Postanowiłam w koooońcu uzupełnić baaardzo zaległy post, który obiecałam, kiedy Najmilszy z Mężów zdobywał swój dokument.
Najpierw mi trochę zeszło, a potem... rozpoczął się mój epos heroiczny...
O tym kiedy i jak należy starać się o australijskie prawo jazdy pisałam już w osobnym poście.
Teraz czas na garść przemyśleń dotyczących zdawania w Adelajdzie egzaminu praktycznego na prawo jazdy przez kierowców posiadających już polskie prawo jazdy.
Najmilszy wsiadł do nowoojczyźnianego Volvika w niecały tydzień po przyjeździe do Australii.
Od początku jeździł bez żadnego problemu,
od początku całkiem sporo (najpierw jako wolontariusz dostarczał posiłki seniorom mieszkającym w różnych częściach miasta),
na początku posługiwał się mapą (era GPSa nastała sporo później ;-).
Kierowcą jest 'od zawsze', zdążył już jeździć w różnych warunkach i różnymi pojazdami (na niektóre z nich ma nawet stosowne prawo jazdy ;-).
Kiedy zatem okazało się, że w nowej pracy wymagane jest australijskie prawo jazdy, zdobycie tegoż wydawało nam się czystą formalnością.
Najmilszy umówił się na egzamin teoretyczny,
zdał,
umówił się na egzamin praktyczny z autoryzowanym instruktorem,
pojechał...
i... nie zdał.
Hmmmmm, egzamin praktyczny na prawo jazdy w nowej ojczyźnie to szereg zadań,
rozpisanych na sekwencje zachowań kierowcy
i przyznane im ilości punktów.
Zdający jedzie,
a egzaminator odznacza ptaszkami
czynności wykonane prawidłowo,
pomyłki,
braki wymaganych zachowań
i popełnione błędy.
Wynik egzaminu podlicza się na koniec w procentach i - aby zdać - wynik ten musi wynosić powyżej 80%.
Punkty można stracić, jeśli:
- sekwencja zachowań zostanie wykonana w złej kolejności,
- sekwencja zostanie wykonana za szybko (np. przed włączeniem się do ruchu, kiedy ruszamy z pobocza, kierunkowskaz musi migać przez 5 sekund, zatrzymanie przed znakiem stopu musi trwać co najmniej 3 sekundy, przy zmianie pasa kierunkowskaz wyłączamy dopiero po całkowitym 'wpasowaniu się' itp.),
- opuścimy którąś z czynności (najczęściej jest to spojrzenie w lusterko wsteczne przed każdą 'sytuacją hipotetycznie niebezpieczną' np. przez skrzyżowaniem, przed pasami dla pieszych, kiedy zobaczymy przed sobą zwierzaka, ptaka, rowerzystę, pieszego w okolicy jezdni itp. lub niesprawdzenie punktu martwego - brak obrócenia głowy w bok przy zmianie pasa lub manewrach),
- zbyt szybko zbliżymy się do 'miejsca hipotetycznie niebezpiecznego': zakrętu, ronda, świateł (tym bardziej, jeśli mamy zielone! ;-),
- zbyt wcześnie lub zbyt późno włączymy/wyłączymy kierunkowskaz,
- mamy niewłaściwą pozycję na drodze (przy przygotowaniu do skrętu w prawo, w lewo, do zawracania itp.).
O dziwo, mniejszym 'przewinieniem' jest rozumiane w kategoriach polskiego egzaminu 'wymuszenie', niż któryś z powyższych błędów.
Trzeba sprawdzać, czy jest ktoś za nami lub w martwym punkcie, ale jak już sprawdzimy to - według jednego z instruktorów - martwić się ma zawsze ten z tyłu...
Czy zatem warto umawiać się od razu na egzamin praktyczny bez wykupienia najpierw lekcji z instruktorem?
Doświadczenie zdobyte przez Najmilszego oraz w kręgu znajomych mówi: nie warto...
(Pomijam fakt, że od zdania egzaminu teoretycznego czas biegnie tik tak tik tak, bo mamy tylko miesiąc na zdanie egzaminu praktycznego!).
Praktyka uczy, że:
- zdarzają się instruktorzy, dla których Europejczyk to synonim pirata drogowego (wrócę do tego za chwilę),
- egzaminowany traktowany jest tak samo jak początkujący kierowca (nie daje mu się prawa do wykonywania manewrów szybciej ze względu na posiadane doświadczenie i wyczucie samochodu),
- karta egzaminacyjna to świętość i nie ma przymykania oka na w/w doświadczenie kierowcy (Najmilszy za krótko stał na 'stopie' i nie dość często patrzył w lusterko wsteczne, co gorsza: sprawdzał punkt martwy tylko w lusterku wstecznym i bocznych bez obracania głowy!).
A skoro tak, to:
- szybciej,
- taniej,
- skuteczniej
jest się umówić na godzinę czy dwie i 'przejechać' egzamin słuchając omówienia wszystkich wymagań. Nawet jeśli ktoś 'normalnie' nie jeździ dokładnie w ten sposób, a jest dobrym kierowcą, to na 'potrzeby egzaminu' 'odegra' wszystko, co jest wymagane, aby egzamin zdać.
Po nieudanym pierwszym podejściu Najmilszy umówił się więc na jazdę przygotowującą do egzaminu z instruktorem, który Go oblał. Nazwijmy go 'Smoleniem', tak jak go nazwał Najmilszy.
'Smoleń' dumny był z tego, że:
jest instruktorem i świetnie zna i stosuje tutejsze przepisy ruchu drogowego,
nigdy nie wyjeżdżał poza Australię Południową (nie mówiąc już o opuszczeniu Australii i jeżdżeniu gdzieś tam samochodem),
u nas jeździ się powoli i bezpiecznie.
Najmilszy posłuchał, popytał, zagryzł zęby i... po owej lekcji egzamin praktyczny zdał (u koleżanki 'Smolenia' przez niego poleconej).
Kiedy nadszedł 'mój czas', Najmilszy umówił mnie ze 'Smoleniem' tłumacząc, że jest to dobry instruktor, bo skutecznie nauczy mnie wymaganych na egzaminie sekwencji zachowań - jak krowie na rowie, i wyegzekwuje ich bezbłędne stosowanie.
I zaczęło się!
W czasie pierwszej lekcji usłyszałam:
że jeżdżę brawurowo (!) (stwierdzenie to dedykuję wszystkim Wysłuchiwaczkom moich narzekań, że mam styl jazdy a'la starsza pani),
że Volvik nie jest dobrym samochodem,
poza tym jest niesprawny jak na potrzeby egzaminu,
na szczęście system przepisów drogowych w Południowej Australii ruguje takie złe obce nawyki.
W czasie drugiej lekcji usłyszałam, że musimy jeździć samochodem instruktora,
mimo moich protestów kazał mi jechać jego samochodem,
mimo moich próśb na wstępie 'pomagał mi' hamować, a raz czy drugi złapał za kierownicę, żeby skorygować mój ruch.
Zakładam, że się domyśliliście, że po około kwadransie tych bezsensownych cyrków zatrzymałam samochód, wysiadłam i poprosiłam o odwiezienie do domu...
Szykowałam się na wymówki w domu, ale Najlepszy z Moich Mężów roześmiał się na głos i potwierdził, że podjęłam słuszną decyzję.
Hmmmmm, szkoda tylko, że moje trzy miesiące już biegły, a ja zostałam bez instruktora...
Od czegóż jednak są koleżanki? ;-)
Nieoceniona Pati wysłuchała mojej dramatycznej historii, poparła decyzję o rezygnacji ze 'Smolenia' i opowiedziała o swoim egzaminie (też próbowała zdać z marszu i też się przejechała...) oraz o aniele, którego spotkała, kiedy opłakiwała swoją klęskę na parkingu...
Polecony anioł okazał się strzałem w dziesiątkę:
- cierpliwy,
- ciepły,
- mieszkał dość długo w Wielkiej Brytanii,
- rozumie, że przepisy przepisami a życie życiem, ale potrafił skutecznie wpoić i wyegzekwować wymagane na egzaminie zachowania,
- otwarty na dyskusje,
- dobry słuchacz,
- skuteczny nauczyciel.
Wyjeździłam z Amirem wieeeeeeele godzin,
spotykaliśmy się przy ośrodku sporo oddalonym od Chatki (każda lekcja kończyła się ok. + 90km na liczniku),
sporo się nauczyłam,
skorygowałam niektóre nawyki,
o dziwo nie wszystko porzuciłam po zdaniu egzaminu (ale nie wybiegajmy ;-).
W pewnym momencie poszłam i zdałam egzamin teoretyczny (łatwizna ;-).
Zestresowałam się, że teraz już tylko miesiąc na zdanie praktycznego.
Amir wytłumaczył, jak wygląda praktyczny.
Przećwiczyliśmy.
Uprzedził, że może się zdarzyć, że zarządzą dodatkową jazdę z audytorem.
Zestresowałam się tak, że zapomniałam się, jak się jeździ i który migacz mruga w którą stronę...
Amir zaproponował, żeby zamiast tradycyjnego egzaminu (wsiadamy i jedziemy) zrobić tzw. Log Book.
Zgodziłam się.
Log Book to rozwiązanie stosowane najczęściej przez rodziców, którzy uczą swoje dzieci, a potem ich rolę kontynuuje instruktor.
Składa się z serii zadań rozpisanych na ciąg czynności.
Każde z tych zadań ćwiczy się do skutku, następnie wykonuje dwa razy pod rząd według wskazań instruktora, który - po prawidłowym, samodzielnym wykonaniu zadania - zalicza je.
Wykonanie tych zadań powinno zająć około 100 godzin. Amir rozpisał je na 8 spotkań.
Zaliczenie wszystkich zadań w Log Book kończy się egzaminem praktycznym.
Szczęśliwy kierowca otrzymuje zaświadczenie o zdanym egzaminie praktycznym (ważne 10 dni), z którym musi się zgłosić do ośrodka Service SA Customer Service Centre.
Instruktor oddaje do ośrodka Service SA Customer Service Centre dokumentację:
- kartę egzaminu z oceną zadań i podsumowaniem wyniku,
- karty z zaliczonymi zadaniami z Log Book.
I tu słodka nadzieja: egzaminy praktyczne kończące Log Book bardzo rzadko wzbudzają zainteresowanie audytorów - dlatego właśnie poszliśmy tą drogą.
I co?
I udało się!!!
Jazda, czyli egzamin praktyczny była przyjemną przejażdżką Volvikiem, z 'moim' instruktorem, po znanym z wcześniejszych lekcji terenie. Trwała pół godziny i... po fakcie dowiedziałam się, że to nie była rozgrzewka, tylko właściwy egzamin :-D
Dzięki temu migacze migały we właściwych kierunkach, odróżniałam biegi od hamulca ręcznego i oddychałam normalnie ;-)
Ostatnia porcja stresu towarzyszyła mi podczas wizyty w ośrodku Service SA Customer Service Centre, aż do momentu kiedy dostałam do ręki papierowe tymczasowe prawo jazdy.
Na wszelki wypadek z prawdziwą ulgą odetchnęłam dopiero dziś, po wyjęciu ze skrzynki plastikowego dokumentu ;-)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo jazdy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo jazdy. Pokaż wszystkie posty
14 marca 2012
Prawo jazdy do góry nogami
Edycja z roku 2014: Polska już ma podpisaną umowę, zatem ten post to raczej archiwum, niż stan wiedzy obecnej! Trzeba sprawdzić w internecie stan prawny i wymogi na chwilę obecną!
Z przepisami ruchu drogowego można zapoznać się studiując The Driver's Handbook, którą można kupić w ośrodkach Service SA Customer Service Centre.
Hmmmm, pokrótce:
- jeździmy po lewej stronie jezdni,
- poza znakami graficznymi, jakie pamiętamy ze starej ojczyzny zauważymy część znaków w postaci słownych komunikatów (np. nie blokuj skrzyżowania, skręcając w lewo zachowaj ostrożność itp.),
- w większości wypadków obowiązuje ograniczenie prędkości 60km/h, w centrum - 50h/h, maksymalna prędkość wynosi 110km/h (ale na większości dróg szybkiego ruchu jest to tylko 100km/h) - bardzo skutecznie egzekwuje się tu wszystkie limity - kamer jest sporo, mandaty docierają pocztą, automatycznie naliczane są kary finansowe i punkty karne; oprócz kamer - na drogach kręci się sporo wozów patrolowych (w tym 'tajniacy' ;-),
- bezwzględnie tępi się korzystanie w czasie jazdy z telefonów komórkowych - nawet urządzenia pomagające kierowcy nie mogą wymagać żadnej obsługi manualnej przy odbieraniu, prowadzeniu i kończeniu rozmowy - znowu: punkty i kary finansowe!,
- obowiązuje konieczność zapinania pasów i przewożenia dzieci w odpowiednich fotelikach, ale nie wiem, czy ktoś z tym jeszcze dyskutuje ;-).
Po przyjeździe do Australii posiadacze polskiego prawa jazdy mogą się nim posługiwać tak długo, jak długo posiadany dokument jest ważny. Co prawda w przepisach znajduje się zapis o tym, że powinno się mieć przy sobie tłumaczenie przysięgłe dokumentu, ale nam nie zdarzyło się, aby ktokolwiek kiedykolwiek o nie poprosił (łącznie z procedurą składania dokumentów o wydanie australijskiego prawa jazdy, ale do tego jeszcze wrócę).
Sytuacja zmienia się w momencie otrzymania wizy stałego pobytu. Od tego momentu nowy rezydent ma trzy miesiące na uzyskanie australijskiego prawa jazdy. Na szczęście nie wiem, jakie są konsekwencje niedotrzymania tego terminu, mimo że sama go nie dotrzymałam...
W przepisach znajduje się też wzmianka o konieczności oddania dotychczasowego dokumentu po otrzymaniu nowego, ale praktyka pokazuje, że należy to raczej rozumieć jako 'zaniechanie używania' - ufffffffff...
Hmmmm, jest taka lista szczęśliwych krajów, które mają podpisane stosowne umowy z Australią (Polska do nich nie należała w interesującym nas czasie... - wrrrrrr!!!) - w myśl umowy Australia Południowa honoruje system przyznawania prawa jazdy oraz standardy testowania umiejętności przyszłych kierowców sygnatariuszy i jeżeli dana osoba posiada albo posiadała w ciągu ostatnich pięciu lat prawo jazdy, to teraz po prostu wymienia swój zagraniczny dokument na nowoojczyźniany bez konieczności ponownego zdawania egzaminów.
Jak już wspomniałam, Polska nie podpisała jak dotąd z rządem Australii umowy dotyczącej uznawania dokumentów prawa jazdy, więc niestety po otrzymaniu wizy stałego pobytu (mimo całego czasu, który większość przyjezdnych przejeździła do tego momentu posiadając polskie prawo jazdy mając się dobrze na drogach) należy rozpocząć starania o australijski dokument, czyli... wrócić do poziomu "L"...
Australijskie prawo jazdy możemy otrzymać po zdaniu egzaminu teoretycznego i egzaminu praktycznego.
Na szczęście, pod warunkiem, że posiadamy ważne polskie prawo jazdy, omija nas poziom P, czyli coś jakby polski 'zielony listek'. "P1" i "P2" to "provisional licence" i obowiązują ich pewne ograniczenia na drodze.
Osoby pełnoletnie posiadające ważne prawo jazdy z Polski muszą zdać najpierw egzamin teoretyczny.
Odbywa się on w ośrodku Service SA Customer Service Centre.
Wystarczy się tam zgłosić (od poniedziałku do piątku, w godz. 9:00 rano do 16:15), wypełnić formularz, przedłożyć wymagane dokumenty:
- paszport z aktualną ważną wizą australijską,
- polskie prawo jazdy + tłumaczenie (nie zawsze wymagane, ale jest na liście!),
- dokument potwierdzający adres zamieszkania np. wyciąg z banku, rachunki za media, umowa wynajmu domu itp.
i wnieść opłatę (można płacić kartą kredytową).
Test wypełnia się na komputerze, przewidziano na niego około 30 minut i składa się z dwóch części:
- pierwsza część to zasady ustępowania pierwszeństwa na drodze - osiem pytań, na które należy odpowiedzieć bezbłędnie (już jedna błędna odpowiedź dyskwalifikuje zdającego = egzamin oblany!),
- druga część to podobny jak w PL test wyboru z szeroko rozumianych przepisów ruchu drogowego (w Australii jest łatwiej, bo na każde pytanie jest tylko jedna prawidłowa odpowiedź ;-) - tu można popełnić aż dziesięć błędów wśród 42 pytań, aby egzamin został zaliczony.
Do egzaminu teoretycznego można przygotowywać się np. tutaj:
- test pierwszeństwa na drodze,
- test wyboru.
Jeżeli nie uda się zdać egzaminu, możemy zdawać ponownie nawet następnego dnia, należy jednak jeszcze raz wnieść opłatę.
Jeżeli uda się zdać egzamin teoretyczny, otrzymuje się tymczasowe prawo jazdy ważne przez miesiąc, w czasie którego należy zdać egzamin praktyczny.
O egzaminie praktycznym na prawo jazdy napisałam osobny post.
Po pomyślnym zaliczeniu egzaminu praktycznego otrzymuje się zaświadczenie (a certificate of competency).
Jeżeli nie przystąpi się do lub nie zda się egzaminu praktycznego w ciągu miesiąca, wraca się do poziomu "L".
Zmorą, która spędzała mi sen z powiek, jest możliwość, że po pomyślnym zdaniu egzaminu praktycznego z wybranym instruktorem zarządzany jest ponowny egzamin (a validation assessment) z udziałem urzędnika rządowego (a government assessment officer) i dopiero po jego pomyślnym zaliczeniu zostaje wydane prawo jazdy. Marną pociechą jest chyba fakt, że ten dodatkowy egzamin jest niepłatny...
Po zdaniu egzaminu praktycznego/ egzaminów praktycznych należy się zgłosić ponownie z naręczem dokumentów do ośrodka Service SA Customer Service Centre po odbiór tymczasowego prawa jazdy (ważne jest przez miesiąc, do momentu otrzymania pocztą plastikowego dokumentu).
Należy mieć ze sobą:
- zaświadczenie o zdanym egzaminie praktycznym (a certificate of competency),
- paszport z aktualną ważną wizą australijską,
- polskie prawo jazdy wraz z jego tłumaczeniem na język angielski,
- potwierdzenie adresu zamieszkania (imię i nazwisko aplikującego plus adres - UWAGA: nie może to być imię i nazwisko współmałżonka!) np. wyciąg z banku, rachunek za media, umowa najmu mieszkania/domu,
- wypełniony formularz o wydanie dokumentu prawa jazdy,
- gotówkę lub kartę kredytową, aby wnieść opłatę.
Po przejrzeniu dokumentów i wniesieniu opłaty urzędnik wykonuje zdjęcie aplikującemu (może się zdarzyć, że nikt Wam nie powie, że Wam się śmiesznie grzywka podwinęła... :-( ), a najpóźniej dwa tygodnie po tym fakcie wyjmiecie ze skrzynki pocztowej swój zasłużony dokument.
Z przepisami ruchu drogowego można zapoznać się studiując The Driver's Handbook, którą można kupić w ośrodkach Service SA Customer Service Centre.
Hmmmm, pokrótce:
- jeździmy po lewej stronie jezdni,
- poza znakami graficznymi, jakie pamiętamy ze starej ojczyzny zauważymy część znaków w postaci słownych komunikatów (np. nie blokuj skrzyżowania, skręcając w lewo zachowaj ostrożność itp.),
- w większości wypadków obowiązuje ograniczenie prędkości 60km/h, w centrum - 50h/h, maksymalna prędkość wynosi 110km/h (ale na większości dróg szybkiego ruchu jest to tylko 100km/h) - bardzo skutecznie egzekwuje się tu wszystkie limity - kamer jest sporo, mandaty docierają pocztą, automatycznie naliczane są kary finansowe i punkty karne; oprócz kamer - na drogach kręci się sporo wozów patrolowych (w tym 'tajniacy' ;-),
- bezwzględnie tępi się korzystanie w czasie jazdy z telefonów komórkowych - nawet urządzenia pomagające kierowcy nie mogą wymagać żadnej obsługi manualnej przy odbieraniu, prowadzeniu i kończeniu rozmowy - znowu: punkty i kary finansowe!,
- obowiązuje konieczność zapinania pasów i przewożenia dzieci w odpowiednich fotelikach, ale nie wiem, czy ktoś z tym jeszcze dyskutuje ;-).
Po przyjeździe do Australii posiadacze polskiego prawa jazdy mogą się nim posługiwać tak długo, jak długo posiadany dokument jest ważny. Co prawda w przepisach znajduje się zapis o tym, że powinno się mieć przy sobie tłumaczenie przysięgłe dokumentu, ale nam nie zdarzyło się, aby ktokolwiek kiedykolwiek o nie poprosił (łącznie z procedurą składania dokumentów o wydanie australijskiego prawa jazdy, ale do tego jeszcze wrócę).
Sytuacja zmienia się w momencie otrzymania wizy stałego pobytu. Od tego momentu nowy rezydent ma trzy miesiące na uzyskanie australijskiego prawa jazdy. Na szczęście nie wiem, jakie są konsekwencje niedotrzymania tego terminu, mimo że sama go nie dotrzymałam...
W przepisach znajduje się też wzmianka o konieczności oddania dotychczasowego dokumentu po otrzymaniu nowego, ale praktyka pokazuje, że należy to raczej rozumieć jako 'zaniechanie używania' - ufffffffff...
Hmmmm, jest taka lista szczęśliwych krajów, które mają podpisane stosowne umowy z Australią (Polska do nich nie należała w interesującym nas czasie... - wrrrrrr!!!) - w myśl umowy Australia Południowa honoruje system przyznawania prawa jazdy oraz standardy testowania umiejętności przyszłych kierowców sygnatariuszy i jeżeli dana osoba posiada albo posiadała w ciągu ostatnich pięciu lat prawo jazdy, to teraz po prostu wymienia swój zagraniczny dokument na nowoojczyźniany bez konieczności ponownego zdawania egzaminów.
Jak już wspomniałam, Polska nie podpisała jak dotąd z rządem Australii umowy dotyczącej uznawania dokumentów prawa jazdy, więc niestety po otrzymaniu wizy stałego pobytu (mimo całego czasu, który większość przyjezdnych przejeździła do tego momentu posiadając polskie prawo jazdy mając się dobrze na drogach) należy rozpocząć starania o australijski dokument, czyli... wrócić do poziomu "L"...
Australijskie prawo jazdy możemy otrzymać po zdaniu egzaminu teoretycznego i egzaminu praktycznego.
Na szczęście, pod warunkiem, że posiadamy ważne polskie prawo jazdy, omija nas poziom P, czyli coś jakby polski 'zielony listek'. "P1" i "P2" to "provisional licence" i obowiązują ich pewne ograniczenia na drodze.
Osoby pełnoletnie posiadające ważne prawo jazdy z Polski muszą zdać najpierw egzamin teoretyczny.
Odbywa się on w ośrodku Service SA Customer Service Centre.
Wystarczy się tam zgłosić (od poniedziałku do piątku, w godz. 9:00 rano do 16:15), wypełnić formularz, przedłożyć wymagane dokumenty:
- paszport z aktualną ważną wizą australijską,
- polskie prawo jazdy + tłumaczenie (nie zawsze wymagane, ale jest na liście!),
- dokument potwierdzający adres zamieszkania np. wyciąg z banku, rachunki za media, umowa wynajmu domu itp.
i wnieść opłatę (można płacić kartą kredytową).
Test wypełnia się na komputerze, przewidziano na niego około 30 minut i składa się z dwóch części:
- pierwsza część to zasady ustępowania pierwszeństwa na drodze - osiem pytań, na które należy odpowiedzieć bezbłędnie (już jedna błędna odpowiedź dyskwalifikuje zdającego = egzamin oblany!),
- druga część to podobny jak w PL test wyboru z szeroko rozumianych przepisów ruchu drogowego (w Australii jest łatwiej, bo na każde pytanie jest tylko jedna prawidłowa odpowiedź ;-) - tu można popełnić aż dziesięć błędów wśród 42 pytań, aby egzamin został zaliczony.
Do egzaminu teoretycznego można przygotowywać się np. tutaj:
- test pierwszeństwa na drodze,
- test wyboru.
Jeżeli nie uda się zdać egzaminu, możemy zdawać ponownie nawet następnego dnia, należy jednak jeszcze raz wnieść opłatę.
Jeżeli uda się zdać egzamin teoretyczny, otrzymuje się tymczasowe prawo jazdy ważne przez miesiąc, w czasie którego należy zdać egzamin praktyczny.
O egzaminie praktycznym na prawo jazdy napisałam osobny post.
Po pomyślnym zaliczeniu egzaminu praktycznego otrzymuje się zaświadczenie (a certificate of competency).
Jeżeli nie przystąpi się do lub nie zda się egzaminu praktycznego w ciągu miesiąca, wraca się do poziomu "L".
Zmorą, która spędzała mi sen z powiek, jest możliwość, że po pomyślnym zdaniu egzaminu praktycznego z wybranym instruktorem zarządzany jest ponowny egzamin (a validation assessment) z udziałem urzędnika rządowego (a government assessment officer) i dopiero po jego pomyślnym zaliczeniu zostaje wydane prawo jazdy. Marną pociechą jest chyba fakt, że ten dodatkowy egzamin jest niepłatny...
Po zdaniu egzaminu praktycznego/ egzaminów praktycznych należy się zgłosić ponownie z naręczem dokumentów do ośrodka Service SA Customer Service Centre po odbiór tymczasowego prawa jazdy (ważne jest przez miesiąc, do momentu otrzymania pocztą plastikowego dokumentu).
Należy mieć ze sobą:
- zaświadczenie o zdanym egzaminie praktycznym (a certificate of competency),
- paszport z aktualną ważną wizą australijską,
- polskie prawo jazdy wraz z jego tłumaczeniem na język angielski,
- potwierdzenie adresu zamieszkania (imię i nazwisko aplikującego plus adres - UWAGA: nie może to być imię i nazwisko współmałżonka!) np. wyciąg z banku, rachunek za media, umowa najmu mieszkania/domu,
- wypełniony formularz o wydanie dokumentu prawa jazdy,
- gotówkę lub kartę kredytową, aby wnieść opłatę.
Po przejrzeniu dokumentów i wniesieniu opłaty urzędnik wykonuje zdjęcie aplikującemu (może się zdarzyć, że nikt Wam nie powie, że Wam się śmiesznie grzywka podwinęła... :-( ), a najpóźniej dwa tygodnie po tym fakcie wyjmiecie ze skrzynki pocztowej swój zasłużony dokument.
| Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08 |
| Od Lawendowa_Chatka_2011 |
13 marca 2012
Schyłek lata...
... jest naprawdę piękny tego roku :-D
Gdyby nie chłodne wieczory i powrót rześkich poranków (wrrrrrrr), to w ciągu dnia można by nie zauważyć, że skończyło się kalendarzowe lato. Noooo, jeszcze po trawnikach można by poznać, bo świeże zielone odrosty zamaskowały wypalone wcześniej prześwity.
Wśród cytrusów za domem pojawia się motyl - już kiedyś o nim wspominałam - przypomina pazia królowej, ale jest większy. Na szczęście zawsze widzę tylko jednego, co ważne ze względu na gąsienice tego osobnika - bardzo żarłoczne stworzenia, które niby żerują na cytrusach, ale o dziwo równo zżerają nasze zasoby bazylii, oregano, ostatnio nawet melisa im zasmakowała..
.
Co do cytrusów, to najnowsze wieści są takie: dwie najstarsze cytryny za Chatką powoli przechodzą z zieleni w stronę żółci, lemonka ma kwiateczka, a jej dolne gałązki są obecnie na etapie formowania tj. przytrzymuje je sznurek, który wygina je ku dołowi.
Nad ogrodem przelatują kolorowe papugi (nadal się u nas nie zatrzymują), a wyżej nad nimi - stada biało-żółtych kakadu, które prawie przysłaniają niebo i robią taki hałas, że ziemia drży, kiedy dyskutują nad celem kolejnego przelotu.
U Najmilszego z Moich Mężów dobiega końca pewien etap zawodowy. Jako podwykonawca kończy kontrakt u jednego wykonawcy i zaczyna u innego, mimo że główny zleceniodawca pozostaje ten sam. Mówiąc prościej: wykonawca zmienia się na skutek wyniku ostatniego przetargu - tym razem wygrał ktoś inny, ale fachowcy będą kontynuować :-D
U mnie też nadciągają zmiany zawodowe, ale o nich napiszę dopiero w kolejnym bilansie... Na razie trwa nauka i... negocjacje ;-)
Tym razem z radością donoszę, że oto dobiegł do szczęśliwego finału istny epos heroiczny, jakim było moje zdobywanie nowoojczyźnianego prawa jazdy :-)
Mam, mam, mam!!! Dokładnie dzisiaj, w dwa lata i dziewięć miesięcy po przybyciu do nowej ojczyzny, wyjęłam ze skrzynki śliczne, nowe, plastikowe (:-)) prawo jazdy!!!
Z tej radości, a i ku pożytkowi zainteresowanych napisałam zaległy post w Notesie, jaki obiecałam, kiedy Najmilszy otrzymał swój dokument kierowcy do góry nogami.
Ostatni tydzień znowu wypełniła głównie praca, a wolne chwile - Miłemu: golf i poker, a mnie: zdobywanie prawa jazdy i książki.
Zamiast jeździć na wycieczki spacerowaliśmy nieco po plaży.
Na szczęście już wkrótce czeka nas nowa wyprawa, po której pokażemy komplet zdjęć i opowiemy o kolejnym kawałku naszego stanu - tik tak tik tak...
Gdyby nie chłodne wieczory i powrót rześkich poranków (wrrrrrrr), to w ciągu dnia można by nie zauważyć, że skończyło się kalendarzowe lato. Noooo, jeszcze po trawnikach można by poznać, bo świeże zielone odrosty zamaskowały wypalone wcześniej prześwity.
Wśród cytrusów za domem pojawia się motyl - już kiedyś o nim wspominałam - przypomina pazia królowej, ale jest większy. Na szczęście zawsze widzę tylko jednego, co ważne ze względu na gąsienice tego osobnika - bardzo żarłoczne stworzenia, które niby żerują na cytrusach, ale o dziwo równo zżerają nasze zasoby bazylii, oregano, ostatnio nawet melisa im zasmakowała..
.
Co do cytrusów, to najnowsze wieści są takie: dwie najstarsze cytryny za Chatką powoli przechodzą z zieleni w stronę żółci, lemonka ma kwiateczka, a jej dolne gałązki są obecnie na etapie formowania tj. przytrzymuje je sznurek, który wygina je ku dołowi.
| Od Lawendowa_Chatka_2011 |
| Od Lawendowa_Chatka_2011 |
Nad ogrodem przelatują kolorowe papugi (nadal się u nas nie zatrzymują), a wyżej nad nimi - stada biało-żółtych kakadu, które prawie przysłaniają niebo i robią taki hałas, że ziemia drży, kiedy dyskutują nad celem kolejnego przelotu.
| Od Lawendowa_Chatka_2011 |
U Najmilszego z Moich Mężów dobiega końca pewien etap zawodowy. Jako podwykonawca kończy kontrakt u jednego wykonawcy i zaczyna u innego, mimo że główny zleceniodawca pozostaje ten sam. Mówiąc prościej: wykonawca zmienia się na skutek wyniku ostatniego przetargu - tym razem wygrał ktoś inny, ale fachowcy będą kontynuować :-D
U mnie też nadciągają zmiany zawodowe, ale o nich napiszę dopiero w kolejnym bilansie... Na razie trwa nauka i... negocjacje ;-)
Tym razem z radością donoszę, że oto dobiegł do szczęśliwego finału istny epos heroiczny, jakim było moje zdobywanie nowoojczyźnianego prawa jazdy :-)
Mam, mam, mam!!! Dokładnie dzisiaj, w dwa lata i dziewięć miesięcy po przybyciu do nowej ojczyzny, wyjęłam ze skrzynki śliczne, nowe, plastikowe (:-)) prawo jazdy!!!
Z tej radości, a i ku pożytkowi zainteresowanych napisałam zaległy post w Notesie, jaki obiecałam, kiedy Najmilszy otrzymał swój dokument kierowcy do góry nogami.
Ostatni tydzień znowu wypełniła głównie praca, a wolne chwile - Miłemu: golf i poker, a mnie: zdobywanie prawa jazdy i książki.
Zamiast jeździć na wycieczki spacerowaliśmy nieco po plaży.
Na szczęście już wkrótce czeka nas nowa wyprawa, po której pokażemy komplet zdjęć i opowiemy o kolejnym kawałku naszego stanu - tik tak tik tak...
17 listopada 2011
Obrazek motoryzacyjny
Trwa moje szkolenie przed-egzaminacyjne...
Ojjjjj, jak tylko pomyślę o egzaminie praktycznym na prawo jazdy, to aż drętwieję ze strachu. Dziwne, bo już przecież jeżdżę od ponad pół roku (kiedy to zleciało, nawiasem rzecz biorąc?), ale sama myśl o egzaminie mnie stresuje...
Na lekcje jeżdżę dość daleko, ciekawą trasą (hohoho, jest na niej i kilka osiemdziesiątek i nawet stówa, a tutaj to nie takie częste :-), która w drodze powrotnej (pewnie w ramach rekompensaty ze stres ;-) oferuje przepiękne widoki, na czele z moim ulubionym obrazkiem: przede mną na widnokręgu ocean, szosa skręca łukiem w prawo, po lewej coraz więcej oceanu, po prawej coraz więcej panoramy Adelajdy. Ten widok zawsze kojarzy nam się z powrotem do domu :-D
Ograniczenie prędkości do osiemdziesięciu, ale nie jest łatwo, bo spadek jest tu dość stromy. Ale dzięki temu nauczyłam się hamować silnikiem :-D
Po lekcji w zeszłym tygodniu, wsiadłam do Volvika i już miałam odjeżdżać, ale Pan Instruktor mnie zatrzymał.
- Nie masz z przodu tablicy rejestracyjnej?
- ???
- Kiedy widziałaś tablicę po raz ostatni?
- ???
- Musisz iść to zgłosić, bo albo zgubiłaś, albo Ci ją ukradziono. Jeśli ktoś ją ukradł, to pewnie w złych zamiarach. Poza tym potrzebujesz zamówić nową, bo nie możesz jeździć bez tablicy.
OK. Szczęście w nieszczęściu: na lekcje umawiamy się obok ośrodka, gdzie mogę zgłosić brak tablicy i zamówić nową. Idę, podchodzę po bloczek, a tam pracownik pyta, po co przyszłam. Tłumaczę, a pani na to:
- Jeżeli najpierw zgłosisz zgubę/stratę na policji, wydanie nowej tablicy będzie tańsze. Jedź na policję, a potem wypełnij ten druk i wróć do nas.
OK. Pojechałam na posterunek policji kilka ulic dalej. Znowu: podchodzę, tłumaczę, dostałam bloczek, czekam, ale nie za długo. Zgłaszam, dostaję raport - jego numer mam wpisać do zamówienia nowej tablicy.
Ufff, wystarczy na dziś, wracam do domu.
Wyjeżdżając z posterunku jeszcze pomachałam do Pana Instruktora, który z kolejnym kursantem kręcił się w pobliżu.
Wieczorem zadzwonił, żeby się upewnić, że wszystko załatwiłam. Miłe, prawda?
To było tydzień temu.
W domu wypełniłam druk, Najmilszy z Mężów podpisał (bo to On widnieje w dokumentach jako właściciel Volvika). Dziś przed lekcją poszłam do urzędu, dostałam bloczek, wysiedziałam się w kolejce... jakiś kwadrans (ciekawostka: za oknem temperatura rosła ku trzydziestce, w środku hulała klima, krzeseł było wystarczająco dużo dla wszystkich oczekujących, działających okienek było dziewięć), po czym w końcu podeszłam do okienka.
Podałam formularz, raport z policji, dokument rejestracyjny samochodu (kartka A4, której dolną część się odcina po zapłaceniu opłaty rejestracyjnej, wpisuje tam numer potwierdzenia wpłaty i wozi w samochodzie, górna część zostaje w domu, bo wypełnia się jej drugą stronę po sprzedaniu samochodu, po czym wysyła do urzędu, który zmienia dane i wysyła nowy dokument do nowego właściciela) i polskie prawo jazdy.
Pani najpierw zapytała, gdzie jest numer dokumentu (o sam dokument nie zapytała w ogóle), na moje wyjaśnienia, że jestem w trakcie 'zdobywania' australijskiego prawa jazdy i że na formularzu jest imię męża po prostu skinęła głową, po czym... przeprosiła mnie na chwilę i poszła o coś zapytać.
Po chwili wróciła i mówi:
- Hmmm, tablica obecnie figuruje w spisie jako zaginiona. Jeśli wydam Ci duplikat, może być to kłopotliwe - policja może Cię zatrzymywać i sprawdzać, czy to właściwy samochód z tymi numerami. Polecam raczej zamówienie nowego numeru niż duplikatu starego.
- OK, brzmi rozsądnie. Tylko powiedz mi proszę, gdzie mam potem pójść i co załatwić w związku ze zmianą numeru.
Pani spojrzała na mnie jakby nieco zdziwiona, kiwnęła głową i podała mi nowy formularz.
- Mogę wypełnić tu przy okienku?
- Tak.
- A nie przeszkadza, że to będzie mój podpis a nie męża?
Pani znowu spojrzała i pokręciła głową przecząco.
- Przepraszam, nie mam przy sobie numeru silnika i numeru podwozia - mogę opuścić tę rubrykę?
- Tak. Bo mamy numer dokumentu rejestracyjnego - te dane są w systemie.
Wypełniłam. Pani w tym czasie poszła wgłąb biura i wróciła... z kompletem nowych tablic. Wklepała dane do komputera.
Zapłaciłam kartą oszałamiającą kwotę - równowartość 1 godziny pracy.
(Ale mogłabym zapłacić więcej, gdybym chciała tablicę w innym kolorze niż biały, z numerami/tekstem w kolorze innym niż czarny, z hasłem np. Południowa Australia Stan Festiwali albo Stan Uniwersytetów, albo Stan Kreatywnych, albo gdybym chciała mieć swój tekst na tablicy :-D
Jednym ze sposobów na wyrażenie swojego statusu majątkowego jest wykupienie jednego z pierwszych numerów - nasz znajomy zapłacił po trzydzieści tysięcy za dwa kolejne numery z przedziału od jeden do sto, na dwa samochody...)
Pani wydrukowała potwierdzenie wpłaty i nowy dokument rejestracyjny - zawiera dane samochodu, stary i nowy numer tablic rejestracyjnych i wyjaśnienie, kiedy i dlaczego wydano nowe tablice.
- Bardzo dziękuję.
Uśmiech zza okienka.
- Aha, czy muszę te tablice założyć już teraz, czy mogę poprosić męża w domu?
- Masz jeden dzień na założenie nowych tablic.
- Uffffff, wolę, żeby to zrobił mąż.
Pani znowu się uśmiecha:
- W pełni Cię rozumiem. Też bym wolała.
- Do widzenia.
- Do widzenia.
I tyle! Operacja trwała około pół godziny łącznie z siedzeniem w kolejce.
Poszłam na lekcję, pojeździliśmy z Panem Instruktorem, On zapytał o przebieg akcji, ja opowiedziałam, jak było i że wszystko załatwione.
W domu Najmilszy odkręcił starą tablicę z tyłu, po czym fachowo i solidnie umocował nowy komplet.
Jego zdaniem nie ukradli mi tej tablicy - musiała odpaść, bo pozostałości śrubek były wyraźnie zardzewiałe.
Aha, i twierdzi, że rano w zeszłym tygodniu tablica jeszcze była, więc pewnie zgubiłam ją po drodze, albo... w czasie lekcji :-D
Ojjjjj, jak tylko pomyślę o egzaminie praktycznym na prawo jazdy, to aż drętwieję ze strachu. Dziwne, bo już przecież jeżdżę od ponad pół roku (kiedy to zleciało, nawiasem rzecz biorąc?), ale sama myśl o egzaminie mnie stresuje...
Na lekcje jeżdżę dość daleko, ciekawą trasą (hohoho, jest na niej i kilka osiemdziesiątek i nawet stówa, a tutaj to nie takie częste :-), która w drodze powrotnej (pewnie w ramach rekompensaty ze stres ;-) oferuje przepiękne widoki, na czele z moim ulubionym obrazkiem: przede mną na widnokręgu ocean, szosa skręca łukiem w prawo, po lewej coraz więcej oceanu, po prawej coraz więcej panoramy Adelajdy. Ten widok zawsze kojarzy nam się z powrotem do domu :-D
Ograniczenie prędkości do osiemdziesięciu, ale nie jest łatwo, bo spadek jest tu dość stromy. Ale dzięki temu nauczyłam się hamować silnikiem :-D
Po lekcji w zeszłym tygodniu, wsiadłam do Volvika i już miałam odjeżdżać, ale Pan Instruktor mnie zatrzymał.
- Nie masz z przodu tablicy rejestracyjnej?
- ???
- Kiedy widziałaś tablicę po raz ostatni?
- ???
- Musisz iść to zgłosić, bo albo zgubiłaś, albo Ci ją ukradziono. Jeśli ktoś ją ukradł, to pewnie w złych zamiarach. Poza tym potrzebujesz zamówić nową, bo nie możesz jeździć bez tablicy.
OK. Szczęście w nieszczęściu: na lekcje umawiamy się obok ośrodka, gdzie mogę zgłosić brak tablicy i zamówić nową. Idę, podchodzę po bloczek, a tam pracownik pyta, po co przyszłam. Tłumaczę, a pani na to:
- Jeżeli najpierw zgłosisz zgubę/stratę na policji, wydanie nowej tablicy będzie tańsze. Jedź na policję, a potem wypełnij ten druk i wróć do nas.
OK. Pojechałam na posterunek policji kilka ulic dalej. Znowu: podchodzę, tłumaczę, dostałam bloczek, czekam, ale nie za długo. Zgłaszam, dostaję raport - jego numer mam wpisać do zamówienia nowej tablicy.
Ufff, wystarczy na dziś, wracam do domu.
Wyjeżdżając z posterunku jeszcze pomachałam do Pana Instruktora, który z kolejnym kursantem kręcił się w pobliżu.
Wieczorem zadzwonił, żeby się upewnić, że wszystko załatwiłam. Miłe, prawda?
To było tydzień temu.
W domu wypełniłam druk, Najmilszy z Mężów podpisał (bo to On widnieje w dokumentach jako właściciel Volvika). Dziś przed lekcją poszłam do urzędu, dostałam bloczek, wysiedziałam się w kolejce... jakiś kwadrans (ciekawostka: za oknem temperatura rosła ku trzydziestce, w środku hulała klima, krzeseł było wystarczająco dużo dla wszystkich oczekujących, działających okienek było dziewięć), po czym w końcu podeszłam do okienka.
Podałam formularz, raport z policji, dokument rejestracyjny samochodu (kartka A4, której dolną część się odcina po zapłaceniu opłaty rejestracyjnej, wpisuje tam numer potwierdzenia wpłaty i wozi w samochodzie, górna część zostaje w domu, bo wypełnia się jej drugą stronę po sprzedaniu samochodu, po czym wysyła do urzędu, który zmienia dane i wysyła nowy dokument do nowego właściciela) i polskie prawo jazdy.
Pani najpierw zapytała, gdzie jest numer dokumentu (o sam dokument nie zapytała w ogóle), na moje wyjaśnienia, że jestem w trakcie 'zdobywania' australijskiego prawa jazdy i że na formularzu jest imię męża po prostu skinęła głową, po czym... przeprosiła mnie na chwilę i poszła o coś zapytać.
Po chwili wróciła i mówi:
- Hmmm, tablica obecnie figuruje w spisie jako zaginiona. Jeśli wydam Ci duplikat, może być to kłopotliwe - policja może Cię zatrzymywać i sprawdzać, czy to właściwy samochód z tymi numerami. Polecam raczej zamówienie nowego numeru niż duplikatu starego.
- OK, brzmi rozsądnie. Tylko powiedz mi proszę, gdzie mam potem pójść i co załatwić w związku ze zmianą numeru.
Pani spojrzała na mnie jakby nieco zdziwiona, kiwnęła głową i podała mi nowy formularz.
- Mogę wypełnić tu przy okienku?
- Tak.
- A nie przeszkadza, że to będzie mój podpis a nie męża?
Pani znowu spojrzała i pokręciła głową przecząco.
- Przepraszam, nie mam przy sobie numeru silnika i numeru podwozia - mogę opuścić tę rubrykę?
- Tak. Bo mamy numer dokumentu rejestracyjnego - te dane są w systemie.
Wypełniłam. Pani w tym czasie poszła wgłąb biura i wróciła... z kompletem nowych tablic. Wklepała dane do komputera.
Zapłaciłam kartą oszałamiającą kwotę - równowartość 1 godziny pracy.
(Ale mogłabym zapłacić więcej, gdybym chciała tablicę w innym kolorze niż biały, z numerami/tekstem w kolorze innym niż czarny, z hasłem np. Południowa Australia Stan Festiwali albo Stan Uniwersytetów, albo Stan Kreatywnych, albo gdybym chciała mieć swój tekst na tablicy :-D
Jednym ze sposobów na wyrażenie swojego statusu majątkowego jest wykupienie jednego z pierwszych numerów - nasz znajomy zapłacił po trzydzieści tysięcy za dwa kolejne numery z przedziału od jeden do sto, na dwa samochody...)
Pani wydrukowała potwierdzenie wpłaty i nowy dokument rejestracyjny - zawiera dane samochodu, stary i nowy numer tablic rejestracyjnych i wyjaśnienie, kiedy i dlaczego wydano nowe tablice.
- Bardzo dziękuję.
Uśmiech zza okienka.
- Aha, czy muszę te tablice założyć już teraz, czy mogę poprosić męża w domu?
- Masz jeden dzień na założenie nowych tablic.
- Uffffff, wolę, żeby to zrobił mąż.
Pani znowu się uśmiecha:
- W pełni Cię rozumiem. Też bym wolała.
- Do widzenia.
- Do widzenia.
I tyle! Operacja trwała około pół godziny łącznie z siedzeniem w kolejce.
Poszłam na lekcję, pojeździliśmy z Panem Instruktorem, On zapytał o przebieg akcji, ja opowiedziałam, jak było i że wszystko załatwione.
W domu Najmilszy odkręcił starą tablicę z tyłu, po czym fachowo i solidnie umocował nowy komplet.
Jego zdaniem nie ukradli mi tej tablicy - musiała odpaść, bo pozostałości śrubek były wyraźnie zardzewiałe.
Aha, i twierdzi, że rano w zeszłym tygodniu tablica jeszcze była, więc pewnie zgubiłam ją po drodze, albo... w czasie lekcji :-D
15 czerwca 2011
Bilans dwulatka ;-)
Hihihi, wbrew tytułowi nie będzie to post o Aganioku, tylko o naszym stażu pod błękitnym niebem nowej ojczyzny.
Dwa lata to okres bardzo znaczący - tyle bowiem w przypadku naszej wizy wynosi minimalny okres kwalifikacji do ubiegania się o stały pobyt.
Wizie poświęciłam osobnego posta, tu chciałam zebrać parę refleksji i krótko podsumować nasz 'dorobek' w nowym kraju.
Znajomość Adelaide
Atlas ulic Adelajdy towarzyszył nam od pierwszego dnia. Korzystając z aplikacji Google Maps 'spacerowaliśmy' po 'naszym' mieście jeszcze przed wyjazdem z Polski - zwłaszcza Najmilszy - oglądał różne dzielnice, zabudowę, ulice, puste działki ;-). Po przyjeździe od początku w Internecie szukaliśmy informacji o sklepach, usługodawcach, produktach, a potem - sprawdzaliśmy adres i trasę dojazdu, a nawet oglądaliśmy widok ulicy, żeby łatwiej było trafić w wybrane miejsce.
Plan centrum jest dosyć przejrzysty, otoczony przez cztery ulice: Północną, Południową, Wschodnią i Zachodnią. Ten czworobok (o powierzchni około jednej mili kwadratowej, nieco nieregularny w kształcie po wschodniej stronie) okala pas parków. Przez parki biegną ścieżki rowerowe, spacerowe, znajdują się tam grupy drzew, klomby, skupiska krzewów, sadzawki i fontanny oraz sporo restauracji i kafejek.
Przez środek centrum, z góry na dół, biegnie King William Street. Serce tej części miasta to Plac Wiktorii (nazwa z 1837 roku, kiedy Wiktoria była jeszcze księżniczką w kolejce do sukcesji), który znajduje się w środku prostokąta wyznaczonego przez inne cztery place. Tam stoi pomnik królowej (odsłonięty w 1894 roku), tryska fontanna obrazująca trzy rzeki, które zasilają miasto w wodę: Torrens, Onkaparinga i Murray oraz powiewają flagi: australijska i australijskich Aborygenów.
Od centrum ulice rozchodzą się promieniście - my do domu jeździmy 'na dół i na lewo', czyli w stronę oceanu i Glenelg. Jeździ też do nas tramwaj i sporo autobusów, kolejka - nie. Z autobusami jest o tyle 'śmiesznie', że większość linii jeździ z danej dzielnicy do centrum, więc, aby odwiedzić kogoś w sąsiedniej dzielnicy 'z boku' jadąc komunikacją miejską trzeba pojechać do centrum, znaleźć punkt przecięcia i 'wrócić' do wybranej dzielnicy ;-)) Trwa to zwykle wieki i tłumaczy, dlaczego samochód jest tu wieeelkim ułatwieniem.
Samochód kupiliśmy zaraz po przyjeździe, mapy też. Od początku staraliśmy się poznawać miasto, układ ulic, kierunki w oparciu o odwiedzane miejsca - sklepy, bank, szkołę, lotnisko itp. GPS zagościł w Chatce dużo dużo później - nie był więc pierwszym nauczycielem i dzięki temu udało się (zwłaszcza Miłemu Memu) dobrze poznać miasto. Dobrym pomysłem okazała się też praca Najmilszego przy dostawach posiłków do domów seniorów polskiego pochodzenia - dzięki temu sporo pojeździł po różnych dzielnicach, poznał skróty, natężenie ruchu, objazdy itp.
Co widzieliśmy oprócz Adelaide?
Staramy się zwiedzać miasto, poznawać różne dzielnice i odwiedzać ciekawe miejsca. Dzięki swojej pracy Najmilszy zna Adelajdę o wiele lepiej niż ja, miał okazję odwiedzić już chyba wszystkie dzielnice i bywać w różnych punktach miasta. Ja znam miasto raczej od strony 'turystycznej' - do pracy jeździłam do centrum, do tego samego biura, teraz też jeżdżę w jedno stałe miejsce.
W ciepłe dni, w czasie wolnym od pracy odwiedzamy więcej miejsc 'na zewnątrz' - plaże, parki, itp., w czasie zimy (tak jak teraz - kiedy dni są krótkie, jest chłodno i szybko zapada zmrok) nasze trasy spacerowe wyznaczają raczej zakupy lub/i jedzenie ;-) Są to też z reguły miejsca położone bliżej Chatki.
Staramy się wyjeżdżać także poza Adelajdę - ciągnie nas z reguły w kierunku oceanu, w kierunku lokalnych roślin (wliczając w to grzyby ;-) ) i zwierzaków oraz... tam, gdzie ciągną się winnice ;-)) Jak bardzo pewne okolice stały nam się swojskie, mieliśmy okazje przekonać się podczas wycieczek z naszymi gośćmi, kiedy braliśmy na siebie rolę przewodników - zdumiewające, ale jednak proces zadomawiania się postępuje ;-))
Sporo już wiemy, choć zapewne tempo zwiedzania może być szybsze.
Odwiedzone miejsca dalej to: Melbourne i Great Ocean Road, którą przejechaliśmy już dwa razy, szlak winnic na Limestone Coast (okolice Coonawarra), szlak starych portów na południe wzdłuż wybrzeża prawie do granicy stanu, okolice jeziora Alexandrina (które objechaliśmy naokoło) oraz pobliskie Goolwa i Victor Harbor i najdłuższa wyprawa, czyli Darwin i emocjonujący zjazd w dół z zaskakującym przystankiem przed Alice Springs. Potem kawałek dnia w Alice Springs i nieplanowany powrót samolotem.
Niektóre z wymienionych wypraw doczekały się już swoich postów, niektóre pozostają ciągle w sferze zamierzeń... Na razie muszą wystarczyć zdjęcia w galeriach... Ale to się oczywiście zmieni i wpisy się pojawią ;-))
Jazda samochodem
Ruch lewostronny nie stworzył żadnych problemów - Najmilszy jeździ 'od zawsze', kierował w swoim życiu przeróżnymi pojazdami, jeździł w różnych warunkach i przychodzi mu to chyba z taką samą naturalnością, jak chodzenie. Mówi, że zaliczył parę pomyłek na pustej uliczce po złej stronie jezdni, ale to sporadyczne, drobne pomyłki, bez konsekwencji.
Ja przywiozłam ze starej ojczyzny zbyt małe doświadczenie, więc kiedy wsiadłam do samochodu (po długiej zresztą przerwie) byłam już wystarczająco 'opatrzona' z tutejszym ruchem.
W Adelajdzie jeździ się raczej komfortowo. Jeszcze nie ma (odpukać!) prawdziwych korków, ulice są z reguły wystarczająco szerokie, w większości mają co najmniej dwa pasy ruchu. Systemu oznaczeń trzeba się nauczyć (jak wszędzie), znaki są czytelne, łącznie z pasami namalowanymi na jezdni. Jeśli miejsca parkingowe wyznaczają linie, to w większości wypadków wyznaczona długość i szerokość jest wystarczająco duża, aby się zmieścić, aby spokojnie wykonać manewr. Podoba mi się również zasada, że przy poboczu parkuje się zawsze zgodnie z kierunkiem jazdy (nawet, jakby się człowiek zagapił i 'przeszedł' na ruch prawostronny, samochody pokażą, jak jechać ;-)) Ta sama podpowiedź stosuje się do pieszych - rzut oka na zaparkowane pojazdy i już wiadomo, gdzie spojrzeć przed wejściem na przejście dla pieszych, skąd może coś nadjechać ;-)) Najgorsza zmora to chyba nierówne studzienki (z reguły poniżej poziomu drogi).
Kierowcy przestrzegają limitów prędkości, raczej nie wymuszają, ustępują, nie naciskają. Zdarzają się na drodze kierowcy niekompetentni, ale z reguły wiadomo, w których miejscach należy szczególnie uważać i na kogo brać poprawkę ;-)) Najlepszy (?) przykład: okolice Central Market w środku miasta - ludzie szukają miejsc parkingowych, często nie sygnalizują, co chcą robić, albo co właśnie robią albo: z taksówkami bywa rożnie ;-) albo: z autobusami też ;-))
Samochód kupiliśmy w pierwszym tygodniu po przyjeździe - korzystając z sobotniego dodatku do dziennika Advertiser, w którym publikowane są ogłoszenia. Niewiele brakło i kupilibyśmy dwa, zamiast jednego - tak się jednak stało, że drugie auto musiało trafić do mechanika i ten w czasie przeglądu zdecydował, że musi je zatrzymać na dłuższą chwilę w warsztacie, a zaplanowane naprawy wpłynęły na cenę samochodu.
Jesteśmy fanami Volvo od wielu lat, więc nie będę się rozpisywać, jak trafna okazała się nasza decyzja ;-)) Volvik jeździ, ma się dobrze, zaliczył kilka drobnych zakupów i wymian, ale i kilka turystycznych wyzwań, że nie wspomnę o niezawodnej pojemności wnętrza podczas ściągania do Chatki dóbr wszelakich ;-))
Opcja, którą bierzemy pod uwagę przyszłościowo to samochód z napędem na cztery koła - ze względu na obszary, które chcielibyśmy zobaczyć, a gdzie trzeba nie tylko dojechać, ale gdzie będzie się można poruszać w trudnym terenie.
Formalności i utrzymanie samochodu to sprawy proste i do przeżycia finansowo, o paliwie pisałam już w osobnym poście. Od lipca tego roku znikają naklejki na przedniej szybie - do tej pory był to znak opłaconej rejestracji i podatku drogowego, wprowadzono już jednak nowy system elektronicznej identyfikacji samochodów i po lipcu każdy kierowca odklei naklejkę, która straci ważność, po raz ostatni.
Zmorą beztroskich kierowców są mandaty (temat w Chatce przerobiony baaardzo gruntownie) - na drogach znajduje się sporo kamer, które cykają zdjęcia, a zdjęcia przekładają się na wysyłane mandaty, których wysokość jest boleśnie odczuwalna. Oprócz kary finansowej naliczane są też punkty karne. I niech nie mają nadziei kierowcy, którzy nie muszą mieć jeszcze australijskiego prawa jazdy (punkty 'czekają' w systemie - kiedy właściciel samochodu, do którego przypisany jest/są mandat/y dostanie pierwszy mandat po otrzymaniu australijskiego prawa jazdy poprzednie punkty zostaną do niego automatycznie doliczone... A obowiązują oczywiście limity punktów w danym czasie (12 punktów w ciągu trzech lat), których przekroczenie grozi utratą dokumentu...
Prawo jazdy to dokument, który nie tylko uprawnia do jazdy samochodem, ale i służy jako dowód tożsamości przy załatwianiu wielu spraw. Niedługo po przyjeździe potrzebowaliśmy np. pożyczyć przyczepę, by przywieźć paczki z dobrami ze starej ojczyzny. I co? Australijskie prawo jazdy było niezbędnym dokumentem, aby skorzystać z usługi. Hmm, pomógł niezawodny Łukasz B. ;-) Z reguły nie ma problemu, aby posłużyć się polskim paszportem jako dokumentem tożsamości, ale...
Według prawa do czasu uzyskania wizy stałego pobytu Polacy mogą jeździć legitymując się polskim prawem jazdy (dokument Unii Europejskiej), ale powinno być ono przetłumaczone na język angielski. Całe szczęście, że niewielu urzędników australijskich wie, że polskie 'międzynarodowe prawo jazdy' ma ważność trzy miesiące (co napisane jest na okładce)... Pozwólcie, że nie skomentuję...
Po uzyskaniu wizy stałego pobytu ma się trzy miesiące na zdanie egzaminów i uzyskanie prawa jazdy. Można to oczywiście zrobić wcześniej, w dowolnie wybranym momencie (tak np. zrobił Najmilszy, aby spełnić wymagania pracodawcy).
Według obecnie obowiązujących zasad Polacy muszą zdać pełny egzamin tzw. VORT - teoretyczny i praktyczny. Na szczęście omija nas tzw. 'petka', czyli 'Practitioner' - trochę jak kiedyś zielony listek, ale z poważniejszymi konsekwencjami i grupą ograniczeń.
Egzamin praktyczny bezpieczniej zdawać po uprzednim wykupieniu i odbyciu jazd z instruktorem - zwiększa to szanse na zdanie egzaminu, bo egzaminator bardzo surowo odhacza wykonane manewry i ich zgodność z 'procedurami' - liczy się dokładna sekwencja poszczególnych zachowań kierowcy, nie jest ważne, ile lat doświadczenia się ma na koncie, ile przejechanych kilometrów i jakie wyczucie sytuacji na drodze... Instruktor pomaga ocenić, czy ma się już szansę, by pomyślnie zaliczyć egzamin i... pomaga umówić się z egzaminatorem.
Trochę więcej o zdobywaniu nowoojczyźnianego prawa jazdy tutaj.
Język angielski
Jako główny aplikant musiałam zdać egzamin IELTS jeszcze w Polsce na wymagane co najmniej 6 punktów z każdej z czterech części. Strach przed egzotyką australijskiej wymowy, przed tutejszymi wyrażeniami okazał się na szczęście mieć wielkie oczy - da się ;-)) Poza tym: mieszkamy w stolicy stanu (na terenach wiejskich byłoby na pewno trudniej ;-), który jest tyglem wielu narodowości, akcentów i poziomów zaawansowania.
Najmilszy został zobligowany do wykupienia kursu języka angielskiego w szkole (alternatywą było zdanie IELTSa na co najmniej 4 punkty z każdej części jeszcze w Polsce). Do szkoły zaczął chodzić niedługo po przyjeździe i kontynuował, w trybie part time (dwa razy w tygodniu wieczorami po trzy godziny) przez nieco ponad rok. Po czym zawiesił do odwołania. Na pewno pomogły mu słuch muzyczny oraz kontakty z osobami mówiącymi po angielsku, a potem praca, gdzie na bieżąco rozmawia i ze współpracownikami i z klientami (włączając w to też rozmowy telefoniczne). Wyzwaniem w pewnym momencie były też licencje zawodowe, których kilka musiał zdobyć zaliczając egzaminy ustne i testy pisemne.
Na pewno pomaga 'zanurzenie w języku' - żadne to odkrycie, że uczymy się dużo szybciej mieszkając w kraju, gdzie na co dzień używa się języka, którego się uczymy. W samochodzie towarzyszyło Najmilszemu włączone radio, w domu - telewizor, Internet oraz gazety.
Na dziś, po dwóch latach, Najmilszy komunikuje swobodnie i bez żadnego problemu, w każdej sytuacji. Kiedy któraś ze stron nie rozumie, albo kiedy Najmilszy nie zna potrzebnego słowa - bez problemu można dopytać, wytłumaczyć 'na około', aż obie strony osiągną porozumienie.
Praca zawodowa
Wiadomo, że wszystko się da ;-)) Da się zatem znaleźć pracę, da się zarabiać wystarczającą ilość pieniędzy.
Pytanie jest jednak inne: jak się mają możliwości znalezienia do naszych oczekiwań, aspiracji, kwalifikacji zawodowych? Hmmm, mocno nijak, a jeśli nie nijak, to co najmniej: inaczej.
Pierwszą sprawą jest przygotowanie dokumentów (CV zwane tu raczej Resume i list motywacyjny, czyli Cover Letter) - niby wszystko jest jasne i oczywiste, ale istnieje zespół lokalnych wymagań i standardów, które należy uwzględnić przygotowując swoje dokumenty. Istnieją możliwości uzyskania darmowej porady, odbycia konsultacji (płatnych lub bezpłatnych), można też wykupić któryś z wielu kursów, skorzystać ze wskazówek publikowanych w Internecie. Kursy angielskiego w szkole obejmują też 'naukę szukania pracy' - tworzenie dokumentów, praktyka przed rozmowami kwalifikacyjnymi, szukanie ofert pracy itp.
Uzbrojeni w dokumenty zaczynamy etap aplikowania o pracę: ogłoszenia publikuje wspomniany wcześniej dziennik Advertiser, popularny portal z ogłoszeniami to np. SEEK, można też wyszukiwać strony internetowe pracodawców i odpowiadać na zamieszczane tam ogłoszenia.
Innym sposobem są agencje rekrutacyjne, gdzie najpierw umawiamy się na rozmowę, zaliczamy większą lub mniejszą ilość testów, zostawiamy dokumenty lub przerabiamy je według otrzymanych wskazówek i... czekamy na sygnał - na telefon z zaproszeniem na rozmowę z potencjalnym pracodawcą.
Można wybrać sobie interesującego pracodawcę i spróbować zacząć u niego pracować w roli wolontariusza. Bywa, że owocuje to ofertą płatnej pracy.
Szukanie pracy 'w ciemno' i wysyłanie aplikacji w miejsca, gdzie nas nie znają, zwiększają ryzyko odpowiedzi odmownej lub eliminacji naszej aplikacji bez nawet słowa odpowiedzi.
Wrogiem nowo przyjezdnych są powszechnie przyjęte stereotypy na temat migrantów, nieznajomość prawa i typów wiz (często aplikację eliminuje odpowiedź na pytanie, że TAK mam wizę uprawniającą mnie do podjęcia pracy, ale NIE, nie mam stałego pobytu; brak wizy stałego pobytu kojarzy się często z koniecznością sponsorowania pracownika, a to oznacza zawiłe i kłopotliwe procedury, których lepiej uniknąć). Inny stereotyp zakłada, że imigrant nie zna dobrze angielskiego, nie potrafi skutecznie komunikować i ciężko taką osobę zrozumieć.
Kolejny kłopot to brak lokalnego doświadczenia zawodowego i szablonowe podejście przy weryfikacji umiejętności.
Zabrzmi to pewnie złośliwie, ale niejednokrotnie miałam wrażenie, że odnotowałabym znaczny wzrost skuteczności, gdybym użyła angielskiej wersji mojego imienia, gdybym wyrzuciła co drugą linijkę z CV i gdybym nazwy stanowisk zamieniła na odpowiedniki występujące w firmie potencjalnego pracodawcy. Pytanie tylko: czy wśród takich ludzi, w takiej firmie naprawdę chciałabym pracować? ;-)) Dodam od razu, że są to czysto teoretyczne rozważania, gdyż nie próbowałam iść tą drogą ;-))
Najbardziej jednak rozpowszechnionym i chyba najskuteczniejszym sposobem jest szukanie pracy w oparciu o znajomości. W pozytywnym sensie, więc może jednak napiszę: w oparciu o kontakty, bo 'znajomości' kojarzą się raczej pejoratywnie. A zatem: puszczamy wici do każdej znanej nam osoby, że szukamy pracy, co nas interesuje itp. Warto mieć przy sobie zapas wizytówek, w niektórych sytuacjach warto mieć i przekazać swoje dokumenty (CV).
Dla osoby świeżo przybyłej z Polski naturalnym pierwszym kręgiem znajomości jest oczywiście Polonia - znajomi, kościół, polskie ośrodki i organizacje. Ten krąg pomógł nam dotrzeć na nasze pierwsze rozmowy kwalifikacyjne, stąd wywodziły się nasze pierwsze prace, więc nie mogę nie polecić tego sposobu. Ale? Hmmm, należy liczyć się ze wszystkimi konsekwencjami wstąpienia w polski światek - niby beczka miodu, ale o łyżce dziegciu powiem, że moim zdaniem była to jedna z większych łyżek, z jakimi się w życiu zetknęłam...
OK, ale jak poznać nie-Polaków? Tak, bywa to niełatwe. Zwłaszcza, że np. mieszkańcy Adelajdy są bardzo przyjaźni, ale po anglosasku zachowują dystans. Celem jest zostać 'mate' - kumplem, swoim. Jak? Hmmm, bywa, że pomaga hobby (Najmilszy np. gra w pokera), sport, wolontariat. Kobiety mogą znaleźć koleżanki u fryzjera lub kosmetyczki (jeśli często tam bywają). Wiele możliwości dają dzieci - plac zabaw, przedszkole, szkoła, zajęcia pozalekcyjne - to różne okazje, gdzie można nawiązywać rozmowy i gdzie niektóre z tych rozmów mogą prowadzić do bliższych znajomości.
Jeśli ktoś lubi prezentacje firm pracujących w systemie marketingu wielopoziomowego - jest ich tutaj cała masa - i to z rożnych branży.
Innym miejscem jest szkoła albo kursy zawodowe, a jak się już pracę ma - spotkania 'sektorowe', gdzie spotyka się ludzi z innych firm.
Dwa lata wydają się optymalnym czasem na wypracowanie 'skutecznych' kontaktów - towarzyskich i zawodowych. Nasz przykład to potwierdza. Najmilszy dzierży puchar lidera, bo Jego 'oswajanie tematu' zabrało rok!
Właściwie odkąd przyjechaliśmy, pracujemy w systemie wypróbowanym w starej ojczyźnie: Najmilszy jest zwolennikiem samodzielności, samozatrudnienia, woli mieć ograniczoną liczbę przełożonych i większy wpływ na sposób, w jaki pracuje, na planowanie, tempo, rozkład dnia itp.; ja z kolei jestem raczej pracownikiem kontraktowym i wolę stacjonarne zajęcia w jednym biurze z ograniczoną ilością spotkań na zewnątrz. Moim celem jest też zacząć ruch 'od linii pierwszego kontaktu wgłąb'. Po -nastu latach witania klientów i gości, odbierania większości telefonów i 'zawiadywania ruchem' dla innych czas już chyba na miłe ciche biuro w głębi, a może nawet na asystentkę ;-))
W tym temacie też obowiązuje zasada sumiennego odrabiania zadań domowych: tym razem ważne jest nie tylko, aby wiedzieć, co oferujemy drugiej stronie, co możemy zaoferować w zamian za pensję i ewentualne dodatki, co umiemy i chcemy robić, w czym mamy doświadczenie, ale i wiedza o tym, czego robić nie chcemy! Hmmmm, niby natrafiłam na opór w w/w temacie, ale w pożegnalnej rozmowie zabrzmiało coś jakby cień cienia przyznania racji...? A może się mylę?
Finanse
Nasza wiza stawiała wymaganie, abyśmy przywieźli ze sobą środki, które pomogą nam tu zamieszkać i doczekać do czasu znalezienia pracy. Fachowcy wyliczyli, że potrzeba nam będzie minimum 30 000 dolarów australijskich (dane na rok 2009!).
Z perspektywy czasu przyznaliśmy im rację.
Fakt, skorzystaliśmy z taniej opcji wynajmu na pierwsze 12 tygodni (o tym pisałam w osobnym poście poświęconym wizie), ale mogliśmy zapłacić depozyt za wynajęcie Chatki (tzw. bond), kupić samochód, potrzebne sprzęty i meble do domu, 'rozpędzić się' bez zbytniego stresu. Dużą pomocą była też na początku przywieziona z Polski karta kredytowa (mimo problemów, których nie przewidzieliśmy!).
Po dwóch latach da się odbudować oszczędności do 'stanu pierwotnego' - piszę 'da się', choć nam się nie udało. Ot, cena za luksus zrezygnowania z nielubianej pracy przed znalezieniem nowej ;-))
I co ważne: mówię o odbudowywaniu oszczędności w sposób zdrowy - przesuwamy do skarbonki jedynie nadwyżki, które zostały z poprzedniej pensji. Ale żyjemy normalnie: poza pracą mamy też rozrywki, opłacamy swoje przyjemności i hobby, inwestujemy w to, co nas cieszy. Nas cieszy ładne i wygodne otoczenie, odwiedzanie nowych i wracanie do starych lubianych miejsc, dobre jedzenie, spędzanie czasu w sympatycznym gronie, stare dobre rozrywki i szukanie nowych ;-))
Mam nadzieję, że nasz blog potwierdza to, o czym teraz piszę ;-))
Zdrowie
Osoby bez prawa stałego pobytu nie są w Australii objęte systemem ubezpieczenia zdrowotnego. Można zatem: a) wykupić prywatne ubezpieczenie lub b) liczyć się z finansowymi konsekwencjami braku ubezpieczenia.
Najważniejszą decyzją jest opłacenie lub nie tzw. Ambulance Cover, czyli opłaty za wezwanie karetki pogotowia w nagłym wypadku. Kolejna decyzja to opłacenie lub nie prawa do opieki szpitalnej - w przypadku braku polisy koszty pobytu w szpitalu są bardzo wysokie.
Co do bieżącej opieki lekarskiej, pomijając oczywiście wypadki losowe i choroby wszelkiej maści, warto rozważyć takie sytuacje, jak wizyty u dentysty, u okulisty (np. recepta na wykupienie szkieł kontaktowych lub konieczność wymiany okularów), czy u lekarza pierwszego kontaktu (GP), łącznie z zapotrzebowaniem np. na środki antykoncepcyjne, skłonność do uczuleń itp.
Według opinii wielu, po przyjeździe do Australii nie tylko reguluje nam się od nowa poziom odporności i flora bakteryjna, ale i zmienia się ponoć gęstość krwi. Organizm przystosowuje się też do innych przedziałów temperatur - i ponoć wszystkie te regulacje 'zajmują' naszym organizmom około dwóch lat.
Nasze doświadczenie zdaje się to potwierdzać: przyjechaliśmy w zimie i na fali entuzjazmu i świeżych wspomnień zimnej wiosny w starej ojczyźnie śmialiśmy się w głos na zastaną zimę. Druga zima dała nam w kość - marzliśmy okrutnie, doskwierał nam chłód i wilgoć. Przyzwyczajeni do centralnego ogrzewania i innych technologii budowlanych odczuwaliśmy dotkliwie zimno panujące wokół. Teraz zdaje się być lepiej, ale poza ewentualnym przyzwyczajeniem organizmu chroni nas też: zabezpieczona przed zimnem i przeciągami Chatka, wełniana kołdra, grzejnik, flanelowe piżamy, domowe skarpetki i 'kapcie' a'la ugg-boots (tu pozdrawiam Dorotę - pamiętam, jakby to było wczoraj, jak się śmiałam z Jej 'zimowego osprzętu' na czele z ugg boot'sowymi papciami) ;-), teraz sama mam podobne ;-)).
Poprzedniej zimy dopadły nas paskudne grypo-podobne infekcje: długo trwały i wymęczyły nas okrutnie. Dość długo potem dochodziliśmy do pełni sił. W tym roku - odpukać - infekcja dopadła Najmilszego, przeszła na mnie, ale już jej przebieg przypominał to, co pamiętamy ze starej ojczyzny, czyli: trzeba się bronić i jest niemiło, ale da się przeżyć ;-))
Ostatnia uwaga w punkcie o zdrowiu to ugryzienie pająka. Niestety, Najmilszy 'zaliczył' najprawdopodobniej ugryzienie White Taila. Domyślamy się tylko patrząc na paskudnie jątrzącą się ranę, bo ani momentu ugryzienia, ani tym bardziej sprawcy Miły Mój po prostu nie pamięta. W pracy, w 'ferworze walki' najprawdopodobniej przeoczył, może pomyślał, że się zadrapał, uderzył itp. Dopiero, gdy zaczęło dziwnie wyglądać, po nitce do kłębka, wymyśliliśmy ugryzienie pająka jako przyczynę...
Mijają tygodnie, Najmilszy kuruje się różnymi środkami, proces gojenia powoli postępuje, nabieramy więc nadziei na pomyślny finał.
Mieszkanie
O wynajmie już było w osobnym poście. Znalezienie miejsca do wynajęcia, to kwestia odrobienia 'zadania domowego' - sumienne zbadanie rynku ofert na pewno zaowocuje znalezieniem tego, czego szukamy. Ważne jednak, aby wiedzieć, czego się szuka, aby określić takie parametry jak: lokalizacja, wielkość, przedział cenowy.
Najtrudniejszy jest pierwszy wynajem, ale wtedy zwykle przychodzą nam z pomocą znajomi i wspólnymi siłami udaje się zrealizować wymagania agencji wynajmu.
Po dwóch latach mieszkania tutaj mamy właściwie komplet - brakuje nam 'tylko' własnego domu, który wygodnie pomieściłby nas i zgromadzone dobra ;-))
Jeśli chodzi o kupno domu - trzeba poczekać do uzyskania wizy stałego pobytu, bo nie tylko umożliwia to zawarcie umowy kupna, ale i wzięcie kredytu z banku (spełnienie wymagań). I jak przy wynajmie: badanie rynku, analiza swojej sytuacji finansowej, porównanie ofert różnych kredytodawców i... już ;-))
Doświadczenie innych uczy: nie sztuką jest kupić dom, schody zaczynają się później - nie wystarczy zbudować, nie wystarczy się wprowadzić - trzeba z uwagą i rozwagą planować spłaty zobowiązań kredytowych.
Zamykam nasz bilans z uśmiechem i satysfakcją.
Lubimy robić bilanse co najmniej tak bardzo, jak lubimy planować nowe projekty.
Podsumowania poza radością dają nam też nową wiedzę, pozwalają wyciągać wnioski i uczyć się na zaś.
Nauczyliśmy się sporo, nowej wiedzy przybywa nam z każdym dniem.
Mamy za sobą sporo osiągnięć, z których jesteśmy dumni i zadowoleni.
Mamy za sobą rozczarowania.
Zdarzyły się rzeczy, które poszły nie tak.
Nie raz trzeba było weryfikować pierwotne założenia.
Ale całościowo: bilans wypada na duży plus.
Patrzymy w przyszłość z ciekawością, optymizmem i rosnącą pewnością siebie.
Wiemy, że mamy oparcie w samych sobie, w sobie nawzajem i wiemy, jakiej mniej więcej porcji oczekiwać od innych ;-))
Na bieżąco przeglądamy, uzupełniamy i dostosowujemy do okoliczności Plan Działania - ilekroć odkreślimy jakiś punkt, świętujemy i... przechodzimy do realizacji kolejnego. A przewidziany margines zostawia potrzebny zapas na modyfikacje i niespodzianki.
Etykiety:
Bilans
,
formalności
,
Glenelg
,
Google Map
,
IELTS
,
komunikacja miejska
,
mandaty
,
nauka języka angielskiego
,
Notes
,
pająki
,
paliwo
,
prawo jazdy
,
samochód
,
szukanie pracy
,
white tail
,
wycieczki
,
wynajem
,
zima
14 października 2010
Karuzela, czyli kiedy minął miesiąc szesnasty?
Po raz drugi minął nam pod tutejszym niebem trzynasty dzień października. Dziś nauczyciele w starej ojczyźnie znów mają swoje święto (a my znów wysłaliśmy wirtualne uściski dla Zasłużonej Pani Dyrektor Pewnego Przedszkola ;-), czas zatem na kolejny bilans sumujący szesnasty już miesiąc naszego pobytu w nowej ojczyźnie.
Minął pod hasłem przygotowań dyrektorskich. Najmilszy załatwiał formalności, odwiedzał przeróżne urzędy, zdał egzamin na tutejsze prawo jazdy i otrzymał ten dokument, skompletował narzędzia i materiały do nowej pracy, przygotował samochód do przeglądu, zdał kolejne cztery egzaminy i - uffffffff - podpisał kontrakt.
Tadaaaaam, jeszcze nie podniesiono kotwicy, ale wiatr dmie obiecująco i wody oceanu błękitnieją w oddali ;-)) Ahoj!!!
Kawał dobrze wykonanej roboty, ale warto było! Dni mijały w szaleńczym tempie, szybciej chyba tylko wydawaliśmy pieniądze - yyyyyyy, wróóóóóóććć - inwestowaliśmy! Czekamy zatem z pełną ciekawości niecierpliwością na efekty poczynionych starań ;-))
Zaskakujące, że kiedy Najmilszy zsiadał z tej wirującej karuzeli, to znajdował czas i siły, by wynajdować dziury w całym, czyli dopieszczać Lawendową Chatkę. Dlaczego dopieszczamy? Hmmm, bo tacy już jesteśmy ;-) Może rozsądek podpowiada innym inne podejście, ale to nasza codzienność, nasze miejsce na obecny kawałek życia, więc skupiamy się na podpisanej w sierpniu umowie na kolejny rok pobytu tutaj i wierzymy, że za pracę nikt nas nie ukarze ;-))
Jedna z Sióstr podpowiada uparcie, że afirmacje to potęga, więc upiększamy Chatkę i wizualizujemy swoje tutaj szczęśliwe życie - będzie dobrze ;-))
Uczciliśmy kolejny rok udanego małżeństwa szaleństwami kulinarnymi w nieco innej wersji niż zwykle - zamiast pójść do restauracji na kolację, tym razem poszliśmy na miniwarsztaty kulinarne z degustacją tego, co powstało podczas wieczoru.
Inspiracja kuchnią molekularną była widoczna, ale pewien niedosyt pozostał - najważniejsze, że taka forma spędzania czasu też nam odpowiada i nie był to zapewne ostatni taki wieczór.
W wyniku obecności przy kiermaszu książek w Domu Polskim w Chatce pojawił się Hrabia Monte Christo. Dawno dawno temu Najmilszy zafascynowany powieścią dał się namówić, by pożyczyć komuś pierwszy tom... Książka do Niego już nigdy nie wróciła, po latach pożyczkobiorczyni się wyparła...
Żeby sprawiedliwości stało się zadość, przyniosłam Najmilszemu nowy komplet, postawiłam na półce, po czym... zdjęłam i czytam ;-)) Obok postawiłam Don Kichote'a ;-))
Ostatnią niedzielę września okrasiło oglądanie startu parady starych samochodów - fenomenalna kolekcja zabytków z historii motoryzacji obejmowała samochody osobowe, motocykle oraz samochody-narzędzia pracy, czyli karetki pogotowia, straż pożarna, autobusy, ciężarówki, samochody pomocy drogowej i wojskowe (nawet stare samoloty przeleciały nam kilkakrotnie nad głowami), a smaczku imprezie dodały stroje uczestników parady, którzy w większości wypadków dostosowali swój strój do czasów największej popularności prezentowanego pojazdu.
Przez prawie dwie godziny przejeżdżały koło nas różne maszyny, ale czas ten w ogóle się nie dłużył.
Wcześniej niż my, wyczerpana zupełnie, padła... bateria w aparacie.
Do przybycia Hobbitów pozostał miesiąc. Ha, coraz więcej toczy się rozmów na ten temat i to w obu krajach ;-))
W oparciu o świetny materiał przygotowany onegdaj przez Tomka W., powstała odświeżona wersja Przewodnika Podróżnika, która posłużyła już kilku podróżnikom, a teraz posłuży Hobbitom.
Jak zwykle w takich okolicznościach, powstała również lista i wykreślamy z niej kolejne punkty. Tik tak tik tak, ale raczej nas to cieszy niż stresuje, bo przygotowania mają swą moc, która przybliża wyczekiwany moment oraz chroni od niespodzianek niemiłych pozwalając cieszyć się miłymi ;-))
Tradycyjnie, zerkam na bilans sprzed roku i:
- Najmilszy nadal chodzi do szkoły i ostatnio stwierdził, że zauważył dokonany skok - hihihihi, najlepsze, że zauważył to na przykładzie nie swoim, a współklasowiczów ;-))
- czy ja rok temu wspomniałam o trzymiesięcznym kontrakcie? hmmmm, we wrześniu minął rok, a kontrakt nadal jest wirtualno-mówiony...
- Najmilszy jest już przyszłym-obywatelem-tego-kraju w coraz większym stopniu: jest szefem fajnej firmy, ma tutejsze prawo jazdy i ładny komplet uprawnień zawodowych, bez problemu rozmawia wszędzie, gdzie Go nogi doniosą ;-)
Mieliśmy okazję być świadkami uroczystości odebrania tutejszego obywatelstwa i cieszy nas, że to kwestia czasu, kiedy i my przeżyjemy podobne wzruszenia ;-))
- Kolejny piękny mebel czeka na Mistrza Projektów, aby przywrócił mu świetność pewnie większą niż kiedykolwiek ;-) Koncepcja się krystalizuje, a czas nadchodzi ;-)) - hmmm, ten czas nadal nadchodzi ;-))
W zeszłym roku nasze cytrusy miały już ponoć owocki. Hmmm, w tym roku mamy piękne zestawy kwiatowe na pomarańczach, cytryna ma... jeden pączek, lemonka i mandarynka - nic poza liśćmi.
Zobaczymy, w końcu nie o zawiązki owoców chodzi, a o dojrzałe owoce ;-)) Za to przyszłe brzoskwinki już są ;-))
Zrezygnowaliśmy w tym sezonie ze ściółki pod płotem, i tak nie bardzo zdała egzamin, więc gęstnieje trawnik tam, gdzie miała być wyściółka. Natomiast to, co w zeszłym sezonie nazywaliśmy trawnikiem - jak tak dalej pójdzie - zacznę chyba wkrótce pisać z dużej litery ;-))
Fontanna szumi nam bardzo często - w zasadzie częściej szumi, niż nie ;-))
Storczyki przezimowały na zewnątrz i... mają nowe odrosty - wrrrr, nie całkiem o to chodziło. Za to epidendrum ma pęd kwiatowy - mam nadzieję, że niedługo pokażę Wam kwiatostan w pełnym rozkwicie.
Lawendy zaliczyły wiosenne kwitnienie - najwcześniejsza już finiszuje, pozostałe w rozkwicie.
Wiosna pięknieje z dnia na dzień, kwitną kwiaty w przydomowych ogrodach, krzewy i drzewa; papugi zachwycone buszują wśród czerwonych kwiatostanów Bottle Brush, które zgodnie z nazwą przypominają szczotki do butelek. To bardzo duża grupa roślin o efektownych kolorowych, postrzępionych, szczotkopodobnych kwiatostanach.
Jest coraz cieplej, ale deszcz nadal o nas pamięta, więc wracając podtrzymuje bujny rozkwit zieloności - liści po zimowej przerwie przybywa z dnia na dzień.
Fantastyczne są te przejawy rozkwitania, odżywania, żywiołowej żywotności ;-))
Korzystając z tych fantastycznych okoliczności przyrody odwiedziliśmy kolejne parki-rezerwaty, by napawać się urokami tutejszej flory i fauny - pospacerowaliśmy nad klifami w Hallet Cove i zajrzeliśmy do Warrawong.
Rowery nadal śpią zimowym snem... Wiosna wokół, a śpiochy śpią i przegapiają... ;-)) Ale i to się zmieni, niech no tylko karuzela zwolni ;-))
Minął pod hasłem przygotowań dyrektorskich. Najmilszy załatwiał formalności, odwiedzał przeróżne urzędy, zdał egzamin na tutejsze prawo jazdy i otrzymał ten dokument, skompletował narzędzia i materiały do nowej pracy, przygotował samochód do przeglądu, zdał kolejne cztery egzaminy i - uffffffff - podpisał kontrakt.
Tadaaaaam, jeszcze nie podniesiono kotwicy, ale wiatr dmie obiecująco i wody oceanu błękitnieją w oddali ;-)) Ahoj!!!
| Od Lawendowa Chatka3 |
Kawał dobrze wykonanej roboty, ale warto było! Dni mijały w szaleńczym tempie, szybciej chyba tylko wydawaliśmy pieniądze - yyyyyyy, wróóóóóóććć - inwestowaliśmy! Czekamy zatem z pełną ciekawości niecierpliwością na efekty poczynionych starań ;-))
Zaskakujące, że kiedy Najmilszy zsiadał z tej wirującej karuzeli, to znajdował czas i siły, by wynajdować dziury w całym, czyli dopieszczać Lawendową Chatkę. Dlaczego dopieszczamy? Hmmm, bo tacy już jesteśmy ;-) Może rozsądek podpowiada innym inne podejście, ale to nasza codzienność, nasze miejsce na obecny kawałek życia, więc skupiamy się na podpisanej w sierpniu umowie na kolejny rok pobytu tutaj i wierzymy, że za pracę nikt nas nie ukarze ;-))
Jedna z Sióstr podpowiada uparcie, że afirmacje to potęga, więc upiększamy Chatkę i wizualizujemy swoje tutaj szczęśliwe życie - będzie dobrze ;-))
Uczciliśmy kolejny rok udanego małżeństwa szaleństwami kulinarnymi w nieco innej wersji niż zwykle - zamiast pójść do restauracji na kolację, tym razem poszliśmy na miniwarsztaty kulinarne z degustacją tego, co powstało podczas wieczoru.
Inspiracja kuchnią molekularną była widoczna, ale pewien niedosyt pozostał - najważniejsze, że taka forma spędzania czasu też nam odpowiada i nie był to zapewne ostatni taki wieczór.
| Od 2010/09/23 |
| Od 2010/09/23 |
| Od 2010/09/23 |
| Od 2010/09/23 |
W wyniku obecności przy kiermaszu książek w Domu Polskim w Chatce pojawił się Hrabia Monte Christo. Dawno dawno temu Najmilszy zafascynowany powieścią dał się namówić, by pożyczyć komuś pierwszy tom... Książka do Niego już nigdy nie wróciła, po latach pożyczkobiorczyni się wyparła...
Żeby sprawiedliwości stało się zadość, przyniosłam Najmilszemu nowy komplet, postawiłam na półce, po czym... zdjęłam i czytam ;-)) Obok postawiłam Don Kichote'a ;-))
| Od Lawendowa Chatka3 |
Ostatnią niedzielę września okrasiło oglądanie startu parady starych samochodów - fenomenalna kolekcja zabytków z historii motoryzacji obejmowała samochody osobowe, motocykle oraz samochody-narzędzia pracy, czyli karetki pogotowia, straż pożarna, autobusy, ciężarówki, samochody pomocy drogowej i wojskowe (nawet stare samoloty przeleciały nam kilkakrotnie nad głowami), a smaczku imprezie dodały stroje uczestników parady, którzy w większości wypadków dostosowali swój strój do czasów największej popularności prezentowanego pojazdu.
Przez prawie dwie godziny przejeżdżały koło nas różne maszyny, ale czas ten w ogóle się nie dłużył.
Wcześniej niż my, wyczerpana zupełnie, padła... bateria w aparacie.
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
Do przybycia Hobbitów pozostał miesiąc. Ha, coraz więcej toczy się rozmów na ten temat i to w obu krajach ;-))
W oparciu o świetny materiał przygotowany onegdaj przez Tomka W., powstała odświeżona wersja Przewodnika Podróżnika, która posłużyła już kilku podróżnikom, a teraz posłuży Hobbitom.
Jak zwykle w takich okolicznościach, powstała również lista i wykreślamy z niej kolejne punkty. Tik tak tik tak, ale raczej nas to cieszy niż stresuje, bo przygotowania mają swą moc, która przybliża wyczekiwany moment oraz chroni od niespodzianek niemiłych pozwalając cieszyć się miłymi ;-))
Tradycyjnie, zerkam na bilans sprzed roku i:
- Najmilszy nadal chodzi do szkoły i ostatnio stwierdził, że zauważył dokonany skok - hihihihi, najlepsze, że zauważył to na przykładzie nie swoim, a współklasowiczów ;-))
- czy ja rok temu wspomniałam o trzymiesięcznym kontrakcie? hmmmm, we wrześniu minął rok, a kontrakt nadal jest wirtualno-mówiony...
- Najmilszy jest już przyszłym-obywatelem-tego-kraju w coraz większym stopniu: jest szefem fajnej firmy, ma tutejsze prawo jazdy i ładny komplet uprawnień zawodowych, bez problemu rozmawia wszędzie, gdzie Go nogi doniosą ;-)
Mieliśmy okazję być świadkami uroczystości odebrania tutejszego obywatelstwa i cieszy nas, że to kwestia czasu, kiedy i my przeżyjemy podobne wzruszenia ;-))
| Od Lawendowa Chatka3 |
- Kolejny piękny mebel czeka na Mistrza Projektów, aby przywrócił mu świetność pewnie większą niż kiedykolwiek ;-) Koncepcja się krystalizuje, a czas nadchodzi ;-)) - hmmm, ten czas nadal nadchodzi ;-))
W zeszłym roku nasze cytrusy miały już ponoć owocki. Hmmm, w tym roku mamy piękne zestawy kwiatowe na pomarańczach, cytryna ma... jeden pączek, lemonka i mandarynka - nic poza liśćmi.
Zobaczymy, w końcu nie o zawiązki owoców chodzi, a o dojrzałe owoce ;-)) Za to przyszłe brzoskwinki już są ;-))
| Od Lawendowa Chatka3 |
| Od Lawendowa Chatka3 |
Zrezygnowaliśmy w tym sezonie ze ściółki pod płotem, i tak nie bardzo zdała egzamin, więc gęstnieje trawnik tam, gdzie miała być wyściółka. Natomiast to, co w zeszłym sezonie nazywaliśmy trawnikiem - jak tak dalej pójdzie - zacznę chyba wkrótce pisać z dużej litery ;-))
Fontanna szumi nam bardzo często - w zasadzie częściej szumi, niż nie ;-))
Storczyki przezimowały na zewnątrz i... mają nowe odrosty - wrrrr, nie całkiem o to chodziło. Za to epidendrum ma pęd kwiatowy - mam nadzieję, że niedługo pokażę Wam kwiatostan w pełnym rozkwicie.
Lawendy zaliczyły wiosenne kwitnienie - najwcześniejsza już finiszuje, pozostałe w rozkwicie.
| Od Lawendowa Chatka3 |
Wiosna pięknieje z dnia na dzień, kwitną kwiaty w przydomowych ogrodach, krzewy i drzewa; papugi zachwycone buszują wśród czerwonych kwiatostanów Bottle Brush, które zgodnie z nazwą przypominają szczotki do butelek. To bardzo duża grupa roślin o efektownych kolorowych, postrzępionych, szczotkopodobnych kwiatostanach.
Jest coraz cieplej, ale deszcz nadal o nas pamięta, więc wracając podtrzymuje bujny rozkwit zieloności - liści po zimowej przerwie przybywa z dnia na dzień.
Fantastyczne są te przejawy rozkwitania, odżywania, żywiołowej żywotności ;-))
| Od Lawendowa Chatka3 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
Korzystając z tych fantastycznych okoliczności przyrody odwiedziliśmy kolejne parki-rezerwaty, by napawać się urokami tutejszej flory i fauny - pospacerowaliśmy nad klifami w Hallet Cove i zajrzeliśmy do Warrawong.
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
Rowery nadal śpią zimowym snem... Wiosna wokół, a śpiochy śpią i przegapiają... ;-)) Ale i to się zmieni, niech no tylko karuzela zwolni ;-))
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
Etykiety:
Bilans
,
Bottle Brush
,
fontanna
,
formalności
,
Hallet Cove
,
Hobbity do góry nogami
,
kangur
,
nauka języka angielskiego
,
prawo jazdy
,
storczyki
,
trawniki
,
Warrawong
19 września 2010
Kolejne mgnienie wiosny
Weekend w tym tygodniu zaczął nam się wcześniej - w piątek obydwoje wyszliśmy z pracy już w porze lunchu, bo nasi przyjaciele odbierali w tym dniu potwierdzenie nadania im obywatelstwa. W odświętnych strojach i nastrojach pojawiliśmy się w Ratuszu Miejskim, gdzie w jednej z sal odbyła się uroczystość z udziałem jednego z Radców Miejskich, Mera (Lord Mayor) oraz pani Minister d/s Wielokulturowości i kilku innych zagadnień m.in. Wolontariatu (więc my z Najmilszym mieliśmy okazję poznać Ją wcześniej, na majowej uroczystości dla wolontariuszy).
Ależ było uroczyście - przemówienia, przysięga, odbiór certyfikatów (każdy udokumentowany indywidualnym zdjęciem z Merem w wykonaniu 'ratuszowego' fotografa), flagi krajów, z których przyjechali nowi obywatele (flag było około 20, w tym: polska, brytyjska, amerykańska, kanadyjska, grecka, włoska, izraelska, ukraińska i wiele innych, które dopiero musimy sprawdzić, bo nam wiedzy nie starczyło), odśpiewanie hymnu pod przewodnictwem zaproszonej solistki, a potem, a jakże, bankiecik ;-)) Do pełni szczęścia doszedł fakt, że jakimś cudem uniknęliśmy mandatu, mimo przekroczenia czasu dozwolonego o godzinę :-0




Sobota zaczęła się bladym świtem, bo o siódmej rano (!) Ostatni z Moich Mężów rozpoczął egzamin praktyczny na nowoojczyźniane prawo jazdy. Tuż przed ósmą zameldował się w domu z powrotem z zaskakującą wiadomością: zdał (a jakże!) na 96pkt na sto (???). No wiecie Państwo, a już się przyzwyczaiłam do Jego stuprocentowych sukcesów ;-))
Kiedy Najmilszy odbierze już swój nowoojczyźniany dokument (pierwszy!), wtedy w Notesie pojawi się obiecany już wcześniej post na temat zamiany staroojczyźnianego prawa jazdy na tutejsze.
Popołudnie rozpoczęliśmy od degustacji wina u znajomych Najmilszego z Moich Mężów. Jason i Sachi mają swoje krzewy winorośli, w tym roku uzbierane grona przekazali fachowcom od produkcji i po odpowiednim czasie otrzymali rieslinga i shiraza sygnowane własną marką. Degustacja wypadła pomyślnie i zakończyła się zamówieniem tuzina (6+6) butelek. Przy okazji poznałam Gospodarzy. Chwilkę porozmawialiśmy z Gospodarzem, Gospodynią i jednym z ich znajomych, po czym ruszyliśmy w stronę domu Nowych Obywateli - nadchodził bowiem czas świętowania w atmosferze mniej podniosłej ;-))
Wieczór u Nowych Obywateli obfitował w nowoojczyźniane akcenty, choć nie obyło się bez akcentów znanych i przywiezionych ze Starego Kontynentu: podano i pizzę (dwie wersje) domowej roboty, i tzatziki, i sałatkę Isaury, i francuskie trójkąciki.
Oprócz lokalnego wina i flagi, było też i BBQ ;-)
Pojedliśmy, popiliśmy, pożartowaliśmy, po czym Volvik prowadzony pewną-kobiecą-dłonią zajechał pod Lawendową Chatkę, gdzie Popiołek i Aganiok zdecydowanie uparli się na śródnocny spacer. Wyszli, dzięki temu możemy ze spokojnym sumieniem powiedzieć, że to koty wróciły do domu nad ranem ;-))
Po 'wychodnej' sobocie nastała okołodomowa niedziela: przywieźliśmy dwa ostatnie cytrusy do kompletu: drzewko pomarańczowe (z czerwonym miąższem) i mandarynkowe.
Kiedy, już po ciemku, trafiły do beczek, oficjalnie ogłosiliśmy, że oto Projekt Cytrusy, Podejście Drugie - został ukończony.
Pozostaje trzymać kciuki za przyszłe kwitnienia i owocowanie ;-))
Ależ było uroczyście - przemówienia, przysięga, odbiór certyfikatów (każdy udokumentowany indywidualnym zdjęciem z Merem w wykonaniu 'ratuszowego' fotografa), flagi krajów, z których przyjechali nowi obywatele (flag było około 20, w tym: polska, brytyjska, amerykańska, kanadyjska, grecka, włoska, izraelska, ukraińska i wiele innych, które dopiero musimy sprawdzić, bo nam wiedzy nie starczyło), odśpiewanie hymnu pod przewodnictwem zaproszonej solistki, a potem, a jakże, bankiecik ;-)) Do pełni szczęścia doszedł fakt, że jakimś cudem uniknęliśmy mandatu, mimo przekroczenia czasu dozwolonego o godzinę :-0
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
Sobota zaczęła się bladym świtem, bo o siódmej rano (!) Ostatni z Moich Mężów rozpoczął egzamin praktyczny na nowoojczyźniane prawo jazdy. Tuż przed ósmą zameldował się w domu z powrotem z zaskakującą wiadomością: zdał (a jakże!) na 96pkt na sto (???). No wiecie Państwo, a już się przyzwyczaiłam do Jego stuprocentowych sukcesów ;-))
Kiedy Najmilszy odbierze już swój nowoojczyźniany dokument (pierwszy!), wtedy w Notesie pojawi się obiecany już wcześniej post na temat zamiany staroojczyźnianego prawa jazdy na tutejsze.
Popołudnie rozpoczęliśmy od degustacji wina u znajomych Najmilszego z Moich Mężów. Jason i Sachi mają swoje krzewy winorośli, w tym roku uzbierane grona przekazali fachowcom od produkcji i po odpowiednim czasie otrzymali rieslinga i shiraza sygnowane własną marką. Degustacja wypadła pomyślnie i zakończyła się zamówieniem tuzina (6+6) butelek. Przy okazji poznałam Gospodarzy. Chwilkę porozmawialiśmy z Gospodarzem, Gospodynią i jednym z ich znajomych, po czym ruszyliśmy w stronę domu Nowych Obywateli - nadchodził bowiem czas świętowania w atmosferze mniej podniosłej ;-))
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
| Od Zdjęcia Bloggera 4 |
Wieczór u Nowych Obywateli obfitował w nowoojczyźniane akcenty, choć nie obyło się bez akcentów znanych i przywiezionych ze Starego Kontynentu: podano i pizzę (dwie wersje) domowej roboty, i tzatziki, i sałatkę Isaury, i francuskie trójkąciki.
Oprócz lokalnego wina i flagi, było też i BBQ ;-)
Pojedliśmy, popiliśmy, pożartowaliśmy, po czym Volvik prowadzony pewną-kobiecą-dłonią zajechał pod Lawendową Chatkę, gdzie Popiołek i Aganiok zdecydowanie uparli się na śródnocny spacer. Wyszli, dzięki temu możemy ze spokojnym sumieniem powiedzieć, że to koty wróciły do domu nad ranem ;-))
Po 'wychodnej' sobocie nastała okołodomowa niedziela: przywieźliśmy dwa ostatnie cytrusy do kompletu: drzewko pomarańczowe (z czerwonym miąższem) i mandarynkowe.
Kiedy, już po ciemku, trafiły do beczek, oficjalnie ogłosiliśmy, że oto Projekt Cytrusy, Podejście Drugie - został ukończony.
Pozostaje trzymać kciuki za przyszłe kwitnienia i owocowanie ;-))
| Od Lawendowa Chatka3 |
| Od Lawendowa Chatka3 |
| Od Lawendowa Chatka3 |
| Od Lawendowa Chatka3 |
Etykiety:
Adelaide Town Hall
,
cytrusy
,
formalności
,
obywatelstwo
,
prawo jazdy
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)
