Piękne lato mamy tej jesieni :-)
Niby jesień w ostatniej odsłonie (1 czerwca oficjalnie zaczynamy nową porę roku), niby od początku maja nie obowiązuje zakaz palenia ognisk, ale nadal jest ciepło i słonecznie.
Niby w poszwie na łóżku pojawiła się kołdra, ale na razie ta lżejsza i wystarcza nam w zupełności.
No dobra - nie chodzimy już pływać w oceanie i zdarzyło nam się parę razy włączyć wieczorem grzejnik, ale ogólnie: jest ciepło ;-)
Złą stroną wysokich temperatur, mimo padających czasem deszczy (ale deszcz przychodzi, pada, po czym się kończy - nie ma kilkudniowych serii, niebo szybko się przeciera i wraca słońce) jest to, że jest sucho. Zwłaszcza na wzgórzach na Adelajdą.
A mamy tu kilka niebezpiecznych tradycji... Po pierwsze: sporo osób stosuje kontrolowane wypalanie trawy. Hmmmm, niezmiernie łatwo traci się kontrolę nad 'kontrolowanym' wypalaniem - ściółka jest sucha, znikąd pojawia się wiatr i, niby ugaszony, ogień 'wstaje' jak to mówią po nowoojczyźnianemu. I 'biegnie' przez busz...
Inny zwyczaj to palenie ognisk (bonfires) - podpala się ułożony stos (im wyższy, tym lepszy) i świętuje dookoła, dzieciaki pieką pianki marshmallow (błeeeee...), dorośli... jak to dorośli, jest ciepło i romantycznie, ogień trzaska i skry skaczą wokół...
Niestety, nad Adelajdą często widać ciemnoszare smugi dymu.
W czwartek jeden z pożarów jak się zaczął przed południem, tak ugasili go w nocy.
Następnego dnia zamiast ciemnoszarego dymu można było oglądać białą smugę mgły...
W związku z tym, że jest ciepło i sucho - sezon grzybowy się opóźnił.
Regularnie odwiedzamy grzybowe miejsca: najpierw było pusto, raz przeszliśmy po śladach tych-co-zdążyli-na-czas, wśród maślaków, po które zgłosili się kilka dni wcześniej grzybiarze lub... robaki.
Zaskakuje nas kolorystyka znanych miejsc - w tym roku zieleń dopiero się pojawia, ale na początku kwietnia drogi - szerokie połacie między drzewami i brzegi lasu były szarozłote, pokryte wypaloną suchą trawą, ani śladu mchu czy wilgotnolubnych białokwitnących roślin...
Dziś w końcu się udało!!! :-)
Pojechaliśmy w jedno z zagłębi maślakowo-rydzowych i przywieźliśmy nieco maślaków i rydzów do Chatki :-)
(Spójrzcie Drodzy Czytelnicy na późnojesienny strój Pana Lawendowej Chatki... ).
Wbrew pozorom muszę przyznać, że grzybów było mało. Spore grupki, ale większość już zaklepana przez robaki, wiele niestety... wyschniętych.
Rydze chyba dopiero zaczynają, poza tym rosną sprytnie spod igliwia i nie wystawiają kapeluszy do słońca. Maślaki pojawiły się już kilka tygodni temu, ale raczej przyzwyczajone do innych warunków w ubiegłych latach nie radzą sobie z wysoką temperaturą, niedostatkiem wilgoci w podłożu i krótkotrwałością opadów.
Żal było patrzeć, jak wiele grzybów miało popękane kapelusze - miały energię, by rosnąć, ale brakło im wody...
Nic to, powybieraliśmy jednak dość, by zapełnić trzy wiaderka :-)
W domu ruszyła akcja: rydze na patelnię! Ha, pycha! Na masełku, nieco soli i sporo pieprzu - super!
Najmilszy pokroił kilka kapeluszy w kostkę, a ja szybko pomieszałam dwa mokre i dwa suche w czterech miskach i..... po dłuuuuugiej przerwie w Chatce znów zapachniały muffiny.
Tuzin ze smażonymi rydzami w towarzystwie ziół, szóstka z borówkami i szóstka z malinami. Do owocowych dla smaku i koloru dosypałam nowoojczyźnianego 'kakao', czyli
Milo.
Kolejnym etapem było blanszowanie maślaków - z myślą o przyszłych sosach, marynatach i zupach, mmmmm...