Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Księgozbiór. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Księgozbiór. Pokaż wszystkie posty

9 listopada 2009

Czytanie Wiosenne

Wreszcie nadgoniłam i opisałam. Zapraszam.

Henning Mankell i jego seria kryminałów, których głównym bohaterem jest detektyw Kurt Wallander. Są to kryminały, ale ich klimat, tło obyczajowe Skandynawii z jej surowym klimatem, zmianami zachodzącymi w społeczeństwie oferuje godziwą rozrywkę, choć jeśli ktoś woli skupić się tylko na zagadce kryminalnej, też nie poczuje się zawiedziony. Główny bohater przywiązał mnie do siebie tak bardzo, że żal mi było, kiedy po sprawdzeniu listy książek Mankella okazało się, że połknęłam już wszystkie przygody Wallandera.

Jose Carlos Somoza - Jaskinia filozofów (The Athenian Murders) i Klara i półmrok (The Art of Murder). Powieści na marginesie kryminałów: to raczej zabawa konwencją, pretekst, żeby do książek wprowadzić pewne treści, klimaty, zaskoczyć, zaszokować czytelnika. Książki czyta się niby szybko, ale coś nas zatrzymuje, każe się zamyślić, zastanowić, pokiwać głową...
Została mi jeszcze jedna - Klucz do otchłani (The Key of Doom) - i zamierzam po nią sięgnąć.

Orhan Pamuk - Śnieg (The Snow) - książka ważna, przejmująca, smutna. Nie znać prozy Pamuka, to ominąć jakiś kawałek otaczającej nas rzeczywistości, zrezygnować z jednego spośród wielu kluczy do zrozumienia tego, co dzieje się wokół, zwłaszcza we współczesnej Europie. Myślę jednak, że minie trochę czasu, zanim sięgnę po kolejne tytuły. Usprawiedliwiam się... adresem, jaki teraz piszę na kopertach ;-)

Carlos Ruiz Zafon - Cień wiatru (The Shadow of the Wind) i Gra anioła (The Angel's Game) - proza bajkowa, z elementami kryminału, powieści awanturniczej, romansu, z pięknymi opisami Barcelony. Na półce mogłyby stanąć i obok prozy Edgara Allena Poe i Jana Potockiego (Rękopis znaleziony w Saragossie). Czytając, ma się wrażenie, jakby nie była to twórczość pisarza współczesnego, wracamy zdecydowanie w wiek XIX.

Żona podróżnika w czasie - piękna, zaskakująca książka o miłości, o sile życia, o rozstaniach, powrotach, niepewności, nadziei i zaufaniu. Ciekawy pomysł, nietypowy układ treści, ale wszystko zmierza do celu, wszystko po coś się dzieje, jeżeli nie rozumiemy, uczymy się wraz z bohaterami, że czasem warto poczekać, i że warto mieć nadzieję. Aha: niezbędna będzie paczka chusteczek ;-))

Ostatni (niestety) tom Millenium - Zamek z piasku, który runął (The Girl Who Kicked the Hornets' Nest). Ciekawostka: wersja angielska ma tytuł zmieniony w stosunku do oryginału - Dziewczyna, która kopnęła w gniazdo szerszeni - i wydaje mi się, że ten tytuł bardziej trafia w treść... Zakupiony w listopadzie dość długo czekał w kolejce. Zamówienia w bibliotece realizowane były na tyle szybko, że... szkoda mi było czasu na książkę, którą mam w domu na zawsze.
Myślę, że za jakiś czas z przyjemnością wrócę do tej lektury i przeczytam ponownie wszystkie trzy tomy, za jednym zamachem. Tom drugi podobał mi się bardziej niż pierwszy, a trzeci bardziej niż drugi. To zaskakujące, bo często bywa odwrotnie. Trzeci tom mnie nie rozczarował: nie tylko uzupełnił luki we wcześniej zdobytej wiedzy o głównej bohaterce, ale i był okazją dla autora do snucia dalszych rozważań nad państwem szwedzkim i jego instrumentami władzy, instytucjami i zjawiskami społecznymi. Dziennikarstwo nie przeważyło nad powieściopisarstwem, stopień nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności też pozostał na dopuszczalnym poziomie. Akcja nadal obfitowała w zwroty i wpływała na przyśpieszenie oddechu. Słowem: polecam i rozumiem sukces wydawniczy tego tytułu.

26 lipca 2009

Czytanie zimowe

The Girl with the Dragon Tattoo - znakomita sensacja! z ciekawym tłem obyczajowym; rozpoczęcie lektury grozi zarwaniem nocy, mimo że historia dosyć ponura. Główni bohaterowie podbili moje serce: książkę przeczytałam po polsku jako Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet, a następnie po angielsku, aby odświeżyć sobie tę historię przed przeczytaniem drugiego tomu tej trylogii. Co ciekawe: moim zdaniem tłumacze inaczej podeszli do swojego zadania i każda z wersji tłumaczenia odrobinę się różni od drugiej.
Książka to fantastyczny splot różnych wątków, kolejne wydarzenia układają się jak wachlarz, sporo tu niespodzianek i zwrotów akcji, nie ma dłużyzn, wszystko opowiedziane jest po coś, historia jest zgrabnie spleciona - kończąc kolejny rozdział powtarzamy: jeszcze tylko jeden i gaszę światło... Znacie ten schemat? ;-)

The Girl who Played with Fire - druga część trylogii Millenium, w której spotykamy poznanych już wcześniej bohaterów. Znowu przyglądamy się niektórym zjawiskom społecznym, na tle których dobrzy walczą ze złymi. Co do tych złych nie mamy wątpliwości, ale na ile ci dobrzy są dobrzy? Jak by nie kombinować: nieskazitelni nie są. Szeroki wachlarz emocji i gwarantowana rozrywka. Mnie tom drugi podobał się bardziej niż pierwszy (z czym nie każdy się zgadza, więc warto sprawdzić samemu ;-) i z niecierpliwością czekam na październikowy debiut tomu trzeciego.

Something Borrowed - amerykańskie czytadło pełne nowojorskich smaczków, babskich zachowań, wspomnień z dzieciństwa i dorosłej fazy przyjaźni dziewczynek z podstawówki. Grono sympatycznych i mniej sympatycznych postaci przeżywa perypetie okołozwiązkowe, zmaga się z wyrzutami sumienia lub wcale nie. Trochę tu życiowych mądrości, trochę przemyśleń autorki o tym, jak to w życiu bywa, co jest ważne, jak poukładać priorytety i co z tą układanką zrobić. Nawet jeśli na końcu okazało się, że zgadliśmy jak historia się kończy, to i tak nas ten finał cieszy. Mnie spodobało się na tyle, że sięgnęłam po kolejne książki tej autorki. Nie jest to żadna wysoka półka, ale na plażę w sam raz.

Something Blue
- bardzo sympatyczny pomysł na książkę napisaną po Coś pożyczonego; tym razem jest to Coś niebieskiego. Tym razem jesteśmy w Londynie, spotykamy tych samych bohaterów, ale dzieją się inne ciekawe rzeczy. Wcześniej poznaliśmy już historię Darcy, Claudii i Dexa, ale teraz mamy okazję poznać inny punkt widzenia, wersję tych samych wydarzeń przekazuje inna osoba pozwalając poznać co, kiedy i dlaczego się stało. Wychodzi na to, że warto wysłuchać obu stron, wychodzi na to, że ugruntowane opinie mogą się zmienić, że ludzie mogą się zmienić. Sporo tu optymizmu, który może się komuś wydać cukierkowy, hollywoodzki - ale przecież po to czytamy takie książki, w głębi duszy czekamy na happy end, na potwierdzenie, że miłość zwycięża wszystko, że przyjaźń jest bardzo ważna i nie warto jej lekkomyślnie odrzucać i że ludzie wokół nas są dobrzy, nawet jeśli czasem błądzą i dochodzą do celu okrężną drogą. Nie do końca wierzę w to, co przydarzyło się Darcy, ale chcę aby takie wersje były możliwe ;-)) Autorka nie poszła na łatwiznę korzystając z sukcesu pierwszego tomu. Zachęcona sięgnęłam po tom trzeci.

Babyproof - bohaterowie inni, trochę starsi, więc i problemy nieco inne, ale klimat pozostaje ten sam. Miłą niespodzianką jest znalezienie w pewnym momencie nawiązania do wcześniej poznanych bohaterów, choć nie o nich teraz mowa. Dziecioodporna postanowiła nie mieć dzieci, wśród większości osób nie podzielających jej zdania znalazła idealnego mężczyznę, który zgodził się z jej wizją związku bez wpisanego weń rodzicielstwa, szczęśliwa para wzięła ślub i rozpoczęła wspólne życie jako dwie połówki jabłka. I nagle jedno z nich zrywa poprzednią umowę, odstępuje od wcześniej uzgodnionej wersji, że nie chcą i nie będą rodzicami, bo mają siebie i tyle im zupełnie wystarczy... Czy można zmieniać zdanie w ten sposób, co buduje związek i jaką rolę pełnią w nim pojawiające się dzieci, na ile jesteśmy "normalni" i na ile akceptuje nas otoczenie, kiedy mamy odmienną wizję i wreszcie, na czym polega miłość i ile można, warto, należy dla niej poświęcić? Po raz trzeci się nie zawiodłam - książki Emily Giffin nie wydają mi się powtórkami, mimo że czytam je jedną po drugiej. Na stole czeka czwarty tom. Zakładam, że coś o nim napiszę za kilka dni ;-))

Love the One You're With - czwarty tom już połknięty. Styl i atmosfera pozostają te same, chociaż poznajemy nowych bohaterów. Tłem znowu jest tu Nowy Jork. Polski tytuł chyba bardziej mi się podoba (Sto dni po ślubie) - zapowiada, co będzie się działo, co jest punktem wyjścia opowiadanej historii. Tym razem młoda stażem mężatka staje na rozdrożu po przypadkowym spotkaniu swojej byłej wielkiej miłości, mężczyzny, który kilka lat wcześniej złamał jej serce, i który nigdy nie wyjaśnił, co poszło nie tak, który zawsze przyciągał ją jak magnes, i co bohaterka stwierdza na wspomnianym rozdrożu - przyciąga ją nadal, może nawet mocniej. A w domu jest mąż, w pamięci ślub i złożona przysięga, rodzinne plany i ważne decyzje. Kto lubi styl Emily Giffin, ten znowu spędzi czas na miłej lekturze.

The Reader - nie widziałam filmu, ale książka nie zawiodła moich oczekiwań. To jedna z tych lektur, o których nie da się powiedzieć "podobała mi się", ale zapada w pamięć, daje do myślenia, budzi sporo gorzkich myśli, a równocześnie daje satysfakcję, że ją przeczytaliśmy.
Niestety, znałam sekret głównej bohaterki z powodu licznych reklam filmu, szkoda, że nie udało mi się doczytać tego w treści książki, doznać olśnienia wtedy, kiedy domyślił się główny bohater... Ciekawostka? Dla mnie Hanna miała twarz Krystyny Jandy.

Shantaram - leży i czeka. Przeczytałam kilka stron, po czym... odebrałam stos książek z biblioteki i utonęłam gdzie indziej...

1 lipca 2009

Obrazek dziękczynny

Obrazek niniejszy dedykuję Nieocenionej Monique.

Nieoceniona Monique nie tylko zaopatrzyła Ahoj Przygodowiczów w niezliczoną ilość pudeł, nie tylko pudła te miały wymiary pozwalające zgrabnie dopasować układankę do wymiarów europalety, nie tylko polała łzami moment pożegnania, nie tylko ułatwiła wydruk dokumentów na pewnym dramatycznym-zakręcie-przedwyjazdowym, ech... wymieniać by można długo...

Monique także uchyliła drzwi do magicznego pokoju, jakim jest świat książek.
Skąd o tym wiem?

Weszliśmy ostatnio z Miłym Mym do księgarni (i to nie ja zgłosiłam ten pomysł - aha!). Wchodzę, patrzę na półki - i co? Magia!!! Zmieniły się tylko napisy, czasem szata graficzna okładek. Książki pozostały te same! Magia! Podchodzę do bestsellerów - to samo! Podchodzę do nowości - to samo!

Dla pewności podchodzę do lady:

- Czy mogłabyś mi pomóc? Oddałam pewną książkę nieprzeczytaną, bo już mi brakło czasu przed wyjazdem z Polski. Niestety, nie pamiętam tytułu... - tu przez chwilę tłumaczę, o czym była książka i...

Wychodzę uśmiechnięta z księgarni niosąc Shantaram pod pachą ;-) 
Ja niosę taki, a nie zdążyłam przeczytać takiego
Magia ;-))  
Dziękuję Monique!!!

5 stycznia 2009

Noworoczne lektury

Obiecaj mi - stary dobry Coben! Autor opowiada nam o dalszych przygodach Myrona i jego przyjaciół. Znowu udaje się rozwiązać kolejną zagadkę powikłanych ludzkich losów. Trochę się niepokoimy, trochę filozofujemy, trzymamy kciuki za głównego bohatera i tych, którym pomaga. Akcja się dzieje, padają ciosy i strzały, dialogi się toczą, kartek ubywa. Słowem: jak zwykle solidna robota i porcja satysfakcjonującej rozrywki dla miłośników gatunku i autora.

Bez śladu - znowu thriller i ponownie: dobra robota, czyli miłośnicy gatunku będą zadowoleni. Nawet jeśli dość wcześnie wpadłam na to, jakie będzie zakończenie, to i tak książka na tym nie straciła. Dobrze się czyta, jeśli ktoś lubi taką rozrywkę.

Lisa Unger - Piękne kłamstwa i Cząstka prawdy. Reklamowane dwie części tej samej historii. Ja zaś po lekturze mam mieszane uczucia... Może dlatego, że sporo ostatnio czytam książek z tego gatunku, ale z jakiegoś powodu męczyłam się i z trudem brnęłam przez te dwie lektury. Może to niedostateczna ilość lub sposób konstruowania dialogów? Może chodzi o styl, może tylko o tłumaczenie? Nie wiem. Bo pomysły autorka ma niezłe, postaci są wyraziste, a zwroty akcji dobrze wróżą i często zaskakują, książka zdaje się być dobrym materiałem na film, ale chyba nie do końca udały się proporcje w tym tekście...

Księga bez tytułu - fantastyczna porcja rozrywki: jest tu i humor (górujący nad całą resztą), i zabawy językiem, i sporo dosadnych wyrażeń napisanych bez wykropkowania, nieco westernu, i sporo horroru, i nutka fanatsy - słowem zabójczo wciągająca mieszanka gwarantująca dobrą zabawę i nie pozwalająca nam się znudzić aż do ostatniej karty. I nawet jeśli się już domyślimy finału, to może nie całkiem, albo nie wszystkiego, bo nie o to tutaj chodzi, a raczej o podążanie za autorem (jak to? przecież....) przez kolejne karty tego labiryntu.
Polecam!

Na koniec dwie książki o Mikołaju Koperniku.
Obydwie dość podobne, napisane w podobnym, popularnym stylu, raczej powieści niż dzieła naukowe, oplatające znalezione strzępy informacji zmyśleniem lub wersją zdarzeń będącą hipotezą pisarzy, zgodną z ich wyobrażeniem o przebiegu wydarzeń w życiu wielkiego astronoma.
Mnie osobiście poruszyły dwie rzeczy:
1) obaj autorzy nie są Polakami i obaj są wyraźnie zafascynowani postacią geniusza, wielkiego człowieka nauki, znakomitości czasów Renesansu
i
2) ja jako współrodaczka Kopernika wiem o nim tak niewiele.
Kołatały mi się po głowie jakieś strzępki informacji pamiętane z lekcji w podstawówce, może w liceum, ale z podkreśleniem słowa strzępki. Ze zdumieniem odkrywałam wielkość postaci astronoma na tle jego czasów, miejsca, gdzie zdobywał wiedzę, ludzi, z którymi się zetknął, nauczycieli, kolegów "po fachu" zgadzających się z nim i go zwalczających oraz uczniów i naśladowców.

Jack Repcheck - Sekret Kopernika. Jak się zaczęła rewolucja naukowa - tę przeczytałam najpierw i chyba dobrze, bo wydaje mi się być echem drugiej. Tym bardziej, że powstała później.
Jean Pierre Luminet - Tajemnica Kopernika - powtarzając większość zdarzeń z poprzedniej nie tylko rozwija ich opis na powieściową modłę, ale i dodaje wiele nowych wydarzeń i wiadomości. Obraz życia Kopernika zdaje się pełniejszy, barwniejszy, a sam Kopernik jawi się jako człowiek bardziej sympatyczny i łatwiejszy do zrozumienia niż wahający się lizus z poprzedniej książki.

26 grudnia 2008

Czytanie grudniowe

Szyfr Szekspira - zdecydowanie do postawienia nad Danem Brownem, chociaż nie ze względu na emocje i napięcie, a raczej ze względu na wkład intelektualny ;-). Chwilami się nieco dłuży, niektóre rozwiązania mogą się nie podobać, może rzeczywiście książka zyskałaby po przeniesieniu jej na ekran? Ale przeczytać warto. Ja sama po skończeniu tej książki przekartkowałam sobie kilka tomów Szekspira z tłumaczeniami autorstwa St. Barańczaka, które polecam, bo tłumacz mistrzowsko bawi się słowem i jest to chyba Szekspir, najbliższy temu, o którym pisze J. E. Carrell.

Miłość nad rozlewiskiem - trzeci tom i trzeci raz miło, ciepło i ciekawie; idealne czytanie na przedświąteczne i okołoświąteczne nastroje, na wszechogarniający stres i czasem zwątpienie, czy dołek. Przepisy kulinarne wplatają się w tę prozę coraz zgrabniej, coraz bardziej integrują się z treścią i przestają być tylko 'modnym gadżetem na czasie' dodawanym do każdej książki.
Lubię Gosię i chętnie bym pojechała na urlop nad rozlewisko ;-)

Ostatni szczegół - kolejne przygody w rytmie i stylu właściwym dla Cobena. Nie jest to mój najulubieńszy autor, ale sięgam po jego prozę od czasu do czasu, zwłaszcza jeśli wiem, że znów spotkam poznanych wcześniej bohaterów z pewnej agencji dla sportowców ;-) Tym razem jednak dreszcze nie chodziły mi po plecach...

Krew i wino - skończyły się spotkania z sympatycznymi syjamczykami, więc sprawdzam kolejną serię miękkookładkowych dodatków do gazety. Klimat już zupełnie inny, autor pakuje w swoje książeczki całą masę swoich ambicji i chce chwalić się swą erudycją, i koniec końców wychodzi... niedosyt i przesyt w jednym. Niedosyt, bo się spodziewałam, że o winie (chodzi o trunek) dowiem się więcej, że poczuję ich smak, docenię bukiet i kolor, dowiem się gdzie i jak długo dojrzewały itd. A przesyt? Cóż, bohater raczy nas swą erudycją, prowadzi przez niesamowite ciągi zdarzeń, wychodzi z nich obronną ręką, dzięki swej rozległej wiedzy hobbysty, a nie zapyziałego uczonego i... tu chyba tkwi tajemnica ;-) Słowem: ani to czytadełko przyjemne, jak opowieści o otoczeniu i perypetiach Qwillerana, ani to porządny kryminał, ani to książka dla fanów wina... Ale czytam, bo mam czas i dostęp ;-) z nadzieją, że znajdę wartościowe ziarenko ;-) Sama bym tego na pewno nie kupiła do swojej biblioteki ;-)

Doktryna szoku - książka, przez którą brnę, bo to nie czytadło, ale uważam, że warto ją przeczytać, poznać treść, przedstawione koncepcje i fakty, może nawet niekoniecznie (jak ja) po to, aby się zgodzić z autorką, ale aby tę książkę znać i na tej podstawie poznać zdanie i opinie innych ;-) Przy okazji jest to wartościowe uzupełnienie wiedzy o historii najnowszej, o tym, co dzieje się w kuluarach, gdzie pracują decydenci i jak się plotą losy świata tego. Smutne, wstrząsające i daje do myślenia. Jak skończę, wtedy dopiszę tu pewnie coś więcej...

Najwięcej jednak w grudniu przeczytałam... przepisów ;-) W książkach swoich i tych, na które nasze półki dopiero czekają ;-) Bo książki kulinarne uwielbiam czytać i oglądać tak, jak niektórzy-o-których-będzie-kiedyś-w-Kontekstach czytają przewodniki turystyczne ;-)
Na szczęście Gwiazdka o tym wie, a ja mam nadzieję, że Miły Mój pożyczy mi swoje prezenty do poczytania i pooglądania ;-)

13 listopada 2008

Księgozbiór jesienny

Hi hi hi, na początek się przyznam do lektury Domu nad Rozlewiskiem. Słyszałam różne opinie, w tym sporo negatywnych (że rozwlekłe, nuda, płycizny, nieodkrywcze, że o niczym itp), a ja się zrelaksowałam, przeżyłam miłe chwile, w jednym momencie się łzawo wzruszyłam, mimo że było to rano w zatłoczonym tramwaju, gdy jechałam do pracy...
Siłą rozpędu połknęłam Powroty nad Rozlewiskiem, i mimo początkowego wrażenia, że to jednak odgrzewanie pomysłu po raz drugi, szybko zmieniłam zdanie i czytałam z przyjemnością wcale nie mniejszą niż tom wcześniejszy (a tu historia jest wcześniejsza ;-)
Słowem: ja polecam. Proste książki, ale sporo w nich ciepła, pozytywnych uczuć i mimo że w życiu nie zawsze jest łatwo, to jednak czasem niektórym się udaje, prawda?
Czekam na więcej historii znad Rozlewiska, bo z sympatią posłuchałabym, co tam u nich nowego.

Poza tym - skończył się Kot, który... i z jednej strony się cieszę, bo bardzo to nieambitne, bardzo nierówne, miejscami żenująco słabe, ale z drugiej strony - przywiązałam się do bohaterów i mi trochę żal...

Bywałam też ostatnio w klimatach chińskich i japońskich, bo przytachałam od znajomej trochę książek:
  • Shogun (nigdy nie oglądałam filmu ;-) i nawet nie wiedziałam dotąd, że to ten sam autor, który napisał Króla szczurów,
  • Tai Pan - niesamowita lektura autora wymienionego powyżej - nie bez powodu został nazwany 'twórcą bestsellerów'. Fantastycznie nakreślona panorama powstającego Hong Kongu, realia ówczesnego handlu i walk o wpływy na morzach i w koloniach. Żeglarze-kupcy, odważni, ale i krwiożerczy, bezwzględni, ale i mający swój honor. Na pewno sięgnę po Noble House, choć żal mi nieco tych, których już na kartach kolejnej powieści nie będzie...

  • Wyznania gejszy (wczoraj obejrzałam film, podziękowałam Opatrzności za ten piękny komplet i... cieszę się, że przeczytałam książkę),

Magiczny świat, wiele zadziwień, spora porcja zadumy i refleksji, miejscami lekcja pokory dla wrodzonego mojego 'europocentryzmu'. Nieocenione chwile. Każda z tych książek jest inna, inaczej pisana, ale pokazują świat niezwykły, tym bardziej, że tak egzotyczny i taką wagę przywiązujący do szczegółu, do piękna, do kodeksu honorowego, a świat wartości różni się od "naszego powszedniego".

Poza tym, po stu latach zakupiłam do domu i przeczytałam jednym tchem Mikołajka (planuję jeszcze dokupić dwa tomy Nowych przygód..., choć drażni mnie zmieniony format - pocieszam się za to zwiększoną objętością). Hi hi hi, nieledwie zmoczyłam łóżko - polecam na jesienne doły - chociaż zdecydowanie rodzicom, dzieci mają czas ;-)

W kolejce czekają Muminki - choć tu już nie tylko śmiesznie i zabawnie będzie...

Ze zdobyczy targowych:
  • Prezes i Protegowany Stephena Freya (sensacja 'korporacyjna' ) - przeczytałam, bo byłam ciekawa, no i jak ktoś lubi sensację, to się raczej nie zawiedzie,

  • Zapora - też sensacja, rodem ze Szwecji. Postanowiłam pogłówkować jeszcze nad innymi sprawami Kurta Wallandera, bo coś w tej książce jest poza samą zagadką zbrodni... Nie zawsze wymyślam rozwiązanie zanim poda je autor, tym razem tak było, ale o dziwo, nie odebrało mi to satysfakcji z lektury - trochę ponuro-zimne, przesiąknięte skandynawskim chłodem, ale wrócę.

  • Ewangelia Judasza - znowu, jeśli ktoś lubi taką zabawę w gdybanki, to proszę bardzo. Jest tam i motyw romansowy, i obyczajowości trochę. (Jeśli chodzi o tytułową Ewangelię, to - ze względu na ten wątek - postawiłabym książkę obok Przesyłki z Salonik, a ze względu na postać badacza i "stopień naukowości tła powieściowego" - nad książkami Dana Browna ;-)

  • Coco - powieść-niby-biograficzna, czyli coś, co akurat niezbyt lubię - wolę solidnie udokumentowane biografie (najchętniej ze zdjęciami, zwłaszcza tu - aż się prosi) niż wymyślanie, jaką osobą mogłaby być dana postać znana ogółowi. Na półce postawiłabym obok Blondynki (wariacja "na bazie" Marylin Monroe), ale niżej niż półka z powieściami Irvinga Stone'a (które czytam z przyjemnością i satysfakcją wielką, a obecnie planuję zakup Greckiego skarbu), pod którymi z kolei stoi Księżyc i miedziak.

Czym będzie Księgozbiór

Wymyśliłam blogowi kolejną grupę postów. Księgozbiór będzie uzupełnianą na bieżąco listą przeczytanych przeze mnie książek, z krótkimi komentarzami (subiektywnymi na wskroś).

Dawno dawno temu powstał w mojej głowie taki obraz: spore ciemnawe pomieszczenie, a w nim regały typowo biblioteczne. Niestety, dużo bardziej rzucają się w oczy puste miejsca na poszczególnych półkach i półki puste w ogóle (ouuuuupppssss) - tak właśnie wyobrażam sobie mój księgozbiór - zbiór książek przeczytanych, gdzie puste miejsca to oczywiście książki nieprzeczytane...
Nie poddałam się jednak i wciąż dokładam kolejne tomy - pracowicie dodaję kolejne książki stawiając je na różnych regałach i na różnej ich wysokości. Chociaż, pamiętam zaliczyłam kiedyś potworny dołek - było to na początku studiów, gdzie trafiłam jako zadowolona-z-siebie-laureatka-kolejnego-szczebla-olimpiady-polonistycznej-z-indeksem-bez-egzaminów. Porozglądałam się wśród (widzianych we własnej wyobraźni) regałów koleżanek i kolegów z roku - licznych, gęsto i metodycznie zapełnionych, tchnących intelektualizmem najwyższych lotów, wyrobionym gustem czytelniczym oraz sprecyzowanymi zainteresowaniami naukowymi i oniemiałam czując narastającą panikę, że ja wciąż jestem na etapie uzupełniania warsztatu, podstaw i że zapełnianie mojej biblioteki przypomina chęć zasypania ziejącej otchłani poprzez wrzucanie w nią żwiru...
W moim księgozbiorze pewne widziane w innych działy nie istniały w ogóle, nie reprezentowała niektórych nawet jedna książka...
Na szczęście udało mi się wyluzować, ochłonąć i zrozumieć, że prawdopodobnie i u mnie są takie książki, których nie przeczytali inni...

Po tym, jak poznałam serię o Hannibalu Lecterze i o jego muzeum pamięci, tylko się utwierdziłam w przekonaniu, że idea jest słuszna, tylko mnie biegłości nie dostaje, aby nad tym zapanować ;-) Bo ludzki mózg na pewno daje nam takie możliwości - jeszcze tylko nie umiemy efektywnie z nich korzystać.
Podobno chińscy lekarze kształcili swoich następców rozwijając stopniowo ich pamięć: chłopcy od dzieciństwa zabudowywali swoją wyobraźnię regałami, potem wizualizowali poszczególne półki, później szufladki (jak i w naszych starych aptekach), a w nich układali kolejno pakieciki. Po zakończeniu wieloletniej nauki byli w stanie 'podejść' do wybranej półki, wysunąć szukaną szufladkę i wybrać konkretny pakiecik ziół potrzebny jako składnik danej mikstury - ech, ależ przyjemnie pomarzyć...
Czy nie byłoby wspaniale na podobnej zasadzie podejść, zdjąć z półki wybraną książkę i przeczytać? Prawda jest jednak taka, że szybko zapominam tytuły, a jeszcze szybciej treść. Wracając do wielu książek poznaję, że już to czytałam, ale niestety - treść już mi umknęła... Niby mam niespodziankę po wielekroć, ale mimo wszystko szkoda.

Książki towarzyszyły mi od zawsze. Już jako dziecko miałam sporą biblioteczkę. Ceniłam książki, wśród nich najbardziej te z dedykacjami i cieszyło mnie, gdy dostawałam je w prezencie.
Czytać sama nauczyłam się z pewnymi oporami na początku podstawówki, ale za to raz rozpędzona, nie zwolniłam do dziś ;-)

Pamiętam okres, kiedy wieczorami czytałam przed snem młodszej siostrze i dopiero po "zaliczeniu" przez nią należnej jej porcji, mogłam zabrać się za swoją książkę. A że takiego malucha nie oszukasz, nie przyśpieszysz, nie opuścisz ani kawałka, ba, wyrazu - więc moje nastawienie bywało różne ;-)

Mam nadzieję, że moją pasję czytelniczą uda mi się kiedyś przekazać Juniorowi. Wiem, ile daje człowiekowi pasja czytania, oczytanie, "opatrzenie się" z językiem, "osłuchanie" ze sposobem mówienia poszczególnych autorów lub/i stworzonych przez nich bohaterów.

No dobra, tu nastąpi przeklejka z pewnego Ciepłego Miejsca podsumowująca mój czytelniczy październik, a potem dopiszę jeszcze coś i będą to już pisane na bieżąco oryginalne blogowe twory ;-)

28 października 2008

Przebłysk złotej jesieni

Ależ mieliśmy piękny weekend - wróciło słońce i liście znów zaszeleściły pod nogami. A nie dość, że weekend był słoneczny i ciepły, to jeszcze trwał o godzinę dłużej, ponieważ wróciliśmy do czasu zimowego z soboty na niedzielę. Hihihihi, ciekawe, czy jest ktoś, kto faktycznie przestawia wskazówki zegarków o zalecanej godzinie? Np. w tym roku z trzeciej na drugą (a może to zawsze jest z trzeciej na drugą?? nie wiem).

W Krakowie od czwartku do niedzieli odbywały się Targi Książki i media przez cały czas trwania imprezy trąbiły, że zainteresowanie jest ogromne - zarówno po stronie wystawców, jak i odwiedzających. No i super - zawsze mnie cieszą takie wiadomości.

My z Miłym Mym poszliśmy przyjrzeć się targom, książkom i gościom w niedzielę.
I co?
Przytłoczyło nas: rzeczywiście nieprzeliczone ilości książek na nieprzeliczonej ilości stoisk, ale jak dla mnie stoiska strasznie chaotycznie poukładane, ściśnięte, stłoczone i bez żadnego przewiewu. Oświetlenie dodatkowo podgrzewało atmosferę, a sporą część hali owiewała woń frytek smażonych w tłuszczu pamiętającym chyba wakacje ;-) Wśród odwiedzających duch panował raczej bojowy właściwy polowaniu w dzikich ostępach, niż duch kultury właściwy obcowaniu z literaturą, co oczywiście również nie umilało zwiedzania targów...
Błąd taktyczny zrobił każdy, kto nie poszedł na tę imprezę z planem stoisk, ewentualnie z planem własnych poszukiwań i to najlepiej konkretnych wydawców lub konkretnych tytułów. Mnie serce wyrywało się do kilku książek, ale nie na tyle mocno, aby dokonać zakupów. Żadnych cen powalających na kolana nie udało mi się wypatrzyć. Pooglądałam więc i postanowiłam pobuszować po księgarniach i w necie, żeby wyszukać najkorzystniejsze ceny już po targach.

Kupiliśmy jednak jedną książkę, zupełnie nie planowaną. Skusił nas kwas chlebowy, jakim częstowano gości stoiska i autor opowiadający o samym procesie zbierania materiałów i pisania. Jest to Kuchnia klasztorów prawosławnych. W środku przepis, na przykład, na kiszone rydze - mmmmmm... i dużo więcej, plus sugestywne opisy miejsc, ludzi, kultury - uczta dla ducha i mobilizacja dla ciał tych, co lubią nowinki w swojej kuchni.