Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty

25 maja 2014

Czar jesieni trwa, czyli: Dary lasu

Dary jesieni pojawiają się bliżej i dalej od Przyczółka.

Po ostatniej serii postów na temat pigwy, czas oddać nieco miejsca grzybom.

Najmilszy z Moich Mężów do lasów w tym sezonie jeździł niestety sam. Ja, pochylona nad kolejnymi artykułami, podnosiłam głowę, kiedy wracał, by schylić ją zaraz w uszanowaniu na widok kolejnego wjeżdżającego do kuchni koszyka, a raczej jego zawartości.

Często przyjeżdżały porcje 'na raz', z reguły rydze. Ot, świeża dostawa zakończona królewską kolacją, czyli: rydze smażone na masełku. Czasem towarzyszyły im maślaki (ale kto by tam zbierał maślaki? ;-)



Najlepsze dostawy oddawały jednak niezmiennie cześć tutejszym borowikom.
Nie zawiodły i w tym roku, mimo że się spóźniły, zwodzone przez zmienną pogodę.
Przyjeżdżały do domu duże i zdrowe. Niewiele mieściło się na desce na raz.
Z reguły pozowały do zdjęć i... trafiały do woka.





W ramach przygotowań do nadchodzącej zimy, piękne borowiki zatrzymaliśmy w aromatycznych gęstych sosach. Część jadaliśmy na bieżąco, sami i z przyjaciółmi, w Przyczółku i zaprzyjaźnionych domach, część czeka w zamrażarce na długie zimowe wieczory ;-)






23 maja 2014

Nalewka z pigwy (wersja 2) oraz Syrop z pigwy


Pigwa przy furtce wyraźnie pozieleniała...  Wyciągnęła zmęczone wcześniejszym ciężarem gałęzie ku błękitnemu niebu i rozpoczęła posezonowy odpoczynek.
Zebrane owoce wypełniły kuchenny zlew swą objętością i pół Przyczółka swoim kuszącym zapachem.

Pierwotny plan na dzisiejsze popołudnie zakładał odcedzenie syropu, wyżęcie owoców ze słoja przez ścierę i dodanie odzysku do syropu. Rozdzielenie na dwa słoje, dodanie rozrobionego spirytusu i... rozpoczęcie odliczania.
Rozważana wariacja pierwsza zakładała, że z połowy powstanie nalewka, a druga połowa trafi do butelek w postaci syropu.
Ostatecznie wygrała wariacja drugo-trzecia 'be' ;-)

Po odstawieniu słoja w chłodne ciemne miejsce, cóż mogliśmy zrobić z tak pięknie rozwijającym się popołudniem? ;-)
Postanowiliśmy zagospodarować drugi słój, pachnące w zlewie owoce i... wyprodukować omawiany od jakiegoś czasu syrop ;-)

11 maja - początek taki sam, jak poprzednio (choć ilości inne):
  • 11 kg pigwy
  • 3.75 kg miodu
  • 3.65 kg cukru

Pigwy umyć i pozbawić meszku, pokroić.
Przesypać cukrem i zalać miodem.
Wymieszać.
Odstawić, aby puściły sok.



Zobaczymy, jak tym razem pójdzie z tym sokiem, bo słój wyszedł nam niebezpiecznie pełny...

Na dziś plan jest taki, że powstały sok zostanie rozdzielony na dwie porcje:
- z połowy powstanie nalewka z pigwy (wersja 2)
- z reszty - sok z pigwy

Tik tak tik tak :-)


*************

Dziesięć dni po zasypaniu drugiej porcji owoców (11 kilogramów) warstwami cukru i zalaniu miodem, Najmilszy zlał z dużego słoja bursztynowy sok. Około dziesięć litrów.

Znowu po konsultacjach książkowo-internetowych oraz po międzykontynentalnej dyskusji ze Specjalistami ze Starej ojczyzny, przystąpiliśmy do działania.

Ze względu na dodatek miodu w soku, podgrzewaliśmy kolejne porcje tylko do 90 stopni (miodu nie należy gotować w ogóle! - stąd nasz dylemat w kwestii pasteryzacji...), po czym bez przecedzania oraz bez zbierania powstałej na wierzchu piany, zlewaliśmy do zakupionych fikuśnych butelek kolejne porcje pachnącego płynu.


Zobaczymy, jaki będzie efekt i jaka trwałość soku.
Sok wyszedł słodki i aromatyczny.
Zaskakująco mało kwaśny, jak na to, co wyczytaliśmy o pigwie.

Na razie na dnie osiadła warstwa owocowych drobinek, a na górze trwa wianuszek piany.



*************

Odcedzone owoce tak jak poprzednio trafiły do dużego gara, gdzie zostały przesmażone z dodatkiem mielonego cynamonu i mielonych goździków.
Przesmażone, miękkie i ciemne trafiały porcjami do Thermomixa.
W Thermomixie przecieraliśmy je na gładką masę, trzymając temperaturę (ustawienie Varoma).
Potem cierpliwie dużą łyżką do słoików, słoiki po zakręceniu hop! do góry dupkami do rana...
... i już ;-)




Z porcji 11 kg owoców mamy 36 słoiczków (300 ml).


*************

Część soku (dwa i pół litra) czeka na dowóz spirytusu...

27 kwietnia 2014

Otwarcie sezonu 2014, albo... sos 1-5-8

U nas jesień w pełni - tutejsze odliczanie za chwilę zamknie drugi jesienny miesiąc. 
W pierwszy dzień czerwca zacznie się nasza kolejna nowoojczyźniana zima.

Powinnam raczej napisać: u nas jesień w wersji późne lato trwa w najlepsze.  W ciągu dnia sporo słońca na błękitnym niebie, poranki i wieczory, niestety, coraz bardziej rześkie ;-), choć pogodne.  Czasem pada deszcz, ale jeszcze niedużo, jeszcze zwykle w nocy i cieszy nas to bardzo, bo odżywają rośliny (w tym nasze trawniki ;-D, które nie tylko przypominają coraz gęstsze zielone dywany, ale i dopominają się koszenia co najmniej raz na tydzień).


Systematycznie ogławiane róże (co tydzień wyrzucam co najmniej jedno, a często dwa wiaderka odciętych kwiatów) nadal pięknie kwitną i ma to ponoć potrwać jeszcze przez jakiś czas.  Raz zaatakowałam mszyce mieszaniną wody i płynu do mycia naczyń (nie, nie był to szeroko zachwalany w sieci Ludwik ;-) - mszyc teraz jakby mniej, sporo kwiatów 'zyskało' brzydkie brązowe lamówki na płatkach, sporo liści ma teraz brzydkie brązowe plamki - jednym słowem: na razie nie planuję powtarzać operacji.

Kąpane w słońcu kolorów nabierają pigwy, granaty (dwa ;-) i cytryny.  Reszta cytrusów na razie ciągle jeszcze rośnie.  Przed Przyczółkiem poza różami kwitną też aloesy.




Dostosowując się jednak do pory roku, wybraliśmy się dziś na jesienny rekonesans nieco dalej - na wzgórza nad Adelajdą.
Achhhhhhhh, piękny festiwal jesieni - feeria barw, szelest suchych liści; wiatr wiał na tyle, żeby niektóre liście szumiały a inne malowniczo spadały wzbogacając kolorowe kobierce pod drzewami pamiętanymi ze staroojczyźnianych lasów, które tutaj mieszają się z eukaliptusami.  Do tego gdzieniegdzie jakieś ciemnozielone plamy drzew iglastych i połyskujące w słońcu - a jakże - nitki babiego lata.  Pająków mamy tu przecież pod dostatkiem ;-)

Drzewa liściaste tworzą przepiękne obrazki, pod jasnobłękitnym niebem, doświetlone słońcem.  Wiatr kołysze konarami pełnymi kolorowych liści i roznosi jesienne zapachy - suchych liści, dojrzewających owoców, rosnących w lasach grzybów.
W przydomowych ogrodach kwitną kwiaty i krzewy (np. bougainvillea), nabierają kolorów owoce.

Celem naszego jesiennego rekonesansu były nie tylko malownicze wzgórza nad Adelajdą, ale i lasy, a dokładnie to, co można znaleźć pod drzewami...
Wieści o maślakach i rydzach dobiegały już do nas w tym roku od kilku tygodni.  Czekaliśmy jednak (nie)cierpliwie na grzyby królewskie ;-)

Powiem tak: do Przyczółka wróciło dziś z nami sporo dużych zdrowych rydzów i... jeden borowik nieogromny ;-)



Podczas kolacji na stół wjechały ziemniaki z wody z koperkiem i sosem grzybowym 1-5-8.
Palce lizać!!!
Danie było tak pyszne, że przed deserem Szef Kuchni zarządził pół godziny przerwy :-)

6 kwietnia 2014

Weekend z bonusem

Piękne lato mamy tej jesieni :-)

Trwają nasze śniadania przy stole za domem, trwają kolacje.  Przy kolacjach już niestety trzeba ratować się bluzą lub swetrem, trzeba włączać lampę i zapalać przeciwkomarowe ustrojstwa (świeczki lub tlące się kadzidełka), ale czysty granat pełen gwiazd wynagradza nieco odejście ciepłych wieczorów.


Róże nadal kwitną, ja systematycznie ogławiam (moja średnia to trzy wiaderka kwiatów wyrzucane do zielonego kosza).  Trawniki się zazieleniły, chwastów na nich wyraźne mniej.  Sukulenty i fikusy polubiły nowe miejsca i doniczki. Owoce na drzewkach cytrusowych, zastane pigwy i granaty powoli nabierają docelowych kolorów.



Koty zachowują się, jakbyśmy w Przyczółku mieszkali od zawsze.  Popiołek, tradycyjnie, trzyma się bliżej domu i naszych kolan, Aganiok niestrudzenie wędruje po okolicy.  Czasem przynosi nam prezenty, stopniowo coraz rzadziej - wyraźnie nie podoba Mu się, że przyniesiony prezent zwykle Mu odbieramy proponując w zamian łakocie w misce...   
A że nowy Dom, to i miski nasze koty mają nowe ;-)





W czasie 'pozapracowym' trwają rozgrywki golfa, moje studia bogate w czytanki i materiały wyszukiwane w Internecie.  W końcu wysłaliśmy aplikacje o nasze australijskie paszporty i czekamy, kiedy dotrą :-D

Urodziny Pana na Przyczółku uczciliśmy wracając po dłuższej przerwie do Assaggio.
Uczta była godna okazji i zasłużonej sławy tego miejsca.

A co do tytułu posta: tak, tak, jesień nadeszła na dobre - dziś w nocy przestawiliśmy czas na zimowy.
Stąd bonus do weekendu - dodatkowa godzina snu rano albo pięknej słonecznej pogody w ciągu dnia. Pod czystobłękitnym niebem trwały prace okołodomowe, trwało studiowanie, drzwi znów przez cały dzień były otwarte, a na eukaliptusach grało ptasie radio :-D

13 maja 2013

Grzybobranie rozpoczęte :-)

Piękne lato mamy tej jesieni :-)

Niby jesień w ostatniej odsłonie (1 czerwca oficjalnie zaczynamy nową porę roku), niby od początku maja nie obowiązuje zakaz palenia ognisk, ale nadal jest ciepło i słonecznie.
Niby w poszwie na łóżku pojawiła się kołdra, ale na razie ta lżejsza i wystarcza nam w zupełności.
No dobra - nie chodzimy już pływać w oceanie i zdarzyło nam się parę razy włączyć wieczorem grzejnik, ale ogólnie: jest ciepło ;-)

Złą stroną wysokich temperatur, mimo padających czasem deszczy (ale deszcz przychodzi, pada, po czym się kończy - nie ma kilkudniowych serii, niebo szybko się przeciera i wraca słońce) jest to, że jest sucho. Zwłaszcza na wzgórzach na Adelajdą.
A mamy tu kilka niebezpiecznych tradycji...  Po pierwsze: sporo osób stosuje kontrolowane wypalanie trawy.  Hmmmm, niezmiernie łatwo traci się kontrolę nad 'kontrolowanym' wypalaniem - ściółka jest sucha, znikąd pojawia się wiatr i, niby ugaszony, ogień 'wstaje' jak to mówią po nowoojczyźnianemu.  I 'biegnie' przez busz...
Inny zwyczaj to palenie ognisk (bonfires) - podpala się ułożony stos (im wyższy, tym lepszy) i świętuje dookoła, dzieciaki pieką pianki marshmallow (błeeeee...), dorośli... jak to dorośli, jest ciepło i romantycznie, ogień trzaska i skry skaczą wokół...

Niestety, nad Adelajdą często widać ciemnoszare smugi dymu.
W czwartek jeden z pożarów jak się zaczął przed południem, tak ugasili go w nocy.
Następnego dnia zamiast ciemnoszarego dymu można było oglądać białą smugę mgły...

W związku z tym, że jest ciepło i sucho - sezon grzybowy się opóźnił.
Regularnie odwiedzamy grzybowe miejsca: najpierw było pusto, raz przeszliśmy po śladach tych-co-zdążyli-na-czas, wśród maślaków, po które zgłosili się kilka dni wcześniej grzybiarze lub... robaki.
Zaskakuje nas kolorystyka znanych miejsc - w tym roku zieleń dopiero się pojawia, ale na początku kwietnia drogi - szerokie połacie między drzewami i brzegi lasu były szarozłote, pokryte wypaloną suchą trawą, ani śladu mchu czy wilgotnolubnych białokwitnących roślin...

Od Zdjęcia_Bloggera_5


Dziś w końcu się udało!!! :-)
Pojechaliśmy w jedno z zagłębi maślakowo-rydzowych i przywieźliśmy nieco maślaków i rydzów do Chatki :-)  (Spójrzcie Drodzy Czytelnicy na późnojesienny strój Pana Lawendowej Chatki... ).

Od Zdjęcia_Bloggera_5


Wbrew pozorom muszę przyznać, że grzybów było mało.  Spore grupki, ale większość już zaklepana przez robaki, wiele niestety... wyschniętych.
Rydze chyba dopiero zaczynają, poza tym rosną sprytnie spod igliwia i nie wystawiają kapeluszy do słońca.  Maślaki pojawiły się już kilka tygodni temu, ale raczej przyzwyczajone do innych warunków w ubiegłych latach nie radzą sobie z wysoką temperaturą, niedostatkiem wilgoci w podłożu i krótkotrwałością opadów.

Żal było patrzeć, jak wiele grzybów miało popękane kapelusze - miały energię, by rosnąć, ale brakło im wody...

Nic to, powybieraliśmy jednak dość, by zapełnić trzy wiaderka :-)

W domu ruszyła akcja: rydze na patelnię!  Ha, pycha!  Na masełku, nieco soli i sporo pieprzu - super!

Od Kulinaria
Od Kulinaria
Od Kulinaria
Od Kulinaria


Najmilszy pokroił kilka kapeluszy w kostkę, a ja szybko pomieszałam dwa mokre i dwa suche w czterech miskach i..... po dłuuuuugiej przerwie w Chatce znów zapachniały muffiny.

Tuzin ze smażonymi rydzami w towarzystwie ziół, szóstka z borówkami i szóstka z malinami.  Do owocowych dla smaku i koloru dosypałam nowoojczyźnianego 'kakao', czyli Milo.

Kolejnym etapem było blanszowanie maślaków - z myślą o przyszłych sosach, marynatach i zupach, mmmmm...

Od Kulinaria
Od Kulinaria
Od Kulinaria

13 maja 2012

Jak to: 'połowa maja'?

Czy ja napisałam poprzednio, że miesiąc od poprzedniego bilansu minął nie wiadomo kiedy? Hmmmm, jeśli tak napisałam, to dlatego, że nie wiedziałam, jak szybko minie ten...

Pogoda nadal łaskawa - dość często pada w ciągu dnia, ale są to naprawdę przelotne opady (fakt, o różnej intensywności), dość często pada wieczorem (ale wtedy, jak najbardziej - niech sobie i nam pada ;-)), ale dni nadal bywają słoneczne, a nawet ciepłe. Najmilszy z Moich Mężów raz po raz dopomina się o wymianę kołdry na najgrubszą, ale jak do tej pory średnia daje radę ;-) Flanelowe piżamy też jeszcze nie wychynęły z szafy, za to termofory - a i owszem ;-)
Wieczorami popijamy gorącą herbatę z dużych kubków.

Na trawnikach pojawiły się kwiateczki - niechybny znak jesieni i gęstnienia trawy podlewanej raz po raz deszczem. Koszenie znów odbywa się regularnie i często, bo trawa rośnie jak szalona. Za domem dojrzały 'odwieczne' dwie cytryny i jaśnieją kolejne.
Trzy pędy na storczykach szykują kwiaty na kiedyś tam - dwa to epidendrum , a jedno - cymbidium. Sukulenty też odżyły i gęstnieją w obu skrzynkach, aloes znów pozieleniał z tej deszczowej radości.
Pędy odcięte z fikusów ukorzeniły się połowicznie - ciemnozielony tak, a jasny-plamiasty nadal walczy... W Zielonym Kąciku zakończyła się faza pomidorowa (finał uczciła superowa megajajecznica), a skrzynki i koszyki ziołowe przeszły gruntowne czyszczenie - robiąc miejsce nowym sadzonkom (na razie w fazie planowania ;-).

Aganiok od wczoraj przezywany jest Św. Mikołajem, bo chodzi i dzwoni - jako bardzo skuteczny myśliwy dorobił się obróżki z dzwoneczkiem. Mamy nadzieję, że a) spadnie Mu łowiecka skuteczność, b) obróżka zgodnie z instrukcją rozepnie się, gdy Aganiok się o coś zaczepi, zawiśnie itp. ... Zdziwiło nas, że jak na razie Aganiok nie protestuje???

Dni tygodnia wypełnia nam praca, wracamy po ciemku i dosyć zmęczeni.
Weekendy muszą wystarczyć na ładowanie akumulatorów - Najmilszy systematycznie gra w golfa, ja trochę czytam (przecież trwają moje kolejne 'studia'! poza tym po przerwie wróciłam też do biblioteki), stanowczo za mało piszę i stanowczo za mało dbam o Chatkę - Perfekcyjna Pani Domu zapadła ostatnio w sen jesienno-zimowy... Muszę obmyślić jakiś budzik!

W poprzedni weekend wróciliśmy na chwilę do Port Lincoln. Było super - plan zrealizowany na 150% :-D
My bawiliśmy na Półwyspie Eyre, a tymczasem do Adelajdy dotarli Nowi Mieszkańcy - Magda i Faron. Trzymamy kciuki za Ich zadomawianie się tutaj i po raz kolejny mamy okazję zastanawiać się nad tym, jak bardzo już 'wrośliśmy' w Adelajdę i w nową ojczyznę :-)

Krótkie dni i chłodne wieczory sprzyjają oczywiście wyprawom kulinarnym - odwiedziliśmy kilka 'starych' i odkryliśmy kilka nowych miejsc. Na półce pojawił się kolejny tom Entertainment Book, bo 1 czerwca tuż tuż.
Jeśli nie jemy, to i tak otaczają nas kulinarne tematy, bo zaczęła się kolejna edycja lubianego przez nas programu MasterChef (to już czwarty sezon!).

14 kwietnia 2012

Lato, zaczekaj chwilę...

Znów nie wiadomo kiedy minął kolejny miesiąc - ten bilans zakończył się w piątek, trzynastego - ale, jak wiadomo, nasze trzynastki są szczęśliwe, nawet w piątki :-)

Na szczęście dni nadal są w większości słoneczne, a przed nocnym jesiennym chłodem chroni nas wyciągnięta z szafy kołdra. To na razie średnia kołdra (zimowa czeka cierpliwie na swoją kolej i oby poczekała jak najdłużej ;-) - jak na razie spisuje się znakomicie i zupełnie wystarcza.
Aganiok więcej czasu spędza w domu - po tym jak już z misek zniknie kolacja, raczej ogranicza spacery na zimnym zewnętrzu ;-) Popiołek w ciągu dnia układa się tuż przy oknie w plamach słońca i grzeje każdą stronę po kolei, wieczorem, kiedy znikają plamy słońca pakuje nam się na kolana.

Pięknie udają się treningi i sesje gry w golfa ze względu na łaskawą słoneczną pogodę.
Dziś byłam nad oceanem: sama ograniczyłam się do spaceru i przeglądania książek na ławce z widokiem, ale widoki były na wskroś optymistyczne - plaża pełna, sporo ludzi w kostiumach kąpielowych, całkiem dużo amatorów kąpieli; na molo tłum - w tym skaczący z molo do wody :-) Wisienką na torcie był widok żaglówek, które odbywały regaty i zawracały tuż koło 'naszego' molo na Glenelg, by odpłynąć wgłąb oceanu i - pewnie 'po trójkącie' - wrócić na linię startu-mety (na West Beach? albo dalej na północ...)

Najpracowitszy z Mężów znowu przystrzygł trawniki i systematycznie strzyże teraz kolejne krzewy wzdłuż płotu przed Chatką.
Trawa się zagęszcza, przed wejściem kwitną rozmaryny, za domem rosną owoce na cytrusach.
Nad ogrodem raz po raz przelatują papugi, dzięki przerzedzeniu gałęzi drzewa sąsiadki widzimy lepiej przysiadające na jednym z eukaliptusów kolorowe wrzaskuny.

Najpracowitszy z Moich Mężów skutecznie wdrożył się w nowe realia zawodowe - łatwo nie jest, wymyślanie koła przez nowego zleceniodawcę przebiega różnie w różne dni, ale ogólnie puzzle składają się w całość, zlecenia wpływają i wypływają zrealizowane, zdolności interpersonalne Najmilszego przyczyniają się do wygładzania nowych ścieżek i optymalizacji stosunków międzyludzkich, a co najważniejsze - poziom zadowolenia klienta utrzymany :-D

Ja - już oficjalnie - od Wielkanocy oprócz poprzedniej działki zawodowej, która rośnie ;-) mam drugą działkę ;-) Otóż, moiściewy, zostałam (także) księgową! Uchacha, poprzednie zdanie niniejszym dedykuję moim nauczycielom matematyki, a szczególnie Pani Profesor, która wpisując czwórkę na moim świadectwie maturalnym wymogła na mnie obietnicę, że się w życiu matematyką zajmować nie będę ;-)
Obietnica nie została złamana, Pani Profesor! Ilekroć mam pytanie natury matematycznej, pytam mojego zaufanego przyjaciela Excela i to on udziela odpowiedzi. W razie czego, jednym z lepszych świadków jest Madziusia (jedną z lepszych Świadkowych też ;-)).
Wraz z księgowością dostałam wreszcie w pełni swoje biurko oraz dwie szafki (do tej pory miałam procent biurka i szufladę, więc rozumiecie, że zmiana jest znacząca ;-) oraz przywilej organizowania akt finansowych ;-) (mówiąc prozą: to wreszcie ja układam papiery w folderach ;-)

Od ostatniego bilansu, poza intensywnym czasem zmiany zakresu i charakteru obowiązków zawodowych, zaliczyliśmy piękną marcową wyprawę na zachód oraz deszczową, ale owocną kwietniową wyprawę łowiecką.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od Zdjęcia_Bloggera_5

W kuchni zapachniał kolejny jesienny bigos (o tej tradycji pisałam w zeszłym roku), potem sos z borowików, a Wielkanocnie pojawiły się pisanki-skrobanki, muffiny i tradycyjna polska sałatka jarzynowa z (super :-) majonezem.

Od Kulinaria
Od Kulinaria
Od Kulinaria

Popiołek gdyby mógł, nie schodziłby z naszych kolan, a Aganiokowi już prawie odrosła sierść wygolona na potrzeby rekonwalescencji. Koło buzi ma zimową lwią grzywę, a tuż za nią pas futra wytarty swego czasu przez bandaż podtrzymujący gips...

9 kwietnia 2012

Wielkanocny koszyk

Nadeszła jesień...

Dla kogoś tak zafascynowanego Australią jak my, to zawsze powód do smutnawej zadumy - nadchodzą chłodne wieczory, zimne noce i rześkie poranki, z szafy trzeba wyciągnąć kołdrę i uzupełnić pustą do tej pory poszwę, koty noszą coraz bardziej puszyste futra - no wiecie, takie tam...

Na szczęście nie jest całkiem źle:
- temperatury w ciągu dnia nadal potrafią być iście letnie,
- rośliny pięknieją, bo wróciły deszcze - trawnik goni koty - też się pięknie zagęszcza ;-)
i wreszcie...

... jesień to pora roku dla grzybiarzy ;-D
Nadeszła Wielkanoc, więc chwyciliśmy koszyki w dłoń i... zamiast w prawo, my hyc! w lewo tj. nie do święcenia, a do lasu.

W starych sprawdzonych już miejscach i w jednym nowo-odkrytym czekały na nas zastępy grzybów-co-to-ich-nie-ma-w-Południowej-Australii (nieustannie nas bawi ten żart ukuty na potrzeby domowe ;-) - jak zwykle okazało się, że należało przyjechać ze dwa-trzy dni wcześniej, bo i tym razem przy wielu grzybach robale były pierwsze...

Od Zdjęcia_Bloggera_5
Od Zdjęcia_Bloggera_5

Na szczęście w domu przy produkcji sosu selekcji nie przeszły jedynie dwie sztuki ;-)

Od Kulinaria

Sezon grzybobraniowy 2012 można uznać za otwarty. W lesie czekają nie tylko grzyby-co-to-ich-tu-nie-ma, ale i całe zastępy rydzów i maślaków.
Kilka młodych rydzów zabraliśmy ze sobą - ot, tak, na smaczek - trafiły na patelnię na warstwę rozgrzanego masła :-)

Od Kulinaria
Od Kulinaria

Obok patelni w woku i na blacie w wolnowarze powstał szlachetny sos - mmmmm...

Od Kulinaria
Od Kulinaria

Naszą dzisiejszą wyprawę skropił deszcz, wieczorem popadało u nas - serca nam rosną na samą myśl o nowych pokoleniach grzybów, które... też rosną, w rytm jesiennego deszczu i ożywczego tchnienia ogrzanego słońcem wiatru.

2 marca 2012

... kolejna jesień...

I znowu skończyło się lato :-( Zawsze myślę o tym ze sporą dozą smutku...

Od Lawendowa_Chatka_2011

Tegoroczne lato było pod względem pogody w naszym stanie 'lepsze', niż poprzednie, ale 'gorsze', niż dwa lata temu ;-)) Dobrze, już uściślam: było cieplej, niż rok temu, ale nie było to typowe południowoaustralijskie lato, które 'powinno być' serią upalnych bezdeszczowych dni.
Bywały dni chłodne, spadło sporo deszczu, dość często wiało.
Bywały też 'typowe' upalne duszne dni i burze: gdzieś tam, daleko w tle, z zaledwie paroma kroplami deszczu.

Ostatni weekend tegorocznego lata był mocnym akcentem: popisowy upał, duchota w ciągu dnia i konieczność włączenia klimatyzacji i wiatraka w nocy, żeby dało się spać.
Co nie zmienia faktu, że woda w oceanie była zimna do samego końca i za każdym razem zanurzenie się wymagało sporej porcji silnej woli (hahahaha, oczywiście, że potem już było fajowo i orzeźwiająco, ale te pierwsze kroki naprzeciw falom - brrrrr).

Cóż, minął upalny weekend, nadszedł 1 marca, czyli jesień i... w powietrzu natychmiast dało się odczuć zimny powiew.
Spadł nawet deszcz i to solidny. W nocy też odczuliśmy, że już po lecie - niby jeszcze nie wyjęłam z szafy kołdry, ale coś tak czuję, że niedługo trzeba będzie.

Najmilszy ukończył daszek nad dodatkowym pokojem - śmialiśmy się, że czekamy na deszcz, żeby się przydał. No i już się przydał ze dwa razy ;-) Różnica w stosunku do poprzedniej wersji - niesamowita! Można siedzieć na zewnątrz podczas deszczu - nic nie kapie, prawie nie zacina (wszystko zależy od siły i kierunku wiatru) - super! Do pełni szczęścia brakuje jeszcze, żeby w najbliższej okolicy wyginęły wszystkie komary ;-)

Po ukończeniu daszku Najmilszy znowu uporządkował trawniki - za domem i przed, a także krzewy. Nawet araukaria straciła kilka gałęzi ;-) Trawniki zostały podkarmione porcją nawozu, niebo dołożyło porcję deszczu i oto już widać różnicę - wypalone podczas upałów fragmenty znów się zazieleniły, przebija coraz więcej świeżych odrostów, zielone dywany są coraz gęstsze.

W ogrodniczym kąciku spektakularnych sukcesów nie udało się odnotować, ale dojrzewają chatkowe pomidory i na bieżąco podstrzygamy zioła. Na cytrusach w beczkach za Chatką wciąż dojrzewają cytryny i lemonki (w sensie: te same owoce ciągle tam wiszą - powoli rosną i na razie nie tracą zielonej barwy ;-). U sukulentów trwa jedno kwitnienie, kwitną też obydwa rozmaryny.

Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011

Po zielonym trawniku za Chatką kuśtyka Aganiok - w przyszłym tygodniu być może pozbędzie się nie tylko gipsu, ale i gwoździ z tylnego kolana?? Mamy nadzieję, że na razie utyka z powodu gipsu i zbytniego 'niesymetrycznego' obciążenia tylnej 'pooperacyjnej' nogi. Kolano jest wyraźnie spuchnięte, ale weterynarz na razie kazał się nie martwić. Hmmmm, staramy się. Czekamy, co będzie dalej.
Nieśmiałą nadzieją napawa nas fakt, że przynajmniej na razie Aganiok porzucił próby forsowania płotu... ;-)