Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepis. Pokaż wszystkie posty

24 maja 2014

Nalewka z pigwy - wersja druga

W wielkiej butli czekała cierpliwie nalewkowa porcja soku z pigwy zasypanej cukrem i zalanej miodem.
W kącie blatu czekała mniejsza pękata butla gotowa przyjąć dojrzewającą nalewkę.

Trzeba było przywieźć do Przyczółka ostatni brakujący ważny składnik, a mianowicie staroojczyźniany spirytus ;-) Udało się!
Spirytus został rozrzedzony tak jak poprzednio, według proporcji znalezionych tu.


Oprócz spirytusu, ze sklepu przyjechał też zapas pachnącego świeżego imbiru. Został staranie obrany i pokrojony w talarki.


Do pękatej butelki, tuż przed Dniem Matki ;-) trafiło:

- 2,5 litra soku z dużej butli
- 2,5 litra alkoholu (rozcieńczony spirytus)
- imbir (ok. 10 dkg na litr alkoholu)


Szczelnie zakorkowana butla z nalewką pigwową w wersji drugiej (imbirowej) udała się do dojrzewalni na około 4-5 tygodni, czyli do czasu, kiedy nalewka zostanie przecedzona i zlana do docelowych butelek.

Ciąg dalszy oczywiście nastąpi ;-)



11 maja 2014

Czar Jesieni 2014, albo: Nalewka z pigwy (wersja 1)






Zapytaliśmy wujka Google'a, poczytaliśmy sporo różnych przepisów i ostatecznie poszliśmy drogą opisaną poniżej...






Do pierwszego słoja trafiło:

6 kg pigwy
2 kg cukru (raw sugar)
2 kg miodu

Pigwy najpierw trzeba wyszczotkować pod strumieniem wody, żeby pozbawić je 'meszku'. Potem pokroiliśmy je na pół, wycięliśmy gniazda nasienne i dupki, po czym dalej pokroiliśmy na mniejsze kawałki.





Warstwy pokrojonych owoców przesypaliśmy cukrem (może być brązowy lub mieszanina z muscovado - u nas tym razem był to raw sugar), na wierzch wlaliśmy miód. Całość została wymieszana i odstawiona w chłodne miejsce.

Każdego dnia Najlepszy z Moich Mężów wymachiwał słojem, żeby cukier się rozpuścił, a powstający syrop pokrywał przesypujące się w słoju owoce. Poziom soku stopniowo się podnosił, ale mniej, niż zakładaliśmy.


W piątym dniu puszczania soku Najmilszy wrócił do Przyczółka z tarczą, a raczej... baterią butelek spirytusu, zwanego tutaj Polish Spirit. Ja po otrzymaniu wiadomości, że po wykupieniu stanu zapasów w dwóch sklepach udało się zgromadzić potrzebną ilość, zagotowałam duuuuużo wody do rozcieńczania nabytku ;-)





Zaczęła się faza druga - jak poprzednio, poprzedzona buszowaniem w domowym księgozbiorze i w Internecie. I tym razem wybraliśmy ścieżkę, która wydała nam się najbardziej zachęcająca:

Sokosyrop ze słoja został odsączony, a owoce wybrane i przerzucone do gara, gdzie podlewane co jakiś czas wodą stopniowo miękły.

Spirytus rozrobiliśmy z wodą do mocy ok. 60% (dziękujemy za użyteczne wzory przeliczeniowe :-) ) i zmieszaliśmy z sokosyropem. Przyszła nalewka trafiła w chłodne ciemne miejsce, gdzie będzie dojrzewać i czekać na decyzję, że czas na przefiltrowanie i rozlanie do butelek.
Zakładamy, że potrwa to około 4-5 tygodni.




************    ciąg dalszy nastąpi :-)   ************

Po odstawieniu Przyszłej Nalewki wróciliśmy do gara z mięknącymi owocami.
Cierpliwie mieszane i raz po raz podlewane wodą, nabierały powoli pomarańczowawo-łososiowej barwy. Dosypałam im po cztery łyżeczki mielonych goździków i cynamonu.
Miękkie trafiły do Thermomixa, a po przetarciu na gładką masę - do słoików.



Hmmmm, w założeniu dżem, przy pakowaniu do słoików wydał nam się raczej powidłami - zobaczymy, jak przegryzą się smaki po ochłodzeniu i odczekaniu paru tygodni.

Porcja 'na szybko', czyli końcówka po zapakowaniu 5 słoików trafiła do plastikowego pojemnika i do lodówki.


27 kwietnia 2014

Odkrycie kulinarne, albo: Królowa przy Furtce

Czy ja już wspominałam, że Przyczółek jest miejscem coodownym?

Że nasz minidomek ma sielankowo-bajeczną lokalizację?
Że posiłki przy stole za domem planujemy przedłużać tak długo w zimną zimę, jak tylko się da?
Że ptasie radio nadające wśród eukaliptusów od świtu do zmierzchu jest nie do zdarcia i nie do znudzenia?
Że spacery wzdłuż rzeki do oceanu to za każdym razem powód do radości, uśmiechu i serii zachwytów?
Że przy większości wyżej wymienionych okoliczności powtarzam Najmilszemu z Moich Mężów, że tak bardzo jestem Mu wdzięczna za ten przenikliwy wybór i dziękuję za mistrzowsko przeprowadzoną i wygraną aukcję?

Otóż, do wszystkiego co powyżej dodać można jeszcze wiele podpunktów, ale dziś chciałam się skupić na Królowej przy Furtce.



Przyczółek trafił do nas od serii właścicieli, których łączyło nie tylko uczucie do tego miejsca wśród eukaliptusów przy rzece, ale i hobby ogrodnicze.  Dzięki nim przed domem rosną i kwitną zadbane róże, na środku trawnika drży regularnie wiotka brzózka, w gruncie i w doniczkach mamy piękne fikusy beniaminy oraz sporo dorodnych sukulentów, a przy furtce na spacer wypuszczają nas dwa drzewa owocowe: granat (na którym w tym roku mamy aż dwa owoce ;-) oraz bohaterka posta - pigwa.



Owoców jest sporo.  Są dość ciężkie, przypominają coś pomiędzy jabłkiem a gruszką.  Z zielonego coraz wyraźniej przechodzą w słonecznożółty.
Pokryte są meszkiem, który zmywam szczotką pod bieżącą wodą.  Pozbawione meszku lśnią, ale skórka zostaje klejąca, jakby nawoskowana.  Dość twarde, twardsze niż twarde jabłka.  Przekrawam je na połówki i wycinam gniazda nasienne wycinaczką do kulek z melona.

Tuż przed Wielkanocą w zakładce kulinarnej zapisałam sobie stronkę z listą pomysłów.

Wielkanoc w tym roku świętowaliśmy za płotem ;-), u sąsiadów, z pochodzenia Greków, z wiary i tradycji - Greków kościoła prawosławnego.  W tym roku, jak raz na kilka lat, Wielkanoc w obu kalendarzach - katolickim i prawosławnym - wypadała w tym samym terminie, mieliśmy zatem szczęście usiąść przy stole bogato zastawionym różnymi znanymi nam, ale jednak nietypowymi, jak na zwykle świętowane wielkanocne śniadanie, potrawami.  Domyślając się co nas czeka, postanowiliśmy przygotować deser (oczywiście, że i gospodyni przygotowała swoją różnorodną ofertę słodkości ;-)

Naszą propozycją były pieczone pigwy w sosie karmelowym z miodem i rodzynkami.


Inspiracją była rozmowa z sąsiadką, punktem wyjścia - ten przepis, wersja pierwsza wyglądała tak:

6 zielonożółtych pigw
900 g cukru (była to mieszanka cukru jasnobrązowego raw sugar i ciemnego brown sugar)
900 ml wody
300 ml świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy
12 goździków
1 1/2  łyżeczki cynamonu
6 łyżeczek miodu (u nas był to miód z kwiatów pomarańczy)
36 ciemnych rodzynek
tłuszcz do posmarowania formy

Owoce umyłam szczotką, żeby pozbawić je meszku, przekroiłam na połówki, wydrążyłam gniazda nasienne, wycięłam stwardnienia przy ogonkach i 'dupkach'.


 W dużym garnku przygotowałam lukier mieszając cukier, który pięknie się rozpuścił i stopniowo ściemniał na pachnący karmel.  Tu się poddałam - łyżkę i mieszanie przejął Najmilszy, a ja wlałam mieszaninę wody i soku, i... spanikowałam, kiedy karmel zastygł na kamień...  Nic to!  Rozpuścił się po chwili z powrotem, a ja wrzuciłam do garnka najpierw cynamon i goździki, a potem kolejne połówki pigwy.






Obgotowywać trzeba do miękkości, ale niech Was nie zwiedzie twardość świeżych owoców - gotowanie trwa dużo krócej niż można by zakładać, a nie chcemy, żeby nam się owoce rozciapciały.  Trzeba sprawdzać widelcem - u nas Najmilszy po prostu mieszał i pilnował.
W pewnym momencie wyłowił pigwy i... mieszał dalej, aby jeszcze bardziej zredukować powstały syrop.


Prawie miękkie owoce układamy w wysmarowanej tłuszczem formie żaroodpornej.  U nas dwanaście połówek idealnie zmieściło się na tyle ciasno, żeby nie przechylały się na boki.
Do zagłębień po gniazdach nasiennych wrzuciłam po sześć rodzynek i dodałam po łyżeczce miodu.


W tym czasie nagrzewał się piekarnik (200 stopni plus termoobieg) i redukował syrop.
Piekarnik się nagrzał, polałam więc każdą pigwę dwoma-trzema łyżkami syropu plus parę łyżek 'dla formy' i wstawiłam formę do piekarnika.
Mniej więcej w połowie pieczenia dolaliśmy na wierzch owoców jeszcze trochę jeszcze bardziej zredukowanego syropu.



Co do pieczenia: 200 stopni i termoobieg - 20 minut wystarcza.
Co do półki: polecam raczej niżej niż wyżej, bo górna grzałka może wyprodukować czarną skórkę - nie ma wpływu na smak, ale jak ktoś miałby się przejmować...

Deser podaliśmy na talerzach w towarzystwie gałki lodów (najlepsze są naszym zdaniem waniliowe) z artystycznie rozmazaną plamą syropu.
Owoców nie obieramy ze skórki: pomaga trzymać kształt, rozpieka się tak, że nie ma problemu, aby owoc pokroić i zjeść (nie 'gryzie' w zęby nawet wrażliwych ;-) )

**********

Dzisiejsza wariacja:

Jako że sporo syropu zostaje po pierwszej produkcji, warto go zlać do pojemniczka do wykorzystania na zaś.


My wykorzystaliśmy dziś do kolejnej porcji pieczonej pigwy.

Powyższy przepis został znowu nieco zmodyfikowany:

5 żółtozielonych pigw (były większe niż poprzednio)
175 g cukru (mieszanka cukru jasnobrązowego raw sugar i ciemnego brown sugar)
500 ml wody
250 ml niesłodzonego soku pomarańczowego z butelki
250 ml białego wina (sauvignon blanc)
10 goździków
1 1/4  łyżeczki cynamonu
5 łyżeczek miodu (u nas był to miód z kwiatów pomarańczy)
30 ciemnych rodzynek
tłuszcz do posmarowania formy

Obgotowaliśmy podobnie, ale tym razem w słodkiej wodzie z winem, sokiem i przyprawami, bez produkcji karmelu.  Obgotowane owoce zalaliśmy sosem z poprzedniej produkcji (yyyyy, i tyle, bo redukowany winny syrop nam się... utlenił... w chwili nieuwagi spowodowanej rozważaniami, czy sauvignon blanc wybranej marki był najodpowiedniejszym wyborem do tego deseru ;-)
Pieczenie jak wcześniej.
Podanie tym razem - w płaskich szerokich filiżankach z gałką lodów, polane syropem.



********************

Deser szczerze polecam.

Nie tylko stosunkowo szybko i łatwo można go przygotować,
nie tylko można sobie pomodyfikować przepis szukając ulubionego bukietu smaków,
nie tylko efektownie wygląda i dobrze smakuje,
ale co najlepsze:
możemy go jeść bez poczucia winy,
bo pigwa to skarbnica samych dobrych rzeczy:
i witamin (hmmmm, po tym pieczeniu, to tej witaminy C chyba niewiele zostaje, mam rację?)
i związków mineralnych.

Nasza Królowa przy Furtce nadal trzyma spory zbiór żółcących się skarbów...

My wybraliśmy kolejne dwa przepisy: powstanie syrop do napojów i nalewka :-)
Co do syropu - nie zapowiadają się raczej żadne szaleństwa,
co do nalewki - hmmmmm, rozważamy dwie drogi...  I wariację smakową...

Proszę Was, Szanowni Czytelnicy, o cierpliwość :-)

22 sierpnia 2010

Muffiny, zwane mufinkami, mafinkami, czasem nawet babeczkami ;-)

Muffinki zyskały ogromną ogólnoświatową sławę, napisano na ich temat wiele książek, w ostatnich latach z ilością książek konkuruje ilość forów internetowych. Sława rośnie i rozprzestrzenia się, szeregi fanek wciąż liczniejsze, kolejni nawiedzeni-wcześniej-wątpiący walą się w pierś...  
Ale, o co chodzi? - zapyta być może niedowiarek.
Chodzi o to, że muffinki mają same zalety ;-))

- robi się je super szybko
- mogą być, w zależności od potrzeby, na słodko lub na słono
- mają niezliczoną ilość wariantów: ogranicza nas jedynie zawartość lodówki i spiżarni, odwaga i gusta zasiadających przy stole
- są superłatwe do przygotowania i każda metoda jest dobra, a każdy błąd wybaczają
- zawsze się udają
- świetnie wyglądają
- smakują większości domowników i gości

Hihihihi, najzabawniejsze jest chyba to, że przepis jest właściwie jeden, a reszta to już wariacje, albo... zapis dowodów na to, że muffinki nie mogą się nie udać. (*) OK, przynajmniej po trzech pierwszych próbach, w wypadku superzdolnych ;-)) wszystkie następne to już pasmo sukcesów ;-))

Moja przygoda z muffinkami zaczęła się jeszcze w Owocówce. Przekonana głosem zbiorowym Sióstr wyprodukowałam 'własny' zbiór przepisów kopiując z Wirtualnej-Skarbnicy sprawdzone przez Siostry przepisy, następnie zakupiłam (polecane przez Siostry) silikonowe foremki i setki kolorowych papilotek (z sentymentem polecam mieszkańcom Starej Ojczyzny ten suuuper sklep), po czym... przystąpiłam do prób. Zgodnie z wyżej opisaną regułą (*) nie udały się pierwsze trzy podejścia ;-)) Ale potem towarzyszyły moim muffinkowym produkcjom już tylko pochwały ;-))

Ulubiony przepis zawdzięczam Algaj (pozdrowienia ;-). 


Mój muffinkowy rytuał to: dwie miski: jedna na suche, druga na mokre.
- Do jednej odmierzam 250g mąki, 2 łyżeczki proszku do pieczenia i 1 łyżeczkę sody oczyszczonej, 3/4 szklanki cukru lub łyżeczkę soli oraz przyprawy, które pasują do planowanego smaku.
- Do drugiej wlewam 100g oleju słonecznikowego (nie chce mi się czekać, aż masło zmięknie ;-)), wbijam dwa jajka i szklankę mleka.
Mieszam i suche i mokre, a potem chlup - mokre do suchego i mieszam drewnianą łyżką. Niestarannie, bo wtedy lepiej rośnie ;-))

Do mieszaniny trafiają składniki wymyślonego smaku, czasem coś dodaję w połowie nalewania ciasta do foremek (tzn. trochę ciasta, składnik, reszta ciasta). Ciasto z miski przelewam do dzbanka, bo z dzbanka łatwiej trafić do otworów w foremce.
Powyższa porcja ciasta wystarcza na produkcję tuzina muffinek (nalewam mniej więcej do brzegu foremki lub ciut mniej, bo pięknie rosną. Przygotowuję zwykle dwa tuziny, bo jeden to za mało, nawet jak jemy tylko w dwójkę z Najmilszym ;-))
Piekę w temperaturze 180 stopni przez około pół godziny.

Silikonowe foremki od całkiem niedawna opsikuję (sic!) oliwą w aerozolu, co wyeliminowało ukochane i fikuśne papilotki (hmmm, papilotki są super - tak bardzo super, że z ostatniej porcji część, jaka przypadła mężczyznom została spożyta wraz z muffinkami ;-))). Papilotki silikonowe są bezpieczniejsze, bo trudniej je zjeść niż papierowe (ale się nie upieram, po prostu mam taką nadzieję ;-), ale po użyciu oliwy w aerozolu i te odpadają ;-))

Piszę ten post dopiero teraz, bo muffinkowy sprzęt oczywiście przyjechał z nami z Owocówki do Nowej Ojczyzny, ale... musiał nabrać mocy... Najpierw trzeba było zebrać zapas sił, aby wyczyścić piekarnik, a potem... hmmm, jednym słowem: jestem świetna w produkcji wymówek ;-))

Nadszedł jednak muffinkowy czas i muffinki zawitały do Lawendowej Chatki.

Pierwszym krokiem była produkcja domowego proszku do pieczenia. Dzięki Thermomixowi przygotowałam porcję mąki ryżowej z brązowego ryżu, a potem do 100g tejże dodałam 100g sody oczyszczonej i 200g cream of tartar (zwanego z polska (?) wodorowinianem potasu - hehehehe).


Od Lawendowa Chatka3
 

Debiut nowoojczyźniany to opisywane już tutaj muffinki kokakolowe (stanowczo będę obstawać przy tej pisowni ;-), które od zawsze kojarzą mi się z Alohą (pozdrowienia) - do bazy od Algaj dolewamy 200ml Coca Coli, hedoniści mogą oblać muffinki polewą toffi (rozpuszczona mleczna czekolada z karmelem z dolewką śmietany...).

Po nich pojawiły się muffinki cytrynowe z suszoną żurawiną, które będą mi się kojarzyły z L. (pozdrowienia ;-). Cytrynę warto obrać ze skórki (cieniutko), a potem odciąć tyle białego, ile się da oraz wydłubać pestki i dopiero w tej postaci wrzucić do Thermomixa, zmiksować, po czym dolać do miski z mokrym. Suszoną żurawinę lepiej wmieszać do ciasta, bo nasypana na wierzch niekoniecznie utonie, a utonięta jest smaczniejsza, bo przyjemnie namaka podczas pieczenia, na wierzchu przypieka się na gorzkawo-twardo. (Podobnie zachowują się rodzynki i inne suszone dobrocie ;-))

Produkcja najnowsza to muffinki niesłodkie - debiut w dziale muffinek niesłodkich, czyli wersja szpinak (podduszony na patelni z czosnkiem na potrzeby trójkącików z ciasta francuskiego ;-) i ser feta w kostkę oraz szpinak i suszone pomidory (pocięte, jak przystało na fankę Nigelli, nożyczkami na drobniejsze kawałki). 


Od Kulinaria
 

Nadzienie przygotowywane poprzez duszenie, smażenie, blanszowanie, pieczenie itp. powinno wystygnąć (może też poczekać jakiś czas w lodówce) przed zapakowaniem do muffinkowego ciasta; składniki mrożone, których nie obgotowujemy przed pieczeniem (owoce!) powinny trafić do ciasta nierozmrożone - rozmrożą się już w piecu, dzięki temu się nie rozciapciają ;-))

Powodzenia i smacznego. 

Dzięki za pomysły i inspiracje, dzięki za włączenie mnie w szeregi fanów muffinek.

Wielbiciele muffinek wszystkich krajów, łączcie się! ;-))