Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Port Lincoln. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Port Lincoln. Pokaż wszystkie posty

7 maja 2012

Powrót do Port Lincoln

Pierwszy weekend maja spędziliśmy znowu w Port Lincoln. Wróciliśmy, aby zrealizować wykupione w zeszłym roku kupony, których nie udało nam się wykorzystać za pierwszym podejściem, czyli podczas naszej marcowej wizyty na Eyre Peninsula.

Tym razem do Port Lincoln przylecieliśmy samolotem. Między Adelaide a Port Lincoln jest cała lista wygodnych połączeń - my wylądowaliśmy w piątkowy wieczór i odlecieliśmy w niedzielę wieczorem.
Poruszaliśmy się taksówkami, bo na wynajęcie samochodu... było za późno, tzn. kiedy pojawialiśmy się na lotnisku (i po przylocie i przed wylotem), to biura Avis i Budget były już zamknięte... Taksówki jednak wystarczyły. Nie zawiedliśmy się, ani nie odczuliśmy żadnych uciążliwości - może nawet 'taksówkowa opcja' tym razem okazała się tańsza, niż wynajęcie samochodu - bo była to krótka wizyta, nie nastawiona na zwiedzanie okolicy.
Tym razem noclegi zarezerwowaliśmy w Hotelu Port Lincoln i był to strzał w dziesiątkę: wygodny pokój, spora łazienka - przytulnie, ciepło, czyściutko i cicho. Materac zbyt miękki, jak na nasze przyzwyczajenia, ale nie można mieć wszystkiego ;-)

Od 2012_05_Port_Lincoln

Wróciliśmy do zaprzyjaźnionego Del Giorno’s Cafe Restaurant na większość posiłków, ale sprawdziliśmy też restaurację hotelową i nie zawiedliśmy się - miła fachowa obsługa i pyszne jedzenie. Jest tu bardziej 'elegancko' niż 'swojsko' - różni się sposób podawania potraw, inaczej wygląda menu, o dziwo - spis dań głównych pomija wegetarian i trzeba ułożyć sobie kombinację z przystawek, ale jest to do zrobienia i efekt otrzymuje się całkiem zadowalający :-D

No i nareszcie parę słów na temat pływania z morskimi stworzeniami - voila!

Wypłynęliśmy bladym świtem (o siódmej rano) z mariny koło hotelu Marina. Na pokładzie było około dwudziestu turystów plus trzy osoby załogi (m.in. Sean, którego poznaliśmy w marcu pływając z tuńczykami ;-) - prawie wszystkie miejsca były zajęte.
Dzień wstawał pogodny i zapowiadał się dość ciepły, na niebie było kilka chmur, ale nie za dużo, wiatr - umiarkowany. Łódka podskakiwała na falach, ale nie jakoś strasznie, a zapięte boczne foliowe burty chroniły przed powiewami rześkiego poranka nad wodą ;-) Na początek dostaliśmy po toście i po filiżance kawy. Potem mogliśmy oglądać film lub książki o mieszkańcach głębin oceanów. Niektórzy z pasażerów zagadywali Lucy, która krążyła pomiędzy pasażerami lub Seana i Bena w sterówce.

Naszym celem były Wyspy Neptuna (Neptune Islands), gdzie znajdują się kolonie fok: nowozelandzkich i australijskich, co z kolei czyni ten obszar idealnym dla migrujących rekinów.
My mieliśmy zobaczyć białe żarłacze - przedstawicieli jednego z największych gatunków rekinów.

Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln

Do wysp Neptuna płynie się około dwóch i pół godziny, ale czas ten stosunkowo szybko nam minął, szczególnie od momentu, kiedy załoga zaczęła przygotowywać stroje do nurkowania dla nas. Tym razem do nurkowania zgłosili się wszyscy (jest to opcja, którą wykupuje się dodatkowo, kiedy rekiny się pojawią koło łódki).

Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln

Do klatki wchodzą na raz równocześnie maksymalnie cztery osoby (my weszliśmy w trójkę) i przebywa się tam do godziny. Podczas naszej wycieczki część osób weszła do klatki po raz drugi (po pierwszej 'wizycie' wszystkich uczestników padła propozycja ponownego 'nurkowania') - faktycznie - pierwsza grupa dość długo czekała na pojawienie się rekinów, i w sumie zobaczyli jednego, a i to ponoć z daleka - druga wizyta należała im się bez dwóch zdań ;-)

Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln

Cena biletu obejmuje skorzystanie z zestawu: tzw. pianka (długi rękaw, długie nogawki) plus buty plus czapko-czepek plus rękawiczki plus maska i duuuuuuuuża butla z tlenem :-D

Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln

Klatka jest wystarczająco pojemna, pianki... hmmm, zapewne lepiej mieć swoje, bo wtedy są dobrze dopasowane (ja np. mimo obciążenia musiałam się mocno trzymać, bo poduszki powietrza wyciągały mnie na powierzchnię, do maski wlewała mi się woda - ale zrzucam to na karb braku doświadczenia - np. Najmilszy taką wodę po prostu wydmuchiwał sobie z maski dmuchając przez nos...) Powietrza jest duuuuuuużo, a piszę to dlatego, że na początku stres zrobił swoje i zaliczyłam klasyczną damską 'dychawkę' - hahahahaha.
Mimo braku doświadczenia i, nie ma się co oszukiwać, niezłego pietra (bałam się, o dziwo, bardziej bycia pod wodą niż rekinów :-D), mimo częstego wypływania na powierzchnię, żeby wylać wodę z maski, naoglądałam się rekinów, że ho ho ho! Najmilszy siedział w klatce cały czas i cykał zdjęcia. Rekinów było kilka i pływały całkiem blisko, jeden nawet 'pokazowo' zaatakował plastikowy pojemnik na sznurku 'ubrany' w piankę nurka 8-0.

Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln

Wrażenie jest nie-sa-mo-wi-te!
Rekiny pływają bardzo blisko, można obserwować ich płetwy, skrzela, zębiszcza - jak to napisała jedna z Wirtualnych Sióstr - "... jak na filmie przyrodniczym...".

Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln

Po wyjściu z wody zaproponowano nam lunch - całkiem urozmaiconą propozycję mięsa, wędlin, serów, warzyw i owoców, z pieczywem. Najmilszy skorzystał, a ja... ograniczyłam się do owoców, bo o ile, podczas kiedy łódka płynęła, nie robiło to na mnie wrażenia, o tyle, kiedy staliśmy na kotwicy (ponad pięć godzin...), bujało nas na tyle mocno, że żołądek mi się nieco zbuntował...
O dziwo, zaproponowana tabletka na chorobę lokomocyjną (czysty imbir) pomogła na tyle, że... (ale do tego dojdziemy za chwilę ;-)

Od 2012_05_Port_Lincoln

Przebraliśmy się z pianek w suche ciepłe rzeczy. Po wyjściu z wody część osób robiło zdjęcia fokom i rekinom z pokładu (nie każdy miał wodoodporny aparat, jak my ;-), niektórzy łowili ryby, inni rozmawiali ze sobą nawzajem, albo z członkami załogi - z tej opcji warto skorzystać, bo to naprawdę nie tylko przemili ludzie, ale i prawdziwi pasjonaci, którzy sporo wiedzą o oceanie i jego mieszkańcach, o Port Lincoln i najbliższej okolicy.

Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln

Podczas drogi powrotnej usłyszeliśmy potwierdzenie tego, o czym Sean wspomniał już rano - jutro raczej niewielkie szanse na pływanie z fokami, bo pogoda znów płata figle i wiatr się wzmaga... Ale, o dziwo - okazało się, że możemy zrealizować pływanie z fokami dziś, w drodze powrotnej! Juuuuupi!!! Pozostali pasażerowie podchwycili z entuzjazmem ten bonus do dzisiejszej wyprawy, nawet jeśli już (jak my) zdjęli pianki i nawet, jeśli wcześniej nie planowali tej opcji :-D

Na mnie perspektywa drugiego pływania początkowo nie zrobiła wrażenia, Najmilszy stwierdził, że Mu się nie chce od nowa zakładać pianki. Ale, jak zobaczyłam foki koło łódki, to od razu i choroba morska mi przeszła i ubieranie pianki przestało być problemem :-D Wskoczyłam w kolejną przydużą piankę zadziwiająco szybko, po czym, na szczęście, przypomniałam sobie, że nie umiem pływać i poprosiłam o wsparcie :-D

Od 2012_05_Port_Lincoln

Ubrana w obciachową kamizelkę ratunkową wskoczyłam do wody i musiałam zaprezentować całkiem zabawne widowisko, kiedy starałam się trzymać pod wodą i głowę, żeby widzieć foki i nogi, żeby machać płetwami :-D
Najmilszy pozostał przy swojej opinii, że nie chce Mu się od nowa zakładać pianki i... wskoczył do wody w kąpielówkach. Ubrał tylko maskę z rurką i płetwy.

Fok było całe stadko, niektóre na nasz widok przypłynęły z brzegu i chętnie się z nami bawiły. Najbardziej lubią dobrych pływaków :-(, z którymi wyczyniają wygibasy i pływają synchronicznie, często zmieniając kierunek.
Faktycznie słuszne jest określanie ich mianem 'morskich szczeniaków' - są urocze, chętne do zabawy i bardzo towarzyskie. Poruszają się z ogromną gracją i bardzo szybko pływają wykonując różne zwroty i pętle.

Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln

Gdybyśmy przypłynęli w niedzielę, zapewne mielibyśmy więcej czasu niż dziś, ale i tak była to ogromna atrakcja. Myślę, że w środku lata przy bardziej słonecznej pogodzie mogłoby być jeszcze przyjemniej i mogłoby trwać dłużej - zapewne też byłoby nieco więcej widać pod wodą, bo teraz - po południu i coraz bardziej zachmurzonym niebie widoczność nie była idealna.

Na łódkę wróciliśmy bardzo zadowoleni i do samego końca wymienialiśmy między sobą entuzjastyczne opinie :-D
Na brzeg zeszliśmy po osiemnastej i poszliśmy jeszcze z Benem do biura po koszulki (bo na łódce nie było wszystkich rozmiarów ;-). Potem wróciliśmy taksówką do hotelu, gdzie - po porządnym prysznicu i zmianie ciuchów - zeszliśmy do restauracji na kolację.

Najmilszy rozpoczął od trylogii z ostryg (Trilogy of Coffin Bay Oysters, czyli kompozycji 4x3: delikatnych i małych Kupidynów, Walentynek o idealnym rozmiarze, smaku i konsystencji i największych, prawdziwie męskich Casanova). Ja poprosiłam o sałatkę Tomato trio salad - fantastyczna kompozycja trzech odmian pomidorów na podkładzie ze świeżej rukoli, z prażonymi migdałami, wiórkami sera pecorino, świeżą gruszką i sosem z verjuice (niefermentowany wyciskany sok z winogron).

Jako danie główne Najmilszy zjadł Lincoln Seafood platter (półmisek owoców morza) - kolejne ostrygi z Coffin Bay, grillowany filet King George Whiting, grilowane krewetki królewskie, kałamarnicę w soli i pieprzu, marynowane muszle Kinkawooka ze świeżą sałatką, frytkami i sosem tatarskim.

Jako, że menu nie przewidziało obecności wegetarian, poprosiłam o kolejną przystawkę - tartę z porów i fety z sałatką ze świeżych zieloności i surówką z warzyw pokrojonych w zapałki oraz porcję frytek.

Do tego butelka lokalnego Rieslinga (wypróbowanego w marcu - ten Riesling nie smakuje jak Riesling ;-) i... z żalem odmówiliśmy kawy i deseru, bo już nie mieliśmy miejsca na więcej pyszności.

Po wcześnie rozpoczętym dniu pełnym atrakcji zadziwiająco szybko zasnęliśmy ;-)

Niedziela przywitała nas deszczem. Z radością przejrzeliśmy zdjęcia z wczoraj i pomyśleliśmy ciepło o organizatorach, którzy wpletli pływanie z fokami we wczorajszą drogę powrotną :-D
Postanowiliśmy rozpocząć od śniadania w Del Giorno’s Cafe Restaurant (hihihihi, Najmilszy ograniczył się do kawy ;-), po czym wsiedliśmy do taksówki i pojechaliśmy... na pole golfowe.

Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln

Najmilszy w towarzystwie Osobistego Fotografa w deszczu o różnym natężeniu z przerwami na chwile bezopadowe rozegrał komplet osiemnastu dołków... myśląc tęsknie o swoich własnych kijach, a ja spacerowałam i cykałam foty Najlepszemu z Golfistów i odwiedzanemu miejscu :-D
Tu specjalne pozdrowienia dla Łukasza B. :-D

Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln
Od 2012_05_Port_Lincoln

Z pola golfowego wróciliśmy do hotelu, gdzie w lobby popatrując to na rozpalony kominek, to na panoramę przez wielkie okna, popijając gorącą herbatę i próbując ciast z baru, poczytując foldery o Port Lincoln doczekaliśmy do czasu wyjazdu na lotnisko.

Podobnie jak w marcu, wyprawę podsumowaliśmy kolacją w Charminar.

*****************************

Bardzo udany weekend! Plan marcowy zrealizowany w stu procentach, a na dokładkę - wizyta na kolejnym nowoojczyźnianym polu golfowym.
Pływanie z rekinami i pływanie z fokami obojgu nam bardzo się podobało i dostarczyło całej masy pozytywnych wrażeń.

Z radością wróciliśmy do Port Lincoln, mimo drobnych perturbacji i pewnej dozy niepewności, czy tym razem (i na ile?) się uda. Miło nam było, że załoga z Del Giorno i Sean z Adventures Bay Charters nas pamiętali i sympatycznie przywitali. Z radością stwierdziliśmy, że to przyjemnie wrócić w znane miejsce i ponownie spacerować znanymi ulicami ;-)

Czy wrócimy? Pewnie tak.
Czy zakiełkowały w nas kolejne inspiracje? Jasne, że tak! Pozostaje kwestią czasu, kiedy odwiedzimy Cedunę i Baird Bay, by tam spróbować popływać znowu z mieszkańcami oceanicznych głębin :-D

24 marca 2012

Tym razem na zachód

Prawie równo rok temu pojechaliśmy na Przyprawę.

- Wtedy pojechaliśmy na południe, tym razem - na zachód.
- Wtedy na trzy dni, tym razem - na cztery.
- Wtedy spaliśmy w samochodzie, tym razem - w pięknym apartamencie i okropnym hotelu ;-)
- Wtedy spacerowaliśmy po kilku molo (w tym: po drugim najdłuższym na półkuli południowej) i po pięknych plażach, tym razem - podobnie, ale przeszliśmy się najdłuższym molo na półkuli południowej :-D


Niedziela, 18 marca

Z Adelaide wyruszyliśmy zgodnie z planem o czwartej rano. Zapakowaliśmy rzeczy do Volvika i ciemnymi ulicami, z przerwą na zalanie baku, podążyliśmy za wskazaniami Pani z Pudełka. Tym razem celem wyprawy był Port Lincoln na Półwyspie Eyrego, czyli Eyre Peninsula.
Mieliśmy przed sobą 661 km drogi - najpierw na północ do Port Augusta, a potem wzdłuż wybrzeża na południe, prawie na sam czubek półwyspu, do Port Lincoln.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

To najdłuższa, jak do tej pory, przejażdżka po naszym stanie.
Mieliśmy na nią niewiele czasu ze względu na zawodowe zobowiązania Miłego Mego, ale czas wykorzystaliśmy optymalnie - mimo kilku niespodzianek, jakie zafundowała nam pogoda, a konkretnie - cyklon, który rozbujał ocean.

Większą część drogi do Port Augusta przejechaliśmy po ciemku. Kiedy wstało słońce, mieliśmy szansę kontemplować równinny krajobraz, mijane spore pola uprawne i urokliwie rysujące się po naszej prawej stronie - pasma Gór Flindersa (Flinders Ranges).

Wzdłuż drogi przez sporą część podróży biegły tory kolejowe, raz mijaliśmy długi pociąg towarowy, który ciągnął na północ pokaźny sznur wagonów i kontenerów, także piętrowych. Na drodze towarzyszyły nam road trains - 'pociągi na drogach', czyli ciężarówki.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Skręciliśmy w kierunku malowniczej grupy domków na jednym ze wzgórz (Weeroona Island) i faktycznie zobaczyliśmy tam piękne widoki na zatokę Germein i miasteczko o tej samej nazwie, które czasy swej świetności ma za sobą (kiedyś był tu liczący się port handlowy), ale nadal szczyci się swym drewnianym molo. Jest ono ponoć najdłuższe nie tylko w Południowej Australii, ale i na południowej półkuli.
Weeroona Island nazwę swą zawdzięcza temu, że okresowo faktycznie staje się wyspą, kiedy ilość opadów plus pływy oceanu zalewają równinne tereny pomiędzy osadą a autostradą i faktycznie odcinają ją od stałego lądu.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

W Port Germein rzeczywiście, przeszliśmy po około 1500 metrów tam i z powrotem i przekonaliśmy się, że to naprawdę sporo jak na molo ;-))

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Byliśmy w Port Germein rano, w czasie odpływu. Woda była spokojna, przejrzysta, widzieliśmy w niej w niej sporo wodorostów, ale i ryb, na które polowały liczne ptaki wodne. Na molo już oczywiście byli wędkarze, a dwójka rybaków podjechała dość daleko wgłąb płytkiej wody ciągnąc łódkę traktorem, po czym wsiedli do łodzi i popłynęli dalej do zatoki na połowy.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Rzuciliśmy okiem na stary magazyn (kiedyś port był istotnym punktem przeładunkowym w handlu zbożem) i pozostałości latarni morskiej, po czym ruszyliśmy w dalszą drogę.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Miejscowość w połowie drogi - Port Augusta - tam zaplanowaliśmy wizytę w centrum informacji turystycznej, aby uzupełnić broszury na temat celu naszej wyprawy. Już nie raz zdarzyło mi się pisać, że informacja turystyczna stoi w Australii na imponująco wysokim poziomie. Rządy stanowe dbają o bieżący druk i uaktualnianie materiałów informacyjnych, które są dostępne bezpłatnie m.in. we wspomnianych centrach, jakie działają nieco na zasadzie biur podróży - udzielają informacji oraz pomagają w planowaniu podróży, wycieczek, atrakcji. Można tu również poprosić o wykonanie rezerwacji w wybranych miejscach, a usługi te wykonywane są bezpłatnie.

Piąte miasto Południowej Australii pod względem ilości mieszkańców leży na skrzyżowaniu dróg kolejowych, jest punktem wypadowym w góry Flindersa, a zarazem bramą do Eyre Peninsula.
Mając nieco czasu do otwarcia centrum informacyjnego przespacerowaliśmy się po targu staroci podziwiając skarby na niektórych stoiskach i... odwagę właścicieli innych ;-)) Wśród domowej produkcji ciast, przetworów, sadzonek wszelakich roślin, wyszywanek, wyrobów z drewna wypatrzyliśmy m.in. serię sześciu figurek uśmiechniętego Buddy, który to komplet dołączył do naszego domowego zbioru :-D

Kolejny raz zjechaliśmy z autostrady już na Eyre Peninsula, aby zajrzeć do Whyalla Conservation Park - pojeździliśmy po czerwonej drodze, popatrzyliśmy na scrub, wspięliśmy się na Wild Dog Hill (wzgórze Dzikiego Psa).

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Sielankę poważnie zakłócały... up...rzykrzające się muchy ;-)) Obeszliśmy zatem szlak żwawym marszem, wskoczyliśmy do Volvika i uciekliśmy do Whyalla.
Whyalla jest dość dużym miastem (trzecim co do wielkości populacji w Australii Południowej), o charakterze zarazem przemysłowym i portowym. Znajdują się tu zakłady przetwarzające wydobywane w okolicy rudy żelaza, 'zaplecze' dla transportu kolejowego i morskiego oraz port i marina.
Mimo to miasto oferuje liczne atrakcje turystom i wiele osób spędza tu urlopy pływając, żeglując, nurkując, wędrując po buszu lub wyjeżdżając dalej w outback.

Koło tutejszego centrum informacyjnego jedynie zrobiliśmy sobie zdjęcia na tle statku Whyalla, bo wycieczka po nim miała się odbyć... następnego dnia.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Przez tereny rolnicze, mijając wielkie ścierniska po zbożu oraz stada owiec jechaliśmy na południe w stronę Port Lincoln.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Ostatni przystanek na kawę Najmilszy zarządził w Port Neill. Malutkie rolnicze miasteczko, kolejne molo w naszej kolekcji zdjęć, lokalny pub, a w nim przemiły barman, który nawet okiem nie mrugnął, kiedy poprosiliśmy go o dwie kawy latte. Dwójka tambylców niemal ryknęła śmiechem słysząc nasze zamówienie, potem trochę się z nami poprzekomarzali, ale na koniec życzyli nam dobrej podróży i podziękowali za pomoc w odkryciu nieznanych im do tej pory talentów barmana-baristy ;-))

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

I w końcu za którymś zakrętem ukazała się panorama Port Lincoln z charakterystycznym białym budynkiem na nabrzeżu - magazynem firmy Viterra. To jeden ze stałych motywów tej wyprawy - podobne budynki z wielkim napisem firmowym mijaliśmy po drodze w prawie każdej z mijanych miejscowości. Nic dziwnego - ponoć 30% całej produkcji zboża w Południowej Australii pochodzi z półwyspu Eyre.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Skręciliśmy w stronę molo i głównej ulicy wzdłuż plaży, zakupiliśmy próbkę lokalnego wina i pojechaliśmy do zarezerwowanego apartamentu.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Volvik na dole w garażu zażywał odpoczynku po długiej podróży, my odpoczywaliśmy na górze wznosząc z niewielkim wyprzedzeniem ;-) urodzinowe toasty lokalnym Shirazem.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula


Poniedziałek, 19 marca

Pierwsze zarysy naszej wyprawy pojawiły się w październiku ubiegłego roku, kiedy kupiłam zestaw kuponów: ofertę wiązaną na noclegi i możliwość popływania z... rekinami. Potwierdzając terminy uzupełniłam program wycieczki o jeszcze jedno pływanie - z fokami.
Zapowiadały się ogromne emocje i niezapomniane przeżycia, ale wmieszał się... wiatr :-( A raczej cyklon, który rozkołysał ocean i spowodował, że w niedzielne popołudnie całkiem już niedaleko od Port Lincoln otrzymaliśmy wiadomość, że z zaplanowanego pływania nici :-(

Eeeeehhhhhhhh! Cóż było robić? Wstaliśmy w poniedziałek i pojechaliśmy do biura rozważyć możliwe opcje.
Po całkiem sympatycznej rozmowie z Tracy, która najpierw nas wyprzepraszała (o tyle, o ile można przepraszać za pogodę), a potem zaproponowała przeniesienie pływania na inny termin, patrząc na kalendarz zaplanowanych wypłynięć i prognozę pogody postanowiliśmy w południe... popływać z tuńczykami :-D Zawsze to coś ;-)

Hmmm, i na dodatek zapowiada nam się kolejna (i to stosunkowo niedługo) wizyta w Port Lincoln :-D

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Tuńczyki okazały się nie tylko większe, niż myślałam, ale i ładne (takie mają fikuśne żółte płetwy grzbietowe). Ale że tuńczyki to nie rekiny, nie musiałam dotrzymywać zawartej z Najmilszym umowy i - z powodu jednak chłodnego dnia i wzmagającego się wiatru - nie zdecydowałam się na piankę i skok do wody.

Najmilszy pływał i robił zdjęcia pod wodą, ja cykałam z góry.
Zdjęć pewnie trochę przybędzie, bo na pokładzie łódki usłyszeliśmy, że sąsiedzi rozmawiają w staroojczyźnianym języku, więc szybko się zakolegowaliśmy. Marzena i Daniel też pływali ze swoim wodoodpornym aparatem, ale drugi pozostawili mi na chwilę pod opieką - jest zatem szansa, że oprócz zbiorów w naszej fotogalerii będziemy mogli pokazać nieco więcej fot :-D

Przy okazji: ta wyprawa umocniła nas w przekonaniu, że nadchodzi bardzo szybko czas zakupu nowego aparatu fotograficznego - wooow :-D już się nie mogę doczekać :-D

Szybko minął czas przeznaczony na pływanie z tuńczykami, skończył się zapas ryb w skrzynce, do karmienia tychże i... trzeba było wracać na brzeg. Pływanie z tuńczykami odbywa się w pewnym oddaleniu od brzegu, w ogrodzonym siatką obiekcie, gdzie przebywają tuńczyki z pobliskiej fermy tuńczyków. Obiekt został zbudowany specjalnie na potrzeby tej atrakcji turystycznej - jest płytszy i mniejszy niż typowa ferma, ale podobnie zabezpieczony instalacją elektryczną, która zniechęca foki i rekiny, które chciałyby tu zapolować na ryby.

Po powrocie na ląd zajrzeliśmy do Hotelu Marina, której restauracja to jeden z obowiązkowych punktów na liście turysty-smakosza na małe conieco, bo kolację już wcześniej zaplanowaliśmy w innym nie mniej sławnym miejscu ;-))

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Przed kolacją przejechaliśmy przez uliczki Port Lincoln, odwiedziliśmy punkt widokowy the Winters Hill Lookout z wieżą widokową oraz stary młyn the Old Mill Lookout.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Kiedy wyścig ze słońcem o światło do zdjęć przestał być tak ważny, skierowaliśmy się znów w stronę molo i deptaka oraz... kolacji ;-)

Wśród araukarii koło plaży stoi pomnik naturalnej wielkości klaczy wyścigowej Makybe Diva, która jako pierwsza trzykrotnie zdobyła puchar Melbourne (tylko pięciu koniom udało się to więcej niż jeden raz i była wśród nich jedyną klaczą, postawiono na nią rekordowe ilości pieniędzy i wygrywano rekordowo wysokie stawki). Jej imię powstało ze złożenia dwóch pierwszych liter imion pracowników właściciela klaczy (Maureen, Kylie, Belinda, Diane i Vanessa)- Tony'ego Šantića, który pochodzi z Port Lincoln i zajmuje się połowem tuńczyków.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

I tak oto nadeszła pora, aby udać się na wyczekaną kolację :-D Już rano w czasie śniadania przejrzeliśmy kartę i wybraliśmy dania :-D Marzena i Daniel pozwolili sobie ulec sugestii :-D
Del Giorno’s Cafe Restaurant w pełni zasługuje na swą sławę - jest to miejsce przyjazne, gdzie można wygodnie usiąść i zerkając na piękne widoki za oknem zjeść smaczny posiłek, napić się kawy lub piwa - co sprawdziliśmy zarówno rano podczas śniadania, jak i wieczorem podczas kolacji - polecamy!
A jeśli uda Wam się spotkać Craiga (Kiwi o zniewalającym uśmiechu), potraktujcie to jak wartość dodaną :-D

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Nic dziwnego, że po takiej kolacji w parku przy plaży pojawili się jeźdźcy, a wśród nich także i pewien dżokej ;-)

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Wtorek, 20 marca

Wtorek wstał pogodny, ale bardzo wietrzny (to dziś mieliśmy pływać z fokami...). Marzena i Daniel zdecydowali się pojechać w okolice Ceduny, gdzie inny operator także organizuje podobną atrakcję, my ze względu na planowany na środę powrót do Adelajdy zdecydowaliśmy się dziś pojechać do Coffin Bay zobaczyć tamtejsze parki narodowe - Coffin Bay National Park i Kellidie Conservation Park).

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Dojazd zajmuje niecałą godzinę. Niestety, im bardziej oddalaliśmy się od Port Lincoln, tym bardziej chmurzyło się niebo, a wiatr nie tracił na sile.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Będąc w Coffin Bay skręciliśmy po ostrygi. W metalowym budynku odbywa się czyszczenie i sortowanie oraz przygotowanie do wysyłki świeżo przywiezionych z fermy ostryg. The Oyster Shed jest jedynym miejscem w okolicy (a zakładów przetwórczych jest tu sporo), gdzie można zobaczyć i posłuchać o hodowli i przygotowaniu ostryg, gdzie można ich spróbować świeżutkich pachnących oceanem, zakupić więcej na wynos (na tuziny - według życzenia klienta - zamknięte lub otwarte, tylko cytrynę trzeba dokupić w sklepiku przy marinie ;-), albo dowiedzieć się, jak zorganizować zakup z odbiorem w Adelajdzie :-D

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Przygotowani do drogi :-D wyruszyliśmy do parku Coffin Bay. Przy wejściu należy wykupić wejściówkę (pieniądze wrzuca się do koperty, od której odrywa się kawałek wypełnionego kwitka, który z kolei przykleja się na szybie samochodu; koperta z pieniędzmi i danymi turystów zostaje w skrzynce na bramie).

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Nad nami pochmurne niebo, a wokół nas przepiękne widoki. Dość daleko można wjechać 'zwykłym' samochodem, choć oczywiście znowu najwięcej zobaczą pasażerowie pojazdów z napędem na cztery koła. Hmmm, za każdym razem powtarzamy sobie, że obecnie rozpoznajemy teren przed wszystkimi wyprawami, co to jeszcze przed nami :-D

Na trasie 'dwukołowców' jest kilka punktów widokowych, więc odwiedziliśmy wszystkie z nich dojeżdżając tak daleko, jak się dało.

Templetonia Lookout

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Almonta Beach - słynna z wędkarskich zdobyczy. Tym razem w oceanie widać było wielkie ławice łososi, które silny wiatr niemal zepchnął na brzeg. Gdyby nie wyjaśnienie spotkanego wędkarza, do głowy by nam nie przyszło, że widoczne w wodzie ciemne plamy to ryby! Ale faktycznie! Kiedy podnosiły się fale, można było zobaczyć na 'ścianie wody' sylwetki łososi - dużo trudniej było to uchwycić na zdjęciu, ale wytrwale próbowaliśmy ;-))
A sama plaża? Cudna! Turkus wody i biel wydm zrobiły na nas wystarczająco duże wrażenie, abyśmy mogli sobie wyobrazić, jak pięknie ten krajobraz wygląda przy bezchmurnym niebie w słoneczny dzień.
Cóż, nie można mieć wszystkiego, ale plus dzisiejszej pogody odkryliśmy nieco później ;-))

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Kolejny punkt widokowy na Złotą Wyspę (the Golden Island) - znowu ławice łososi w wodzie. Tym razem jednak widzieliśmy też więcej wędkarzy.
Nie odmówiłam sobie poszerzenia mojej kolekcji zdjęć z serii: co Cię może spotkać na wycieczce? ;-)

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

The Avoid Point - tu złapał nas deszcz. Zaczęło się od znośnej mżawki, ale urosło do gęstego zimnego opadu...
Z jednej strony platformy widokowej wzdłuż ławicy łososi harcował delfin (niestety, nie udało mi się złapać jego skoków na fotce), z drugiej strony wśród skał bawiła się foka (też mam na zdjęciu tylko skały...).

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

A tu wspomniany wcześniej plus deszczowej pogody - sprytne kangury nauczyły się, że na asfaltowej drodze podczas deszczu w koleinach zbiera się woda. Jechaliśmy zatem od jednej kangurzej rodziny do drugiej.
Mieliśmy je tuż koło samochodu - walczyły rozdarte między strachem przed człowiekiem/ samochodem a pragnieniem, a my cykaliśmy foty (ja - starając się nie piszczeć z uciechy ;-).

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Przy Yangie Bay znajduje się pierwsze od wjazdu do parku pole kempingowe i tam też kończy się droga dla 'dwukołowców'. Stąd również odchodzi kilka szlaków spacerowych, ale ze względu na pogodę (deszcz, zimno i wiatr) nie podjęliśmy wyzwania :-(
Poniżej miniprzedsmak tego, co można zobaczyć jadąc z napędem na cztery koła...

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Wróciliśmy do Coffin Bay i po wyjeździe z parku zrobiliśmy przerwę na mały posiłek regeneracyjny dla kierowcy.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

A potem jadąc przez nadmorski pas kolejnego parku (Kellidie Conservation Park) wróciliśmy do autostrady prowadzącej z powrotem do Port Linclon.
Tu przerwa na sesję fotograficzną roślin, które wcześniej widzieliśmy jeżdżąc na wschód, koło Keith (który ma tę roślinę w swoim herbie - ciągle szukam nazwy...).

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

W Port Lincoln spędziliśmy deszczowe popołudnie w Marina Hotel - każdy nad swoją gazetą ;-) - czekając na kolację, a właściwie - na powrót Marzeny i Daniela.

Nagrodą za wytrwałość były przysmaki kuchni tajskiej, znowu z owocami morza w roli głównej. Nie na darmo Port Lincoln nazywany jest stolicą seafood w Południowej Australii ;-)

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Rozpoczęte przy kolacji długie Polaków rozmowy przeciągnęły się poza posiłek. Już po zamknięciu restauracji odwiedziliśmy Marzenę i Daniela, aby obejrzeć ich zdjęcia z dzisiejszego pływania z fokami - dalej na zachód, niedaleko Ceduny udało im się namierzyć innego usługodawcę, z którym mimo niesprzyjającej pogody popłynęli i przez kilka godzin pływali z fokami.
Zdjęcia i opowieści cudne! Mamy nadzieję, że dotrze do nas link do galerii zdjęć, mamy nadzieję, że nasze przełożone na później pływanie dostarczy nam porównywalnych emocji i... mamy nadzieję, że i miejsce koło Ceduny uda nam się kiedyś odwiedzić :-D

Był jeszcze jeden powód, dla którego nie śpieszyło nam się na nocleg... Kupon z ofertą obejmował tylko dwa noclegi, trzeci został dokupiony ze względu na planowane pływanie z rekinami. Rezerwacja była robiona późno, niewiele miejsc było jeszcze dostępnych, nie wszędzie można się zatrzymać tylko na jedną noc, cena i opis bez zdjęć też zrobiły swoje i oto... wylądowaliśmy w Hotelu Boston ;-) (you'll love it - oł jeee ;-)

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Wtopa na całego: klimaty, jakby wehikuł czasu rzucił nas sporo wstecz, opisane na stronie internetowej 'odświeżenie wnętrz' to najprawdopodobniej łazienki, które były najprzyzwoitsze w całym tym nieporozumieniu.
No cóż, zmożeni atrakcjami dnia przytuliliśmy głowy do poduszek i mimo nieprzytulnego wnętrza, hałasującego sąsiada, zapachu piwa z pubu na dole i stęchlizny na górze, stukającego okna... spaliśmy zaskakująco dobrze :-)

Środa, 21 marca

Wczesnym rankiem obudziły nas hałasy w pobliskim zakładzie produkcyjnym (przyjechały tam chyba wszystkie ciężarówki z okolicy ;-), więc wstaliśmy szybciutko, pozbieraliśmy co nasze i pojechaliśmy podreperować morale na śniadaniu w Del Giorno's.

Po śniadaniu odwiedziliśmy ponownie centrum informacji turystycznej: zarezerwowaliśmy wycieczkę w Fresh Fish Company oraz bilety na prom ;-)

Ostatnim punktem pobytu w Port Lincoln była wizyta w Fresh Fish Company - przetwórni ryb i owoców morza połączona z poczęstunkiem-degustacją ich wyrobów. Wycieczka z jedną z pracownic trwała prawie godzinę. Jej finałem były oczywiście zakupy na dzisiejszy lunch ;-)

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Nasza przewodniczka - Kate - pokazała nam, co obecnie mają w magazynie i co dzisiaj wyjedzie do klientów: w Port Lincoln, w innych miastach Południowej Australii oraz innych stanów, a nawet dalej - ciężarówkami-chłodniami.

Pokazała nam:
- snappery:

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

- kałamarnicę:

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

- whiting'a:

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

- garfish'a:

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

- flathead'a:

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

- tuńczyka:

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

- ostrygi (z prezentacją otwierania muszli tradycyjnym nożykiem do ostryg i przemysłowym otwieraczem nieco przypominającym wiertarkę, oraz poczęstunkiem)

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Potem weszliśmy zobaczyć stanowiska, gdzie obrabia się dostarczone produkty. Zobaczyliśmy obieranie krewetek i filetowanie garfish'a. Tempo i precyzja ruchów pracowników naprawdę budziły podziw i szacunek.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Na koniec - oczekiwany poczęstunek w sklepie ;-) Między innymi wędzona w przetwórni ryba.
A potem - zakupy ;-)

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

W ramach części dla wegetarian cyknęłam parę fotek za sklepem: pigwy z owocami oraz opuncji z kwiatami i owocami ;-)

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

I tak oto nadszedł moment pożegnania Port Linclon i wyruszenia w drogę powrotną.
Jeszcze ostatni rzut oka...

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

... i pomknęliśmy przez rolnicze obszary Eyre Peninsula w kierunku Cowell i Lucky Bay przystając tu i ówdzie i skręcając do niektórych miejscowości (np. do Port Neill - na pożegnalną kawę w lokalnym pubie).

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

O czwartej miał odpłynąć prom. Z Lucky Bay koło Cowell do Wallaroo na York Peninsula. Myśleliśmy, że zaoszczędzimy na czasie, ale w sumie przeprawa promem okazała się raczej kolejną atrakcją turystyczną.

- Podróż zajmuje około godziny, ale trzeba być pół godziny wcześniej. Poza tym ze względu na pogodę prom się spóźnił, a i do brzegu dotarł później, niż było zaplanowane.
- Z trasy odpada jakieś trzysta parę kilometrów (opcja bez promu to ok. 650 km, a opcja z promem to ok. 330 km drogą). Fakt, oszczędza się benzynę i zamiast prowadzić samochód kierowca ma przerwę, także na posiłek i kawę (i odwiedzenie toalety ;-).
- Przeprawa jest dość droga (opłata za samochód plus za każdego pasażera; jeśli rezerwację zrobi się wcześniej przez Internet otrzymuje się 10% zniżki).
- Prom jest nowy, duży (zabiera ok. 85 samochodów, w tym także te z przyczepami), ma wygodną kafejkę z fotelami wzdłuż przeszklonych ścian i otwarty górny pokład z siedzeniami dla pasażerów. W kafejce można się napić kawy, herbaty, są napoje chłodzące i dość skromne menu - m.in. świeżo przygotowywane kanapki i hot dogi.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Ha, dzięki temu, że wracaliśmy promem, mogliśmy po raz pierwszy rzucić okiem na drugi z półwyspów, bliżej na zachód od Adelajdy - York Peninsula ;-) Ścigając się ze słońcem przecięliśmy półwysep jadąc do Port Wakefield, gdzie wjechaliśmy na autostradę, którą jechaliśmy w niedzielę.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Zwieńczeniem naszej wyprawy była kolacja po powrocie do Adelajdy - w naszym ulubionym zaprzyjaźnionym Charminar.

Na stole pojawiły się daal makhni, podwójna samosa, goat do pyaza, saag paneer, placki garlic naan i ryż biryani vegetables. I jeszcze piwo Kingfisher oraz mango lassi ;-)

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Jeszcze raz spełniliśmy spóźniony urodzinowy toast dla Nieobecnych oraz uczciliśmy szczęśliwy powrót z kolejnej ciekawej wyprawy.

**************************************************

Podsumowując: to była bardzo krótka, intensywna, ciekawa wycieczka.

Mimo że można by ją nazwać kompletnie chybioną (plan, z jakim tam jechaliśmy - pływanie z fokami i z rekinami - kompletnie runął i dowiedzieliśmy się o tym tuż przed dojechaniem do celu), udało się stworzyć nowy grafik i, mimo że pogoda nam raczej nie dopisała niż dopisała, całkiem sporo udało nam się zobaczyć i dowiedzieć.

Port Lincoln jest ciekawym miasteczkiem, przyjaznym turystom. Widać, że mimo dużej części przemysłowej, infrastruktura turystyczna istnieje i się rozbudowuje, władze i mieszkańcy miasteczka zdają się mieć plan, jak wykorzystać posiadane atuty na potrzeby turystyki. Przemysłowe części miasteczka nie szpecą go, ani nie tłumią jego uroku. Podoba nam się w jaki sposób jest realizowana i promowana polityka mądrego gospodarowania zasobami: organizacja połowów, ustalane limity, zasady funkcjonowania licencji i hodowli.

Miasteczko nie jest zbyt duże, w biurze informacji można dostać wszelkie informacje, a także broszury i mapę miasta i okolic.
Nie ma problemu z parkowaniem, są tu dwa hipermarkety. Jest poczta, banki i bankomaty, lokalny Council, biblioteka, księgarnie.
Wzdłuż wybrzeża biegnie pieszy szlak turystyczny. Wachlarz atrakcji jest dosyć spory: oprócz spacerów, można pływać, nurkować, żeglować, łowić ryby samemu albo na wynajętych łodziach, są parki ze zwierzętami i oferty wyjazdów safari oraz atrakcje-interakcje ze stworzeniami morskimi, są winnice, można pojeździć na segway'ach. Można jeździć na wycieczki samochodem - w bliskiej odległości znajdują się parki narodowe Coffin Bay i Linclon.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Oferta noclegowa w Internecie wydaje się skromna, ale jeśli poszuka się dłużej i jeżeli doda się oferty dostępne w miejscowym biurze informacji turystycznej - możliwości jest dość sporo.
Co do biura informacji turystycznej - byliśmy tam dwa razy i za każdym razem wychodziliśmy zadowoleni.

Apartament, w którym spaliśmy - fantastyczny, aż za dobry/ za duży, jak na nasze potrzeby. Pięknie położony nad kanałem w marinie, ma trzy sypialnie (łóżko podwójne, dwa łóżka pojedyncze, łóżko piętrowe - na dole podwójne + na górze pojedyncze, w salonie na dole dwie sofy), dwie łazienki (na górze z wanną z hydromasażem i kabiną prysznicową, na dole tylko kabina prysznicowa), jest też pralnia i wyposażona kuchnia ze zmywarką i mikrofalówką oraz kompletem naczyń, szkła, sztućców i potrzebnych do przygotowywania posiłków sprzętów.

W ramach kuponu czekała na nas butelka wina (o dziwo, z Wiktorii?? zdziwiło nas, że nie z lokalnej winnicy??).
Zapowiadane w kuponie śniadania kontynentalne to po prostu zapasy w lodówce i spiżarni (znowu: zdziwiło nas, że mieliśmy wyliczone po cztery kromki chleba tostowego w dwóch woreczkach strunowych...).

Przy apartamencie jest pojedynczy zamykany garaż.
W garażu na gości czeka komplet wędek i BBQ.
Ryby można łowić z trawnika za domem, bo wprost z domu wychodzi się na trawnik, który schodzi do obmurowanego nabrzeża. Można zatem także pływać schodząc z murku wprost do wody. W kanale ponoć pojawia się regularnie foka zwana Henrym (nie mieliśmy okazji zobaczyć Henry'ego).

W okolicy widać sporo nowych domów, wiele z nich ewidentnie przeznaczona jest dla turystów. Jest też sporo wydzielonych, czekających na kupca działek i wciąż wydziela się nowe.

Port Lincoln nazywany jest stolicą owoców morza w Południowej Australii i nie sposób nie zgodzić się z trafnością tego tytułu. Lokalny rynek dostarcza codziennie świeżych zapasów ryb i owoców morza. Część pochodzi z okolicznych hodowli, część dostarcza się z dalszych części półwyspu.

Towar ten trafia między innymi do restauracji i kafejek w Port Lincoln. Znakomita ich większość znajduje się przy głównej ulicy wzdłuż plaży. Większość restauracji realizuje też dostawy jedzenia pod zamówiony adres.

Ograniczona ilość czasu nie pozwoliła nam zajrzeć do żadnej z winnic, ale degustacja wina kupionego w sklepie wypadła na plus. W okolicy uprawia się ponoć Cabernet Sauvignon, Merlot, Shiraz, Riesling i Chardonnay (Boston Bay Wines), a Delacolline Estate Winery słynie z mieszanki Sauvignon Blanc/Semillon.

W maju planujemy wrócić, aby zrealizować przełożone atrakcje - mam nadzieję, że tym razem pogoda nam dopisze :-) Szkoda, że będzie to końcówka jesieni, ale ponoć jest to nadal dobry czas na podobne zajęcia ;-)
Mimo niewypału i szybkiej zmiany planów w sumie możemy polecić Adventure Bay Charters.