Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blog jest.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blog jest.... Pokaż wszystkie posty

24 października 2009

Blog ma rok ;-)

Parę dni temu minął rok Chudzielce Story.
Marzenie naszego życia weszło w tym czasie w fazę swojej realizacji, przybyło nam wiele doświadczeń, w tym dotyczących bloga właśnie.

Blog okazał się narzędziem fantastycznym: mobilizuje do wpisów, jest świetną platformą kontaktu z bliskimi osobami, niweluje różnicę czasu i odległości, ułatwia czas milczenia, kiedy rozmówców akurat nie ma przy komputerach po drugiej stronie (sic!).
Blog pomaga w prowadzeniu systematycznych zapisków, wymusza segregowanie treści i dobieranie tematów. Zachęca do umieszczania kolejnych wpisów, bo a nuż kogoś zaciekawią, rozwieją wątpliwości, może kogoś zainspirują... Zapis służy więc nie tylko autorowi, ale i pozostaje trwałą pamiątką na 'za jakiś czas'. I dobrze, bo pamięć jest ulotna, a my mamy okazję zapisywać 'na gorąco' spełnianie się naszego życiowego marzenia, wielkiego planu układanego przez długie miesiące, wyczekanego i okupionego sporymi nakładami ;-))

Nieocenioną zaletą bloga jest dla mnie jego multimedialna strona (na razie wykorzystywana przy umieszczaniu linków do innych stron, aby rozwinąć poruszane tematy oraz zdjęć) oraz interaktywność. Nie odpowiadam na poszczególne komentarze bezpośrednio, ale staram się do nich odnosić w rozmowach oraz kolejnych wpisach. Komentarze cieszą mnie niezmiennie i są pierwszą częścią bloga, którą sprawdzam, ilekroć go otworzę.

Najwierniejszym Czytelnikiem jest Najlepszy z Mężów - czyta na bieżąco, choć moim zdaniem blog skorzystałby bardzo, gdybym umieszczała tu więcej wpisów inspirowanych przez Niego - zawsze to męskie oko, męski sposób myślenia, racjonalne podsumowania i wnioski ;-)) W mojej głowie dojrzewa pewien pomysł - może się uda wprowadzić go w tym nowozaczętym drugim roku pisania? ;-)

Wszystkim Czytelnikom serdecznie dziękuję - za odwiedziny, za ciepłe słowa, za pytania, które mnie inspirują i za... pokazane słoiki ;-)) Tak trzymajcie - bez Was ten blog nie będzie taki sam ;-))

4 lipca 2009

Ukłon w stronę Czytelnika

Zacznę od podziękowań. Za to, że jesteście i że tak licznie i żywo reagujecie na powstające tu wpisy.
Cieszy mnie Wasza obecność, cieszą przekazywane opinie, a nade wszystko - cieszą mnie komentarze*.
Niektórzy z Was zaszczycili nas wpisując adres tego bloga jako swoją stronę startową; widzę takich, którzy na bieżąco sprawdzają, czy przegraliśmy do albumów zdjęcia z aparatu (yyyy, tego, no...); są tacy, którzy poranną kawę uzupełniają australijskim newsem (if any ...) - bardzo Wam dziękuję, bo Wasza obecność bardzo popycha ten blog do przodu. I chciałam dodać w tym miejscu, że co prawda nie odpisuję na kolejne komentarze, ale zaczynam oglądanie bloga po włączeniu komputera od sprawdzenia, czy jakieś komentarze się pojawiły ;-))

Dziękuję za wszystkie kciuki i życzenia. Im więcej ich będzie, tym bardziej entuzjastyczne wpisy tu znajdziecie, bo na moc kciuków nie ma rady, o czym wiem, odkąd czytam Pewne-Forum ;-))

Od Zdjęcia Bloggera

Wszechświat nie pozostaje obojętny ani na trzymane kciuki, ani na nasze marzenia, do których spełnienia dążymy. Mam nadzieję, że wpisy na tym blogu będą dawały liczne na to przykłady. A jeśli dla kogokolwiek z Was, Drodzy Czytelnicy, okaże się to inspiracją, doda otuchy, czy zmobilizuje do zakrzyknięcia Ahoj Przygodo!, to już mi serce roście (sic!) na samą myśl o tym. Zachęcam do zbierania, a może i nadsyłania przykładów - to się bardzo przydaje w takie dni, kiedy nam jesiennieje za oknem i w duszy, kiedy trybiki się zatną, utkną i nie chcą ruszyć w wymarzonym przez nas kierunku... Bo że trybiki ruszą, to wiadomo, tylko czasem nie wiadomo: kiedy ;-)

Zabawne, jak często się łapię na tęsknocie za rzeczami, które płyną do nas. Ostatnio był to jeden ze słowników, do którego chciałam spojrzeć, by sprawdzić czy warto mu dokupić 'kuzyna'. Dziś, pisząc o odpowiedziach Wszechświata na nasze marzenia pomyślałam oczywiście o Alchemiku ;-)) Jasne, wiem, że większość z nas dawno wyrosła z tej książki ;-)), ale prawdy w niej zawarte pewnie dlatego oddziałują tak silnie, że w tak prostej formie zostały nam podane, poza tym mgiełka baśni i poezji zawsze sprzyja opowieściom, prawda? Cytatu więc nie będzie, ale pewnie wszyscy wiemy, o co chodzi i co poza blogiem pomaga na jesienne nastroje duszy ;-))

Niedawno pisałam o za małych kubkach herbacianych i co? Wczoraj podczas zakupów już w dziale z warzywami uśmiechnęły się do nas kubki o rozmiarach może-nie-całkiem-satysfakcjonujących-ale-już-lepszych-niż-przeciętny-kubek ;-) Przeczytałam etykietę 'kubki na zupę', uśmiechnęłam się pod nosem, wymieniłam z Miłym Mym porozumiewawcze spojrzenie i... zapakowałam do koszyka trzy sztuki. Dlaczego trzy? Hmmm, jakem skąpiec ;-) 3 szt za A$6, więc wziąć czterech nijak nie mogłam, sześciu wziąć nie śmiałam ;-))
I kto mi powie, że Wszechświat nie czuwa, gotowy by spełniać nasze marzenia?

Jeszcze słówko o smokach, skoro odpowiadam na komentarze. Stadko ma się dobrze, pociech przybyło, między innymi piękne maluchy smoków letnich. To moi ulubieńcy - smoki letnie podobają mi się najbardziej ze wszystkich pór roku. Jasne, że zapraszam do oglądania i klikania, szczególnie na jajka i na pisklaki - dzięki temu rosną i mają się dobrze ;-)
O klikanie proszę tym bardziej, że czas kiepskiego połączenia internetowego przyczynił się do dwóch śmierci - straciłam jajo i pisklaka, bo zabrakło kliknięć, a ja nawet nie mogłam biedusiów podrzucić komuś innemu... Aha: i nie pytajcie mnie, czemu hodowla smoków mnie tak wciągnęła - nie wiem, po prostu tak mam ;-))

Na koniec zagadka: skąd wiem, że nadeszło południe? Jeśli jestem wtedy w domu, wiem ponieważ włącza się radio! Taka magia ;-)) Jakem humanistka: jest to dla mnie kolejny dowód na to, że w radiu mieszkają małe ludziki, które włączając radio przesyłają mi wiadomość, że już dwunasta ;-))

--------------------------
* Ostatnio w jednej rozmów okazało się, że nie każdy wie, gdzie te komentarze są i jak je odczytać.
Zapraszam, bo to ważna część bloga: pod każdym postem znajduje się zielony napis: komentarze Jeżeli jest ich więcej niż zero, wtedy należy najechać myszką i kiedy pojawi się łapka, kliknąć w ten wyraz, a komentarze się wyświetlą.

26 listopada 2008

Ukłon w stronę Czytelnika

W miarę jak rośnie moje doświadczenie jako autorki bloga (no, nie żeby to było jakieś nic - w końcu bloguję już ponad miesiąc - u ha ;-), nasuwają mi się kolejne spostrzeżenia na temat podobieństw i różnic z pamiętnikiem tradycyjno-zeszytowo-szufladowym.
Otóż, doświadczenie potwierdza, że blog jest pisany w dużej mierze dla innych, a raczej: pod czujnym okiem Życzliwych Czytelników.
Co rusz łapię się na tym, że obmyślam, o czym by tu moim Czytelnikom napisać.
Wyczekuję komentarzy, jakąkolwiek drogą by nie docierały.
Ba, Czytelnicy skuteczniej pilnują nietworzenia dziur = nierobienia przerw w zapiskach, niż sama kiedykolwiek byłam to w stanie sama sobie narzucić ;-)

Dziś pomyślałam, że napiszę o butach, damskich butach i to w dodatku zimowych.
I nie chodzi bynajmniej o to, że chodzą za mną pewne-brązowiutkie-pokuski, ale o to, że z radością wielką stwierdzam, iż obuwie prezentowane na krakowskich ulicach przez kobiety w różnym wieku to całkiem ciekawy i urozmaicony zbiór. Przełamany został monopol czerni, a nawet czerni i brązów. Widać przeróżne kolory, radujące oczy jako osobny byt, albo jako komplet z torebką, szalikiem, czapką, czasem płaszczem lub kurtką. Różne są też zarówno wysokości, jak i kształty obcasów. Cholewki mają różną wysokość, szerokość i są zdobione na wielorakie sposoby - pojawiają się przeróżne klamry, paski, aplikacje i wywinięcia, a nawet ozdobne hafty - pełne i tylko po konturach.

Co ciekawe, stopień fantazyjności obuwia nie jest porządkowany przez wiek (myślałam, że najodważniejsze będą młode dziewczyny i tylko one wybiorą bardziej szalone wzory), nie chodzi chyba też o stopień zamożności właścicielek (jasne, to może być złudne - oceniać czyjś stopień zamożności po wyglądzie, ale przyjmijmy tak na oko, intuicyjnie).

Ewidentnie zmienił się rynek! Panie, mając do wyboru więcej różnych wzorów, mając dostęp do sprzedawców w tradycyjnych sklepach, ale i w Internecie, odchodzą od dawnego wzorca praktyczności, próbują nowości i - jak sądzę - z radością przekonują się, że taka nowość może być i ładna, i wygodna, i zabawna, i ciesząca oko.
I na przykład moje oko cieszy to bardzo.
Tym bardziej, że sama jestem, jeśli nie niewolnicą, to przynajmniej zadeklarowaną zwolenniczką klasycznych rozwiązań ;-)

6 listopada 2008

Blog powinien być celowy i specjalistyczny...

Aby nieco uciszyć wspomniane wcześniej wyrzuty sumienia zanotuję, iż od bladego świtu wiemy, że dzięki decyzji wyborców Barack Obama zostanie 44. prezydentem Stanów Zjednoczonych.

Słów parę z wiarygodnego źródła i jeszcze :-)

Wiemy też, że obecny prezydent Francji Nicolas Sarkozy w wysłanym rano liście gratulacyjnym do Obamy Sarkozy przekręcił jego imię na "Barak". Główny tekst listu został wydrukowany, ale Sarkozy dopisał do niego ręcznie inwokację "Drogi Baraku" i końcowe pozdrowienia - podał mediapart.fr. Na stronie internetowej Pałacu Elizejskiego inwokacja listu brzmi "Panie prezydencie elekcie" (za w/w źródłem).

Doczytując aktualizację dowiedziałam się, że i nasz prezydent nie zawiódł: Nie tylko prezydent Francji Nicolas Sarkozy pomylił się w depeszy gratulacyjnej dla Baracka Obamy. Błąd popełnił także Lech Kaczyński. Skrót USA w depeszy polskiego prezydenta został rozwinięty jako "Stany Zjednoczone Ameryki Północnej". - To kardynalny błąd - powiedział serwisowi internetowemu tvp.info amerykanista prof. Krzysztof Michałek. Jedyna dopuszczalna forma rozwinięcia skrótu USA brzmi bowiem: "Stany Zjednoczone Ameryki". W depeszy gratulacyjnej naszego prezydenta błąd pojawia się aż trzykrotnie (za w/w źródłem).

Przy pierwszej wpadce jakoś szczerzej się uśmiechnęłam, przy drugiej...

Blog jest również inny niż pamiętnik tradycyjny...

... co oczywiście składa się na jego plusy i minusy. Poniższe rozważania wynikają z moich osobistych doświadczeń i może inni pamiętnikopisarze sądzą inaczej, ale jeśli nawet, to jest to mój blog i nie zawaham się go użyć (jako argumentu ;-).

Pamiętnik pisze się zwykle dla siebie, trzyma w szufladzie lub nie, ale dopóki nie trafimy na kogoś niedyskretnego (o, feee!!!), kto myszkując znajdzie i podczyta; albo dopóki nie zostaniemy sławni (wtedy pewnie się okaże, że to super materiał na książkę i że będzie to bestseller i worek pieniędzy); albo jeśli mamy naście lat i super-przyjaciółkę-do-grobowej-deski-zaplute-zamazane, która oczywiście powinna poznać i pozytywnie ocenić nasze twórcze działania; albo jeśli mamy lat duuuużo więcej i nie zdążymy pamiętnika spalić przed odejściem swem i trafi on w ręce spadkobierców naszego pokaźnego majątku...
Jeśli nie zajdą powyższe okoliczności, pamiętnik piszemy sami dla siebie, czasem odczytujemy wcześniejsze zapiski, robiąc przy tym różne miny, i wspominamy - jesteśmy sobie i czytelnikiem i recenzentem, treść spływa nam prosto z głowy i serca na papier. Ograniczenia dotyczące treści, tematyki, priorytetów, rzeczy wartych i niewartych wspomnienia zależą tylko od nas. I chyba pamiętnik sporo na tym zyskuje.

Bo...

Blog ze swej natury i definicji jest komunikatem wysyłanym w świat do wszystkich, teoretycznie bez ograniczeń. Oczywiście, że możemy na zapleczu technicznym ustawiać coraz więcej różnych parametrów, ale chodzi mi o przestrzeń Internetu vs przestrzeń kartek w zeszycie, który leży w naszym pokoju. Zupełnie inna skala, niesamowite różnice i ciekawe pole obserwacji i nauki zarazem.
Z faktu "nieograniczoności" dostępu do bloga wynika na przykład sposób redagowania tekstu, doboru treści, autocenzura (a jakże!). Nie tylko liczymy się z tym, że możemy mieć Czytelnika, ale wręcz chcemy go mieć, czasem wręcz go zapraszamy przesyłając linka lub umieszczając adres w naszej internetowej sygnaturce (w adresie mailowym, na forach, na swojej stronie www itp). Powtarzam, różni autorzy różnie postępują ze swoimi blogami, ale mówię trochę z własnego doświadczenia (jeden koniec skali) a trochę teoretyzuję definiując blog według jego pierwotnych założeń (publikacja swojej twórczości w sieci, czyli drugi koniec skali).

Na fali podniosłego nastroju, że to już drugi miesiąc blogowania ;-) tak się zastanawiałam wczoraj: na ile moje zapiski różnią się od tego, co napisałabym w zeszycie?
Sobie nie tłumaczyłabym rzeczy oczywistych, więc pewnie nie byłoby obrazków, albo miałyby inną formę - pewnie krótszą, zrozumiałą tylko dla mnie. I nie wiem, czy to dobrze, bo są to migawki, które po jakimś czasie mogą wrócić w pamięci na fali skojarzenia, ale mogą też ulecieć, a chyba niektórych byłoby szkoda.
Zapiski byłyby chyba bardziej zbliżone do relacji, streszczeń dnia lub konkretnych wydarzeń w ciągu dnia, a tutaj staram się ich zapis jakoś usprawiedliwić*. Należy szanować czas i dobrą wolę Czytelnika. Niby jest to mój blog i nikt nie jest zmuszony, by czytać moje zapiski, nikt tu nie wchodzi z przykazaniem, że ma mu się podobać, ale świadomość, że nie piszę do szuflady wpływa na to, co i jak zapisuję. Z drugiej strony może to dobrze, bo zastanawiam się, o czym napisać, co wybrać, pewnie bardziej kontroluję słowa? Ale czy z tego powodu nie odsiewam zbyt wiele? Biorę odpowiedzialność za moje wybory i mam nadzieję, że wybieram optymalnie. Bo chyba i tu sprawdza się zasada złotego środka - nie relacja, jak w osobistym dzienniku, żeby nie zanudzić i nie zniesmaczyć, ale i wybrać z głową, aby był jakiś sens w odwiedzinach i czytaniu tego bloga przez zaproszonych Gości ;-))
Jest też i Przyszły Czytelnik - Junior, którego wizja towarzyszy mi podczas komponowania kolejnych wpisów.

Co do autocenzury, zaczęłam się zastanawiać, na ile znający adres Czytelnicy, a raczej Ci, którzy jeszcze tego adresu nie dostali (a może dostaną? a może lepiej, żeby nie dostali w ogóle?) wpłyną na treść zapisków ;-) I wbrew pozorom wcale nie chodzi o to, że najchętniej bym obsmarowała przed całym światem bliską przyjaciółkę ;-), ale o to, że skoro jest to Chudzielce story, to jasne, że Chudzielce żyją w jakimś kontekście, że Chudzielców otaczają różni ludzie - mniej i bardziej bliscy, mniej i bardziej ważni, mniej i bardziej mądrzy, bogaci, szlachetni, piękni itp. I jedną sprawą jest, że jeśli napisać dobrze, to najlepiej o wszystkich, żeby ktoś nie wszedł i nie poczuł się Niewspomniany, a drugą, że jeśli w ogóle napisać, to może ten ktoś by sobie nie życzył, że właśnie o tym, że przed całym światem (ekhm, ekhm)... No ale z kolejnej strony, nie po to ktoś jest bliski i ważny, żeby mu nadać ksywkę lub inicjał na potrzeby bloga, ale z drugiej strony może właśnie tak trzeba, bo skoro bliski i ważny to i tak, ten, kto ma zrozumieć, to zrozumie, a kto nie zrozumie, to zajmie się całością, a nie wnikaniem w szczegóły i rozszyfrowywanie inicjałów (przynajmniej dopóki blask sławy nie opromieni mnie i moich bliskich ;-)...
Zakładam, że jedną z cech tego bloga jest tworzenie obrazków-impresji na temat różnych osób czy sytuacji, a nie konkretnych i szczegółowych opisów, jak oleje Matejki ;-)

I jeszcze jedno. Jak już tłumaczyłam przy okazji powyższej gwiazdki - trauma trwa. I gdzieś tam po głowie telepie mi się trwożliwa myśl, którą tłamszę tyleż z trudem, co bez powodzenia, że blog powinien być po coś, to znaczy: celowy powinien być, pożyteczny, albo o mojej pasji. A moją pasją w tym blogu jest chyba moje pisanie, moje życie z Chudym Mężem i chęć zapisania tego na zaś. I wszystko byłoby dobrze, gdyby chodziło o zapiski w tradycyjnym pamiętniku... Tam nie ma wyrzutów sumienia i pytań o celowość ;-)
Mam nadzieję, że przynajmniej część z powyższych pytań i wątpliwości rozwiąże się z czasem i rosnącym doświadczeniem. W końcu tradycyjne pamiętniki pisałam przez wiele lat, a blog to ciągle pasjonująco świeża sprawa ;-)

* Jest to skutek traumy, jaką przeżyłam, kiedy odważyłam się pokazać moje "młodzieńcze rymowania" (któż z nas nie był na tym etapie? ;-) starszemu koledze, którego bardzo ceniłam i uważałam za autorytet w temacie. Jasne, że miałam nadzieję na komplementy i zachętę na ciąg dalszy, a tymczasem On przeczytał, spojrzał na mnie uważnie i zapytał: No i super. Tylko: po co?

Jakkolwiek by nie bolało, przyznałam mu rację.

23 października 2008

Blog jest współczesny, i modny, i fajny, jest też praktyczny. Wymienione określenia bloga wiążą go z pojęciem, które można opisać za pomocą tych samych przymiotników, jakim jest zarządzanie.
Blog na razie budzi we mnie masę gwałtownych emocji i entuzjazm.

W przerwie na niepisanie ;-) pomyślałam o tym, że z punktu widzenia Czytelnika (zwłaszcza Wiernego - tu dygnięcie adresowane ;-) (nawias drugi: też zamierzam być Wiernym Czytelnikiem tego bloga ;-), treść musi być nie tylko ciekawa i warta poświęconego jej czasu, ale także: sensownie zorganizowana. Tu kłania się zarządzanie ;-)

Oś czasowa nie wystarczy, bo tyle mam w głowie pomysłów... Pomysły zdecydowanie przeganiają moje know-how (patrz przymiotniki powyżej ;-) o blogach i ich tworzeniu. Jasne, że z czasem do tego dojdę, ale na razie wymyśliłam, że stworzę etykietę OBRAZKI. Będą to, jak nazwa zapowiada, zapisane scenki - urocze, zabawne, wzruszające, ważne lub nie, ale takie, które uznam za warte zatrzymania i utrwalenia. Oczywiście, że kryteria doboru będą subiektywne, ale po to są blogi, prawda? ;-)

Pierwsze pojawią się Obrazki z filharmonii. Pomyślałam o tym, kiedy przejeżdżałam dziś koło gmachu nowej krakowskiej operetki. Wyglądał na otwarty i czynny, ale że nic o tym nie wiem, więc postanowiłam sprawdzić.

Poza Obrazkami będzie etykieta albo osobny blog (luka w know-how :-) Kulinaria by Chudzielce, bo niektórzy jedzą, aby żyć, ale my zdecydowanie żyjemy, by - między innymi - cieszyć się jedzeniem ;-)