja wypadła pomyślnie i zakończyła się zamówieniem tuzina (6+6) butelek. Przy okazji poznałam Gospodarzy. Chwilkę porozmawialiśmy z Gospodarzem, Gospodynią i jednym z ich znajomych, po czym ruszyliśmy w stronę domu Nowych Obywateli - nadchodził bowiem czas świętowania w atmosferze mniej podniosłej ;-))
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
Wieczór u Nowych Obywateli obfitował w nowoojczyźniane akcenty, choć nie obyło się bez akcentów znanych i przywiezionych ze Starego Kontynentu: podano i pizzę (dwie wersje) domowej roboty, i tzatziki, i sałatkę Isaury, i francuskie trójkąciki.
Oprócz lokalnego wina i flagi, było też i BBQ ;-)
Pojedliśmy, popiliśmy, pożartowaliśmy, po czym Volvik prowadzony pewną-kobiecą-dłonią zajechał pod Lawendową Chatkę, gdzie Popiołek i Aganiok zdecydowanie uparli się na śródnocny spacer. Wyszli, dzięki temu możemy ze spokojnym sumieniem powiedzieć, że to koty wróciły do domu nad ranem ;-))
Po 'wychodnej' sobocie nastała okołodomowa niedziela: przywieźliśmy dwa ostatnie cytrusy do kompletu: drzewko pomarańczowe (z czerwonym miąższem) i mandarynkowe.
Kiedy, już po ciemku, trafiły do beczek, oficjalnie ogłosiliśmy, że oto Projekt Cytrusy, Podejście Drugie - został ukończony.
Pozostaje trzymać kciuki za przyszłe kwitnienia i owocowanie ;-))
| Od Lawendowa Chatka3 |
| Od Lawendowa Chatka3 |
| Od Lawendowa Chatka3 |
| Od Lawendowa Chatka3 |
Etykiety:
Adelaide Town Hall
,
cytrusy
,
formalności
,
obywatelstwo
,
prawo jazdy
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)