Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szukanie pracy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szukanie pracy. Pokaż wszystkie posty

15 czerwca 2011

Bilans dwulatka ;-)


Hihihi, wbrew tytułowi nie będzie to post o Aganioku, tylko o naszym stażu pod błękitnym niebem nowej ojczyzny.

Dwa lata to okres bardzo znaczący - tyle bowiem w przypadku naszej wizy wynosi minimalny okres kwalifikacji do ubiegania się o stały pobyt.
Wizie poświęciłam osobnego posta, tu chciałam zebrać parę refleksji i krótko podsumować nasz 'dorobek' w nowym kraju.

Znajomość Adelaide
Atlas ulic Adelajdy towarzyszył nam od pierwszego dnia. Korzystając z aplikacji Google Maps 'spacerowaliśmy' po 'naszym' mieście jeszcze przed wyjazdem z Polski - zwłaszcza Najmilszy - oglądał różne dzielnice, zabudowę, ulice, puste działki ;-). Po przyjeździe od początku w Internecie szukaliśmy informacji o sklepach, usługodawcach, produktach, a potem - sprawdzaliśmy adres i trasę dojazdu, a nawet oglądaliśmy widok ulicy, żeby łatwiej było trafić w wybrane miejsce.

Plan centrum jest dosyć przejrzysty, otoczony przez cztery ulice: Północną, Południową, Wschodnią i Zachodnią. Ten czworobok (o powierzchni około jednej mili kwadratowej, nieco nieregularny w kształcie po wschodniej stronie) okala pas parków. Przez parki biegną ścieżki rowerowe, spacerowe, znajdują się tam grupy drzew, klomby, skupiska krzewów, sadzawki i fontanny oraz sporo restauracji i kafejek.
Przez środek centrum, z góry na dół, biegnie King William Street. Serce tej części miasta to Plac Wiktorii (nazwa z 1837 roku, kiedy Wiktoria była jeszcze księżniczką w kolejce do sukcesji), który znajduje się w środku prostokąta wyznaczonego przez inne cztery place. Tam stoi pomnik królowej (odsłonięty w 1894 roku), tryska fontanna obrazująca trzy rzeki, które zasilają miasto w wodę: Torrens, Onkaparinga i Murray oraz powiewają flagi: australijska i australijskich Aborygenów.



Od centrum ulice rozchodzą się promieniście - my do domu jeździmy 'na dół i na lewo', czyli w stronę oceanu i Glenelg. Jeździ też do nas tramwaj i sporo autobusów, kolejka - nie. Z autobusami jest o tyle 'śmiesznie', że większość linii jeździ z danej dzielnicy do centrum, więc, aby odwiedzić kogoś w sąsiedniej dzielnicy 'z boku' jadąc komunikacją miejską trzeba pojechać do centrum, znaleźć punkt przecięcia i 'wrócić' do wybranej dzielnicy ;-)) Trwa to zwykle wieki i tłumaczy, dlaczego samochód jest tu wieeelkim ułatwieniem.

Samochód kupiliśmy zaraz po przyjeździe, mapy też. Od początku staraliśmy się poznawać miasto, układ ulic, kierunki w oparciu o odwiedzane miejsca - sklepy, bank, szkołę, lotnisko itp. GPS zagościł w Chatce dużo dużo później - nie był więc pierwszym nauczycielem i dzięki temu udało się (zwłaszcza Miłemu Memu) dobrze poznać miasto. Dobrym pomysłem okazała się też praca Najmilszego przy dostawach posiłków do domów seniorów polskiego pochodzenia - dzięki temu sporo pojeździł po różnych dzielnicach, poznał skróty, natężenie ruchu, objazdy itp.

Co widzieliśmy oprócz Adelaide?
Staramy się zwiedzać miasto, poznawać różne dzielnice i odwiedzać ciekawe miejsca. Dzięki swojej pracy Najmilszy zna Adelajdę o wiele lepiej niż ja, miał okazję odwiedzić już chyba wszystkie dzielnice i bywać w różnych punktach miasta. Ja znam miasto raczej od strony 'turystycznej' - do pracy jeździłam do centrum, do tego samego biura, teraz też jeżdżę w jedno stałe miejsce.
W ciepłe dni, w czasie wolnym od pracy odwiedzamy więcej miejsc 'na zewnątrz' - plaże, parki, itp., w czasie zimy (tak jak teraz - kiedy dni są krótkie, jest chłodno i szybko zapada zmrok) nasze trasy spacerowe wyznaczają raczej zakupy lub/i jedzenie ;-) Są to też z reguły miejsca położone bliżej Chatki.

Staramy się wyjeżdżać także poza Adelajdę - ciągnie nas z reguły w kierunku oceanu, w kierunku lokalnych roślin (wliczając w to grzyby ;-) ) i zwierzaków oraz... tam, gdzie ciągną się winnice ;-)) Jak bardzo pewne okolice stały nam się swojskie, mieliśmy okazje przekonać się podczas wycieczek z naszymi gośćmi, kiedy braliśmy na siebie rolę przewodników - zdumiewające, ale jednak proces zadomawiania się postępuje ;-))
Sporo już wiemy, choć zapewne tempo zwiedzania może być szybsze.

Odwiedzone miejsca dalej to: Melbourne i Great Ocean Road, którą przejechaliśmy już dwa razy, szlak winnic na Limestone Coast (okolice Coonawarra), szlak starych portów na południe wzdłuż wybrzeża prawie do granicy stanu, okolice jeziora Alexandrina (które objechaliśmy naokoło) oraz pobliskie Goolwa i Victor Harbor i najdłuższa wyprawa, czyli Darwin i emocjonujący zjazd w dół z zaskakującym przystankiem przed Alice Springs. Potem kawałek dnia w Alice Springs i nieplanowany powrót samolotem.
Niektóre z wymienionych wypraw doczekały się już swoich postów, niektóre pozostają ciągle w sferze zamierzeń... Na razie muszą wystarczyć zdjęcia w galeriach... Ale to się oczywiście zmieni i wpisy się pojawią ;-))

Jazda samochodem
Ruch lewostronny nie stworzył żadnych problemów - Najmilszy jeździ 'od zawsze', kierował w swoim życiu przeróżnymi pojazdami, jeździł w różnych warunkach i przychodzi mu to chyba z taką samą naturalnością, jak chodzenie. Mówi, że zaliczył parę pomyłek na pustej uliczce po złej stronie jezdni, ale to sporadyczne, drobne pomyłki, bez konsekwencji.
Ja przywiozłam ze starej ojczyzny zbyt małe doświadczenie, więc kiedy wsiadłam do samochodu (po długiej zresztą przerwie) byłam już wystarczająco 'opatrzona' z tutejszym ruchem.

W Adelajdzie jeździ się raczej komfortowo. Jeszcze nie ma (odpukać!) prawdziwych korków, ulice są z reguły wystarczająco szerokie, w większości mają co najmniej dwa pasy ruchu. Systemu oznaczeń trzeba się nauczyć (jak wszędzie), znaki są czytelne, łącznie z pasami namalowanymi na jezdni. Jeśli miejsca parkingowe wyznaczają linie, to w większości wypadków wyznaczona długość i szerokość jest wystarczająco duża, aby się zmieścić, aby spokojnie wykonać manewr. Podoba mi się również zasada, że przy poboczu parkuje się zawsze zgodnie z kierunkiem jazdy (nawet, jakby się człowiek zagapił i 'przeszedł' na ruch prawostronny, samochody pokażą, jak jechać ;-)) Ta sama podpowiedź stosuje się do pieszych - rzut oka na zaparkowane pojazdy i już wiadomo, gdzie spojrzeć przed wejściem na przejście dla pieszych, skąd może coś nadjechać ;-)) Najgorsza zmora to chyba nierówne studzienki (z reguły poniżej poziomu drogi).

Kierowcy przestrzegają limitów prędkości, raczej nie wymuszają, ustępują, nie naciskają. Zdarzają się na drodze kierowcy niekompetentni, ale z reguły wiadomo, w których miejscach należy szczególnie uważać i na kogo brać poprawkę ;-)) Najlepszy (?) przykład: okolice Central Market w środku miasta - ludzie szukają miejsc parkingowych, często nie sygnalizują, co chcą robić, albo co właśnie robią albo: z taksówkami bywa rożnie ;-) albo: z autobusami też ;-))

Samochód kupiliśmy w pierwszym tygodniu po przyjeździe - korzystając z sobotniego dodatku do dziennika Advertiser, w którym publikowane są ogłoszenia. Niewiele brakło i kupilibyśmy dwa, zamiast jednego - tak się jednak stało, że drugie auto musiało trafić do mechanika i ten w czasie przeglądu zdecydował, że musi je zatrzymać na dłuższą chwilę w warsztacie, a zaplanowane naprawy wpłynęły na cenę samochodu.

Jesteśmy fanami Volvo od wielu lat, więc nie będę się rozpisywać, jak trafna okazała się nasza decyzja ;-)) Volvik jeździ, ma się dobrze, zaliczył kilka drobnych zakupów i wymian, ale i kilka turystycznych wyzwań, że nie wspomnę o niezawodnej pojemności wnętrza podczas ściągania do Chatki dóbr wszelakich ;-))
Opcja, którą bierzemy pod uwagę przyszłościowo to samochód z napędem na cztery koła - ze względu na obszary, które chcielibyśmy zobaczyć, a gdzie trzeba nie tylko dojechać, ale gdzie będzie się można poruszać w trudnym terenie.

Formalności i utrzymanie samochodu to sprawy proste i do przeżycia finansowo, o paliwie pisałam już w osobnym poście. Od lipca tego roku znikają naklejki na przedniej szybie - do tej pory był to znak opłaconej rejestracji i podatku drogowego, wprowadzono już jednak nowy system elektronicznej identyfikacji samochodów i po lipcu każdy kierowca odklei naklejkę, która straci ważność, po raz ostatni.

Zmorą beztroskich kierowców są mandaty (temat w Chatce przerobiony baaardzo gruntownie) - na drogach znajduje się sporo kamer, które cykają zdjęcia, a zdjęcia przekładają się na wysyłane mandaty, których wysokość jest boleśnie odczuwalna. Oprócz kary finansowej naliczane są też punkty karne. I niech nie mają nadziei kierowcy, którzy nie muszą mieć jeszcze australijskiego prawa jazdy (punkty 'czekają' w systemie - kiedy właściciel samochodu, do którego przypisany jest/są mandat/y dostanie pierwszy mandat po otrzymaniu australijskiego prawa jazdy poprzednie punkty zostaną do niego automatycznie doliczone... A obowiązują oczywiście limity punktów w danym czasie (12 punktów w ciągu trzech lat), których przekroczenie grozi utratą dokumentu...

Prawo jazdy to dokument, który nie tylko uprawnia do jazdy samochodem, ale i służy jako dowód tożsamości przy załatwianiu wielu spraw. Niedługo po przyjeździe potrzebowaliśmy np. pożyczyć przyczepę, by przywieźć paczki z dobrami ze starej ojczyzny. I co? Australijskie prawo jazdy było niezbędnym dokumentem, aby skorzystać z usługi. Hmm, pomógł niezawodny Łukasz B. ;-) Z reguły nie ma problemu, aby posłużyć się polskim paszportem jako dokumentem tożsamości, ale...

Według prawa do czasu uzyskania wizy stałego pobytu Polacy mogą jeździć legitymując się polskim prawem jazdy (dokument Unii Europejskiej), ale powinno być ono przetłumaczone na język angielski. Całe szczęście, że niewielu urzędników australijskich wie, że polskie 'międzynarodowe prawo jazdy' ma ważność trzy miesiące (co napisane jest na okładce)... Pozwólcie, że nie skomentuję...

Po uzyskaniu wizy stałego pobytu ma się trzy miesiące na zdanie egzaminów i uzyskanie prawa jazdy. Można to oczywiście zrobić wcześniej, w dowolnie wybranym momencie (tak np. zrobił Najmilszy, aby spełnić wymagania pracodawcy).
Według obecnie obowiązujących zasad Polacy muszą zdać pełny egzamin tzw. VORT - teoretyczny i praktyczny. Na szczęście omija nas tzw. 'petka', czyli 'Practitioner' - trochę jak kiedyś zielony listek, ale z poważniejszymi konsekwencjami i grupą ograniczeń.

Egzamin praktyczny
bezpieczniej zdawać po uprzednim wykupieniu i odbyciu jazd z instruktorem - zwiększa to szanse na zdanie egzaminu, bo egzaminator bardzo surowo odhacza wykonane manewry i ich zgodność z 'procedurami' - liczy się dokładna sekwencja poszczególnych zachowań kierowcy, nie jest ważne, ile lat doświadczenia się ma na koncie, ile przejechanych kilometrów i jakie wyczucie sytuacji na drodze... Instruktor pomaga ocenić, czy ma się już szansę, by pomyślnie zaliczyć egzamin i... pomaga umówić się z egzaminatorem.
Trochę więcej o zdobywaniu nowoojczyźnianego prawa jazdy tutaj.

Język angielski
Jako główny aplikant musiałam zdać egzamin IELTS jeszcze w Polsce na wymagane co najmniej 6 punktów z każdej z czterech części. Strach przed egzotyką australijskiej wymowy, przed tutejszymi wyrażeniami okazał się na szczęście mieć wielkie oczy - da się ;-)) Poza tym: mieszkamy w stolicy stanu (na terenach wiejskich byłoby na pewno trudniej ;-), który jest tyglem wielu narodowości, akcentów i poziomów zaawansowania.

Najmilszy został zobligowany do wykupienia kursu języka angielskiego w szkole (alternatywą było zdanie IELTSa na co najmniej 4 punkty z każdej części jeszcze w Polsce). Do szkoły zaczął chodzić niedługo po przyjeździe i kontynuował, w trybie part time (dwa razy w tygodniu wieczorami po trzy godziny) przez nieco ponad rok. Po czym zawiesił do odwołania. Na pewno pomogły mu słuch muzyczny oraz kontakty z osobami mówiącymi po angielsku, a potem praca, gdzie na bieżąco rozmawia i ze współpracownikami i z klientami (włączając w to też rozmowy telefoniczne). Wyzwaniem w pewnym momencie były też licencje zawodowe, których kilka musiał zdobyć zaliczając egzaminy ustne i testy pisemne.

Na pewno pomaga 'zanurzenie w języku' - żadne to odkrycie, że uczymy się dużo szybciej mieszkając w kraju, gdzie na co dzień używa się języka, którego się uczymy. W samochodzie towarzyszyło Najmilszemu włączone radio, w domu - telewizor, Internet oraz gazety.
Na dziś, po dwóch latach, Najmilszy komunikuje swobodnie i bez żadnego problemu, w każdej sytuacji. Kiedy któraś ze stron nie rozumie, albo kiedy Najmilszy nie zna potrzebnego słowa - bez problemu można dopytać, wytłumaczyć 'na około', aż obie strony osiągną porozumienie.

Praca zawodowa
Wiadomo, że wszystko się da ;-)) Da się zatem znaleźć pracę, da się zarabiać wystarczającą ilość pieniędzy.
Pytanie jest jednak inne: jak się mają możliwości znalezienia do naszych oczekiwań, aspiracji, kwalifikacji zawodowych? Hmmm, mocno nijak, a jeśli nie nijak, to co najmniej: inaczej.

Pierwszą sprawą jest przygotowanie dokumentów (CV zwane tu raczej Resume i list motywacyjny, czyli Cover Letter) - niby wszystko jest jasne i oczywiste, ale istnieje zespół lokalnych wymagań i standardów, które należy uwzględnić przygotowując swoje dokumenty. Istnieją możliwości uzyskania darmowej porady, odbycia konsultacji (płatnych lub bezpłatnych), można też wykupić któryś z wielu kursów, skorzystać ze wskazówek publikowanych w Internecie. Kursy angielskiego w szkole obejmują też 'naukę szukania pracy' - tworzenie dokumentów, praktyka przed rozmowami kwalifikacyjnymi, szukanie ofert pracy itp.

Uzbrojeni w dokumenty zaczynamy etap aplikowania o pracę: ogłoszenia publikuje wspomniany wcześniej dziennik Advertiser, popularny portal z ogłoszeniami to np. SEEK, można też wyszukiwać strony internetowe pracodawców i odpowiadać na zamieszczane tam ogłoszenia.
Innym sposobem są agencje rekrutacyjne, gdzie najpierw umawiamy się na rozmowę, zaliczamy większą lub mniejszą ilość testów, zostawiamy dokumenty lub przerabiamy je według otrzymanych wskazówek i... czekamy na sygnał - na telefon z zaproszeniem na rozmowę z potencjalnym pracodawcą.

Można wybrać sobie interesującego pracodawcę i spróbować zacząć u niego pracować w roli wolontariusza. Bywa, że owocuje to ofertą płatnej pracy.

Szukanie pracy 'w ciemno' i wysyłanie aplikacji w miejsca, gdzie nas nie znają, zwiększają ryzyko odpowiedzi odmownej lub eliminacji naszej aplikacji bez nawet słowa odpowiedzi.
Wrogiem nowo przyjezdnych są powszechnie przyjęte stereotypy na temat migrantów, nieznajomość prawa i typów wiz (często aplikację eliminuje odpowiedź na pytanie, że TAK mam wizę uprawniającą mnie do podjęcia pracy, ale NIE, nie mam stałego pobytu; brak wizy stałego pobytu kojarzy się często z koniecznością sponsorowania pracownika, a to oznacza zawiłe i kłopotliwe procedury, których lepiej uniknąć). Inny stereotyp zakłada, że imigrant nie zna dobrze angielskiego, nie potrafi skutecznie komunikować i ciężko taką osobę zrozumieć.
Kolejny kłopot to brak lokalnego doświadczenia zawodowego i szablonowe podejście przy weryfikacji umiejętności.

Zabrzmi to pewnie złośliwie, ale niejednokrotnie miałam wrażenie, że odnotowałabym znaczny wzrost skuteczności, gdybym użyła angielskiej wersji mojego imienia, gdybym wyrzuciła co drugą linijkę z CV i gdybym nazwy stanowisk zamieniła na odpowiedniki występujące w firmie potencjalnego pracodawcy. Pytanie tylko: czy wśród takich ludzi, w takiej firmie naprawdę chciałabym pracować? ;-)) Dodam od razu, że są to czysto teoretyczne rozważania, gdyż nie próbowałam iść tą drogą ;-))

Najbardziej jednak rozpowszechnionym i chyba najskuteczniejszym sposobem jest szukanie pracy w oparciu o znajomości. W pozytywnym sensie, więc może jednak napiszę: w oparciu o kontakty, bo 'znajomości' kojarzą się raczej pejoratywnie. A zatem: puszczamy wici do każdej znanej nam osoby, że szukamy pracy, co nas interesuje itp. Warto mieć przy sobie zapas wizytówek, w niektórych sytuacjach warto mieć i przekazać swoje dokumenty (CV).

Dla osoby świeżo przybyłej z Polski naturalnym pierwszym kręgiem znajomości jest oczywiście Polonia - znajomi, kościół, polskie ośrodki i organizacje. Ten krąg pomógł nam dotrzeć na nasze pierwsze rozmowy kwalifikacyjne, stąd wywodziły się nasze pierwsze prace, więc nie mogę nie polecić tego sposobu. Ale? Hmmm, należy liczyć się ze wszystkimi konsekwencjami wstąpienia w polski światek - niby beczka miodu, ale o łyżce dziegciu powiem, że moim zdaniem była to jedna z większych łyżek, z jakimi się w życiu zetknęłam...

OK, ale jak poznać nie-Polaków? Tak, bywa to niełatwe. Zwłaszcza, że np. mieszkańcy Adelajdy są bardzo przyjaźni, ale po anglosasku zachowują dystans. Celem jest zostać 'mate' - kumplem, swoim. Jak? Hmmm, bywa, że pomaga hobby (Najmilszy np. gra w pokera), sport, wolontariat. Kobiety mogą znaleźć koleżanki u fryzjera lub kosmetyczki (jeśli często tam bywają). Wiele możliwości dają dzieci - plac zabaw, przedszkole, szkoła, zajęcia pozalekcyjne - to różne okazje, gdzie można nawiązywać rozmowy i gdzie niektóre z tych rozmów mogą prowadzić do bliższych znajomości.
Jeśli ktoś lubi prezentacje firm pracujących w systemie marketingu wielopoziomowego - jest ich tutaj cała masa - i to z rożnych branży.
Innym miejscem jest szkoła albo kursy zawodowe, a jak się już pracę ma - spotkania 'sektorowe', gdzie spotyka się ludzi z innych firm.

Dwa lata wydają się optymalnym czasem na wypracowanie 'skutecznych' kontaktów - towarzyskich i zawodowych. Nasz przykład to potwierdza. Najmilszy dzierży puchar lidera, bo Jego 'oswajanie tematu' zabrało rok!

Właściwie odkąd przyjechaliśmy, pracujemy w systemie wypróbowanym w starej ojczyźnie: Najmilszy jest zwolennikiem samodzielności, samozatrudnienia, woli mieć ograniczoną liczbę przełożonych i większy wpływ na sposób, w jaki pracuje, na planowanie, tempo, rozkład dnia itp.; ja z kolei jestem raczej pracownikiem kontraktowym i wolę stacjonarne zajęcia w jednym biurze z ograniczoną ilością spotkań na zewnątrz. Moim celem jest też zacząć ruch 'od linii pierwszego kontaktu wgłąb'. Po -nastu latach witania klientów i gości, odbierania większości telefonów i 'zawiadywania ruchem' dla innych czas już chyba na miłe ciche biuro w głębi, a może nawet na asystentkę ;-))

W tym temacie też obowiązuje zasada sumiennego odrabiania zadań domowych: tym razem ważne jest nie tylko, aby wiedzieć, co oferujemy drugiej stronie, co możemy zaoferować w zamian za pensję i ewentualne dodatki, co umiemy i chcemy robić, w czym mamy doświadczenie, ale i wiedza o tym, czego robić nie chcemy! Hmmmm, niby natrafiłam na opór w w/w temacie, ale w pożegnalnej rozmowie zabrzmiało coś jakby cień cienia przyznania racji...? A może się mylę?

Finanse
Nasza wiza stawiała wymaganie, abyśmy przywieźli ze sobą środki, które pomogą nam tu zamieszkać i doczekać do czasu znalezienia pracy. Fachowcy wyliczyli, że potrzeba nam będzie minimum 30 000 dolarów australijskich (dane na rok 2009!).
Z perspektywy czasu przyznaliśmy im rację.
Fakt, skorzystaliśmy z taniej opcji wynajmu na pierwsze 12 tygodni (o tym pisałam w osobnym poście poświęconym wizie), ale mogliśmy zapłacić depozyt za wynajęcie Chatki (tzw. bond), kupić samochód, potrzebne sprzęty i meble do domu, 'rozpędzić się' bez zbytniego stresu. Dużą pomocą była też na początku przywieziona z Polski karta kredytowa (mimo problemów, których nie przewidzieliśmy!).

Po dwóch latach da się odbudować oszczędności do 'stanu pierwotnego' - piszę 'da się', choć nam się nie udało. Ot, cena za luksus zrezygnowania z nielubianej pracy przed znalezieniem nowej ;-))
I co ważne: mówię o odbudowywaniu oszczędności w sposób zdrowy - przesuwamy do skarbonki jedynie nadwyżki, które zostały z poprzedniej pensji. Ale żyjemy normalnie: poza pracą mamy też rozrywki, opłacamy swoje przyjemności i hobby, inwestujemy w to, co nas cieszy. Nas cieszy ładne i wygodne otoczenie, odwiedzanie nowych i wracanie do starych lubianych miejsc, dobre jedzenie, spędzanie czasu w sympatycznym gronie, stare dobre rozrywki i szukanie nowych ;-))
Mam nadzieję, że nasz blog potwierdza to, o czym teraz piszę ;-))

Zdrowie
Osoby bez prawa stałego pobytu nie są w Australii objęte systemem ubezpieczenia zdrowotnego. Można zatem: a) wykupić prywatne ubezpieczenie lub b) liczyć się z finansowymi konsekwencjami braku ubezpieczenia.

Najważniejszą decyzją jest opłacenie lub nie tzw. Ambulance Cover, czyli opłaty za wezwanie karetki pogotowia w nagłym wypadku. Kolejna decyzja to opłacenie lub nie prawa do opieki szpitalnej - w przypadku braku polisy koszty pobytu w szpitalu są bardzo wysokie.

Co do bieżącej opieki lekarskiej, pomijając oczywiście wypadki losowe i choroby wszelkiej maści, warto rozważyć takie sytuacje, jak wizyty u dentysty, u okulisty (np. recepta na wykupienie szkieł kontaktowych lub konieczność wymiany okularów), czy u lekarza pierwszego kontaktu (GP), łącznie z zapotrzebowaniem np. na środki antykoncepcyjne, skłonność do uczuleń itp.

Według opinii wielu, po przyjeździe do Australii nie tylko reguluje nam się od nowa poziom odporności i flora bakteryjna, ale i zmienia się ponoć gęstość krwi. Organizm przystosowuje się też do innych przedziałów temperatur - i ponoć wszystkie te regulacje 'zajmują' naszym organizmom około dwóch lat.

Nasze doświadczenie zdaje się to potwierdzać: przyjechaliśmy w zimie i na fali entuzjazmu i świeżych wspomnień zimnej wiosny w starej ojczyźnie śmialiśmy się w głos na zastaną zimę. Druga zima dała nam w kość - marzliśmy okrutnie, doskwierał nam chłód i wilgoć. Przyzwyczajeni do centralnego ogrzewania i innych technologii budowlanych odczuwaliśmy dotkliwie zimno panujące wokół. Teraz zdaje się być lepiej, ale poza ewentualnym przyzwyczajeniem organizmu chroni nas też: zabezpieczona przed zimnem i przeciągami Chatka, wełniana kołdra, grzejnik, flanelowe piżamy, domowe skarpetki i 'kapcie' a'la ugg-boots (tu pozdrawiam Dorotę - pamiętam, jakby to było wczoraj, jak się śmiałam z Jej 'zimowego osprzętu' na czele z ugg boot'sowymi papciami) ;-), teraz sama mam podobne ;-)).

Poprzedniej zimy dopadły nas paskudne grypo-podobne infekcje: długo trwały i wymęczyły nas okrutnie. Dość długo potem dochodziliśmy do pełni sił. W tym roku - odpukać - infekcja dopadła Najmilszego, przeszła na mnie, ale już jej przebieg przypominał to, co pamiętamy ze starej ojczyzny, czyli: trzeba się bronić i jest niemiło, ale da się przeżyć ;-))

Ostatnia uwaga w punkcie o zdrowiu to ugryzienie pająka. Niestety, Najmilszy 'zaliczył' najprawdopodobniej ugryzienie White Taila. Domyślamy się tylko patrząc na paskudnie jątrzącą się ranę, bo ani momentu ugryzienia, ani tym bardziej sprawcy Miły Mój po prostu nie pamięta. W pracy, w 'ferworze walki' najprawdopodobniej przeoczył, może pomyślał, że się zadrapał, uderzył itp. Dopiero, gdy zaczęło dziwnie wyglądać, po nitce do kłębka, wymyśliliśmy ugryzienie pająka jako przyczynę...
Mijają tygodnie, Najmilszy kuruje się różnymi środkami, proces gojenia powoli postępuje, nabieramy więc nadziei na pomyślny finał.

Mieszkanie
O wynajmie już było w osobnym poście. Znalezienie miejsca do wynajęcia, to kwestia odrobienia 'zadania domowego' - sumienne zbadanie rynku ofert na pewno zaowocuje znalezieniem tego, czego szukamy. Ważne jednak, aby wiedzieć, czego się szuka, aby określić takie parametry jak: lokalizacja, wielkość, przedział cenowy.
Najtrudniejszy jest pierwszy wynajem, ale wtedy zwykle przychodzą nam z pomocą znajomi i wspólnymi siłami udaje się zrealizować wymagania agencji wynajmu.

Po dwóch latach mieszkania tutaj mamy właściwie komplet - brakuje nam 'tylko' własnego domu, który wygodnie pomieściłby nas i zgromadzone dobra ;-))

Jeśli chodzi o kupno domu - trzeba poczekać do uzyskania wizy stałego pobytu, bo nie tylko umożliwia to zawarcie umowy kupna, ale i wzięcie kredytu z banku (spełnienie wymagań). I jak przy wynajmie: badanie rynku, analiza swojej sytuacji finansowej, porównanie ofert różnych kredytodawców i... już ;-))

Doświadczenie innych uczy: nie sztuką jest kupić dom, schody zaczynają się później - nie wystarczy zbudować, nie wystarczy się wprowadzić - trzeba z uwagą i rozwagą planować spłaty zobowiązań kredytowych.

Zamykam nasz bilans z uśmiechem i satysfakcją.
Lubimy robić bilanse co najmniej tak bardzo, jak lubimy planować nowe projekty.
Podsumowania poza radością dają nam też nową wiedzę, pozwalają wyciągać wnioski i uczyć się na zaś.
Nauczyliśmy się sporo, nowej wiedzy przybywa nam z każdym dniem.
Mamy za sobą sporo osiągnięć, z których jesteśmy dumni i zadowoleni.
Mamy za sobą rozczarowania.
Zdarzyły się rzeczy, które poszły nie tak.
Nie raz trzeba było weryfikować pierwotne założenia.

Ale całościowo: bilans wypada na duży plus.

Patrzymy w przyszłość z ciekawością, optymizmem i rosnącą pewnością siebie.
Wiemy, że mamy oparcie w samych sobie, w sobie nawzajem i wiemy, jakiej mniej więcej porcji oczekiwać od innych ;-))
Na bieżąco przeglądamy, uzupełniamy i dostosowujemy do okoliczności Plan Działania - ilekroć odkreślimy jakiś punkt, świętujemy i... przechodzimy do realizacji kolejnego. A przewidziany margines zostawia potrzebny zapas na modyfikacje i niespodzianki.

14 kwietnia 2011

Jesienna zaduma

Kolejny miesiąc za nami. Jesienny, trochę nostalgiczny, trochę szalony - wypełniony ciepłem 'domowego ogniska', oblany deszczem, z akcentem mocno wietrznym...

Często pada deszcz, choć potem słońce powraca i czasem grzeje tak, jak nieraz nie grzało w lecie. Przestawiliśmy czas na zimowy: niby śpimy godzinę dłużej, ale i wieczór zapada wcześniej - właściwie wracamy do domu już po ciemku, a światło włączamy najczęściej zaraz po wejściu do Chatki.
Wokół domu trawnik rozhulał się na dobre, gęsta trawa rośnie bardzo szybko - bujna i wysoka. Cytrusy w beczkach wchodzą w kolejny miesiąc w całkiem niezłej formie: puchar zwycięzcy dzierży czerwona pomarańcza, na której gałęziach dojrzewa pięć jeszcze zielonych owoców, za nią cytryna z dwoma małymi zielonymi owocami i paroma nowymi kwiatostanami. Wynajęta cytryna przed domem dźwiga komplet chyba już dojrzałych owoców - soczyście żółte pięknie ją zdobią i kusząco przebijają się przez zieleń liści.

Mistrz Projektów zrealizował kolejny plan - tym razem w ramach podnoszenia swojej zawodowej efektywności urządził wnętrze vana, czyli wbudował tam półki i przegródki. Materiały i narzędzia jeżdżą teraz pięknie posortowane - nic się nie tłucze, od razu wiadomo, gdzie po coś sięgnąć, co trzeba uzupełnić w hurtowni i... co nie zostało spakowane z powrotem po zakończeniu pracy.

Od Lawendowa Chatka3
Od Lawendowa Chatka3
Od Lawendowa Chatka3

Deszczowe lato i ciepły początek jesieni natchnęły Najmilszego, żeby pojechać na grzyby - jak do tej pory zaliczyliśmy dwie wspólne wyprawy i jedną solo w wykonaniu Najmilszego (tak Go rozochociły borowiki, że po kilku dniach wrócił po więcej... i przywiózł do domu Siedmiu Wspaniałych ;-).

Od Zdjęcia Bloggera 4

Zbiory grzybowe już wpłynęły na domowe menu - były i smażone rydze, i sos z maślaków, a ostatnio - sos z borowików. Kiszone pachną nieziemsko, marynowane jakby się śmiały przez szkło słoików, bateria w zamrażarce czeka cierpliwie na swoją kolej (i chyba poczeka, skoro borowiki pojawiły się na tapecie ;-)).

Nowy Domownik wrósł już całkowicie w życie Chatki. I antybiotyk i katar za nami. Popiołek z miną Bonifacego pozerkuje na młodszego i nie szczędzi mu klapsów korygujących, a Aganiok biega w kółko, wietrzy po kolei każdą z zabawek, czasem coś komuś zabierze i dokomponuje do swoich zabawkowych zbiorów - a to długopis, a to butelkę z wodą mineralną, a to całkiem spore jabłko - słowem: do zabawy przydaje się wszystko ;-)) Wszędzie go pełno, wszystko wydaje mu się ciekawe, nie ma już chyba kącika, gdzie by nie zawitał z inspekcją.
Biega, biega, a potem zasapany pada i zasypia w momencie.

Od Lawendowa Chatka3

Rano (przed budzikiem) bryka po całym łóżku przytupując, że już rano, trzeba wstać i nakarmić głodne zwierzaki ;-))
Na razie nie wychodził z domu frontowym wejściem i wydaje mu się to nie przeszkadzać, ogród za domem wystarcza, żeby się przewietrzyć, a najlepszym polem do zabaw i tak jest Chatka - no i super!

Koty wyraźnie przygotowują się do zimy - jedzą za czterech, futrują się - nic, tylko nadchodzi zima stulecia ;-))

Akcent wietrzno-wirujący zachowałam na koniec: zanosiło się na to od dłuuuugiego czasu (może nawet od samego początku? ;-)), ale wreszcie się stało: 16 marca poszłam do szefa na pożegnalną rozmowę ;-)) Zrobiłam bilans tych osiemnastu miesięcy (!) i żaden argument nie przemówił za tym, aby zostać tu, gdzie pracuję choćby parę dni dłużej. Brak pisemnego kontraktu i status 'casual' (odpowiednik Umowy-zlecenia w starej ojczyźnie) mają i swoje (nieliczne) plusy - można odejść w wybranej przez siebie chwili ;-)) Więc powiedziałam, co miałam przygotowane, przekazałam sprawy, przesłałam e-maile i... wyszłam na wolność prosto w objęcia uszczęśliwionego Najulubieńszego z Moich Mężów.

Tadaaam! Mam półtora roku lokalnego doświadczenia i... święty spokój. Już nie muszę się martwić, stresować, przejmować, złościć, przeklinać, ślęczeć po godzinach, odbierać wszystkich telefonów naraz, siedzieć sama w biurze, tłumaczyć się za nie swoje winy i nie swoje nieobecności... Przesłuchałam sobie kilka piosenek po wielekroć (z piosenką od Kuby i tekstem Tuwima na czele ;-)), przypomniałam sobie, jak wygląda kwiat lotosu i powierzchnia wody, na której się unosi, powoli zapominam, jak brzmi dzwonek telefonu... W nocy znów śnią mi się sny ;-)

Że co? Że tonę w lenistwie? Noooo, niezupełnie. Bowiem, jak zwykle w takich wypadkach, powstał plan działania ;-))
Piszę i wysyłam aplikacje o pracę, umacniam profil w LinkedIn (tu pięknie dziękuję wszystkim Życzliwym Osobom, które mnie wsparły w tym przedsięwzięciu ;-) i... sieciuję, sieciuję, sieciuję.

Znalazłam sobie bardzo przyjemny wolontariat i chłonę atmosferę organizacji, gdzie panuje profesjonalna atmosfera, gdzie pracowników traktuje się po ludzku, gdzie przestrzega się przepisów prawa, a zasady pracy wspierają procedury i instrukcje, gdzie szef ze swojego kącika deleguje, ale czuwa, trzyma rękę na pulsie, kiedy trzeba radzi, kiedy trzeba kontroluje tempo działania.
O dziwo, nagle się okazało, że mam całkiem sporo i dobrych pomysłów, i przydatnych umiejętności ;-)) Jasne, że za darmo, kto by nie wziął, ale z drugiej strony: są sytuacje, kiedy to nie kasa jest najważniejsza ;-))

Ułożyłam i uzupełniam program szkoleń, żeby nie wyjść z wprawy, wychodzić między ludzi, żeby coś się działo, żeby kostiumy nie tęskniły w szafie za świeżym powietrzem ;-)
A nade wszystko - podtrzymuję moją nową relację z Volvikiem i jeździmy sobie razem w różne miejsca. Powolutku i w skupieniu straszliwem, ale jakoś idzie ;-))

Znów budzę się z uśmiechem i zasypiam z uśmiechem, niedzielne popołudnia nie są już przedponiedziałkową zmorą - przypomniało mi się, po co wyjechaliśmy i po co przyjechaliśmy tutaj - nareszcie! Każdy dzień od nowa potwierdza, że podjęłam słuszną decyzję. Jestem wolna i gotowa na nowe wyzwania - mam nadzieję, że wymarzona praca już gdzieś tam czeka - oby niedaleko ;-))

Czy moje zdanie podziela Najmilszy (teraz jedyny żywiciel rodziny)?
Hahahaha, to w dużej mierze Jego osobisty sukces - po miesiącach namawiania w końcu uległam, się zgodziłam, napisałam plan pożegnalnej rozmowy i... poszłam ją przeprowadzić.
Poziom stresu mi opadł, więc i Najmilszy odczuwa różnicę ;-))
Mam więcej czasu na dom, więc trochę więcej gotuję.
Sterty prasowania nie zalegają.

Żyć nie umierać, byle... bezrobocie nie trwało za długo ;-))

22 września 2009

Wiosenny promyczek

Siedzimy z Popiołkiem przy komputerze wieczorową porą i grzejemy się nawzajem. Ja w golfiku ratunkowym, przede mną kubek z gorącą herbatą, a za oknem leje deszcz i szaleje wiatr. Cały tydzień ma być taki zimny (w tej chwili - 21:30 i 11 stopni...) i paskudny, chociaż dziś było ciut ładniej niż wczoraj, z okresowymi uśmiechami słońca, a w niedzielę już z powrotem powinno być ładniej (kroi się wycieczka). Wczoraj za to od rana lało i wiało z burzą w tle, ulicami płynęły strumienie wody, a autobus, którym wracałam z pracy miał mokre siedzenia i... włączoną klimatyzację - a co? ;-))

No i tak z tego zimna się trzęsąc, wracam z sentymentem do ostatniego weekendu. Piękne słoneczne i ciepłe dwa dni - w sobotę impreza, a w niedzielę - inauguracyjna wycieczka rowerowa deptakiem wzdłuż oceanu.
Pojechaliśmy od nas w stronę Portu Adelaide - zawróciliśmy w dzielnicy Semaphore, koło starego uroczego molo, mijając po drodze całkiem wielu plażowiczów oraz, nawet, amatorów kąpieli.

Od Zdjęcia Bloggera2
Od Zdjęcia Bloggera2

Adelaide mrugnęła do nas po raz pierwszy łobuzersko: zapowiadając uroki sezonu, a my uwierzyliśmy, że to już tuż tuż...

Miło było pomarzyć, poniedziałek ściągnął nas na ziemię...

W kwestii innych postępów i zmian: Najlepszy ze Studentów zaliczył pozytywnie pierwszy semestr w szkole i awansował na kolejny poziom, a ja usłyszałam, że moje tymczasowe zastępstwo za koleżankę na urlopie zmienia się niniejszym w kontrakt do końca roku ;-))
Lokalne doświadczenie, przybywaj, czekam przy biurku ;-))
Uffff, chwilowo nie trzeba wysyłać aplikacji o pracę i trzymać fasonu przy odczytywaniu odpowiedzi odmownych...

Popiołek coraz swobodniej się czuje w nowym domu, je już całkiem normalnie, mruczy prawie bez przerwy i... smutno Mu bardzo, kiedy wychodzimy do pracy - namawia nas wtedy na zabawę: zostańcie, będzie fajnie, obiecuję, a nam tak ciężko odmawiać...

14 września 2009

Trzeci miesiąc przeminął z wiatrem

Kolejny, trzeci miesiąc za nami, co oznacza kolejny bilans.

Miesiąc minął nam niepostrzeżenie i pod hasłem udomawiania Lawendowej Chatki.

Po opisywanych tu zmaganiach szczęśliwie odebraliśmy nasze rzeczy przysłane z Polski.
Najwięcej czasu zajęły nam porządki, rozpakowywanie i rozlokowywanie rzeczy w nowym domu oraz... zakupy.
Odwiedziło nas kilku fachowców, którzy lepiej lub gorzej uporali się ze stwierdzonymi przez nas usterkami.  Sporo rzeczy naprawił, wykonał i usprawnił Najlepszy z Mężów.
Po raz pierwszy mieszkamy w domu z ogrodem, więc 'zielone roboty' dołączyły do domowych zajęć.  Miły Mój nadal doprowadza ogród do stanu 'dumy i zadbania' ;-), a ja upiększam kąciki ;-))
W kwestii tysiąca zwierzątek domowych wyraźnie przekroczyliśmy tutejsze normy, albo w naszym wiaderku trafiły się same dziewczęta-anorektyczki.  I nic nie pomoże wiedza z biologii, że dżdżownice to obojnaki - nasze się ewidentnie odchudzają ;-)  Chyba dokupimy kolejny tysiąc, bo produkujemy całkiem sporo zielonych odpadków, których nasza farma w obecnym stanie nie nadąża przerabiać ;-))  Od domowego kompostu dzieli nas jeszcze parę miesięcy, ale płynny nawóz do podlewania zwierzątka już produkują ;-))

Szkoła nadal cieszy i rozwija Miłego Mego.  Dziś po południu studenci piszą test sprawdzający ich postępy poczynione w trakcie tego semestru.  Trzymam więc kciuki, a Miły już się cieszy na krótkie wakacje, które zaczną się w przyszłym tygodniu.

Ja nadal szukam pracy, skończyłam moje spotkania z mentorem, który stwierdził, że już niczego więcej nie jest w stanie mi doradzić, że wiem i umiem już wystarczająco dużo, aby skutecznie zakończyć etap rekrutacji...  Zobaczymy, czy ma rację i jak długo jeszcze potrwają moje poszukiwania...

Dziś zaczynamy czwarty miesiąc pobytu tutaj.  Jutro wraca do nas Popiołek.  W najbliższą sobotę odbędzie się Parapetówka.
Mam nadzieję, że nadchodzi czas znalezienia stałej pracy i że już niedługo rytm dzienny w naszej chatce się ureguluje.

Pogoda w czasie ostatniego miesiąca nie skąpiła deszczu i zimna, sporo wiało, chociaż słońce pokazywało się coraz częściej i grzało coraz bardziej w zgodzie z tutejszymi standardami.  Wiosna rozkręca się powoli, nie wybucha zielonością jak w starej ojczyźnie, za to nadrabia aktywnością ptaków ;-))
Nasz ogród powoli zaczynają odwiedzać papugi, a ja poluję na fontannę ogrodową z pompką na baterię słoneczną i... idzie mi na razie raczej średnio - wrrrrr...  Na razie najwięcej ofert znalazłam... w USA...
Przywieźliśmy już do domu wyczekiwanych zielonych gości, ale poczekajcie jeszcze trochę cierpliwie Drodzy Czytelnicy - pokażę gości, jak tylko skończymy ich zielone domki ;-))

13 sierpnia 2009

Drugi miesiąc przeszedł stępa ;-))

Meldujemy się po dłuższej przerwie z bilansem sumującym dwa miesiące pobytu.

Wiosna coraz bliżej, w powietrzu ewidentnie czuć radość zmian, temperatura wzrosła, głównie w dzień (kiedy słońce na nas świeci, czujemy je już całkiem całkiem po nowoojczyźnianemu ;-), ptaki drą się, ćwierkają i wydają wszelkie właściwe sobie odgłosy bardzo głośno i z zapałem (zwłaszcza rano, kiedy człowiek chciałby dospać), wszędzie latają dwójkami, koty za oknami też się drą i też wniebogłosy, deszcze odchodzą w zapomnienie, budzą się też rośliny - widać coraz więcej kwiatów oraz nowe liście na wielu roślinach; został jeszcze wiatr od oceanu (ziiiimny).

Zajęcia domowe ograniczają się do załatwień przeróżnych, szkoły Męża Najmilszego, szukania pracy i tych właściwych turystom - spacerowania, jeżdżenia, poznawania miasta i okolic oraz smaków, kolejnych odwiedzin u Popiołka.

Od Zdjęcia Bloggera
Od Zdjęcia Bloggera
Od Zdjęcia Bloggera
Od Zdjęcia Bloggera

Wspominaną wcześniej pracę Miłego Mojego udało się niestety zapeszyć - radość trwała trzy tygodnie, po czym boss podsumował koszty i stwierdził, że... nie stać go na kolejnego pracownika. I to by było na tyle, jeśli chodzi o zarabianie kasy. Na szczęście zostało doświadczenie, kontakt i obietnica najlepszych referencji...
Moje poszukiwania też jeszcze nadal trwają, ale weszłam w ich - mam nadzieję - przedostatnią fazę. Mam znakomitego mentora, z którym regularnie się spotykam - przeglądamy i ulepszamy moje dokumenty oraz opracowujemy optymalną strategię szukania pracy. Efekt? Jestem zarejestrowana w dwóch agencjach rekrutujących, odbyłam tam pozytywne interview oraz wysoko zaliczyłam testy komputerowe. W przyszłym tygodniu mam spotkanie w trzeciej agencji i to będzie już chyba wystarczający komplet. Nadchodzi mam nadzieję czas spotkań z potencjalnymi pracodawcami.

Szkołę Miły Mój chwali sobie bardzo. Ze względu na pracę zaczął studiować w trybie dla pracujących, czyli dwa razy w tygodniu po trzy godziny. Z racji tego, że pracy już (chwilowo) nie ma, chodzi do szkoły na dodatkowe godziny, które spędza przy komputerze ze szkolnym programem edukacyjnym. Program przypomina popularne programy językowe do samodzielnej nauki języka, ale ten szkolny bardzo Miłemu odpowiada i wydaje się pasować do Jego sposobu uczenia się i przyswajania wiedzy. Szkoła oferuje też nieźle wyposażoną bibliotekę, a dyżurujący nauczyciel poświęca swój czas każdemu, kto o pomoc poprosi w czasie, kiedy uczy się sam w bibliotece.
Ja zapisałam się do biblioteki w naszej gminie (council), zamówiłam górę książek i stopniowo je połykam. Zaskoczyła mnie pozytywnie ilość dostępnych w bibliotece nowości - praktycznie prosto z oglądania półek w księgarni można przejść do zamawiania danych tytułów w bibliotece. Poza książkami są DVD oraz audiobooki, komputery z dostępem do Internetu, bieżąca prasa do wglądu i - płatne - drukarka oraz ksero. Biblioteka pełni też częściowo rolę ośrodka dla lokalnej społeczności: uczniowie mają tu indywidualne douczanie oraz pomoc przy realizacji trudnych dla nich partii materiału, pomoc przy odrabianiu zadań, czy nadrabianiu zaległości. Mamy z maluchami spotykają się na wspólne zabawy korekcyjno-ruchowe, ze śpiewaniem, grami i pląsami ;-), starsi mają swoje kółka dyskusyjne.

Miły Mój kontynuuje swoje pokerowe hobby i regularnie grywa w turniejach w lokalnym klubie raz w tygodniu. Chodzi tam sam, rozmawia z poznanymi osobami, czyli nie tylko rozwija swoje umiejętności językowe, ale i realizuje networking - tutaj to, kogo się zna, stanowi ogromny potencjał, który procentuje, gdy szuka się pracy, miejsca do wynajęcia, dostawcy określonych usług itp itp.
Kolejne hobby Miłego Mego to squash oraz - planowany - golf.
Ja zostałam 'przymuszona', by zapisać się do klubu sportowego, no więc chodzę teraz na siłownię oraz różne grupowe zajęcia fitness. Mam też (hihihi) Osobistego Trenera, który w czasie umówionych półgodzinnych zajęć urządza mi taki wf, że potem ledwo do domu trafiam... Mam nadzieję, że forma się jednak pojawi i że za jakiś czas spokojnie będę mogła zakładać czerwony podkoszulek bez obawy, że jego kolor zlewa się z kolorem mojej twarzy... Na razie bywa strasznie ;-))
W sklepie na zapleczu nasze nowokupione rowery czekają aż się przeprowadzimy i wtedy je odbierzemy.
Obydwoje z Miłym Mym już się cieszymy na te wycieczki, co przed nami, zwłaszcza, że niedawno do grona rowerzystów dołączył Janis!!! Fantastyczna lekcja na nadoceanicznym deptaku zaowocowała tym, że Janis do domu wrócił sam, a Najlepszy z Nauczycieli mógł kapkę odetchnąć po tym, jak to się wcześniej solidnie nabiegał ;-))

Odwiedziliśmy po raz drugi Melbourne i naszych znajomych, Alę i Wojtka, oraz Popiołka. Znajomi obiecują rewizytę, a Popiołek ma się zdrowo i dzielnie. Najnowsza wiadomość to wizyta u weterynarza z powodu złapanego przez Popiołka kataru. Weterynarz jednak zadzwonił do nas zaraz po badaniu i uspokoił, że nic groźnego się nie dzieje i że katar długo nie potrwa... Oby...

Czas mija, a my zbieramy kolejne dowody na to, że nowa ojczyzna to fajowe miejsce do życia dla nas i nadal (odpukać!!!) jeżeli coś nas porządnie wkurza to są to... załatwienia i kontakty ze starą ojczyzną. Koszmar!!!
Pierwsze miejsce w rankingu stracił Citibank na rzecz obecnego lidera, czyli Banku ING. ING doprowadziło nas ostatnio do totalnego megawrzenia, w powietrze poleciały stada wyrazów koniecznych do wykropkowania, ale za to podjęliśmy decyzję, że tak dalej być nie może i że wyprowadzamy się z hukiem - tym Państwu już dziękujemy!!!!!!!

Czas wynajmu naszego mieszkania z programu rządowego to nieprzekraczalne 12 tygodni, termin ten mija 4 września.
Od początku sierpnia zabraliśmy się zatem poważniej za szukanie nowego miejsca do wynajęcia. Wcześniej Miły Mój regularnie przeglądał witryny z ogłoszeniami agencji nieruchomości, na bieżąco czytaliśmy dodatki na ten temat w gazetach.
Etap drugi to było przygotowanie listy i odwiedzenie wybranych miejsc.

Czar dzielnicy Glenelg trwa. Mamy sentyment do tych okolic, najlepiej je znamy, mamy tu już swoje ulubione miejsca, lokalny bank, sklepy, bibliotekę, trasy spacerowe itd itd. Nie jest to niestety miejsce tanie, ale plaża jest piękna, i molo takie nam bliskie, i Jetty Road tak się miło kojarzy... Poza tym łatwo i wygodnie dojeżdża się do City - autobusami, ale i tramwajem.
Znaleźć miejsce niby łatwo, bo ofert sporo, ale w większości miejsc nie chcą słyszeć o Popiołku. Zwierzaka z definicji nie można trzymać w większości budynków wielomieszkaniowych, ale i właściciele wolnostojących domów bardzo często w ogłoszeniu kategorycznie wykluczają sierściastych ulubieńców.
W słoneczną sobotę obejrzeliśmy dwa miejsca... Obydwa przerażająco zaniedbane, klaustrofobiczne, ciemnawe i mało zachęcające... W drugim na dodatek na miejscu okazało się, że z kotem nie ma mowy i jeszcze agentka popatrzyła na nas jak na UFO, kiedy ją o zwierzaka spytaliśmy.

W niedzielę obejrzeliśmy dom, który spodobał nam się już na zdjęciu w Internecie i który w sobotę obejrzeliśmy sobie z samochodu. Okrutnie zaniedbany, ale drzemie w nim potencjał - dom jakoś tak do nas od pierwszego wejrzenia zaemanował odpowiednią aurą ;-) Agent potwierdził, że Popiołek jest mile widziany, a my postanowiliśmy zrobić co się da, aby ten dom wynająć. Na nasze szczęście współoglądający w większości zrejterowali i podejrzewaliśmy, że kontrofert nie będzie zbyt wiele.
Dla spokoju sumienia pojechaliśmy obejrzeć jeszcze jedno miejsce - całe szczęście, że okazało się drogie, bo mielibyśmy dylemat ;-)) Dom nie bliźniak, tylko trojaczek, patrzący oknami na ocean... Nie dodam nic więcej - powtórzę tylko - drogi! Poza tym, jako trojaczek zapewnia mniej prywatności i na zewnątrz ma marne skrawki w porównaniu z poprzednio odwiedzonym ogrodem.

I tak oto doszliśmy do deseru, czyli naszego megasukcesu: po obejrzeniu czterech miejsc i złożeniu jednej oferty zostaliśmy wybrani i zaproszeni do podpisania umowy!!! ;-))
Wynajmowaniu mieszkań poświęciłam osobny post, tu chciałam tylko podkreślić, że jesteśmy ogromnie wdzięczni sporej grupce życzliwych osób, które przekazały nam bardzo pomocne rady oraz udzieliły super referencji.
Najcieplejsze podziękowania należą się Łukaszowi B., któremu już je przekazaliśmy, ale tu postanowiłam wpisać na wieczną-rzeczy-pamiątkę ;-))

W najbliższy wtorek podpisujemy umowę wynajmu i od 19 sierpnia rusza nasza nowa faza mieszkania w nowej ojczyźnie. Przeprowadzamy się do domu z ogrodem, gdzie niedługo dołączy do nas Popiołek, a być może jeszcze ktoś ;-))

W tym tygodniu do portu w Adelajdzie wpłynął pewien statek, na pokładzie którego są i nasze pudła z rzeczami wysłanymi w czerwcu. Dokumenty potrzebne do odbioru już są prawie skompletowane, sprawę pilotuje Nathan, a my mamy nadzieję, że wszystko ładnie się poskłada w czasie i wedle potrzeb.

13 lipca 2009

Pierwszy miesiąc przegalopował...

... zupełnie nie wiadomo kiedy. A miałam nadzieję, że tutaj czas zwolni ;-)

Taka okazja służy zwykle robieniu bilansu, więc czas na pierwsze podsumowanie. Myślę, że niniejszym powstała nowa grupa na blogu - właśnie Bilans - trafiać tu będą kolejne podsumowania miesięczne, z czasem - roczne ;-)

Na pewno decyzja była świetna, na pewno jest to nasze miejsce i na pewno pasujemy do siebie: Chudzielce i nowa ojczyzna.

Wiele rzeczy nas cieszy, sporo z nich to drobiazgi życia codziennego, ale je doceniamy.

- Super sprawą jest to, że trafiliśmy na Glenelg - poznane z opisów w przewodniku i instynktownie uznane za fajowe..., a teraz tu mieszkamy ;-)

- Super sprawą jest też program mieszkań rządowych oferowanych imigrantom na pierwsze trzy miesiące. Nasze rzeczy z Polski płyną sobie powolutku przez ocean, ale my wprowadziliśmy się od razu po przylocie do mieszkania, gdzie czekało na nas wszystko, co niezbędne, poza pościelą i ręcznikami. Jasne, dokupiliśmy i dokupujemy mniejsze i większe 'drobiazgi', ale nie musieliśmy robić zakupów pozwalających na normalne życie od razu w pierwszy dzień po przyjeździe (chodzi mi np. o łóżko, materac, czy lodówkę, bo w mieszkaniu do wynajęcia zwykle nic nie ma ;-))
Mamy czas, aby się zaaklimatyzować, zanim znajdziemy kolejne mieszkanie bardziej czy mniej na stałe. Mamy czas, aby się rozejrzeć i zdecydować, czy dalej zostajemy na Glenelg, czy ruszamy gdzie indziej.

Od Zdjęcia Bloggera

- Program 'opieki' nad nowo przybyłymi migrantami nie kończy się z chwilą wydania wizy.
To bardzo miłe i podnosi na duchu - ważne jest poczucie, że władze faktycznie mają jakiś program, jakiś plan, że można się zwrócić o pomoc w czasie początków tutaj, że jeśli urzędnik zapisuje nasz adres czy zawód, to po to, by monitorować i pomóc. Że zainteresowanie władz stanu nie zakończyło się przy podpisaniu decyzji na aplikacji o wizę i naprawdę chodzi o to, aby nowy mieszkaniec przybył, osiedlił się i został wtapiając się w społeczność ku wspólnej korzyści i rozwojowi.

I, żebym nie zabrzmiała myląco, powiem od razu, że mówiąc 'pomoc' nie mam na myśli pomocy finansowej, zasiłków itp. Pomocą jest udostępnienie biura, gdzie pracownicy przeglądają i pomagają skorygować przygotowane dokumenty, które wysyłają aplikujący o pracę. Można skorzystać z komputera, Internetu, drukarki, skanera. Można zapytać, gdzie jeszcze warto poszukać ogłoszeń. Można się wspólnie zastanowić, jaką przyjąć strategię i na jakie ogłoszenia aplikować, jak swoje doświadczenie i kwalifikacje przełożyć na potrzeby i możliwości tutejszego rynku pracy. Można poćwiczyć zachowanie podczas interview w sprawie pracy.
Wszelka pomoc zakłada aktywną postawę interesanta. I dobrze? Dobrze, choć pewnie są i tacy, którym taka forma nie odpowiada ;-) I dobrze? Dobrze, bo to zwiększa szanse pozostałych mam nadzieję ;-)

- Adelajda w wielu aspektach przypomina Kraków (a co to będzie, gdy minie zima ;-) - chodzi o nastroje-impresje, o klimat w niektórych miejscach, o nagromadzenie knajpek w odwiedzanych przez spacerowiczów miejscach; ale w znacznej większości innych uświadamia ogromną różnicę cywilizacyjną na plus nowej ojczyzny.

Chodzi o poziom rozwoju infrastruktury, o komunikację miejską, o poziom edukacji społeczeństwa (mam tu na myśli sposób prowadzenia kampanii informacyjnych oraz o same kampanie, a także sposób, w jaki ludzie się zachowują w miejscach publicznych, jak traktują wspólne dobro, jak informuje się tu o obowiązujących zasadach, przepisach itp.), o styl zarządzania miastem, regionami, stanem. Widać także, że - mimo kryzysu - trafiliśmy do zamożnego kraju...

- Wspomniane wyżej aspekty w widoczny sposób przekładają się na zachowanie ludzi. 'No worries' unosi się w powietrzu - nie ma potrzeby, by na siebie warczeć, trąbić, przepychać się, a wręcz przeciwnie, jeśli ktoś komuś zajdzie, czy zajedzie drogę, to po prostu odruchowo przeprasza ;-) Kierowcy zamiast pokazywać sobie jeden z palców najczęściej pokazują, żeby wjeżdżać, czy przechodzić przez przejście ;-) Poziom umiejętności czy refleks sporej grupy kierowców pozostawia wiele do życzenia, ale szerokie wielopasmowe jezdnie, limity prędkości przestrzegane przez znakomitą większość oraz kultura jazdy pozwalają się wyloozować, kiedy ktoś inny zrobi coś nie do końca właściwie ;-)

Na przystankach większość czekających ustawia się w kolejce, do autobusu wchodzi się kolejno, przednimi drzwiami: albo do kierowcy po bilet, albo do kasownika tuż za nim. Co dziwne, potem podróżni spokojnie przechodzą dalej wgłąb autobusu, nikt nie blokuje przejścia z przodu tym, którzy wsiadają później. Jadąc naciskamy guzik zamontowany na większości pionowych poręczy, aby dać kierowcy sygnał, żeby się zatrzymał na najbliższym przystanku, bo chcemy wysiąść. Wszyscy, w tym i starsze osoby siedzą więc do momentu aż autobus się zatrzyma, po czym PO PROSTU wstają i idą do wyjścia. Nie trzeba biec, nie trzeba zrywać się w połowie drogi między przystankami - autobus nie ucieknie, nie braknie czasu, by spokojnie i bezpiecznie wysiąść. A jak jedzie mama z wózkiem, to czasem i kierowca pomoże jej wyjść.

Od Zdjęcia Bloggera

- Przystanki są numerowane (numeracja maleje w miarę zbliżania się do centrum) i aby wrócić wystarczy zapamiętać, na którym przystanku się wsiadło. Po prostu jeden numer wcześniej naciska się guzik ;-) W Adelajdzie większość linii prowadzi do centrum - jeżeli jedziemy do innej części miasta, najczęściej jedziemy do centrum i z centrum do naszego celu (układ gwiazdy), ale są oczywiście i 'poprzeczne' połączenia, do których jednak jak dotąd nie dotarłam ;-)

- Bilety są jednakowe na wszystkie środki komunikacji. Skasowany bilet traci ważność po dwóch godzinach, można się przesiadać dowolną ilość razy, ale za każdym razem po wejściu do pojazdu kasuje się ten sam bilet - jak straci ważność, zapiszczy i wtedy podajemy nowy bilet lub wracamy do kierowcy na zakupy ;-) Rowerów autobusami przewozić nie wolno, co do pociągów są ograniczenia czasowe (poza godzinami szczytu).

- W centrum bardzo łatwo znaleźć najdogodniej zlokalizowany płatny parking (jest ich naprawdę sporo i nie ma problemu, by znaleźć miejsce, osobną sprawą są opłaty ;-). Miejsca do parkowania na ulicach oznaczone są według czytelnego systemu liniami i tabliczkami z opisem, gdzie wolno się zatrzymać i na jakich warunkach (w jakich godzinach, w które dni, na jak długo, czy trzeba wydrukować bilet w parkomacie itp). Obecnie wydział komunikacji miejskiej prowadzi kampanię informacyjną: ile można zaoszczędzić jeżdżąc komunikacją miejską, że warto rozważyć sprzedaż drugiego domowego samochodu, że poza oszczędnościami wpływa się również na ograniczenie emisji spalin (i jaka to różnica rocznie dla środowiska).
Poprzednio realizowana kampania dotyczyła rozkładów jazdy: czekasz maksymalnie 15 minut oraz sposobów informowania osób na przystankach o nadjeżdżających pojazdach (zamiast odcyfrowywać z tabliczki można wysłuchać komunikatu po naciśnięciu guzika lub/i zamontowany jest wyświetlacz, wdrożono też system SMSów).

- Praktyczna wiedza o obsłudze klienta to coś, na co zwracamy uwagę na każdym niemal kroku. Obydwoje z Najulubieńszym z Mężów mamy fioła na tym punkcie i nareszcie czujemy, że trafiliśmy 'na swoje miejsce'.
Sposób obsługi, prowadzenia rozmowy z klientem, a zwłaszcza: potencjalnym klientem, sposób wdrażania 'programu lojalnościowego' od samego początku - wymieniać by można długo...
Ostatnio byłam oczarowana, kiedy Rommy - właścicielka zakładu podeszła w czasie powstawania moich pazoorów i zastrzeliła mnie serią pytań zaczynających się od mojego poprawnie wymienionego imienia (to jedna z tutejszych żelaznych zasad - jeśli ktoś Ci się przedstawił, oczekuje, że będziesz się do niego zwracać po imieniu), poprzez szukanie mieszkania, pracy, kontrakt Łukasza, czy już podpisany i co z Jego szkołą - po prostu no comments...
Jak myślicie, czy wobec tego mogłabym nie umówić się do mojej znajomej Rommy na kolejne pazoory? ;-).
O banku pisałam już w Notesie ;-)

Musiałabym się sporo natrudzić, żeby zrobić listę rzeczy, które nam się tu nie podobają - po prostu się na tym nie skupiamy, a i wysiłek musiałby być spory ze względu na nasze podejście do rzeczywistości.

Jechaliśmy tu z przekonaniem, że zaskoczą nas rzeczy, których nie braliśmy pod uwagę. I co?
Hmmm, przewodnik National Geographic w niektórych miejscach jest nieaktualny ;-)) Np. tramwaj z Glenelg jeździ dalej niż opisano w przewodniku, a opisywane tam jako planowane zmiany już zostały wprowadzone ;-) Mało tego, linia się rozwija dalej, w kierunku Port Adelaide.

Zabawne, jak dobrze znamy to miasto (głównie Miły Mój), dzięki Google Map. Podczas spaceru pokazuje mi np. domy na sprzedaż, które oglądał lub dzielnice mieszkaniowe, które Mu się spodobały.
Jak gdzieś jedziemy samochodem, często któreś z nas mówi: o 'byliśmy' tu przez Google Map. Narzędzie pomaga nam nadal, kiedy się gdzieś wybieramy. Większość firm i instytucji podając do siebie namiary na stronie www umieszcza linki z Google Map. Morale oglądających rośnie, gdyż zdjęcia robiono w piękne słoneczne dni, a Australię sfotografowano praktycznie całą ;-)

Dalsza nauka jest również o tyle łatwa, że układ ulic w Adelajdzie jest bardzo przejrzysty i mapa łatwo 'wchodzi do głowy'. A prace trwają nadal - zwłaszcza teraz, kiedy w ramach walki z kryzysem zatrudnia się miejscowe firmy do rozbudowy infrastruktury miejskiej - i transportu i budynków.
Miał rację założyciel miasta wybierając lokację i kładąc podwaliny pod miasto przejrzyście zaplanowane z centrum obwiedzionym obszarami parków i zaplanowanymi kierunkami rozwoju kolejnych dzielnic otaczających City - niewątpliwie wpłynęło to na dzisiejszą urodę miasta oraz jakość życia mieszkańców i gości.

Nieustannie pozytywnie zaskakuje nas rozpylone w powietrzu no worries - hasło każdego dnia pobrzmiewa w hello wymienianym z nadchodzącymi z naprzeciwka spacerowiczami, w odpowiedziach udzielanych przez panie w sklepie czy na stacji benzynowej, kierowcę w autobusie, urzędniczki w banku czy na poczcie.
Niepostrzeżenie i my zaczęliśmy używać tego zwrotu, samo wskakuje nam w usta w odpowiedniej sytuacji - człowiek uczy się obserwując i naśladując innych, nieprawdaż?

Nie ma limitu na tylko jedno pytanie, często jest to wręcz okazja, by rozmówca pociągnął rozmowę dalej. Ja najczęściej umożliwiam pociągnięcie rozmowy, kiedy usiłuję rozpoznać monety wygrzebane na rękę, aby podać właściwą kwotę (fakt, dużo rzadziej korzystam z gotówki niż Mąż Ulubiony), albo kiedy uparcie podaję kartę kredytową sprzedawcy zamiast ją po tutejszemu sama przeciągnąć przez czytnik. Kiedy przepraszam, słyszę oczywiście no worries i, jeśli nie ma za mną ogonka, widać, że jesteś tu nowa, a jak długo, a skąd przyjechałaś, a na wakacje, czy na dłużej?
No i super, następnym razem, przy kolejnym spotkaniu uśmiecham się szerzej na powitanie.

W ogóle, kiedy dwoje ludzi przypadkowo spotka się tu wzrokiem, z reguły na obu twarzach pojawia się uśmiech. Oczywiście nie oznacza to przyzwolenia na gapienie się na kogoś, ale chyba nigdzie takiego przyzwolenia nie ma.

10 lipca 2009

Sprawy poważne widziane optymistycznie


Chudy coraz bliżej podpisania kontraktu, więc ja poszłam na zaległą sesję informacyjną. (Pamiętacie, jak jechaliśmy do Melbourne i przełożyłam uczestnictwo w sesji? To właśnie tamta zaległość ;-)

W spotkaniu uczestniczyło towarzystwo na wskroś kolorowe: najwięcej było hindusów i reprezentantów rasy żółtej (wiem, że dla nich to oczywiste z wyglądu, kto skąd pochodzi, ale ja nie podjęłabym się zgadywania - stąd to uogólnienie ;-). Podsłuchałam rozmowę dwóch 'nietypowych' par: jedni przyjechali z Wielkiej Brytanii, drudzy z Południowej Afryki. Jedni z dwójką dzieci w wieku szkolnym, drudzy z maluchem w wózku; i tyle nas białych tam było na sesji.
Podobno miesięcznie przyjeżdża do Adelaide ok. 200 imigrantów i podobno proporcje są zupełnie, jak te, które widziałam na sesji. Wiem to od naszego agenta, który jako wolontariusz jednego z programów tzw. Meet & Greet otrzymuje co miesiąc zestawienia planowanych przyjazdów.

Sesja nie trwała długo, dowiedziałam się paru nowych rzeczy, rozwiało się parę wątpliwości dotyczących przepisów wizowych i naszej przyszłej ścieżki do stałego pobytu. Faktem jest, że rząd Południowej Australii od kilku lat realizuje plan powiększenia populacji: i stanu i samej Adelajdy. Faktem jest, że działania są kompleksowe, że władze uczą się tu na swoich błędach, że ktoś na bieżąco analizuje, aktualizuje i usprawnia wdrażane projekty. Niektóre z nich są unikatowe, realizowane jedynie w Południowej Australii np. programy opieki nad nowo przybyłymi (np. sesja, na której byłam, przywitanie na lotnisku, mieszkanie na pierwsze trzy miesiące pobytu itp.), wsparcie podczas szukania pracy, pomoc poprzez dofinansowanie nauki dzieci w szkołach.

Następnego dnia pozbierałam papiery 'okołopracowe' i pojechałam do wydziału Skills Recognition Services, który jest 'punktem wyjścia' dla nowo przybyłych imigrantów szukających pracy w Południowej Australii. Technicznie mogliby być agencją pośrednictwa pracy, praktycznie są komórką wspierająco-doradczą, ponadto monitorują losy migrantów, którzy się do nich zgłosili.
Ja poszłam wyjaśnić powstałą niepewność: czy Vetassess, czyli papier zdobyty podczas wdrażania procedury wizowej jest wystarczający dla ewentualnego przyszłego pracodawcy (jest to potwierdzenie, że po porównaniu mojego dyplomu do systemu australijskiego okazał się on pełnowartościowy i że uznaje się mnie tu za absolwentkę studiów wyższych). Tak, Vetassess wystarcza i nie trzeba procedury wszczynać na nowo i tworzyć osobnego dokumentu.
Przede wszystkim jednak przywiozłam ze sobą dokumenty, które niedawno wysłałam do oby-przyszłego-pracodawcy, z prośbą o rzucenie na nie wewnętrznym-okiem-australijsko-rekrutującym, o porady i sugestie zmian, a tak naprawdę o przybliżoną ocenę moich szans ;-)

I co? I miód na moje serce! Interlokutor nie tylko miał zrozumiały akcent, nie tylko był sympatyczny i brzmiał kompetentnie, ale i był caaałkiem przyjemny z wyglądu ;-) Czas naszej rozmowy był jednak ograniczony ze względu na wcześniej zaplanowany workshop, ale i tak było miło i z pożytkiem. Przeglądając moje papiery zapytał, jak długo tu jestem i czy przygotowywałam je sama. Jestem niecały miesiąc i tak, sama. Miałam materiały instruktażowe? Miałam, a jakże, nawet je przeczytałam i nawet starałam się wdrożyć to, co wyczytałam. - Wow! Bardzo dobrze, nawet jak na poziom tubylca. No, czy nie był miły?
Interlokutor założył, że możliwe, że dostanę tę pracę. Jeśli nie, mam się dowiedzieć, dlaczego mi się nie udało (tak, dzwoni się do niedoszłego pracodawcy, prosi o maila z wyjaśnieniem, można nawet poprosić o wgląd do części raportu komisji rekrutującej, części dotyczącej tego, kto pyta...) i zgłosić się z tym, co otrzymam na konsultację, w czasie której ulepszymy to coś, co ewentualnie nie zagrało ;-)
Jasne, dostałam też kartkę z kilkoma sugestiami, co można by dopracować i co wziąć pod uwagę już teraz przy opracowywaniu kolejnych zgłoszeń. Dobra, jutro zamierzam skorzystać z tych wskazówek ;-)

Dla równowagi poszłam również do jednej z agencji pośrednictwa pracy. W zasięgu spaceru, a dzień był piękny. Świeciło słońce i można było rozpiąć, a nawet zdjąć kurtkę. Ot, zima ;-)
W agencji na wstępie usłyszałam, że oni owszem szukają pracowników biurowych, ale głównie inżynierów i techników. Mimo to rozmówczyni poprosiła o pokazanie dokumentów, powtórzyła większość uwag kolegi po fachu oraz wszystkie komplementy ;-), opowiedziała, że sama jest imigrantką i ma wizę stałego pobytu od stycznia 2008 i że mój angielski jest świetny. Na moją minę odparła gładko: - jasne, że słyszałam ludzi mówiących szybciej, ale często ich akcent uniemożliwiał zrozumienie treści, a Ciebie rozumie się bez problemu, Twój akcent jest niewyczuwalny. Zróbmy tak: każdy myśli, co pomyślał, a ja pozostanę przy swojej interpretacji, że był to komplement ;-) Lubię komplementy, więc cóż poradzę ;-)

Powiedziała jak poprzerabiać CV (z konserwatywnej wersji polskiej, na australijską ;-) i zaoferowała, żebym Jej tę nową wersję przesłała do wglądu. Ostateczną superwersję wyślemy do agencji, która szuka pracy dla specjalistów biurowych takich jak ja, czyli nie-inżynierów i nie-techników ;-)) Ta agencja nie leżała w odległości spaceru od centrum, więc jej nie wybrałam jako celu czwartkowej wizyty ;-)

Ten jakże owocny dzień uprzyjemniłam sobie dodatkowo zestawem sushi i megakubkiem świeżo wyciskanego soku (marchew+seler naciowy+jabłko+imbir). Nade mną świeciło słońce, a obok mnie prawie chrumkały cztery świnki z mosiądzu, bo była to wszak Rundle Mall ;-)