26 listopada 2011

Aganiok ma rok

Rachu ciachu i nasz Aganiok II skończył pierwszy rok życia.
Wyściskaliśmy, wygłaskaliśmy, Najlepsza z Pantuś wyczesała rękawicą - jednym słowem wyraziliśmy dosadnie radość i zadowolenie z naszego najnowszego członka rodziny :-D

Aganiok jest coraz mądrzejszy - nauczył się wielu rzeczy od Popiołka, sporo wykombinował sam. Sporo, na czele z wyprawami przez płot poza teren przy Lawendowej Chatce... Na szczęście coraz częściej się zdarza, że przybiega, kiedy wołamy go po imieniu.

Rośnie, ma grube łapiszcza i piękne puszyste futro.
Niestety, zaczęły się polowania, w tym: skuteczne. Jak do tej pory nie byłam świadkiem, kiedy przyniósł zdobycz do domu - odpukać, załatwiają to na razie między nimi mężczyznami...

Relacje z Popiołkiem w pełni ustabilizowane, czyli nieustanna przeplatanka mycia, bicia, wspólnego i osobnego jedzenia, picia, wylizywania futra i podgryzania się nawzajem :-D

Załączam kilka fot pokazujących zestawienia Pierwszego i Drugiego Aganioka.

**************************************************

Pierwszy dzień w Chatce:
Aganiok I:
Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12
Aganiok II:
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08

Aganiok I:
Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12
Aganiok II:
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08


Aganiok I:
Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12
Aganiok II:
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08


Aganiok I:
Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12
Aganiok II:
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08


Aganiok I:
Od Lawendowa Chatka_2009_08_2009_12
Aganiok II:
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08


Aganiok I:
Od Lawendowa Chatka_2009_12_2010_05
Aganiok II:
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08


Aganiok I:
Od Lawendowa Chatka_2009_12_2010_05
Aganiok II:
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08


Aganiok I:
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08
Aganiok II:
Od Lawendowa_Chatka_2011


Aganiok I:
Od Lawendowa Chatka_2009_12_2010_05
Aganiok II:
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08
Od Lawendowa_Chatka_2011

19 listopada 2011

Ogrodnicze postępy

Nie mogę się nie podzielić optymistycznymi fotami - minął tydzień, a w Zielonym Kąciku zmiany zachodzą w zadziwiającym tempie - wieczorem zauważamy różnicę w stosunku do tego, co widzieliśmy rano :-D
Serca nam rosną razem z małymi roślinkami - zaglądamy, głaskamy, ja cykam foty.

Od Lawendowa_Chatka_2011

Pomidory wyraźnie podrosły, pojawiają się na nich kolejne kwiatki - Mistrz Projektów założył im zatem sznurki-podpórki i obiecał ogórkom obok, że jak wypuszczą więcej wąsów, to i one sznurki dostaną - osobiste ;-)

Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011

Sadzonki pięknie się przyjęły i w skrzynkach i w doniczkach, a nasiona kiełkują w rekordowym tempie.

Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011

Fakt, za oknem piękne słońce i ciepło.
I mieszanka ziemi z produktem od dziewczyn, i nowe skrzynki (samo-nawadniające się ;-) okazały się strzałem w dziesiątkę.

Zachęcony pierwszymi sukcesami, Mistrz postanowił pójść za ciosem: w Kąciku pojawiły się dziś nowe doniczki z nadzieją na rozsady cukinii i dyni.

Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011

Czekamy aż minie czas kwarantanny po osikaniu ogólnym środkiem owadobójczym po przyniesieniu do domu (jak zwykle najsmaczniejsze zioła dostaliśmy z bonusem w postaci mszyc), aby zawitać na pierwsze postrzyżyny.

********************
Garść wspomnień

A oto jak kącik wyglądał jesienią (marzec ;-) 2010:
Od Lawendowa Chatka_2009_12_2010_05
Od Lawendowa Chatka_2009_12_2010_05

17 listopada 2011

Obrazek motoryzacyjny

Trwa moje szkolenie przed-egzaminacyjne...

Ojjjjj, jak tylko pomyślę o egzaminie praktycznym na prawo jazdy, to aż drętwieję ze strachu. Dziwne, bo już przecież jeżdżę od ponad pół roku (kiedy to zleciało, nawiasem rzecz biorąc?), ale sama myśl o egzaminie mnie stresuje...

Na lekcje jeżdżę dość daleko, ciekawą trasą (hohoho, jest na niej i kilka osiemdziesiątek i nawet stówa, a tutaj to nie takie częste :-), która w drodze powrotnej (pewnie w ramach rekompensaty ze stres ;-) oferuje przepiękne widoki, na czele z moim ulubionym obrazkiem: przede mną na widnokręgu ocean, szosa skręca łukiem w prawo, po lewej coraz więcej oceanu, po prawej coraz więcej panoramy Adelajdy. Ten widok zawsze kojarzy nam się z powrotem do domu :-D


Ograniczenie prędkości do osiemdziesięciu, ale nie jest łatwo, bo spadek jest tu dość stromy. Ale dzięki temu nauczyłam się hamować silnikiem :-D

Po lekcji w zeszłym tygodniu, wsiadłam do Volvika i już miałam odjeżdżać, ale Pan Instruktor mnie zatrzymał.
- Nie masz z przodu tablicy rejestracyjnej?
- ???
- Kiedy widziałaś tablicę po raz ostatni?
- ???
- Musisz iść to zgłosić, bo albo zgubiłaś, albo Ci ją ukradziono. Jeśli ktoś ją ukradł, to pewnie w złych zamiarach. Poza tym potrzebujesz zamówić nową, bo nie możesz jeździć bez tablicy.


OK. Szczęście w nieszczęściu: na lekcje umawiamy się obok ośrodka, gdzie mogę zgłosić brak tablicy i zamówić nową. Idę, podchodzę po bloczek, a tam pracownik pyta, po co przyszłam. Tłumaczę, a pani na to:
- Jeżeli najpierw zgłosisz zgubę/stratę na policji, wydanie nowej tablicy będzie tańsze. Jedź na policję, a potem wypełnij ten druk i wróć do nas.

OK. Pojechałam na posterunek policji kilka ulic dalej. Znowu: podchodzę, tłumaczę, dostałam bloczek, czekam, ale nie za długo. Zgłaszam, dostaję raport - jego numer mam wpisać do zamówienia nowej tablicy.
Ufff, wystarczy na dziś, wracam do domu.
Wyjeżdżając z posterunku jeszcze pomachałam do Pana Instruktora, który z kolejnym kursantem kręcił się w pobliżu.
Wieczorem zadzwonił, żeby się upewnić, że wszystko załatwiłam. Miłe, prawda?

To było tydzień temu.
W domu wypełniłam druk, Najmilszy z Mężów podpisał (bo to On widnieje w dokumentach jako właściciel Volvika). Dziś przed lekcją poszłam do urzędu, dostałam bloczek, wysiedziałam się w kolejce... jakiś kwadrans (ciekawostka: za oknem temperatura rosła ku trzydziestce, w środku hulała klima, krzeseł było wystarczająco dużo dla wszystkich oczekujących, działających okienek było dziewięć), po czym w końcu podeszłam do okienka.

Podałam formularz, raport z policji, dokument rejestracyjny samochodu (kartka A4, której dolną część się odcina po zapłaceniu opłaty rejestracyjnej, wpisuje tam numer potwierdzenia wpłaty i wozi w samochodzie, górna część zostaje w domu, bo wypełnia się jej drugą stronę po sprzedaniu samochodu, po czym wysyła do urzędu, który zmienia dane i wysyła nowy dokument do nowego właściciela) i polskie prawo jazdy.
Pani najpierw zapytała, gdzie jest numer dokumentu (o sam dokument nie zapytała w ogóle), na moje wyjaśnienia, że jestem w trakcie 'zdobywania' australijskiego prawa jazdy i że na formularzu jest imię męża po prostu skinęła głową, po czym... przeprosiła mnie na chwilę i poszła o coś zapytać.

Po chwili wróciła i mówi:
- Hmmm, tablica obecnie figuruje w spisie jako zaginiona. Jeśli wydam Ci duplikat, może być to kłopotliwe - policja może Cię zatrzymywać i sprawdzać, czy to właściwy samochód z tymi numerami. Polecam raczej zamówienie nowego numeru niż duplikatu starego.
- OK, brzmi rozsądnie. Tylko powiedz mi proszę, gdzie mam potem pójść i co załatwić w związku ze zmianą numeru.


Pani spojrzała na mnie jakby nieco zdziwiona, kiwnęła głową i podała mi nowy formularz.
- Mogę wypełnić tu przy okienku?
- Tak.
- A nie przeszkadza, że to będzie mój podpis a nie męża?

Pani znowu spojrzała i pokręciła głową przecząco.
- Przepraszam, nie mam przy sobie numeru silnika i numeru podwozia - mogę opuścić tę rubrykę?
- Tak. Bo mamy numer dokumentu rejestracyjnego - te dane są w systemie.


Wypełniłam. Pani w tym czasie poszła wgłąb biura i wróciła... z kompletem nowych tablic. Wklepała dane do komputera.
Zapłaciłam kartą oszałamiającą kwotę - równowartość 1 godziny pracy.

(Ale mogłabym zapłacić więcej, gdybym chciała tablicę w innym kolorze niż biały, z numerami/tekstem w kolorze innym niż czarny, z hasłem np. Południowa Australia Stan Festiwali albo Stan Uniwersytetów, albo Stan Kreatywnych, albo gdybym chciała mieć swój tekst na tablicy :-D
Jednym ze sposobów na wyrażenie swojego statusu majątkowego jest wykupienie jednego z pierwszych numerów - nasz znajomy zapłacił po trzydzieści tysięcy za dwa kolejne numery z przedziału od jeden do sto, na dwa samochody...)


Pani wydrukowała potwierdzenie wpłaty i nowy dokument rejestracyjny - zawiera dane samochodu, stary i nowy numer tablic rejestracyjnych i wyjaśnienie, kiedy i dlaczego wydano nowe tablice.

- Bardzo dziękuję.
Uśmiech zza okienka.
- Aha, czy muszę te tablice założyć już teraz, czy mogę poprosić męża w domu?
- Masz jeden dzień na założenie nowych tablic.
- Uffffff, wolę, żeby to zrobił mąż.

Pani znowu się uśmiecha:
- W pełni Cię rozumiem. Też bym wolała.
- Do widzenia.
- Do widzenia.


I tyle! Operacja trwała około pół godziny łącznie z siedzeniem w kolejce.

Poszłam na lekcję, pojeździliśmy z Panem Instruktorem, On zapytał o przebieg akcji, ja opowiedziałam, jak było i że wszystko załatwione.

W domu Najmilszy odkręcił starą tablicę z tyłu, po czym fachowo i solidnie umocował nowy komplet.
Jego zdaniem nie ukradli mi tej tablicy - musiała odpaść, bo pozostałości śrubek były wyraźnie zardzewiałe.
Aha, i twierdzi, że rano w zeszłym tygodniu tablica jeszcze była, więc pewnie zgubiłam ją po drodze, albo... w czasie lekcji :-D


16 listopada 2011

Obrazek herpetologiczny drugi

Minęło trochę czasu i oto sąsiad/ka postanowił/a nas znowu odwiedzić ;-)

Nie wiem ani kiedy, ani którędy (obstawiam otwarte drzwi do 'pergoli', bo szybkim marszem zbliżamy się do lata)...
Pokazał mi niezawodny Stróż Domowy, czyli Popiołek - najeżony sycząc intensywnie wgonił gościa do kąta za sofę.

Hmmmmm, i tak oto Nieproszony Gość i Kot Domowy udowodnili, że za sofą zbiera się kurz ;-) Ale niech Was nie zmyli mega-szczota ;-) Chodziło raczej o wskazanie jaszczurce drogi do uchylonych drzwi na zewnątrz.

Potem Najmilszy 'odprowadził' Gościa do samej bramki.

Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011

Hihihihi, zdarzyło się to niecały rok po przylocie Hobbitów - mam nadzieję, że kiedy spali na tej sofie, nikogo nie było pod spodem ani obok ;-)

Nie udało mi się niestety uchwycić na zdjęciu wysuniętego języka - zgodnie z nazwą gatunkową Blue-tongued skink (Jaszczurka z Niebieskim Językiem, a w podręcznikach: scynk gładki) naprawdę ma ciemnoniebieski kolor.
Niebieskojęzykie trzeba naprawdę porządnie sprowokować, żeby ugryzły. Język to raczej blef używany, by odstraszyć wroga: na tle jasnoróżowego podniebienia wygląda bardzo efektownie, ale ewentualne ugryzienie nie rani skóry i skutkuje raczej siniakiem niż skaleczeniem. Jaszczurki te nie są jadowite, a ich zęby to raczej 'kołki' i mimo że mają mocną szczękę, którą potrafią silnie zacisnąć, rzadko skutkuje to uszkodzeniem skóry.

Ponoć świetnie nadają się na zwierzątka domowe - w niewoli dożywają ponoć nawet do dwudziestu lat; wystarcza im akwarium z żarówką zapewniającą ciepło i dieta złożona z owoców i surowego mięsa (np. puszkowa karma dla psów czy kotów), no chyba że opiekun dorzuci im owady 8-0.

Przepisy prawne są różne w różnych stanach, więc amatorzy pomysłu muszą sprawdzić co i jak. W Południowej Australii trzeba mieć wykupioną licencję, aby móc trzymać jaszczurkę w domu - chodzi o ochronę dzikich gatunków.

Wrzesień to początek pory godowej - samce wyruszają na poszukiwanie chętnej narzeczonej ;-) Szukanie narzeczonej w mieście nie jest łatwe, ze względu na atakujące psy, rozpędzone samochody i kosiarki (ouuupsss...). Mimo licznych zagrożeń rozmnażanie trwa przez październik i listopad.
Pod koniec listopada ciężarne samice wygrzewają się w słońcu coraz dłużej i dłużej - muszą utrzymywać jak najbardziej stałą temperaturę ciała, by regulować prawidłowy rozwój zarodków, zanim małe urodzą się pod koniec stycznia.
W jednym miocie przychodzi na świat do dwudziestu jeden małych jaszczurek. Rodzą się pod koniec stycznia, ale większość nie przeżywa. W lutym są już na tyle duże, aby samodzielnie spacerować po okolicy. O ile starsze jaszczurki chronią grube płytki kostne pod łuskami, o tyle maluchy mają tę ochronę jeszcze słabo rozwiniętą. Najpoważniejszym wrogiem jaszczurek są... koty.

W sumie warto mieć je w sąsiedztwie, bo zjadają ślimaki i owady, sporadycznie zdarza im się zjeść nawet pająka (hmmmm, ale lubią też zaglądać do psich i kocich misek - może to zatem wyjaśnia minę Popiołka?)

Są zimnokrwiste, potrzebują ciepła słonecznego, bo się rozruszać (hmmmm, podejrzewam, że mam dalekiego kuzyna wśród jaszczurek) - w lecie zajmuje to około godzinę. Jesienią zwalniają tempo, a w zimie - hibernują w jakimś przytulnym kąciku.


13 listopada 2011

To już rok???

Trwa piękna, słoneczna niedziela.
Rano spadł... grad 8-0, ale trwał krótko i nie dał się uwiecznić na zdjęciach - grudki lodu tyle co zdążyły stuknąć o dach i już ich nie było.

Ten weekend mija nam pod hasłem: weekend gospodarczy:
- w 'pergoli' pojawił się nowy Zielony Kącik,

Od Lawendowa_Chatka_2011

- na trawniku za domem, kiedy skończyły się prace ogrodnicze, powstał miniwarsztat odnowy rowerów - po wieeelu miesiącach (aż wstyd napisać, ile ich było) rowery zostały obudzone ze snu, Najmilszy napompował koła, umył, ja osuszyłam fachową szmatką i wypolerowałam wszystko poza oponami ;-D, później jeszcze porcja towotu i próba generalna i... ciekawe, kiedy znowu pojedziemy ;-) Oby niedługo ;-)
(Dopisek wieczorny: ha! pierwsza przejażdżka zaliczona - na razie zaliczyliśmy krótki spacer, deptakiem nad oceanem, do West Beach, gdzie dopompowaliśmy koła i... wróciliśmy ze strachu przed skutkami braku formy ;-) ).

Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011

Od Zdjęcia_Bloggera_5

- odbyły się porządki w garażu.

Wczoraj wieczorem znów oklaskiwaliśmy artystów naszej opery.
Tym razem czarowała nas Carmen - to był fantastyczny wieczór!

Wracając do pytania w tytule: rok temu (!) na lotnisku nieopodal wylądowały Hobbity. Już rok minął od dnia, kiedy do nas przylecieli na swoje trzymiesięczne wakacje! Nie do wiary!
Ekhm, ekhm, czas już zatem więcej niż najwyższy na dopisanie kolejnych postów w grupie Hobbity do góry nogami...

Co wydarzyło się podczas ostatniego miesiąca?

- hmmmm, w końcu znalazłam super instruktora, który przygotowuje mnie do egzaminu prawa jazdy (do części praktycznej :-D, bo do teoretycznej przygotowuję się sama - tutaj),
- w końcu dotarł mój 'studencki dyplom', który z radością wpięłam do dokumentów w domu i do teczki personalnej w pracy,
- wyedukowałam się z tutejszego programu MYOB, który można porównać do staroojczyźnianej Małej księgowości i który wydaje się być atrakcyjnym atrybutem zawodowym na tutejszym rynku pracy,
- po wielu miesiącach 'nowoojczyźnianego poziomu' moje pazoory wzbiły się znów na najwyższy (czyt. polski) poziom, dzięki imienniczce Jovanki - Patrycji,

Od Lawendowa_Chatka_2011

- Najmilszy zaliczył kontuzję zawodowo-sportową, z której już powoli wychodzi, ale która pozwoliła wypróbować działanie naszych nowiutkich kart Medicare oraz systemu zniżek w National Pharmacy ;-),
- zawodowy samochód zyskał nowe okna, które ułatwią stawianie czoła (sic!) rozkręcającemu się latu,

- odwiedziliśmy kolejną japońską restaurację i wyszliśmy nie tylko najedzeni, ale i oczarowani,

Od Kulinaria

- imieninowy phalenopsis rozwinął wszystkie 14 pąków kwiatowych, w tle widać też naszego fikusa zwanego Kuzynem Konia, który to już niedługo sięgnie sufitu,

Od Lawendowa_Chatka_2011

- nowoprzybyli przechodzą kolejne stopnie australijskiego wtajemniczenia, jak widać poniżej - nie samą pracą zawodową człowiek żyje :-D

Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011

Trwa piękna wiosna.
Zakwitły jacarandy - wiele ulic nabrało dodatkowego czaru właściwego dla tego okresu w roku - obsadzone jacarandami zyskały jasnofioletowe obramowania.
Zaczynają kwitnąć 'motylki' - tak nazywam popularne tu dzikie irysy oraz 'czosnki', czyli agapanthusy (w odmianach: biały i liliowy).
Spacerujemy boso po plaży, wyjęliśmy klapki i sandały.

Znów pijemy wodę z lodem, zostawiamy w ciągu dnia zasłonięte okna i... staramy się pamiętać o smarowaniu balsamami z wysokim filtrem przeciwsłonecznym.
Znów w samochodach włączamy klimatyzację i nosimy okulary przeciwsłoneczne.

12 listopada 2011

Zielony kącik

Wierni Czytelnicy naszego bloga wiedzą o tym, że odkąd zamieszkaliśmy w nowej ojczyźnie, nieustannie próbujemy wcielić się w rolę tutejszych ogrodników.

Hmmm, jak dotąd zapał wyraźnie góruje nad sukcesami, ale po pierwsze: jakieś sukcesy jednak udało nam się odnieść, a po drugie: zapału nam nie brakuje ;-)

Regularnie wymieniamy zmarnowane rośliny na nowe egzemplarze i staramy się uczyć na błędach. Do kolejnych prób zachęcają nas też zielone oferty w odwiedzanych sklepach, kąciki ogrodnika w dostarczanym do domu 'Messenger'ze' oraz... sąsiedzi, znajomi i... mijane ogródki.
A i pora roku robi swoje: jesienią wszystko zaczyna odżywać po upalnym, suchym lecie, a wiosną, jak to wiosną - nabiera się nadziei i ochoty na domowe plony, kiedy wokół wszystko kwitnie.

Tym razem bilans nie wypadł tak źle:

na zewnątrz:
- cytrusy całkiem nieźle przetrwały swój pierwszy rok z nami (dostały za to w ramach uznania nową warstwę podsypki i solidny haust nawozu od dziewczyn - dla niewtajemniczonych: tak pieszczotliwie mówimy o naszych dżdżownicach z przydomowej fermy),

Od Lawendowa_Chatka_2011

- frangipani mają już komplety tegorocznych liści,

Od Lawendowa_Chatka_2011

- ananasy całkiem całkiem,
- awokado zostało jedno i znowu nie wiem, czy przetrwa; co jakiś czas zakopuję zatem w ziemi kolejne pestki i nie tracę nadziei.
- Storczyki albo już przekwitają (cymbidium), albo prezentują pełnię kwitnienia (phalenopsis imieninowy), albo przynajmniej mają nowe odrosty. Fakt, dwa nie przetrzymały próby czasu i warunków domowych. Najnowszy nabytek rozwija kolejne z dwudziestu pąków, a my mamy nadzieję, że mu się w Chatce spodoba i pójdzie w ślady Imieninowego.

Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011

- Przed domem cudnie kwitły lawendy i rozmaryny,

Od Lawendowa_Chatka_2011

- sukulenty i aloes mają się całkiem nieźle.
- Brzoskwinie odpuściły sobie tegoroczne owocowanie, za to małe nektarynki powoli rosną w siłę.

Od Lawendowa_Chatka_2011

Wewnątrz: zioła ostały się w jednej tylko doniczce w koszyku, ale idzie nam coraz lepiej i utrzymanie ziół i walka z insektami.
I właśnie ta jedna doniczka stała się naszą inspiracją przy projekcie Zielony Kącik - Wiosna 2011.

Najpierw Mistrz Projektów zajrzał do dziewczyn i uzgodnił, że zabierze im dolne piętro z wyprodukowanym hummusem,
potem Mistrz wymierzył kącik w 'pergoli',
potem pojechaliśmy do ulubionego Bunningsa, skąd przywieźliśmy sadzonki, plastikowe skrzynki, podstawki, worki z ziemią 'najlepszą dla warzyw' ;-),
potem dokonaliśmy przeglądu doniczek-co-to-się-ostały-i-nie-zostały-wyrzucone-przez-Naczelnego-Wyrzucacza-Rzeczy-Absolutnie-Niepotrzebnych (hmmmm, po raz kolejny, zatęskniliśmy do doniczek całkiem niedawno wyrzuconych...),
odwiedziliśmy jeszcze jeden sklep, skąd przyjechały z nami brakujące koszyki, małe skrzynki i nasiona.

Etapem najważniejszym - startowym, dla nowego domowego projektu było zbudowanie 'podestu' dla doniczek i skrzynek. Mistrz odpalił fachowe sprzęty... fiku miku i po chwili wniósł do 'pergoli' nowy mebel.

Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011

Kiedy powstawał podest, ja szybko wyniosłam stojące tam wcześniej doniczki, odkurzyłam i wyszorowałam podłogę. Relegowane rośliny przeszły od razu selekcję - kto się spisał i zostaje, a kto... oddaje doniczkę do ponownego wykorzystania.

A potem nastąpiła faza ogrodnicza, która nabierała kształtów przez kilka dni:
- tam, gdzie brakowało koszyków, pojawiły się koszyki,
- do 'ziołowych' doniczek trafiły sadzonki ziół,
- do koszyków trafiły nowe ziołowe doniczki.

Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011

Hummus został sprawiedliwie rozdzielony pomiędzy skrzynki: duże, średnie i najmniejsze, i doniczki: 'koszykowe' i tradycyjne. Wymieszany z ziemią 'najlepszą dla warzyw' przyjął nowe sadzonki i nasiona.

Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011

I tak oto w 'pergoli' rozpoczął swoje królowanie nasz kolejny projekt: Zielony Kącik.
Nasza przyszła plantacja to: bazylia słodka i tajska, dwie odmiany oregano i trzy - tymianku, dwie odmiany pietruszki, kolendra, koperek, dwie odmiany szałwii, szczypiorek, rukola, rzodkiewka i buraczki (z zamiarem wykorzystania raczej liści, do sałatek) plus (do drinków i sorbetów): mięta jabłkowa i melisa,
a także warzywa: pomidory, ogórki, cukinie, papryczki ostre i chili, cebulka.

Od Lawendowa_Chatka_2011

Plantacja posiana, posadzona, podlana, w dobrej żyznej mieszance, ustawiona schodkowo na nowym podeście, buziami do słońca, ale chroniona przez dach, szybę i daszek nad 'dodatkowym pokojem'.

Trzymamy kciuki za losy najnowszego projektu ;-D