Zainspirowana przez Nieocenioną Monique postanowiłam opisać nasze tu jedzenie, bo - jak wiadomo - Chudzielce lubią jeść, i smakować, i komentować, i chyba nawet już trochę o jedzeniu wiedzą ;-)) Jak na razie, odpukać, jemy zdrowo ;-)
Jemy albo w domu, albo poza. Jak poza, to albo na imprezkach u znajomych, albo w knajpeczkach różnego typu, rodzaju i stopnia wykwintności ;-)
W naszych zakupach spożywczych przeważają owoce i warzywa, chociaż, wbrew wcześniejszym planom, nie zrobiliśmy jeszcze zakupów na markecie. Część owocowo-warzywna naszego wybranego hipermarketu przypomina sklep Madziusiowy, czyli starego-dobrego-Alberta.
Spory wybór i jakość bez zarzutu. Szybko zapomnieliśmy o horrorach serwowanych przez hipermarkety ze starej ojczyzny.
Kupujemy zwykle warzywa zupowo-sałatkowe, z myślą o jarskich obiadach i dodatkach do kanapek, sporo sałaty różnego rodzaju, pomidory. Jest tu i chińska kapustka bok choy, i rzeżucha o liściach wielkości dłoni dziecka, i ziemniaki poukładane według odmian z opisem, która do czego. Podobnie zresztą opisane są jabłka.
Kupowane owoce to siaty pomarańczy (dzięki, Koniczyna, za inspirację - kupiliśmy elektryczną wyciskarkę do cytrusów - jak ktoś ma dylemat prezentowy, to polecam - sprawdza się i nie irytuje użytkownika, jak większość sokowirówek ;-)), melony różnego rodzaju, winogrona, malutkie bananki, kiwi (nowozelandzkie faktycznie zasługują na otaczającą je legendę - oliwkowozielone i słodkie). No i oczywiście orzechy różnych odmian, na kilogramy - same lub w mieszankach, a jak w mieszankach to słono-orzechowe, albo niesłono-owocowe. Nerkowce czy brazylijskie, o makadamiach nie wspomnę, można tu jeść normalnie i bez wyrzutów sumienia, bo kosztują normalnie ;-))
Z egzotycznych atrakcji na razie nic specjalnego nie zaliczyliśmy.
Posiłki przygotowywane w domu to czasem niezły wyczyn, bo nasza kuchnia ciągle płynie, a w mieszkanku mamy do dyspozycji 'aż' trzy garnki, z czego jeden normalny zupowy-więcejlitrowy, a dwa to minirondelki - jeden półtora-, a drugi litrowy.
Jako że Ulubiony z Moich Mężów wraca do domu na obiadokolację po całym dniu pracy, przygotowuję zupę i porcję owoców (nie rozpędzajmy się z nazywaniem tego sałatką ;-) oraz wyciskam sok z pomarańczy, a na drugie kombinuję, żeby było w miarę niejednakowo (ahhh, gdzie nasze zasoby przypraw Kamisa???) i żeby się pomieścić w posiadanych garnkach: makaron z sosem, ryż z duszonymi porami, brokuły z wody, ostatnio sałatka makaronowa z wykorzystaniem lodówkowych końcówek i jajami na twardo ;-)) Ani patelni, ani woka, więc czasem cichy szloch we mnie wzbiera ;-)) Że o Thermomixie nie wspomnę, buuu...
Co do imprez u znajomych: próbowaliśmy barbecue, przepraszam BBQ (z różnym skutkiem wg Chudego ;-), potraw wspominanych z poprzedniej ojczyzny oraz impresji na temat kuchni zastanych tutaj. Często stoły zapełniają gotowe kupowane w sklepie przekąski lub dania na wynos (propozycje sklepowe zaskoczyły mnie na duuuży plus). Jako wegetarianka wybór miewam większy lub mniejszy, ale z reguły sobie radzę. Jeżeli miałabym dziś przyznać jakiś dyplom, to przyznałabym dwa: jeden za mizerię, drugi za tzatziki ;-)
Jedzenie poza domem:
- do hinduskiej jeszcze nie dotarliśmy, bo uparcie otwierają o 17:30, więc głód nie pozwolił nam nigdy doczekać,
- do tajskiej trafiliśmy na lunch i wyszliśmy zadowoleni bardzo,
- do Noodle Box chodzimy regularnie i jemy w miskach na miejscu (Noodle Box to coś, co można zobaczyć na amerykańskich filmach, kiedy bohaterowie jedzą w domu przyniesione z zewnątrz azjatyckie jedzenie w kartonowych pudełkach, z reguły jest to danie z makaronem, często jedzone pałeczkami), Mąż pałeczkami, ja widelcem, oboje baaardzo uważamy, bo zawsze się pochlapiemy, choćbyśmy nie wiadomo jak się starali, Mąż zaproponował zakładanie papierowych serwetek pod szyją - obciach, ale dodaje radosnego kolorytu naszym posiłkom,
- Włosi jak to Włosi, nie zaskoczyli nas niczym, więc wobec licznych egzotycznych propozycji mamy ich odfajkowanych na czas jakiś,
- po sushi chodzimy w wybrane miejsca i mamy już ulubione rodzaje,
- świeżo wyciskane soki z owoców i warzyw pokazanych palcem są super, do smoothies i mieszanek z jogurtem jeszcze nie doszliśmy, bo szkoda nam smaku czystych wyciskanek,
- lody jedliśmy raz, ale porządnie, wrócimy wiosną po więcej ;-))
Generalnie: Chudy Mąż zajada się owocami morza i czasem rybami, ja penetruję propozycje wegetariańskie.
Wina australijskie kochamy coraz bardziej.
Piwa nowoojczyźniane: Chudy - Carlton rodem z Victorii, ja południowoaustralijski Copers Premium Ale.
10 lipca 2009
Obrazek - nowe dżoły
I tak oto, w miesiąc od ostatniego spotkania z Jovanką, powstały moje pierwsze dżoły nowojczyźniane.
Ehhhh, zdecydowanie należało Jovankę porwać - chociaż istnieje niebezpieczeństwo, że bym się nie dopchała ;-)
Dżoły, czyli akrylowe żele są tu usługą, która dopiero zdobywa klientki, bo ciągle przeważają dużo popularniejsze akrylowe tipsy. Zresztą, większość zakładów robi tipsy, zaś dżoły tylko nieliczne.
Powiem tak, zdjęcia zrobię jutro, a na razie oglądam moje nowe palce i przyzwyczaić się nie mogę ;-) Francuskie końcówki są bardzo białe, a żel jest przezroczysty zupełnie. Ładne są, ale i zupełnie inne. Poza tym, nie mam żadnej ozdóbki :-(
Ze sporą dozą nieufności przeżyłam po raz pierwszy elektryczną szlifierkę. Ostatnio szefowa, Romy, zapewniła mnie, że Monika korzysta ze szlifierki, ale jest delikatna i wie, co robi, nie niszcząc paznokcia, a tylko ścierając żel. Szlifowanie kazało się OK, skracanie przy pomocy tego narzędzia trwało minutkę. Potem reszta już przebiegała tradycyjnie, przy użyciu jednorazowego papierowego pilnika.
Polski żel po miesiącu (!) pięknego trwania postanowił jednak poobłazić (ale dopiero po potraktowaniu szlifierką), w sumie to i lepiej, na wypadek, gdyby dwa różne żele miały się nie zgodzić ze sobą. Podsumowując: sprzęt i kosmetyki podobne, procedura wykonania też podobna, poza opisanymi wyjątkami.
Czy mówiłam już, że uwielbiam tu być? I że uwielbiam komplementy? No więc: i Monika, i Romy, a nawet dwie klientki obkomplementowały moje pazoory sugerując, że powinnam przemyśleć karierę jako... modelka od rąk ;-)
Przyjemnie połechtana ścisnęłam świeżo zrobione paluszki w megakciuki za Jovankę, kto zgadnie dlaczego? ;-)
Ehhhh, zdecydowanie należało Jovankę porwać - chociaż istnieje niebezpieczeństwo, że bym się nie dopchała ;-)
Dżoły, czyli akrylowe żele są tu usługą, która dopiero zdobywa klientki, bo ciągle przeważają dużo popularniejsze akrylowe tipsy. Zresztą, większość zakładów robi tipsy, zaś dżoły tylko nieliczne.
Powiem tak, zdjęcia zrobię jutro, a na razie oglądam moje nowe palce i przyzwyczaić się nie mogę ;-) Francuskie końcówki są bardzo białe, a żel jest przezroczysty zupełnie. Ładne są, ale i zupełnie inne. Poza tym, nie mam żadnej ozdóbki :-(
| Od Zdjęcia Bloggera2 |
Ze sporą dozą nieufności przeżyłam po raz pierwszy elektryczną szlifierkę. Ostatnio szefowa, Romy, zapewniła mnie, że Monika korzysta ze szlifierki, ale jest delikatna i wie, co robi, nie niszcząc paznokcia, a tylko ścierając żel. Szlifowanie kazało się OK, skracanie przy pomocy tego narzędzia trwało minutkę. Potem reszta już przebiegała tradycyjnie, przy użyciu jednorazowego papierowego pilnika.
Polski żel po miesiącu (!) pięknego trwania postanowił jednak poobłazić (ale dopiero po potraktowaniu szlifierką), w sumie to i lepiej, na wypadek, gdyby dwa różne żele miały się nie zgodzić ze sobą. Podsumowując: sprzęt i kosmetyki podobne, procedura wykonania też podobna, poza opisanymi wyjątkami.
Czy mówiłam już, że uwielbiam tu być? I że uwielbiam komplementy? No więc: i Monika, i Romy, a nawet dwie klientki obkomplementowały moje pazoory sugerując, że powinnam przemyśleć karierę jako... modelka od rąk ;-)
Przyjemnie połechtana ścisnęłam świeżo zrobione paluszki w megakciuki za Jovankę, kto zgadnie dlaczego? ;-)
Sprawy poważne widziane optymistycznie
Chudy coraz bliżej podpisania kontraktu, więc ja poszłam na zaległą sesję informacyjną. (Pamiętacie, jak jechaliśmy do Melbourne i przełożyłam uczestnictwo w sesji? To właśnie tamta zaległość ;-)
W spotkaniu uczestniczyło towarzystwo na wskroś kolorowe: najwięcej było hindusów i reprezentantów rasy żółtej (wiem, że dla nich to oczywiste z wyglądu, kto skąd pochodzi, ale ja nie podjęłabym się zgadywania - stąd to uogólnienie ;-). Podsłuchałam rozmowę dwóch 'nietypowych' par: jedni przyjechali z Wielkiej Brytanii, drudzy z Południowej Afryki. Jedni z dwójką dzieci w wieku szkolnym, drudzy z maluchem w wózku; i tyle nas białych tam było na sesji.
Podobno miesięcznie przyjeżdża do Adelaide ok. 200 imigrantów i podobno proporcje są zupełnie, jak te, które widziałam na sesji. Wiem to od naszego agenta, który jako wolontariusz jednego z programów tzw. Meet & Greet otrzymuje co miesiąc zestawienia planowanych przyjazdów.
Sesja nie trwała długo, dowiedziałam się paru nowych rzeczy, rozwiało się parę wątpliwości dotyczących przepisów wizowych i naszej przyszłej ścieżki do stałego pobytu. Faktem jest, że rząd Południowej Australii od kilku lat realizuje plan powiększenia populacji: i stanu i samej Adelajdy. Faktem jest, że działania są kompleksowe, że władze uczą się tu na swoich błędach, że ktoś na bieżąco analizuje, aktualizuje i usprawnia wdrażane projekty. Niektóre z nich są unikatowe, realizowane jedynie w Południowej Australii np. programy opieki nad nowo przybyłymi (np. sesja, na której byłam, przywitanie na lotnisku, mieszkanie na pierwsze trzy miesiące pobytu itp.), wsparcie podczas szukania pracy, pomoc poprzez dofinansowanie nauki dzieci w szkołach.
Następnego dnia pozbierałam papiery 'okołopracowe' i pojechałam do wydziału Skills Recognition Services, który jest 'punktem wyjścia' dla nowo przybyłych imigrantów szukających pracy w Południowej Australii. Technicznie mogliby być agencją pośrednictwa pracy, praktycznie są komórką wspierająco-doradczą, ponadto monitorują losy migrantów, którzy się do nich zgłosili.
Ja poszłam wyjaśnić powstałą niepewność: czy Vetassess, czyli papier zdobyty podczas wdrażania procedury wizowej jest wystarczający dla ewentualnego przyszłego pracodawcy (jest to potwierdzenie, że po porównaniu mojego dyplomu do systemu australijskiego okazał się on pełnowartościowy i że uznaje się mnie tu za absolwentkę studiów wyższych). Tak, Vetassess wystarcza i nie trzeba procedury wszczynać na nowo i tworzyć osobnego dokumentu.
Przede wszystkim jednak przywiozłam ze sobą dokumenty, które niedawno wysłałam do oby-przyszłego-pracodawcy, z prośbą o rzucenie na nie wewnętrznym-okiem-australijsko-rekrutującym, o porady i sugestie zmian, a tak naprawdę o przybliżoną ocenę moich szans ;-)
I co? I miód na moje serce! Interlokutor nie tylko miał zrozumiały akcent, nie tylko był sympatyczny i brzmiał kompetentnie, ale i był caaałkiem przyjemny z wyglądu ;-) Czas naszej rozmowy był jednak ograniczony ze względu na wcześniej zaplanowany workshop, ale i tak było miło i z pożytkiem. Przeglądając moje papiery zapytał, jak długo tu jestem i czy przygotowywałam je sama. Jestem niecały miesiąc i tak, sama. Miałam materiały instruktażowe? Miałam, a jakże, nawet je przeczytałam i nawet starałam się wdrożyć to, co wyczytałam. - Wow! Bardzo dobrze, nawet jak na poziom tubylca. No, czy nie był miły?
Interlokutor założył, że możliwe, że dostanę tę pracę. Jeśli nie, mam się dowiedzieć, dlaczego mi się nie udało (tak, dzwoni się do niedoszłego pracodawcy, prosi o maila z wyjaśnieniem, można nawet poprosić o wgląd do części raportu komisji rekrutującej, części dotyczącej tego, kto pyta...) i zgłosić się z tym, co otrzymam na konsultację, w czasie której ulepszymy to coś, co ewentualnie nie zagrało ;-)
Jasne, dostałam też kartkę z kilkoma sugestiami, co można by dopracować i co wziąć pod uwagę już teraz przy opracowywaniu kolejnych zgłoszeń. Dobra, jutro zamierzam skorzystać z tych wskazówek ;-)
Dla równowagi poszłam również do jednej z agencji pośrednictwa pracy. W zasięgu spaceru, a dzień był piękny. Świeciło słońce i można było rozpiąć, a nawet zdjąć kurtkę. Ot, zima ;-)
W agencji na wstępie usłyszałam, że oni owszem szukają pracowników biurowych, ale głównie inżynierów i techników. Mimo to rozmówczyni poprosiła o pokazanie dokumentów, powtórzyła większość uwag kolegi po fachu oraz wszystkie komplementy ;-), opowiedziała, że sama jest imigrantką i ma wizę stałego pobytu od stycznia 2008 i że mój angielski jest świetny. Na moją minę odparła gładko: - jasne, że słyszałam ludzi mówiących szybciej, ale często ich akcent uniemożliwiał zrozumienie treści, a Ciebie rozumie się bez problemu, Twój akcent jest niewyczuwalny. Zróbmy tak: każdy myśli, co pomyślał, a ja pozostanę przy swojej interpretacji, że był to komplement ;-) Lubię komplementy, więc cóż poradzę ;-)
Powiedziała jak poprzerabiać CV (z konserwatywnej wersji polskiej, na australijską ;-) i zaoferowała, żebym Jej tę nową wersję przesłała do wglądu. Ostateczną superwersję wyślemy do agencji, która szuka pracy dla specjalistów biurowych takich jak ja, czyli nie-inżynierów i nie-techników ;-)) Ta agencja nie leżała w odległości spaceru od centrum, więc jej nie wybrałam jako celu czwartkowej wizyty ;-)
Ten jakże owocny dzień uprzyjemniłam sobie dodatkowo zestawem sushi i megakubkiem świeżo wyciskanego soku (marchew+seler naciowy+jabłko+imbir). Nade mną świeciło słońce, a obok mnie prawie chrumkały cztery świnki z mosiądzu, bo była to wszak Rundle Mall ;-)
6 lipca 2009
Spacerkiem przez zimę
Właśnie wróciłam znad oceanu. Dziś przywitał mnie spokojny, znów szmargadowozielony. Tafla gładka aż po horyzont, tylko do brzegu dobijają niewielkie fale, ot tyle, by ładnie się rozprysnąć tworząc biały grzebień. Na linii horyzontu niebo było niebieskie, a przebijające tam słońce srebrzyło pas wody, na reszcie nieba przez wiszące szare chmury prześwitywał w kilku miejscach błękit.
Ha, idąc przez molo w pewnej chwili zobaczyłam nawet swój cień, czyli słońce przebiło się i nad Glenelg.
Na piasku siedzi po turecku matka z niemowlęciem na kolanach. Dwójka starszych dzieciaków tuż obok ryje rękami w piasku wznosząc jakieś budowle lub biega strasząc mewy, które, po australijsku wyluzowane, niechętnie i jakby od niechcenia odfruwają najbliżej jak się da, tyle zaledwie, by umknąć dzieciom.
Linia tramwajowa jest chwilowo nieczynna z powodu remontu części torowiska. Za to na placu (nie wiem, czy nazywają go ratuszowym, ale można by, z racji ratusza zbudowanego w jednym z rogów placu) na jednej z ławek siedzi starszy Chińczyk i gra na flecie typowo tamtejszą muzykę. Chyba gra, bo lubi, nie widziałam żadnego pudełka ani kapelusza. Ilustruje muzyką to, co widzi? Wyraźnie cieszy go trwająca chwila i widziana scena.
Pora lunchu, lodziarnie w pełnym rozruchu, kurtki noszą głównie ci, których akcent najbardziej różni się od rodzimego, podobnie jak i wygląd. Dzieci często ubrane jak w chłodniejsze dni lipca w starej ojczyźnie ;-)) Restauracje przyciągają zapachami, które przenikają na ulicę i mieszając się współtworzą klimat tego miejsca. Przy ławkach ze stolikiem obok grającego Chińczyka siedzi rodzinka i zajada się kanapkami. Bardzo urokliwy obrazek.
Molo to obowiązkowy punkt programu przy każdej wycieczce w okolice Jetty Road. Rzut okiem na ocean także.
Wczoraj przybył kolejny punkt - przy sąsiedniej uliczce na jednym z drzew wokół skweru ktoś zawiesza specjalne kolby ziaren (takie 'zlepki' w kształcie walca), które baaardzo doceniają moje ulubione kolorowe 'wróble'. Żal przejść i nie przystanąć, by rzucić na nie okiem. A może to się kiedyś nudzi i powszednieje? Oby nie ;-))
Ufffff, wysłałam pierwszą aplikację w sprawie pracy. Przygotowania kosztowały mnie sporo czasu, wysiłku i ... siły woli, ale udało się zdążyć na czas. Mając potwierdzenie, że odebrali i będą rozpatrywać pozostaje mi cierpliwie czekać i ogłosić akcję megatrzymania kciuków. Ogłaszam zatem i proszę o megakciuki. Zadajmy kłam powszechnej opinii, że trwa kryzys i ciężko o pracę ;-))
Mam nadzieję, że włożony w przygotowania wysiłek zaprocentuje i kolejne odpowiedzi na inne aplikacje powstaną szybciej i będą mnie kosztowały mniej ;-))
Na razie mam na oku jedno ogłoszenie.
Ale, ale, ja tu gadu-gadu, a już najwyższy czas przyjrzeć się z bliska zawartości spiżarni i pomyśleć o Mężu, który za parę godzin wróci do domu po pracy z nadzieją na kolejny pyszny, zdrowy i sycący obiad ;-) Hmmm, co my tu mamy...?
Ha, idąc przez molo w pewnej chwili zobaczyłam nawet swój cień, czyli słońce przebiło się i nad Glenelg.
Na piasku siedzi po turecku matka z niemowlęciem na kolanach. Dwójka starszych dzieciaków tuż obok ryje rękami w piasku wznosząc jakieś budowle lub biega strasząc mewy, które, po australijsku wyluzowane, niechętnie i jakby od niechcenia odfruwają najbliżej jak się da, tyle zaledwie, by umknąć dzieciom.
| Od Zdjęcia Bloggera |
| Od Zdjęcia Bloggera |
Linia tramwajowa jest chwilowo nieczynna z powodu remontu części torowiska. Za to na placu (nie wiem, czy nazywają go ratuszowym, ale można by, z racji ratusza zbudowanego w jednym z rogów placu) na jednej z ławek siedzi starszy Chińczyk i gra na flecie typowo tamtejszą muzykę. Chyba gra, bo lubi, nie widziałam żadnego pudełka ani kapelusza. Ilustruje muzyką to, co widzi? Wyraźnie cieszy go trwająca chwila i widziana scena.
Pora lunchu, lodziarnie w pełnym rozruchu, kurtki noszą głównie ci, których akcent najbardziej różni się od rodzimego, podobnie jak i wygląd. Dzieci często ubrane jak w chłodniejsze dni lipca w starej ojczyźnie ;-)) Restauracje przyciągają zapachami, które przenikają na ulicę i mieszając się współtworzą klimat tego miejsca. Przy ławkach ze stolikiem obok grającego Chińczyka siedzi rodzinka i zajada się kanapkami. Bardzo urokliwy obrazek.
Molo to obowiązkowy punkt programu przy każdej wycieczce w okolice Jetty Road. Rzut okiem na ocean także.
Wczoraj przybył kolejny punkt - przy sąsiedniej uliczce na jednym z drzew wokół skweru ktoś zawiesza specjalne kolby ziaren (takie 'zlepki' w kształcie walca), które baaardzo doceniają moje ulubione kolorowe 'wróble'. Żal przejść i nie przystanąć, by rzucić na nie okiem. A może to się kiedyś nudzi i powszednieje? Oby nie ;-))
| Od Zdjęcia Bloggera2 |
Ufffff, wysłałam pierwszą aplikację w sprawie pracy. Przygotowania kosztowały mnie sporo czasu, wysiłku i ... siły woli, ale udało się zdążyć na czas. Mając potwierdzenie, że odebrali i będą rozpatrywać pozostaje mi cierpliwie czekać i ogłosić akcję megatrzymania kciuków. Ogłaszam zatem i proszę o megakciuki. Zadajmy kłam powszechnej opinii, że trwa kryzys i ciężko o pracę ;-))
Mam nadzieję, że włożony w przygotowania wysiłek zaprocentuje i kolejne odpowiedzi na inne aplikacje powstaną szybciej i będą mnie kosztowały mniej ;-))
Na razie mam na oku jedno ogłoszenie.
Ale, ale, ja tu gadu-gadu, a już najwyższy czas przyjrzeć się z bliska zawartości spiżarni i pomyśleć o Mężu, który za parę godzin wróci do domu po pracy z nadzieją na kolejny pyszny, zdrowy i sycący obiad ;-) Hmmm, co my tu mamy...?
4 lipca 2009
Ukłon w stronę Czytelnika
Zacznę od podziękowań. Za to, że jesteście i że tak licznie i żywo reagujecie na powstające tu wpisy.
Cieszy mnie Wasza obecność, cieszą przekazywane opinie, a nade wszystko - cieszą mnie komentarze*.
Niektórzy z Was zaszczycili nas wpisując adres tego bloga jako swoją stronę startową; widzę takich, którzy na bieżąco sprawdzają, czy przegraliśmy do albumów zdjęcia z aparatu (yyyy, tego, no...); są tacy, którzy poranną kawę uzupełniają australijskim newsem (if any ...) - bardzo Wam dziękuję, bo Wasza obecność bardzo popycha ten blog do przodu. I chciałam dodać w tym miejscu, że co prawda nie odpisuję na kolejne komentarze, ale zaczynam oglądanie bloga po włączeniu komputera od sprawdzenia, czy jakieś komentarze się pojawiły ;-))
Dziękuję za wszystkie kciuki i życzenia. Im więcej ich będzie, tym bardziej entuzjastyczne wpisy tu znajdziecie, bo na moc kciuków nie ma rady, o czym wiem, odkąd czytam Pewne-Forum ;-))
Wszechświat nie pozostaje obojętny ani na trzymane kciuki, ani na nasze marzenia, do których spełnienia dążymy. Mam nadzieję, że wpisy na tym blogu będą dawały liczne na to przykłady. A jeśli dla kogokolwiek z Was, Drodzy Czytelnicy, okaże się to inspiracją, doda otuchy, czy zmobilizuje do zakrzyknięcia Ahoj Przygodo!, to już mi serce roście (sic!) na samą myśl o tym. Zachęcam do zbierania, a może i nadsyłania przykładów - to się bardzo przydaje w takie dni, kiedy nam jesiennieje za oknem i w duszy, kiedy trybiki się zatną, utkną i nie chcą ruszyć w wymarzonym przez nas kierunku... Bo że trybiki ruszą, to wiadomo, tylko czasem nie wiadomo: kiedy ;-)
Zabawne, jak często się łapię na tęsknocie za rzeczami, które płyną do nas. Ostatnio był to jeden ze słowników, do którego chciałam spojrzeć, by sprawdzić czy warto mu dokupić 'kuzyna'. Dziś, pisząc o odpowiedziach Wszechświata na nasze marzenia pomyślałam oczywiście o Alchemiku ;-)) Jasne, wiem, że większość z nas dawno wyrosła z tej książki ;-)), ale prawdy w niej zawarte pewnie dlatego oddziałują tak silnie, że w tak prostej formie zostały nam podane, poza tym mgiełka baśni i poezji zawsze sprzyja opowieściom, prawda? Cytatu więc nie będzie, ale pewnie wszyscy wiemy, o co chodzi i co poza blogiem pomaga na jesienne nastroje duszy ;-))
Niedawno pisałam o za małych kubkach herbacianych i co? Wczoraj podczas zakupów już w dziale z warzywami uśmiechnęły się do nas kubki o rozmiarach może-nie-całkiem-satysfakcjonujących-ale-już-lepszych-niż-przeciętny-kubek ;-) Przeczytałam etykietę 'kubki na zupę', uśmiechnęłam się pod nosem, wymieniłam z Miłym Mym porozumiewawcze spojrzenie i... zapakowałam do koszyka trzy sztuki. Dlaczego trzy? Hmmm, jakem skąpiec ;-) 3 szt za A$6, więc wziąć czterech nijak nie mogłam, sześciu wziąć nie śmiałam ;-))
I kto mi powie, że Wszechświat nie czuwa, gotowy by spełniać nasze marzenia?
Jeszcze słówko o smokach, skoro odpowiadam na komentarze. Stadko ma się dobrze, pociech przybyło, między innymi piękne maluchy smoków letnich. To moi ulubieńcy - smoki letnie podobają mi się najbardziej ze wszystkich pór roku. Jasne, że zapraszam do oglądania i klikania, szczególnie na jajka i na pisklaki - dzięki temu rosną i mają się dobrze ;-)
O klikanie proszę tym bardziej, że czas kiepskiego połączenia internetowego przyczynił się do dwóch śmierci - straciłam jajo i pisklaka, bo zabrakło kliknięć, a ja nawet nie mogłam biedusiów podrzucić komuś innemu... Aha: i nie pytajcie mnie, czemu hodowla smoków mnie tak wciągnęła - nie wiem, po prostu tak mam ;-))
Na koniec zagadka: skąd wiem, że nadeszło południe? Jeśli jestem wtedy w domu, wiem ponieważ włącza się radio! Taka magia ;-)) Jakem humanistka: jest to dla mnie kolejny dowód na to, że w radiu mieszkają małe ludziki, które włączając radio przesyłają mi wiadomość, że już dwunasta ;-))
--------------------------
* Ostatnio w jednej rozmów okazało się, że nie każdy wie, gdzie te komentarze są i jak je odczytać.
Zapraszam, bo to ważna część bloga: pod każdym postem znajduje się zielony napis: komentarze Jeżeli jest ich więcej niż zero, wtedy należy najechać myszką i kiedy pojawi się łapka, kliknąć w ten wyraz, a komentarze się wyświetlą.
Cieszy mnie Wasza obecność, cieszą przekazywane opinie, a nade wszystko - cieszą mnie komentarze*.
Niektórzy z Was zaszczycili nas wpisując adres tego bloga jako swoją stronę startową; widzę takich, którzy na bieżąco sprawdzają, czy przegraliśmy do albumów zdjęcia z aparatu (yyyy, tego, no...); są tacy, którzy poranną kawę uzupełniają australijskim newsem (if any ...) - bardzo Wam dziękuję, bo Wasza obecność bardzo popycha ten blog do przodu. I chciałam dodać w tym miejscu, że co prawda nie odpisuję na kolejne komentarze, ale zaczynam oglądanie bloga po włączeniu komputera od sprawdzenia, czy jakieś komentarze się pojawiły ;-))
Dziękuję za wszystkie kciuki i życzenia. Im więcej ich będzie, tym bardziej entuzjastyczne wpisy tu znajdziecie, bo na moc kciuków nie ma rady, o czym wiem, odkąd czytam Pewne-Forum ;-))
| Od Zdjęcia Bloggera |
Wszechświat nie pozostaje obojętny ani na trzymane kciuki, ani na nasze marzenia, do których spełnienia dążymy. Mam nadzieję, że wpisy na tym blogu będą dawały liczne na to przykłady. A jeśli dla kogokolwiek z Was, Drodzy Czytelnicy, okaże się to inspiracją, doda otuchy, czy zmobilizuje do zakrzyknięcia Ahoj Przygodo!, to już mi serce roście (sic!) na samą myśl o tym. Zachęcam do zbierania, a może i nadsyłania przykładów - to się bardzo przydaje w takie dni, kiedy nam jesiennieje za oknem i w duszy, kiedy trybiki się zatną, utkną i nie chcą ruszyć w wymarzonym przez nas kierunku... Bo że trybiki ruszą, to wiadomo, tylko czasem nie wiadomo: kiedy ;-)
Zabawne, jak często się łapię na tęsknocie za rzeczami, które płyną do nas. Ostatnio był to jeden ze słowników, do którego chciałam spojrzeć, by sprawdzić czy warto mu dokupić 'kuzyna'. Dziś, pisząc o odpowiedziach Wszechświata na nasze marzenia pomyślałam oczywiście o Alchemiku ;-)) Jasne, wiem, że większość z nas dawno wyrosła z tej książki ;-)), ale prawdy w niej zawarte pewnie dlatego oddziałują tak silnie, że w tak prostej formie zostały nam podane, poza tym mgiełka baśni i poezji zawsze sprzyja opowieściom, prawda? Cytatu więc nie będzie, ale pewnie wszyscy wiemy, o co chodzi i co poza blogiem pomaga na jesienne nastroje duszy ;-))
Niedawno pisałam o za małych kubkach herbacianych i co? Wczoraj podczas zakupów już w dziale z warzywami uśmiechnęły się do nas kubki o rozmiarach może-nie-całkiem-satysfakcjonujących-ale-już-lepszych-niż-przeciętny-kubek ;-) Przeczytałam etykietę 'kubki na zupę', uśmiechnęłam się pod nosem, wymieniłam z Miłym Mym porozumiewawcze spojrzenie i... zapakowałam do koszyka trzy sztuki. Dlaczego trzy? Hmmm, jakem skąpiec ;-) 3 szt za A$6, więc wziąć czterech nijak nie mogłam, sześciu wziąć nie śmiałam ;-))
I kto mi powie, że Wszechświat nie czuwa, gotowy by spełniać nasze marzenia?
Jeszcze słówko o smokach, skoro odpowiadam na komentarze. Stadko ma się dobrze, pociech przybyło, między innymi piękne maluchy smoków letnich. To moi ulubieńcy - smoki letnie podobają mi się najbardziej ze wszystkich pór roku. Jasne, że zapraszam do oglądania i klikania, szczególnie na jajka i na pisklaki - dzięki temu rosną i mają się dobrze ;-)
O klikanie proszę tym bardziej, że czas kiepskiego połączenia internetowego przyczynił się do dwóch śmierci - straciłam jajo i pisklaka, bo zabrakło kliknięć, a ja nawet nie mogłam biedusiów podrzucić komuś innemu... Aha: i nie pytajcie mnie, czemu hodowla smoków mnie tak wciągnęła - nie wiem, po prostu tak mam ;-))
Na koniec zagadka: skąd wiem, że nadeszło południe? Jeśli jestem wtedy w domu, wiem ponieważ włącza się radio! Taka magia ;-)) Jakem humanistka: jest to dla mnie kolejny dowód na to, że w radiu mieszkają małe ludziki, które włączając radio przesyłają mi wiadomość, że już dwunasta ;-))
--------------------------
* Ostatnio w jednej rozmów okazało się, że nie każdy wie, gdzie te komentarze są i jak je odczytać.
Zapraszam, bo to ważna część bloga: pod każdym postem znajduje się zielony napis: komentarze Jeżeli jest ich więcej niż zero, wtedy należy najechać myszką i kiedy pojawi się łapka, kliknąć w ten wyraz, a komentarze się wyświetlą.
2 lipca 2009
Pijąc kolejny kubek herbaty...
Żartów nie ma: adelajdzka zima chyba właśnie pokazała swe oblicze. Przypomina ono trochę nieprzyjemny przedśniegowy polski listopad, albo może kapryśny marzec... Nie, marzec odpada, bo sporo drzew ma komplet lub większość liści, a trawniki są nadal zielone, no i brak tu pomrożonych resztek śniegobłota, stert zeszłorocznych śmieci i... psich kup. Nie ukrywam, że cytrusy o kolorach wskazujących na dojrzałość też 'zaburzają' obraz.
Tak czy inaczej, zrobiło się zimno i nostalgicznie. Przed oknem salonu, w które patrzę zerkając znad mojego ulubionego laptopa, rośnie eukaliptus - duży, rozłożysty, będący zwykle stałym miejscem spotkań tłumów tutejszych 'wróbli' i innego ptactwa. Teraz stoi samotny i cichy, macha tylko biedak gałęziami targanymi przez wiatr. Nad eukaliptusem nieduży kawałek nieba - dziś gasi wszelkie nadzieje na niebieskość, że o słońcu nie wspomnę...
Dla równowagi zajrzałam sobie do moich sióstr wirtualnych, co tam piszą w Shout Box'ie i... uśmiałam się serdecznie! Bo siostry... narzekają na upał w Polsce. Ha! Wyjechaliśmy tak niedawno i wszyscy byli zgnębieni beznadziejną pogodą i zimnem ;-) Zawsze źle, no zawsze źle! ;-)) A tego upału ileż było? Jeden dzień, dwa? Hihihihi, i to jakieś marne 30 stopni ;-))
U nas niebo zachmurzone, od rana nie pokazało nawet kawałka błękitu, temperatura około 14 stopni, kaloryferów nie ma ;-) Mamy na szczęście dwa super grzejniki, ale jestem dzielna i od rana nie włączyłam żadnego. Ratuję się herbatą i wyobrażam sobie, gdzie też obecnie znajduje się kontenerowiec z naszymi pudłami na pokładzie... Bo w tych pudłach są i godnej wielkości kubki (z drugiej strony: jest to jakaś forma gimnastyki, kiedy po zbyt szybkim opróżnieniu zbyt małego kubka trzeba iść do kuchni, by zrobić następną porcję herbatki) i dzbanek z podgrzewaczem...
Co do grzejników - śmieszna sprawa. Bo nie w grzejnikach rzecz! Nasz budynek, a w nim nasze mieszkanko, jak pewnie wiele innych tu, po prostu został zbudowany tak, by samym swym istnieniem negować występowanie zimy ;-) Bo zima to przecież okres krótki, który wystarczy przeczekać, by wrócić do adelajdzkiej rzeczywistości, czyli upałów i suszy ;-)
Okna są pojedyncze i niezbyt szczelne, za to osłonięte markizami i przystosowane do otwierania w czasie upałów, osłonięte moskitierami, a jakże. Ściany są nieizolowane, a wentylacja praktycznie żadna, bo po co wentylacja, skoro wystarczy otworzyć okno ;-) Skutek włączania grzejników jest więc taki, że po szybach po jakimś czasie zaczyna płynąć woda, a mieszkanie zdaje się nasiąkać stopniowo wyziębiającą się wilgocią, brrrrrr... Na szczęście ci, którzy znają mnie osobiście odejmą sobie od mojego opisu naddany procent dramatyzmu i otrzymają obraz zgodny z poziomem wytrzymałości przeciętnego Polaka ;-) Ha, poza tym warunki temperaturowe mam obecnie bardzo zbliżone do tych, które panowały w Owocówce poza sezonem grzewczym. A tam grzejników elektrycznych nie mieliśmy ;-)
Zaprzeczanie istnieniu zimy stosują tu również mieszkańcy. Widokiem całkiem często spotykanym poza domem są ludzie (w różnym wieku) w koszulkach z krótkim rękawem, albo w spodniach za kolano, że o klapkach na gołych nogach nie wspomnę.
Najbardziej zahartowane zdają się być tutejsze dzieci. One przodują w pokazywaniu gołych kawałków ciała z głębi swych wózków. Wiem od Znajomej-Mamy-Ośmiolatka, że po wieczornych zajęciach na basenie dzieci wiezie się (jasne, że samochodem, nie autobusem ;-) do domu już w piżamach i szlafrokach, niekoniecznie z wysuszoną głową. No i oczywiście surferzy - każdego dnia można ich zobaczyć w oceanie kolo molo. Chudy zawsze wtedy patrzy na mnie i powtarza, że jak ktoś ma na sobie piankę, to mu ciepło. Hmmm, a może by tak kupić jedną do domu, żeby wspomóc działanie herbatki?
Miły Mój w swej nowej-prawie-pracy, a ja zrobiłam listę zadań i zbieram się w sobie ;-) Lista obejmuje wycieczkę nad ocean, na tamtejszą pocztę. Na słońce raczej nie mam co liczyć, a poczta do mnie też nie przyjdzie, więc czas dopić herbatkę i podjąć wyzwanie ;-) Jak wrócę, ugotuję obiadokolację.
Hmmmmm, czas wysłać CV ;-)
Tak czy inaczej, zrobiło się zimno i nostalgicznie. Przed oknem salonu, w które patrzę zerkając znad mojego ulubionego laptopa, rośnie eukaliptus - duży, rozłożysty, będący zwykle stałym miejscem spotkań tłumów tutejszych 'wróbli' i innego ptactwa. Teraz stoi samotny i cichy, macha tylko biedak gałęziami targanymi przez wiatr. Nad eukaliptusem nieduży kawałek nieba - dziś gasi wszelkie nadzieje na niebieskość, że o słońcu nie wspomnę...
Dla równowagi zajrzałam sobie do moich sióstr wirtualnych, co tam piszą w Shout Box'ie i... uśmiałam się serdecznie! Bo siostry... narzekają na upał w Polsce. Ha! Wyjechaliśmy tak niedawno i wszyscy byli zgnębieni beznadziejną pogodą i zimnem ;-) Zawsze źle, no zawsze źle! ;-)) A tego upału ileż było? Jeden dzień, dwa? Hihihihi, i to jakieś marne 30 stopni ;-))
| Od Zdjęcia Bloggera2 |
U nas niebo zachmurzone, od rana nie pokazało nawet kawałka błękitu, temperatura około 14 stopni, kaloryferów nie ma ;-) Mamy na szczęście dwa super grzejniki, ale jestem dzielna i od rana nie włączyłam żadnego. Ratuję się herbatą i wyobrażam sobie, gdzie też obecnie znajduje się kontenerowiec z naszymi pudłami na pokładzie... Bo w tych pudłach są i godnej wielkości kubki (z drugiej strony: jest to jakaś forma gimnastyki, kiedy po zbyt szybkim opróżnieniu zbyt małego kubka trzeba iść do kuchni, by zrobić następną porcję herbatki) i dzbanek z podgrzewaczem...
Co do grzejników - śmieszna sprawa. Bo nie w grzejnikach rzecz! Nasz budynek, a w nim nasze mieszkanko, jak pewnie wiele innych tu, po prostu został zbudowany tak, by samym swym istnieniem negować występowanie zimy ;-) Bo zima to przecież okres krótki, który wystarczy przeczekać, by wrócić do adelajdzkiej rzeczywistości, czyli upałów i suszy ;-)
Okna są pojedyncze i niezbyt szczelne, za to osłonięte markizami i przystosowane do otwierania w czasie upałów, osłonięte moskitierami, a jakże. Ściany są nieizolowane, a wentylacja praktycznie żadna, bo po co wentylacja, skoro wystarczy otworzyć okno ;-) Skutek włączania grzejników jest więc taki, że po szybach po jakimś czasie zaczyna płynąć woda, a mieszkanie zdaje się nasiąkać stopniowo wyziębiającą się wilgocią, brrrrrr... Na szczęście ci, którzy znają mnie osobiście odejmą sobie od mojego opisu naddany procent dramatyzmu i otrzymają obraz zgodny z poziomem wytrzymałości przeciętnego Polaka ;-) Ha, poza tym warunki temperaturowe mam obecnie bardzo zbliżone do tych, które panowały w Owocówce poza sezonem grzewczym. A tam grzejników elektrycznych nie mieliśmy ;-)
Zaprzeczanie istnieniu zimy stosują tu również mieszkańcy. Widokiem całkiem często spotykanym poza domem są ludzie (w różnym wieku) w koszulkach z krótkim rękawem, albo w spodniach za kolano, że o klapkach na gołych nogach nie wspomnę.
Najbardziej zahartowane zdają się być tutejsze dzieci. One przodują w pokazywaniu gołych kawałków ciała z głębi swych wózków. Wiem od Znajomej-Mamy-Ośmiolatka, że po wieczornych zajęciach na basenie dzieci wiezie się (jasne, że samochodem, nie autobusem ;-) do domu już w piżamach i szlafrokach, niekoniecznie z wysuszoną głową. No i oczywiście surferzy - każdego dnia można ich zobaczyć w oceanie kolo molo. Chudy zawsze wtedy patrzy na mnie i powtarza, że jak ktoś ma na sobie piankę, to mu ciepło. Hmmm, a może by tak kupić jedną do domu, żeby wspomóc działanie herbatki?
| Od Zdjęcia Bloggera |
Miły Mój w swej nowej-prawie-pracy, a ja zrobiłam listę zadań i zbieram się w sobie ;-) Lista obejmuje wycieczkę nad ocean, na tamtejszą pocztę. Na słońce raczej nie mam co liczyć, a poczta do mnie też nie przyjdzie, więc czas dopić herbatkę i podjąć wyzwanie ;-) Jak wrócę, ugotuję obiadokolację.
Hmmmmm, czas wysłać CV ;-)
1 lipca 2009
Obrazek dziękczynny
Obrazek niniejszy dedykuję Nieocenionej Monique.
Nieoceniona Monique nie tylko zaopatrzyła Ahoj Przygodowiczów w niezliczoną ilość pudeł, nie tylko pudła te miały wymiary pozwalające zgrabnie dopasować układankę do wymiarów europalety, nie tylko polała łzami moment pożegnania, nie tylko ułatwiła wydruk dokumentów na pewnym dramatycznym-zakręcie-przedwyjazdowym, ech... wymieniać by można długo...
Monique także uchyliła drzwi do magicznego pokoju, jakim jest świat książek.
Skąd o tym wiem?
Weszliśmy ostatnio z Miłym Mym do księgarni (i to nie ja zgłosiłam ten pomysł - aha!). Wchodzę, patrzę na półki - i co? Magia!!! Zmieniły się tylko napisy, czasem szata graficzna okładek. Książki pozostały te same! Magia! Podchodzę do bestsellerów - to samo! Podchodzę do nowości - to samo!
Dla pewności podchodzę do lady:
- Czy mogłabyś mi pomóc? Oddałam pewną książkę nieprzeczytaną, bo już mi brakło czasu przed wyjazdem z Polski. Niestety, nie pamiętam tytułu... - tu przez chwilę tłumaczę, o czym była książka i...
Wychodzę uśmiechnięta z księgarni niosąc Shantaram pod pachą ;-)
Ja niosę taki, a nie zdążyłam przeczytać takiego.
Magia ;-))
Dziękuję Monique!!!
Nieoceniona Monique nie tylko zaopatrzyła Ahoj Przygodowiczów w niezliczoną ilość pudeł, nie tylko pudła te miały wymiary pozwalające zgrabnie dopasować układankę do wymiarów europalety, nie tylko polała łzami moment pożegnania, nie tylko ułatwiła wydruk dokumentów na pewnym dramatycznym-zakręcie-przedwyjazdowym, ech... wymieniać by można długo...
Monique także uchyliła drzwi do magicznego pokoju, jakim jest świat książek.
Skąd o tym wiem?
Weszliśmy ostatnio z Miłym Mym do księgarni (i to nie ja zgłosiłam ten pomysł - aha!). Wchodzę, patrzę na półki - i co? Magia!!! Zmieniły się tylko napisy, czasem szata graficzna okładek. Książki pozostały te same! Magia! Podchodzę do bestsellerów - to samo! Podchodzę do nowości - to samo!
Dla pewności podchodzę do lady:
- Czy mogłabyś mi pomóc? Oddałam pewną książkę nieprzeczytaną, bo już mi brakło czasu przed wyjazdem z Polski. Niestety, nie pamiętam tytułu... - tu przez chwilę tłumaczę, o czym była książka i...
Wychodzę uśmiechnięta z księgarni niosąc Shantaram pod pachą ;-)
Ja niosę taki, a nie zdążyłam przeczytać takiego.
Magia ;-))
Dziękuję Monique!!!
Zaczął się najzimniejszy miesiąc...
W nocy wiało straszliwie. Od rana na zmianę świeci słońce i przechodzą gwałtowne gęste deszcze - wieje wtedy wiatr i milkną ptaki. Pogoda zmienia się z minuty na minutę i najłatwiej po tych ptakach poznać, że znowu pada ;-)
Siedzę sama w domu i wypełniają mnie uczucia ambiwalentne:
- sama znaczy cisza i spokój, ale i samotne śniadanie i lunch,
- nie włączyłam radia, ale i pogadać z Miłym Mym nie mogę,
- Miły Mój w pracy (zaczął dziś okres próbny - trzymamy kciuki i nie ciągniemy za język - jak się ładnie uda, to wszystko opowiem ;-), a ja pracy na razie nie mam (hm, hm, w sensie - myślę...),
- nowy Internet został zamontowany przez sympatycznego Szkota (ależ to było miłe dla ucha spotkanie): jest i kabel, i modemo-router, i dobra siła sygnału, ale cieszyć się w pojedynkę = cieszyć się nie dość,
- nadgoniłam zaległości komputerowe, ale zjadłam ciut więcej niż w te dni, kiedy z Chudym nie-siedzieliśmy-w-domu-tylko-spacerowaliśmy,
- ugotowałam obiadokolację z myślą o powrocie Miłego Mego, ale co to za radość, skoro 1) Chudy gotuje świetnie i 2) czekać trzeba tak długo.
Praca wydaje się być OK.
Kolacja smakowała.
Gdzieś tam w klubie trwa turniej pokera, a ja w nagrodę za pozmywane naczynia uciekam czytać.
| Od Zdjęcia Bloggera |
Siedzę sama w domu i wypełniają mnie uczucia ambiwalentne:
- sama znaczy cisza i spokój, ale i samotne śniadanie i lunch,
- nie włączyłam radia, ale i pogadać z Miłym Mym nie mogę,
- Miły Mój w pracy (zaczął dziś okres próbny - trzymamy kciuki i nie ciągniemy za język - jak się ładnie uda, to wszystko opowiem ;-), a ja pracy na razie nie mam (hm, hm, w sensie - myślę...),
- nowy Internet został zamontowany przez sympatycznego Szkota (ależ to było miłe dla ucha spotkanie): jest i kabel, i modemo-router, i dobra siła sygnału, ale cieszyć się w pojedynkę = cieszyć się nie dość,
- nadgoniłam zaległości komputerowe, ale zjadłam ciut więcej niż w te dni, kiedy z Chudym nie-siedzieliśmy-w-domu-tylko-spacerowaliśmy,
- ugotowałam obiadokolację z myślą o powrocie Miłego Mego, ale co to za radość, skoro 1) Chudy gotuje świetnie i 2) czekać trzeba tak długo.
Praca wydaje się być OK.
Kolacja smakowała.
Gdzieś tam w klubie trwa turniej pokera, a ja w nagrodę za pozmywane naczynia uciekam czytać.
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)