Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeprowadzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeprowadzka. Pokaż wszystkie posty

6 marca 2014

Dwumiesięcznica w Przyczółku

Minęły dwa miesiące, odkąd odebraliśmy klucze do Przyczółka...
Jutro minie miesiąc, odkąd w gronie przyjaciół świętowaliśmy z tej okazji :-)





Ależ ten czas pędzi...

Pudeł czekających na rozpakowanie w Przyczółku coraz mniej.  Te, które muszą poczekać na rozpakowanie do czasu powstania nowych pomieszczeń (gdybym miała na blogu emotki, to tu pojawiłaby się pogwizdująca buźka, w ciemnych okularach ;-), trafiły na nieokreślony czas do garażu, podobnie jak stolik do gry (np. w pokera) i komplet krzeseł...

Wnętrza zatrzymały się w połowie drogi: między fazą 'rozpakowanio-rozlokowanie' a fazą 'wnętrza docelowe'.  W salonie 'straszy' niepodłączony telewizor, w łazience ciągle brakuje szafek i nadal nie zmieniliśmy umywalki ;-)

W kuchni lodówka spasowała na milimetry.  Zapadła decyzja o urządzeniu 'spiżarki' w jednej z kuchennych szafek.  Do kolejnych wjechały systemy przesuwnych koszo-szuflad.









Życie nowoDomowe toczy się w kuchni i... poza domem.  W kuchni przygotowujemy posiłki, które następnie spożywamy rozkoszując się widokami i ptasimi głosami, przy stole za domem.




Przed Przyczółkiem róże wzdłuż podjazdu nie tylko dostały nowe podpórki, ale i nowy-stary brzeg ze starych podkładów kolejowych oraz elegancką podsypkę z rudej ściółki.  Działa tam również, zamontowany przez Najzdolniejszego z Moich Mężów, automatyczny system podlewania.
Część roślin po drugiej stronie podjazdu czeka w kolejce, bo w związku z przyszłymi planami, szykuje się tam kopanina... (tu znowu pojawiła by się wyżej wspomniana ikonka) 






Za domem nie tylko pijemy poranną kawę i jadamy posiłki.
Toczą się tam również prace okołodomowe i ogrodnicze.

Cytrusy nie tylko dobrze zniosły przeprowadzkę, nie tylko zdają się lubić obecną lokalizację, ale i zyskały automatyczny system podlewania.  To samo można powiedzieć o Chatkowych fikusach, zwanych czule 'krewnymi i znajomymi Konia' - zazieleniły kącik przy stole i tworzą naturalną zasłonę okien w Kocim Kąciku.





Toczą się prace w kącie międzygarażowo-furtkowym, ale że nie osiągnęliśmy jeszcze etapu końcowego, więc na razie tyle o tym... ;-)





1 grudnia 2013

Kolejny Projekt: Wyprowadzka

Najpierw, jak to zwykle u nas bywa, powstał Plan pt. Wyprowadzka z Lawendowej Chatki - zbliżały się cztery lata w nowej ojczyźnie, czyli szansa na obywatelstwo, we wrześniu kończył się kolejny kontrakt i cztery lata w Chatce, od kilku miesięcy działy się rzeczy zmierzające do tego, byśmy się przeprowadzili do Swojego Domu.

Mówiliśmy wtedy tak:
Czy się uda? Oby tak. W stosownym czasie poproszę o kciuki. 

Uprzedzając pytania: to będzie najprawdopodobniej stary dom, najprawdopodobniej nie z widokiem na ocean i najprawdopodobniej nie docelowy ;-)  Na razie jeszcze go nie znaleźliśmy, na razie wstępnie zaklepaliśmy kasę w banku (na szczęście nieco więcej, niż się spodziewaliśmy i niestety sporo mniej niż kosztują 'docelowe' domy ;-).

Tik tak tik tak...
Szukanie Domu to przede wszystkim zajęcie czasochłonne.  
Często również optymizmochłonne - kiedy wchodzi się oglądać kolejny dom, który znowu nie mieści się w założonych kryteriach (jest za mały, za ciemny, nie w planowanej okolicy, przy ruchliwej ulicy, brzydko-ciasno-ponury, z niskimi sufitami, zaniedbany, woniejący stęchlizną - brrrrr....), zasadniczo różni się od opublikowanyc w internecie zdjęć ;-), a na dodatek powala ceną...

Nasze szukanie przebiegało na kilku płaszczyznach: 

- Szef Projektu (Najmilszy z Moich Mężów) na bieżąco monitorował stronę z nieruchomościami konsultując najciekawsze propozycje i planując na kolejne soboty i niedziele tzw. inspekcje, czyli wizyty w branych pod uwagę domach wystawionych na sprzedaż,
- dodatkowo, miałam w swoim telefonie aplikację z banku, która informowała mnie o pojawiających się ofertach domów na sprzedaż,
- podczas inspekcji z reguły rozmawialiśmy z agentami (że jesteśmy zainteresowani kupnem domu, co nas interesuje, jaki przedział cenowy, lokalizacja itp),
- Szef Projektu regularnie odwiedzał kilka biur nieruchomości, które swoimi ofertami 'pokrywały' interesujący nas obszar.

Wnioski z powyższego?

- Warto wiedzieć nie tylko, czego się chce, ale - co może nawet ważniejsze - czego na pewno się nie chce. To ułatwia nie tylko przeglądanie ofert i układanie grafika odwiedzanych domów, ale również rozmowy między przyszłymi nabywcami przed inspekcjami, w trakcie i na zakończenie kolejnego dnia ;-)
- Warto zacząć wcześniej, żeby nie mieć presji typu: 'kończy się nam kontrakt i musimy się przeprowadzić do określonej daty'.  Szukanie Domu trwa - w naszym przypadku trwało ponad pół roku.  Im większa presja, tym większe ryzyko pójścia na kompromis.
- Warto zacząć od rozmowy z bankiem lub innym pożyczkodawcą (najlepiej z kilkoma, których oferty warto sobie porównać), żeby wiedzieć, jaki się ma margines.  Im lepiej zna się własne możliwości finansowe, tym bezpieczniej, bo wiadomo: inwestycja spora, a emocje grają dużą rolę.
- Trzeba zaciskać zęby w chwilach zwątpień.  Punkt pierwszy powyżej bardzo pomaga w chwilach kryzysu, kiedy człowiek ma ochotę kupić niemal cokolwiek, byle już się etap szukania wreszcie skończył.  U nas taki kryzys na szczęście się nie pojawił, ale bywało niebezpiecznie blisko...
- O dziwo, niewiele wynika z rozmów z agentami 8-0  Nie wiem, czy jest to specyfika Adelajdy, ale agenci w ogóle nie byli zainteresowani tym, żeby mieć gdzieś w swoich notatkach 'potencjalnego nabywcę'...  Nic nie wynikało z rozmów, z zostawiania telefonów i wizytówek - widać wystarczający ruch wynika z wystawiania ofert w internecie i organizowania inspekcji...
- Warto odrobić zadanie domowe z rodzajów sprzedaży.  Coraz więcej domów sprzedaje się w drodze aukcji.  Jako że zdecydowaliśmy się składać oferty na takie domy, oprócz inspekcji domów chodziliśmy też oglądać same aukcje, żeby się nauczyć na przykładzie, jak to hula ;-)

Jak to było u nas?

- Zadowoleni z mieszkania w dzielnicy Glenelg widzieliśmy plusy, ale i minusy wynikające i z lokalizacji Chatki i z polityki Councila (nie jest to nasz ulubiony Council - na podstawie obserwacji, zasłyszanych opinii, porównań do sąsiadów, lektury lokalnej prasy, polityki Councila i podejmowanych decyzji itp.).
- Zdecydowanie chcieliśmy mieszkać tak blisko oceanu, jak to będzie możliwe.
- Założyliśmy sobie lokalizację w obrębie pomiędzy Glenelg (znane i w sumie lubiane) a Grange (gdzie Najmilszy np. gra w golfa ;-)  Zależało nam też na tym, aby mój dojazd do pracy 'nie był dłuższy niż'.
- Specyfika pracy Najmilszego z Moich Mężów pozwoliła mu zgromadzić sporą wiedzę na temat wielu dzielnic Adelajdy, 'charakteru' poszczególnych obszarów (gdzie jest spokojniej, gdzie mniej, jaki jest 'profil' mieszkańców, jaka infrastruktura, jakie domy, w jakim stanie itp.) - podyktowało to, albo poparło poprzednio opisaną lokalizację.
- Jednym z kryteriów była dostępność... kabla internetowego ;-)  Wbrew pozorom są dzielnice, gdzie dostęp do internetu można mieć jedynie przez łącza telefoniczne, a ta opcja nas nie interesowała.
- Podczas monitorowania ofert w Internecie stopniowo wzbogaca się wiedzę i wyczucie o cenach w danych lokalizacjach - gdzie i za co się płaci, na co panuje moda, jakie domy sprzedaje się w którym obszarze, czyli, dosyć szybko: na co nas stać w danym miejscu?  To bardzo pomaga przyjmować lub odrzucać pojawiające się opcje ;-)
- Porównaliśmy między sobą oferty z dwóch banków (obydwie strony wiedziały, że rozmawiamy z kimś jeszcze ;-).  W sumie szybko zrobiło się na tyle konkretnie, że nie odwiedziliśmy żadnego z dwóch poleconych brokerów (ale warto mieć takie namiary w swoich notatkach i włączyć to w zakres przygotowań).
- Nie interesował nas dom nowy, ani odnowiony - chcieliśmy mieć możliwość urządzać dom jak najbardziej po swojemu, zależało nam na tym, aby miejsce było przyszłościowo-rozwojowe ;-)
- Wbrew pozorom duży wpływ na wybór domu miały... nasze koty.  To domownicy, więc zwracaliśmy uwagę na ich bezpieczeństwo w czasie wycieczek poza obręb nieruchomości.
- Ku niezadowoleniu agentów, nie działały na nas argumenty typu: blisko do szkoły, na plac zabaw.  Bardziej liczyła się cisza, spokój i odległość do oceanu.
- Jeździmy samochodami, więc komunikacja miejska była dodatkowym, ale nie niezbędnym atutem.

25 sierpnia 2009

Udomawianie przestrzeni

Trwają prace w środku. Powstaje kuchnia - górne szafki mają już wyklejone półki - może wjeżdżać szmaragdowy komplet oraz kubki i filiżanki. Zawiasy dokręcone, drzwiczki wyrównane, wszystko się ładnie zamyka i otwiera. Kolejny etap to dolne szafki, gdzie trafi najpierw 'wykładzina', a potem gary.
Ekspres do kawy zyskał nowoojczyźnianą wtyczkę, zakupiliśmy także tutejszą kawę (dwie wersje smakowe do przetestowania ;-) Pozostałe wtyczki czekają na użycie w kolejnych staroojczyźnianych sprzętach.

Od Lawendowa Chatka
Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12

Pralka i suszarka przetestowane - suuuper zakupy. Lodówka też dzielnie pomieściła typową porcję zakupów spożywczych ;-)

Ogród na razie czeka na swą kolej, bo niestety popsuła się pogoda. Zima postanowiła pokazać, że jeszcze nie minęła - zaliczyliśmy drugi dzień z temperaturą około 10 stopni, z porywistym zimnym wiatrem i nieprzyjemnym deszczem - super, że pada, bo tu wody nigdy nie za dużo, ale żeby chociaż nie było tak zimno...
Warunki na zewnątrz na razie wykluczają użycie środka chwastobójczego - musi przestać padać deszcz, bo inaczej środek zostanie wymyty.
W związku z powyższym moje wyczekane zielone zakupy jeszcze się nie odbyły - buuuuu...

Mieliśmy dzisiaj wirtualnego Gościa - dzięki Skype Nasza Mama przespacerowała się z nami po nowym domu. Bardzo miłe odwiedziny (i można nie mieć ciasta ;-).

23 sierpnia 2009

Nowy dom zamieszkany

W piątek późnym popołudniem Najmilszy z Mężów zadecydował, że czas jechać do nowego domu i zamieszkać w nowym miejscu. Zabraliśmy rzeczy, które Volvik dzielnie pomieścił w swym wnętrzu i pojechaliśmy. Ahoj, Przygodo!

Od Lawendowa Chatka
Od Lawendowa Chatka

Po tygodniu obfitującym w wydarzenia i emocje, energii wystarczyło nam już tylko na wyniesienie rzeczy z samochodu, na ubranie nowej sofy w pokrowce i uzupełnienie jej świeżo wypraną pościelą, na megaszybką herbatkę i marsz do łóżka, by wyśnić swój pierwszy sen na nowym miejscu.
Miły Mój zasnął błyskawicznie, a ja leżałam wsłuchując się w nowy dom i nowe sąsiedztwo; sen przyszedł nad ranem, ale nie było w nim nic wartego zapamiętania...

W sobotę wróciliśmy na Sandison na ostatnie porządki i pożegnalne kiwnięcie głową, a w drodze powrotnej odebraliśmy ze sklepu zakupione już parę tygodni temu rowery. Tak jak my czekały na nowy dom, bo wtedy obiecaliśmy je odebrać ze sklepu.

Po południu przyjmowaliśmy pierwszych gości. Przy okazji przeprowadzki zjawił się niezawodny Łukasz B. ze swoimi Pięknymi Paniami, wpadła też Dorota z Dwójką Przystojniaków ;-)
Dom ciągle pełen zamieszania, rzeczy czekają na swoje miejsca w poszczególnych pomieszczeniach, trwają porządki, instalacje i drobne przeróbki, ale miejsce już roztacza swój czar ;-))
Nowy dom ma już swoją nazwę, ale na razie jej nie zdradzę - poczekam aż będzie wiadomo, skąd nazwa się wzięła ;-))

Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12
Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12
Od Lawendowa Chatka
Od Lawendowa Chatka

Opadły już emocje po zamieszaniu związanym z tropieniem i odbijaniem naszych paczek. Sporo nerwów, smutnych rozczarowań brakiem profesjonalizmu... - te wysokie koszty przesłania jednak ogromna radość, że oto spory kawałek naszego dotychczasowego życia został przeniesiony i zaczyna się wtapiać w nasze nowe życie i naszą nową ojczyznę. Ze ściany uśmiecha się anioł - ulubiony prezent ślubny, w kącie prawie mruczą drewniane koty, nad kominkiem wśród stada innych stoi srebrny słonik wskazując trąbą słońce za oknem, walizki leżą już puste na półkach w szafie.

Kuchnia to ambitny plan na nowy tydzień, bo szafki i szuflady wymagają sporej porcji pracy - czyszczenia, wyłożenia półek nową wyściółką i regulacji zawiasów.

Od Lawendowa Chatka

20 sierpnia 2009

Nowy dom - kolejny krok

Przeprowadzka niby trwa, choć dziś do południa popychaliśmy sprawy paczek w porcie, a potem przyglądaliśmy się montażom. Do nowego domu dojechał dziś ze starego tylko odkurzacz ;-)

Wysyłka rzeczy z Polski obfitowała w przygody i emocje aż do ostatniej chwili, ale tu niestety nie jest inaczej...
Mimo obietnic ze strony przewoźnika z Polski, nikt się z nami nie skontaktował w sprawie odbioru naszych rzeczy z portu, więc sami zaczęliśmy dzwonić i ustalać, gdzie rzeczy są oraz jak i skąd je możemy odebrać.
Najpierw zadzwoniliśmy do Polski, gdzie 'nasz pan' niestety przebywa na urlopie, a pani, która z nami rozmawiała bez ceregieli odesłała nas do firmy w Australii, bo 'przewoźnik z Polski wysłał rzeczy zgodnie z umową', czyli w domyśle - już nie jesteśmy ani ich klientami, ani ich kłopotem i mamy sobie radzić sami. Namiary na firmę w Australii mamy sobie również znaleźć sami (wbrew pozorom nic jednoznacznie nie wynika z otrzymanych od polskiego przewoźnika dokumentów! Znalazła się tam tylko jedna żółta karteczka Post It z adnotacją - dokumenty uprawniające do odbioru rzeczy w porcie).
W dokumentach po stronie australijskiej wymieniona jest firma z główną siedzibą w Sydney, więc zadzwoniliśmy do nich - pierwszy pan - super kompetentny, mimo jakiegoś zamieszania w papierach odnalazł nasze paczki, podał nam numer referencyjny sprawy i obiecał, że przekaże sprawę do docelowego agenta. Docelowy niestety okazał się dużo mniej kompetentny, jakiś taki tajemniczy i nękany przez dziwne kłopoty natury technicznej - ani on skutecznie nie mógł do nas wysłać maila, ani te ode mnie rzekomo do niego nie dochodziły... I tak mijały dni...

Tu przeskoczę spory kawał zmarnowanego czasu aż do wczoraj, kiedy to po południu sami pojechaliśmy w stronę portu poszukać naszych rzeczy.
Najpierw AQIS - kwarantanna, skąd miła pani wysłała nas, wyposażonych w mapkę i wskazówki, do Wydziału Celnego (AQIS jest dopiero drugi w kolejności, więc powiedziała nam przed odjazdem do zobaczenia).
Tam los się do nas uśmiechnął i wstawił w zasięg wzroku niejakiego Granta. Grant obejrzał nasze dokumenty (na wstępie zapytał o numer kontenera, którego nie mogłam znaleźć w dokumentach, po czym... sam też go nie znalazł), a jego ciekawość rosła, w miarę jak przeszukiwał bazę danych.
Następnie zaczął dzwonić: najpierw do naszego agenta w Sydney, który przede wszystkim się zdenerwował z powodu naszej samodzielności i być może z tego zdenerwowania... podał zły numer kontenera, w którym rzekomo były nasze dwie zaginione palety, a potem do firm w Adelajdzie, które zwykle rozpakowują kontenery i przewożą do swoich magazynów. Grant podejrzewał cztery firmy i... trafił za drugim razem, ale telefonów wykonał dużo dużo więcej, bo okazało się, że od agenta z Sydney poziomów podzleceń między firmami było... sześć. I za każdym razem kolejny rozmówca się dziwił, dlaczegóż to my nic nie wiemy i że to dziwne, że nikt do nas nie zadzwonił...

Podsumowując: dzięki pomocy, życzliwości i kompetencji Granta, dzięki jego pozycji zawodowej i znajomości właściwych osób już po godzinie (!) wyjaśniania tajemniczych zakrętasów rzeczy się znalazły w jednym z magazynów, dokumenty zostały podbite jako załatwione w Wydziale Celnym, a my dostaliśmy kartkę ze wskazówkami na kolejny dzień: mamy jechać do AQIS, aby dokonać inspekcji z urzędnikiem z kwarantanny, a potem do magazynu, gdzie są nasze rzeczy, do konkretnej osoby, której imię i numer telefonu Grant napisał nam na tej samej kartce, po wcześniejszej rozmowie z tą osobą. Dla pewności dodał swój numer telefonu, abyśmy zadzwonili, jak coś się znowu popląta.
Uśmiech Granta mówił więcej niż słowa, które niedopowiedziane do końca nie przekroczyły linii poprawności politycznej, trochę udało nam się podsłuchać w fazie poszukiwań prowadzonych w głębi biura za przepierzeniem, gdzie siedzieli inni pracownicy...
Nie wyobrażam sobie, co by było, gdybyśmy te telefoniczne poszukiwania mieli prowadzić sami, a gdybyśmy się zdali na agenta z Sydney, to spełnilibyśmy przede wszystkim jego oczekiwania (opłata za usługi) i pewnie sporo zapłacili za usługi podzlecone (bezpłatnie rzeczy przechowywane są w magazynie przez pierwsze trzy dni po wejściu do portu, potem płaci się za każdy dzień składowania).
Na jutro mamy umówioną inspekcję rzeczy w magazynie odnalezionej przez Granta firmy (pan z karteczki) z urzędnikiem z AQIS, gdzie byliśmy dzisiaj rano i to załatwiliśmy. Inspekcja mogła się odbyć dziś, ale my ją przełożyliśmy na jutro ze względu na umówione wcześniej montaże w nowym domu.

Końcowy wynik całej akcji (oraz wystawione rachunki) zobaczymy (mam nadzieję) jutro, ale z dotychczasowych doświadczeń wynika, że osoba posiadająca powyższe informacje jest w stanie załatwić całą sprawę w czasie niepłatnych trzech dni w magazynie ;-)) Zainteresowanych odsyłam do Notesu ;-))

Kiedy wyszliśmy z AQIS zadzwonił do nas pan, który za kilka godzin miał nam przywieźć lodówkę. Zadał kilka pytań i... wywołał zamęt, bo lodówka w kuchni zmieści się, a jakże, tyle że... przez żadne drzwi nie da się jej przecisnąć do wnętrza domu - yyyyyyy... Moje szczęście, że lodówkę kupowaliśmy we dwoje z Miłym Mym ;-))
Nasz Domowy Manager d/s Logistyki i Spraw Technicznych z Zawiłymi na Czele wymyślił, że należy... rozmontować przesuwne drzwi od strony ogrodu. Popędziliśmy zatem najpierw do sklepu, by na żywo po raz kolejny zmierzyć lodówkę, a potem do innego sklepu po sprzęt do demontażu i ponownego montażu ;-)
Tym sposobem jesteśmy lżejsi o pewną sumkę, ale za to w/w Manager ma do swej dyspozycji Rolls Royce'a wśród wiertarek oraz nitownicę (wyobraźcie sobie mnie w tym sklepie między półkami w roli tłumacza ;-)) jasne, że nity należą do podstawowego słownictwa, prawda? ;-))

Efekt - lodówka stoi w korytarzu obok kuchni (co w sumie okazało się lepszym rozwiązaniem), a ponownie zamontowane drzwi działają w pełni jak powinny, zamiast tak jak wcześniej ;-)

Od Lawendowa Chatka
Od Lawendowa Chatka
Od Lawendowa Chatka

Drugi montaż przebiegł bez niespodzianek. Mnie urzekło najbardziej urocze zestawienie napisów na sprzętach, które jechały na przyczepce. Nazwa znakomitej firmy, a tuż obok mniej więcej tej samej wielkości czcionką wypisane na kartce moje nazwisko ;-)

Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12

Poznaliśmy dziś kolejną sąsiadkę - Julię, po czym zafundowaliśmy sobie nagrodę za dzisiejsze postępy w postaci noodle box na Jetty Road.
W głowach mamy jedno: to będzie fajowy dom ;-))

18 sierpnia 2009

Nowy dom

Umowa podpisana = dom został wynajęty.

Ruszył przewóz rzeczy: na miejscu stoi już stół i krzesła oraz 'imprezowa' lodówka, która czeka na włączenie w czwartek. Jutro dzień podłączenia prądu. W czwartek umówione dwie instalacje ;-)
Gorzej, że rzeczy, które już wpłynęły do Adelajdy, utknęły w porcie i nie wiemy jeszcze, kiedy uda się je stamtąd odebrać. Agent zapowiedział beztrosko, że ta operacja może potrwać nawet do dziesięciu dni (!!!), a my w pełni wyposażone mieszkanie opuszczamy... w piątek. Czyżby czekało nas żywienie się poza domem??? Mamy obecnie wyciskarkę do cytrusów, dwie miski, chochelkę, wirówkę do sałaty i lampki do wina ;-), reszta w pudłach w porcie ;-)

Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12

Dziś miłą niespodziankę zrobili nam Panowie z firmy ogrodniczej, którzy na zachętę i na dzień dobry (tym razem opłaceni przez właściciela domu) zrobili porządek z zaniedbanym ogrodem. Porządek nie potrwa jednak zbyt długo, jeśli ta sama firma (już opłacona przez nas ;-) nie wkroczy znowu: nie zrobi porządku z rozszalałymi chwastami (coś a'la Randap) i nie nadsypie mieszanki kory i kompostu na sporym kawałku wzdłuż płotu, gdzie rosną drzewka i krzewy (słowem: na obszarze poza chodnikiem i trawnikiem ;-). Hmmmm...

Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12
Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12

17 sierpnia 2009

O czym szumią eukaliptusy

Rozpoczęliśmy nasz ostatni tydzień na Sandison Terrace (Ulica Pełna Piasku? Piaszczysta? ;-) - ehhhh, aż się nostalgicznie robi: pierwszy etap życia w nowej ojczyźnie dobiega końca...
Kalendarz gęsto zapisany obiecuje nam tydzień pełen emocji. Emocje zresztą nie opadają już od jakiegoś czasu, ale dni przed nami aż się proszą o komentarz: będzie się działo ;-)

Zapowiada się sporo pakowania i, oby, sporo więcej odpakowywania. Podwójna porcja sprzątania, której pierwsza faza (czyli Sandison Tce) będzie lekką rozgrzewką...
Niestety, dosyć dużo w układzie kalendarza zależy od szybkości działania polskich banków, a w tym temacie doświadczenia mamy jak najgorsze. Pieniądze gdzieś tam marudzą po drodze, a tu czeka misternie ułożony plan: uregulowanie rachunku w określonym czasie zagwarantuje montaż w umówionym dniu - jeśli montaż się opóźni, nie będziemy mogli korzystać z potrzebnych urządzeń od razu - wrrrr...
Najprzyjemniejsze jest jednak oczekiwanie i plany, które kłębią nam się w głowach, wielokrotnie już testowane "udomawianie" nowego miejsca, co obydwoje z Miłym Mym lubimy.

Pogoda się waha. Ostatnio rozpisywałam się o nadciągającej wiośnie, której oznaki widać coraz wyraźniej i których to oznak jest coraz więcej, ale słońce ostatnio trochę kaprysi - grzeje coraz mocniej, ale zasłania się chmurami, które układa na niebie nieprzyjemny wiatr - zimny, porywisty, przenikający do głębi.

Od Zdjęcia Bloggera2


Wczoraj właśnie w tym przenikliwym wietrze odbywaliśmy nasz spacer.
Pierwszy punkt programu to jak zwykle ocean - piękne widowisko, spore fale z gęstymi grzebieniami, gnane przez wiatr wiejący prosto na nas, spora grupa surferów, z których kilkorgu udały się krótkie przejażdżki - fala widać obiecująca, ale jeszcze nie ta ;-)) Za to widzów pstrykających fotki było kilka razy więcej niż surferów ;-))

Kolejnym punktem programu były (uwaga: znak, że się asymilujemy ;-)) lody. Jak zwykle pyszne, ale jedzone pod wiatr, połykane wraz z haustami powietrza wwiewanego prosto do gardła, były sporym wyzwaniem ;-))
Miły Mój w ramach asymilacji poprosił również o tutejszego gofra - całe szczęście, że solo, bo była to chyba pierwsza i ostatnia próba - tutejsze gofry robione są na tutejszą miarę - z zupełnie innego ciasta - megaciężkie, tłuste - "solidne" ;-) Serwowane są z lodami, bitą śmietaną i syropami, co już zupełnie przerasta możliwości niezasymilowanych przybyszów ;-)) Jedyna pociecha - są mniej więcej o połowę mniejsze niż te, które pamiętamy ze starej ojczyzny ;-))

Dzisiaj ocean pokazał, jakie są skutki działania wiatrów takich, jak ostatnio. Ocean jest brunatny na szerokość mniej więcej do połowy molo - woda niesie sporo piasku, na brzegu widać grubą warstwę wyrzuconych wodorostów wśród których buszują w poszukiwaniu skarbów zarówno mewy, jak i spacerowicze - ptaki szukają smakowitości, a spacerowicze zbierają muszle wyczyszczone przez wodę i ptaki.

Przyniosłam dziś do domu atlas ptaków, do którego dołączono specjalny notes, który można zabierać na wycieczki - w tabelach zapisuje się obserwowane gatunki, miejsce obserwacji, datę i czas oraz warunki pogodowe i lokalizację (ciekawe, czy kiedyś osiągniemy ten etap? ;-).
O atlasie myśleliśmy już od jakiegoś czasu, bo ptaków jest tu cała masa, a my na razie odróżniamy gołębie, pelikany i... papugi (zwłaszcza od nie-papug), ale nie żebyśmy znali poszczególne gatunki i umieli je nazwać, tym bardziej po angielsku.
A ptaki bardzo łatwo jest tu obserwować - nie tylko jest ich dużo i są dość hałaśliwe, ale i podlatują na tyle blisko, że da się im przyjrzeć.