Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Torrens River. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Torrens River. Pokaż wszystkie posty

12 lipca 2014

Coś jakby bilans, albo jakby półmetek zimowy

Trwa zima...

Wieczorem idziemy na zimowe party. Ha! Czas przewietrzyć szaliki, czapki i rękawiczki :-) A jako, że wyjazd na tutejsze narty ciągle odciąga się w czasie, będzie też okazja, żeby w ramach przebrania przewietrzyć spodnie narciarskie ;-)
Wczoraj w czasie przechadzki po Glenelg mijaliśmy lodowisko, zamontowane czasowo przy molo, na okres trwających wakacji. Choć niewielkie, cieszy się sporą popularnością - bilety zostały wykupione 'na pniu', z wyprzedzeniem na późniejsze terminy.

Dziś po porannym spacerze podeszłam do Przyczółkowego sadu cytrusowego, zerwałam i zjadłam trzy soczyste 'swojskie' mandarynki - i tak sobie pomyślałam, że gdzieś tam daleko w starej ojczyźnie trwa teraz upalne lato... My brniemy przez zimną zimę i pocieszamy się dojrzewającymi na drzewach cytrusami ;-)  


Kiedy Najmilszy z Moich Mężów wróci z pracy, przywitam Go budyniem cytrynowym - 'swojskim', a jakże :-) i herbatą z sokiem z pigwy.

Nie jest źle, no nie jest źle :-) I do tego: trwają wakacje :-)

Jeszcze nieoficjalnie, ale z ogromną radością i satysfakcją świętuję koniec semestru, a zarazem koniec mojej przygody z Flinders University - czas odebrać dyplom i... ruszać dalej ;-) Wbrew wcześniejszym negocjacjom tutaj nie zrobię mojego zaplanowanego doktoratu tak szybko, jak bym chciała.
Hmmmm, zmodyfikowałam zatem pierwotny plan i ruszam gdzie indziej ;-)
Rozmowy trwają, więc na razie proszę o kciuki ;-)

Zakończyliśmy też kolejny rok finansowy. Fachowy Księgowy :-) jeszcze finalizuje papiery, ale na tym polu też bilans wypada dobrze :-)
Jak często tutaj, z Ostatnim z Moich Mężów patrzymy na siebie z uśmiechem i mrugając znacząco powtarzamy, że lubimy tu mieszkać :-)


Tej zimy pewnie nie pada więcej deszczu niż w poprzednich latach, ale bardziej zwracamy uwagę na intensywne opady, bo mieszkamy teraz tuż koło rzeki i rano często widzimy zalane brzegi i poziom wody zakrywający przejście na drugą stronę.

Wokół Przyczółka zielenią się trawniki, ptasie radio w eukaliptusach jakby mniej intensywne - ptaki bardziej się wydzierają, niż sławią śpiewem 'okoliczności przyrody'. Róże, przycięte zgodnie z tutejszym kalendarzem, wydają się takie malutkie - już nie odgradzają nas od Georga-sąsiada, ani nie przysłaniają okien sypialni. Śpią i nabierają sił przed kolejnym sezonem, kiedy wystroją się znowu w białe sukienki.









Aganiok coraz większy, w gęstym zimowym futrze i z iście lwią grzywą dziesiątkuje okoliczne stada gołębi oraz populację gryzoni i pod naszą nieobecność przynosi 'żywnościowe dokładki do zapasów domowych'. Czasem takiej dokładce udaje się uciec, i czasem Najmilszemu uda się dokładkę uratować i zwrócić jej wolność. Czasem...
Popiołek wyszukuje ciepłe kąciki, stara się nie okazywać, jak bardzo tęskni za kaloryferami, regularnie obchodzi teren Przyczółka wewnątrz granic i okazuje Aganiokowi tyle serca, wyrozumiałości i cierpliwości, ile tylko się da... albo i więcej.



3 maja 2014

Ścieżka zdrowia

Dawno dawno temu snułam w jednym z postów rozważania o deptaku na Glenelg.
Przeprowadziliśmy się, czas więc napisać o nowym miejscu :-)

Wierni Czytelnicy wiedzą już, że mieszkamy nad rzeką wśród eukaliptusów. W narzeczu Kaurna (grupa Aborygenów, którzy zamieszkiwali tereny, na których powstała Adelajda) nazwa rzeki Torrens brzmi Karra wirra-parri, co znaczy właśnie 'rzeka wśród eukaliptusów' i odnosi się do gęstych (zwłaszcza zanim osiedlili się tutaj biali przybysze) lasów porastających brzegi.
Zgodnie z jesiennymi przypuszczeniami poszperałam w Internecie i tak, zgadza się: nazwa River Red Gum (eukaliptus kamaldulski) mogłaby pochodzić od koloru kwiatów (spójrzcie na zdjęcie poniżej), ale w rzeczywistości pochodzi od koloru drewna, bo kwiaty czasem są czerwone, a na innych drzewach tuż obok - białe. Eukaliptusy to jedna z ikon Australii - rosną na całym kontynencie, i wyodrębniono ponad 900 gatunków.


Źródło/Source: http://savingourtrees.wordpress.com/tag/red-flowering-gum/
 Wspomniana grupa Czytelników wie już także, że na brzegach Torrens powstał w 1997 roku Linear Park, który oferuje 37 kilometrów bezkolizyjnych ścieżek dla spacerowiczów i biegaczy, dla rowerzystów i rolkarzy, po obu stronach rzeki, od centrum miasta do miejsca, gdzie wody Torrens uchodzą do oceanu.


Lokalne władze włączyły rzekę i jej brzegi w zakres swoich zainteresowań i planów rozwoju: nie tylko dbają o koryto i nabrzeża, podnoszą jakość wody, ale i przywracają rodzimą faunę i florę.
Systematycznie czyści się dno i brzegi rzek, usuwa wprowadzone przez białych przybyszy obce rośliny (zaklasyfikowane jako chwasty, kiedy okazało się, że wypierają lokalne gatunki).
Według wieści 'zza płotu' z lokalnego biura council w określonym czasie w roku można odebrać sadzonki rodzimych roślin, które sadzi się wokół domu, w tym również na wałach pomiędzy ścieżką a zabudowaniami.
Zmieniono środki ochrony roślin na mniej inwazyjne, czyli bardziej przyjazne środowisku.



Wysiłki te przekładają się na działalność ptasiego radia, ale i na obecność coraz liczniejszych żab i jaszczurek.  Na brzegach rzeki mieszkają też długoszyje żółwie, ale na razie nie udało nam się ich wypatrzyć.
Oposy (possum) nie odwiedzają nas tak licznie, jak w Chatce, ale mieszkają w okolicy.  Inne obecne tu gryzonie to myszy i szczury (w tym szczury wodne).  Wiemy o nich od sąsiadów i oceniamy, że to za nimi Aganiok biega podczas licznych wypraw łowieckich, kiedy przeskakuje za płot i znika, kilka ptaków i jaszczurek już udało się odebrać od Rudego Łowcy.



Wracając do tytułu... :-D

Ścieżkę zdrowia sprawdzam od jakiegoś czasu codziennie rano.  Najlepszy Biegacz wśród Moich Mężów czasem dołącza, ale wtedy z założenia... biegnie w przeciwnym kierunku.  Spotykamy się mniej więcej w połowie trasy, przybijamy piątkę i... po powrocie do domu idę pod prysznic do nagrzanej już łazienki ;-)

Ścieżka zdrowia ma swój (nie)pisany zespół reguł i jest miejscem bardzo intensywnie uczęszczanym.  Podczas moich marszów mijam innych maszerujących (solo, w parach, grupkach, czasem z psami), mnie mijają (w różnym tempie) biegacze i rowerzyści.
Większość ludzi wymienia pozdrowienia, uśmiechy, skinięcie głową (zwłaszcza ci, których mijam regularnie :-); rowerzyści w większości dają dzwonkiem znać, że nadjeżdżają (zwłaszcza zza pleców).  Użytkownicy z reguły przestrzegają zasad i trzymają się swojej, lewej, strony ścieżki.




Podobnie jak wcześniej na Glenelg, widać różny wiek, różny stopień sportowego zaawansowania i kondycji, różne stroje i buty.  Wydaje mi się jednak, że 'nasza' ścieżka skupia więcej ruszających się regularnie dla zdrowia niż spacerowiczów.  Nawet rodzice z wózkami z reguły biegają pchając przed sobą trójkołówki przystosowane do tego typu aktywności.


 Większość psów spaceruje na smyczy.  Luźno puszczane są poniżej ścieżki, bliżej wody.  Biegają i płoszą ptactwo wodne, które grupkami podrywa się do lotu, a nieco dalej ląduje w stylu 'na wodolot' ;-)
W czasie posiłków za domem widzimy 'ścieżkowiczów'.  Ruch panuje tam zatem o różnych porach i we wszystkie dni tygodnia.



Co ciekawe, ścieżka sprzyja ciszy :-D  Czasem zdarzają się chodziarze/ biegacze-gaduły, lub głośniejsi od nich pokrzykujący do siebie rowerzyści, ale większość zostawia głośne dyskusje na inne okazje.  Niektórzy mają na uszach słuchawki, niektórzy korzystają z pulsometrów i innych gadżetów.

Nasza Przyczółkowa trasa to prawie cztery kilometry - wzdłuż jednego brzegu do oceanu, mostem na drugą stronę i z powrotem.  Bardzo cenimy sobie przejście pod pierwszym mijanym mostem, zwłaszcza kiedy nieco dalej zdecydujemy się przejść na drugą stronę jezdni na kolejnym moście. 
Ruch samochodów jest dość spory i nieraz trzeba poczekać parę minut, zanim uda się przejść.  Rozwiązania bezkolizyjne to zatem spory komfort.





Ścieżka jest wyasfaltowana, miejscami nieco już zużyta, ale powierzchnia nadal jest do przyjęcia. Równo, ale nie płasko, czasem nieco pod górkę, czasem nieco z górki, dla urozmaicenia, czasem w cieniu drzew, czasem w pełnym słońcu.










 Obok ścieżki rosną przeróżne rośliny: starsze i młodsze drzewa (z reguły eukaliptusy), krzewy, płożące się 'przykrywacze gruntu', czasem trawa.  Niektóre rośliny wciąż oznaczone są palikami - niedawno zostały zasadzone i wbite paliki dają znać pracownikom 'zieleni miejskiej', że trzeba uważać przy koszeniu czy rozpylaniu środków ochrony roślin/ nawozów itp.





Jesień się rozkręca, więc za nami kilka ulewnych deszczy, porywisty wiatr, a nawet opady gradu.  'Zieleń miejska' czuwa - widziałam już, jak zbierali połamane gałęzie, jak oczyszczali brzegi i przejścia przez rzekę ze skarbów przyniesionych przez podniesioną wodę - ułamanych konarów, pni, czasem śmieci, jak czyścili zalane błotem fragmenty asfaltu i umacniali rozmyte brzegi.





 Korzystając ze ścieżki możemy podziwiać liczne gatunki kolorowych papug (których nie sposób nie zauważyć, bo są bardzo hałaśliwe) oraz ptactwa wodnego.  Mieszkają tu czarne łabędzie, różne kaczki wodne, kurki wodne, ibisy, mewy, kormorany, pelikany oraz niekoniecznie wodne: noisy miners wielkości kosa hałaśliwi awanturnicy, magpies (o których już wspominałam w czasach Chatki - wbrew nazwie nie są to sroki), welcome swallows - kolorowe maluszki z rodziny jaskółek, crested pigeons - gołębie, które pozazdrościły papugom ;-)










Spory kawałek obu brzegów wydzielono dla koni, które czasem skubią trawę, czasem przechodzą przez wodę na drugą stronę, a czasem urządzają sobie grupowe przebieżki wzdłuż brzegu kłusem lub galopem.
Niepisana (?) zasada głosi, że właściciele psów tutaj nie puszczają wolno swoich ulubieńców.