26 sierpnia 2011

O wyjeździe do Australii słów kilka...


Myślę, że nadszedł czas dobry na to, aby wrzucić do Notesu kilka luźnych zapisków dotyczących wyjazdu do Australii, w znaczeniu emigracja, nie na wakacje. Zaznaczam od razu, że - jak cały blog - są to zapiski luźne, subiektywne i oparte na naszych doświadczeniach. Można je zatem co najwyżej potraktować jako inspirację i skorzystać z załączonych linków. Informacje mogą być już bowiem nieaktualne albo nieadekwatne w przypadku innych osób, innych stanów/miast, aktualnych przepisów prawa migracyjnego itp.

Na początku był POMYSŁ. Uważni Czytelnicy pamiętają historię o 'iskierce' ;-) - podczas pożegnania z Odlatującymi-do-Kraju-do-Góry-Nogami pomyśleliśmy z Miłym Mym, że pomysł jest niezły i że czemu nie mielibyśmy zrobić tego samego?

Pomysł został potem ugruntowany przez wiele rozmów, lekturę blogów i australijskich stron urzędowych. Mimo całej otoczki 'romantyczności' i określania pomysłu mianem 'szalonego', 'rewolucyjnego', 'odważnego' itp. cała sprawa naszej emigracji była bardzo starannie planowana. Co ciekawe, nasi Inspiratorzy w czasie rozmów nie dość, że nas nie zachęcali - oni nas wręcz onieśmielali, wymieniali trudności, powtarzali, że nie jest tak łatwo, że nic nie spada z nieba, że nic się nie dzieje samo, że nie każdy i nie wszędzie wita ich z otwartymi ramionami, że bywa ciężko i że jest to nasza decyzja, nasze ryzyko i nasza odpowiedzialność.

Pomysł się ugruntowywał, rosła nasza wiedza, znajomość tematu i pewność, że jest to coś, co chcemy zrobić. Czytaliśmy o Australii, o Adelajdzie, o tamtejszej pogodzie, zwierzętach, o jedzeniu i piciu, o słynnej Dolinie Barossa, o rynku pracy i trwającym kryzysie... Czytaliśmy głównie w Internecie, śledziliśmy forum na Australinku i wyszukiwaliśmy blogi innych emigrantów. Cudowny prezent - przewodnik National Geographic stał się niemal codzienną lekturą. Dzięki Google Maps odbywaliśmy spacery po różnych dzielnicach, Najmilszy szukał domu do wynajęcia i oglądał działki ;-) I rozmawialiśmy, rozmawialiśmy, rozmawialiśmy z 'Inspiratorami' porządkując naszą wiedzę, zadając pytania, a przede wszystkim - słuchając historii o ich doświadczeniach.

Po uporządkowaniu spraw-wymagających-uporządkowania w starej ojczyźnie, weszliśmy na kolejny etap, czyli: podpisaliśmy umowę z agentem migracyjnym w Australii.

Czy warto załatwiać emigrację do Australii poprzez agenta? Hmmmm, w naszym przypadku decyzja okazała się słuszna. Nie obyło się bez wpadek, nie przyznalibyśmy tytułu Agenta Roku, ale prawdopodobnie, gdyby przyszło nam podjąć tę decyzję jeszcze raz, zrobilibyśmy tak samo.

Znamy jednak osoby, które swój wyjazd załatwiały same i udało się - otrzymali wybrane wizy, na które aplikowali, mieszkają i pracują w Melbourne; mało tego - ich wizy gwarantowały część przywilejów, których my na naszych wizach nie mieliśmy.
Znamy też jednak osoby, które mimo współpracy z agentem niezupełnie gładko i bez przeszkód uzyskiwały zaplanowane wizy, a proces zajmował więcej czasu i wymagał większych kosztów, niż spodziewane...
Znamy osoby, które nie były zadowolone z rozwiązań zaproponowanych przez agenta. Ich 'droga do Australii' okazała się dłuższa, bardziej wyboista i kosztowna niż spodziewana...

Czy na podstawie naszych doświadczeń mogę wysnuć jakieś wnioski? Tak. W czasie całego procesu, w tym: w czasie współpracy z agentem, polecam odrabianie zadań domowych. Chodzi mi o to, że moim zdaniem sprawa jest zbyt ważna i zbyt kosztowna, aby całkowicie oddać ją w ręce osoby postronnej, nawet jeśli jest to zakontraktowany agent pobierający niemałą opłatę za swoje usługi.

Zadania domowe? To przede wszystkim staranna lektura wszelkich przesłanych przez agenta dokumentów (oraz zadawanie pytań, ilekroć cokolwiek wydaje się niejasne - ustalenia na piśmie to rzecz bardzo przydatna w przypadku jakichkolwiek sporów czy - odpukać - reklamacji) oraz śledzenie na bieżąco australijskich stron urzędowych, przede wszystkim tej.
Aha: pierwsze moim zdaniem pytanie do agenta powinno dotyczyć jego numeru licencji tzw. MARN (Migration Agent Registration Number). Można potem sprawdzić, czy agent faktycznie figuruje na liście licencjonowanych agentów. Licencja wymaga odbywania regularnych szkoleń firmowanych przez Wydział Imigracyjny, a to zwiększa szanse na znajomość bieżących przepisów migracyjnych, które się tutaj dość często zmieniają.

W naszym przypadku współpraca z agentem rozpoczęła się od zaproponowania dla nas optymalnego scenariusza, czyli wyboru wizy. Przygotowaliśmy swoje CV, wypełniliśmy otrzymany kwestionariusz i wysłaliśmy do agenta, który na podstawie otrzymanych informacji zaproponował 'drogę do Australii'.
Niektórzy agenci proponują swoje usługi obejmujące tylko ten etap - oferują odpłatną konsultację, która kończy się wybraniem wizy, o którą przyszły emigrant stara się już sam.
Jest to opcja tańsza, być może warta przemyślenia.

My podpisaliśmy kontakt, który obejmował całość przygotowań aż do momentu wysłania aplikacji o wizę. Agent nie gwarantował, że tę wizę otrzymamy, gwarantował dołożenie wszelkich starań, aby złożony wniosek wypełniony był prawidłowo, spełniał wszystkie formalne wymagania i zawierał komplet potrzebnych dokumentów.

Podczas wyboru wizy agent rozpatrywał takie czynniki jak: nasz wiek, wykształcenie, doświadczenie zawodowe, znajomość języka angielskiego.
Agent zaproponował, a my zaakceptowaliśmy wybór wizy 475.

W tamtym czasie była to wiza sponsorowana przez stan Australia Południowa dla emigrantów z kwalifikacjami i doświadczeniem zawodowym w zawodzie znajdującym się na liście zawodów poszukiwanych.
Wiza była ważna przez trzy lata od wjazdu (tak zwany pobyt tymczasowy) i po dwóch latach mieszkania w Australii Południowej (wyjazd do innego stanu złamałby umowę) oraz po przepracowaniu min. 52 tygodni (min. 35 godzin w tygodniu! ale: obojętnie w jakim zawodzie i dopuszczalne liczone łącznie u różnych pracodawców) można było się ubiegać o wizę stałego pobytu. Wiza nie gwarantowała prawa do świadczeń medycznych ani socjalnych, ani znalezienia zatrudnienia, dawała prawo do pracy na pełen etat (zarówno głównej osobie aplikującej, jak i osobie towarzyszącej).

W ramach 'sponsorowania' stan Australia Południowa gwarantował:
- przywitanie nas na lotnisku przez osobę, która tu mieszka, zna miasto, zawiezie nas do naszego lokum i udzieli podstawowych informacji (dostaliśmy klucze, umowę wynajmu, mapę Adelajdy, stos ulotek oraz 4 bezpłatne kupony na taksówkę),
- mieszkanie na okres pierwszych trzech miesięcy (tutejsze mieszkania komunalne, płaciliśmy tylko za wynajem, za media - nie; musieliśmy w pierwszym dniu kupić ręczniki i pościel - poduszki, kołdry oraz poszwy, poszewki i prześcieradła, cała reszta była na wyposażeniu plus dostęp do pralni)
oraz
- sesje informacyjne, warsztaty i doradztwo w zakresie szukania pracy na lokalnym rynku, wymaganych dokumentów, prowadzenia rozmów kwalifikacyjnych itp.

Przygotowania aplikacji
obejmowały m.in.:
- uzyskanie VETASSESS na podstawie przesłanych świadectw szkolnych, dyplomu z uczelni (wraz z suplementem), CV wraz z dokumentacją potwierdzającą doświadczenie zawodowe,
- uzyskanie nominacji (stan Australia Południowa chce sponsorować naszą wizę) - CV wraz z dokumentacją potwierdzającą: umowy o pracę, odcinki płacowe, referencje od byłych pracodawców, wzór listu motywacyjnego,
- potwierdzenie znajomości języka angielskiego - wyniki egzaminu IELTS (główny aplikant ma określone minimum punktów - średnia ze wszystkich części egzaminu i każda część nie mniej niż, na jakie musi zdać egzamin zależne od zadeklarowanego zawodu, osoba towarzysząca ma określone minimum 4 punkty, może też zapłacić z góry za dwuletni kurs w Australii),
- dokumentacja stanu zdrowia osoby aplikującej i osób towarzyszących - badania odbywają się u wskazanych lekarzy mających podpisaną umowę ze stroną australijską, którzy wypełniają odpowiednie formularze i wysyłają je kurierem bezpośrednio do Australii (badanie ogólne plus wywiad, laboratorium: krew i mocz (w tym badanie na obecność HIV), rentgen klatki piersiowej),
- deklaracja posiadanych środków finansowych potwierdzona przez prawnika (w naszym przypadku wymagane było min. 30 000 dolarów australijskich - praktyka pokazała, że warto mieć co najmniej tyle, a jak się ma wymagane minimum, to ono wystarcza ;-)) - dość trudna sprawa do załatwienia: prawo anglosaskie i staroojczyźniane różni się na tyle, że trudno znaleźć prawnika, który potwierdzi wymagany kwestionariusz - w Australii robi to 'mąż zaufania', w Polsce czasem udaje się przekonać adwokata, czasem notariusza - dla nas była to jedna z bardziej skomplikowanych procedur do przejścia,
- zaświadczenie o niekaralności z Krajowego Rejestru Karnego dla każdej z aplikującej osób,
- oświadczenie o akceptacji i poszanowaniu australijskich wartości i o przeszłości, która w żaden sposób nie rzuca się cieniem na zdolność aplikującego do dołączenia do społeczeństwa australijskiego. Polecam lekturę Life in Australia.

Wszystkie dokumenty potwierdzające należy przetłumaczyć u tłumacza przysięgłego - warto wziąć pod uwagę zarówno czas, jakiego wymaga przygotowanie tłumaczeń, jak i koszty, które są niemałe. Warto ze względów finansowych tłumaczyć dokumenty po kawałku ;-), albo przynajmniej mieć margines czasu umożliwiający taką opcję ;-).
Wysyłane kopie muszą być potwierdzone za zgodność z oryginałem, co my załatwialiśmy u notariusza. Uprzedzam: czasem bywa nerwowo na tym etapie...
Agent z reguły pilnuje kalendarza i może być pomocny przy planowaniu, na kiedy jakie dokumenty będą potrzebne, co pozwala zaoszczędzić czas i obniża poziom stresu.

Przygotowania do wyjazdu zajęły nam około dwóch lat, z czego rok - współpraca z agentem i przygotowywanie aplikacji. Potem prawie rok czekaliśmy na odpowiedź.
W połowie lutego dostaliśmy list, że wizy zostały nam przyznane i że mamy wjechać do Australii przed określoną datą = nie później niż (25/02 data przyznania wiz, 2/07 - wymagana data wjazdu).

Jak widać, czas oczekiwania jest długi, niewiele wiadomo, jak długo to jeszcze potrwa (jest możliwość sprawdzania online, co dzieje się z aplikacją, ale w praktyce - niewiele to mówi).
Jest to zdecydowanie najmniej przyjemny i najtrudniejszy etap przygotowań do wyjazdu - dlatego, że mamy niewielki wpływ na bieg wydarzeń, na ich tempo i że nie możemy zbyt wiele zdziałać. Z drugiej strony, warto poświęcić ten okres na planowanie samego wyjazdu, bo, jak widać na naszym przykładzie, nie ma zbyt wiele czasu, kiedy się wizę w końcu otrzyma - wtedy trzeba się spakować i ruszać w drogę ;-).

W naszym przypadku przed wyjazdem należało:
- rozwiązać umowę o pracę (trzymiesięczne wymówienie!),
- sprzedać mieszkanie,
- kupić 30 000 dolarów australijskich (wbrew pozorom to wcale nie takie oczywiste i wymaga nieco czasu),
- spakować rzeczy do wysłania drogą morską (przewoźnik odebrał od nas przygotowane palety - rzeczy spakowane w pudłach, o odpowiedniej wysokości, na paletach, zabezpieczone nie tylko przed zniszczeniem, ale i przed wpływem wilgoci, zmian temperatur itp),
- określić, co powinno polecieć do Australii razem z nami = co będzie potrzebne od razu (bo rzeczy wysłane drogą morską zobaczymy po około trzech miesiącach od wysłania) i jak to pogodzić z limitami wagowymi bagażu (nie pogodziliśmy i trzeba było zapłacić za nadbagaż ;-),
- wypełnić procedurę wyjazdową kota ;-) (jasne, nie wszystkich to dotyczy, ale można),
- kupić bilety lotnicze dla nas i dla kota,
- załatwić wynajem mieszkania w Adelajdzie w ramach programu powitalnego (nie mogę znaleźć linka, więc możliwe, że ten program już nie obowiązuje, albo że dostaje się specjalnego linka po otrzymaniu wizy),
- zostawić pełnomocnictwo na wypadek pojawienia się jakichś zapomnianych spraw urzędowych w starej ojczyźnie.

Zmiana statusu

Z ogromną radością zawiadamiam, że przyznano nam wizy stałego pobytu!!!

Juuuuupi!!! Po dwóch miesiącach i tygodniu oczekiwania (licząc od daty wysłania aplikacji w wersji elektronicznej), po wypełnieniu prośby o dosłanie dokumentów uzupełniających potwierdzających spełnienie warunków, po uzyskaniu zaświadczenia o niekaralności wydanego przez Federalne Biuro Policji... otrzymaliśmy e-maila z potwierdzeniem, że 24 sierpnia 2011 otrzymaliśmy wizy stałego pobytu w Australii.

Czym prędzej pojechałam zatem do Wydziału Imigracyjnego, skąd wróciłam z paszportami bogatszymi o aktualne naklejki z nowymi wizami ;-))

Co to zmienia?
Hmmm, zmienia się naklejka w paszporcie ;-))

Zmienia się sposób traktowania nas przez większość instytucji - łatwiej teraz o pożyczkę, o kartę kredytową, według prawa możemy kupić nieruchomość, przypuszczam, że łatwiej byłoby teraz znaleźć pracę, a przynajmniej zostać zaproszonym na rozmowę kwalifikacyjną.
Uzyskaliśmy prawo do świadczeń medycznych i socjalnych (ogólnie rzecz ujmując, bo w wielu kwestiach obowiązują okresy karencji ;-).
Jako stali rezydenci możemy już zostać w Australii na zawsze ;-)

I co teraz?
Hmmmmm, należało wyznaczyć nowe cele ;-)
Jednym z nich jest uzyskanie obywatelstwa.

I znowu, jednym z podstawowych warunków do spełnienia jest czas przemieszkany w Australii - cztery lata pobytu (od których odliczony będzie każdy dzień spędzony za granicą), w tym co najmniej jeden rok z wizą stałego pobytu.
Tik tak, tik tak...

Na szczęście przed nami cała grupa celów może nie mniejszych, ale możliwych do zrealizowania wcześniej ;-))

Nudno nie będzie ;-))

21 sierpnia 2011

Końcówka zimy

W trzeci rok wynajmu Lawendowej Chatki weszliśmy z dumnie uniesionym czołem: po wielu tygodniach wypełnionych intensywną pracą zawodową i niesprzyjającą pogodą Najpracowitszy z Moich Mężów poświęcił większość całkiem słonecznej niedzieli na uporządkowanie trawnika przed Chatką.

Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08

Było to naprawdę nie lada wyzwanie! Deszcze i ilość zajęć sprzyjały trawie - rosła w niczym niezmąconym spokoju.
Na tle soczystej bujnej zieleni pięknie prezentowała się łąka - chwasty w postaci jaskrawo żółtych i różowych kwiateczków.

Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08

Dodatkowym utrudnieniem zakończenia zadania jest fakt, że zepsuła się podkaszarka...
Hmmmm, w ruch poszły zatem... nożyczki 8-0
Ale za to efekt końcowy napawa dumą.

Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08

Gorzej, że za Chatką czeka drugie, megawyzwanie...


Końcówka zimy przyniosła też element dramatyczny - jak co roku zaliczyliśmy opad... gradu 8-0 Po zimnej nocy wstał chłodny poranek i nagle z szarego nieba spadł opad, który mocno, głośno i dziwnie inaczej zabębnił o dach 'pergoli'.

Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011


Są i jasne momenty, które napełniają nasze serca nadzieją.
Dziś spacerowaliśmy wzdłuż i po plaży. Co prawda w bluzach, swetrach, kurtkach i polarach, ale za to tuż obok w oceanie moczyły się całkiem liczne grupki surferów.
Widzieliśmy też i opalających się plażowiczów ;-)

Od Zdjęcia_Bloggera_5
Od Zdjęcia_Bloggera_5
Od Zdjęcia_Bloggera_5
Od Zdjęcia_Bloggera_5
Od Zdjęcia_Bloggera_5
Od Zdjęcia_Bloggera_5
Od Zdjęcia_Bloggera_5

Byle do września!

13 sierpnia 2011

Środek trzeciej zimy

Nadal czekamy na odpowiedź w kwestii naszej wizy stałego pobytu. Sprawa o tyle posunęła się do przodu, że wysłaną aplikacją już się ktoś zajął (Case Officer). Pani Oficerka poprosiła o dodatkowe dokumenty. Hmmmm, no cóż, taka procedura, takie jej prawo - zacisnęliśmy zatem, co trzeba, przygotowaliśmy kolejny komplet skanów, wysłaliśmy i... czekamy.

W kwestii dokumentów i aklimatyzacji zaliczyłam minisukces - otrzymałam pocztą podsumowanie pierwszego semestru mojego Advanced Diploma ;-)) Od otrzymania dyplomu dzielą mnie jeszcze, powiedzmy, trzy kroki.

TAFE (Technical and Further Education - Techniczne i Dalsze Kształcenie) to uczelnia prowadząca szkolenia i kursy, które kończą się uzyskaniem certyfikatów (od poziomu 1 do 4, w zależności od przedmiotu) i dyplomów (diploma i advanced diploma) kierunków 'zawodowych' z bardzo różnych dziedzin, nauk zarówno humanistycznych, jak i ścisłych: od języków, poprzez finanse, sztukę, budownictwo, turystykę, przemysł i wiele innych. W zestawieniu z polskim systemem edukacji można ją porównać do zawodowych szkół pomaturalnych, z tym że jest to instytucja bardzo duża, kształcąca w różnych dziedzinach, w Południowej Australii finansowana przez rząd stanowy i podlegająca Ministerstwu Dalszego Kształcenia, Zatrudnienia, Nauki i Technologii (Department of Further Education, Employment, Science and Technology). Uzyskane kwalifikacje oparte są na scentralizowanym 'kodzie' i uznawane w całej Australii (bo TAFE jest instytucją centralną, w każdym stanie mającą swój oddział), można je wykorzystać starając się o pracę/ awans/ podwyżkę lub uzyskać zaliczenie odpowiednich przedmiotów podczas studiów na uniwersytecie.

Zbliża się połowa sierpnia, czyli koniec drugiego kontraktu na wynajem Lawendowej Chatki. Dobre wiadomości są takie, że zostajemy na kolejny rok w sprawdzonym miejscu i że udało się wynegocjować niezmienioną stawkę czynszu ;-))

Walcząc z zimnem, infekcjami i dziwiąc się, jak szybko mija czas (cieszy nas to tylko z jednego względu - z każdym dniem bliżej nam do wiosny ;-) ) zobaczyliśmy przedstawienie cyrku moskiewskiego, byliśmy w Centrum Festiwalowym na operze i wysłuchaliśmy kolejnego koncertu Adelajdzkiej Orkiestry Symfonicznej.
A restauracje? Tak, oczywiście, że odwiedziliśmy nowe miejsca i spróbowaliśmy nowych rzeczy ;-)) Posty w drodze, na razie są tylko zdjęcia w Galerii ;-)

Codziennie rano Najmilszy produkuje dwie szklanki soku: dla siebie - z pomarańczy, a dla mnie - z grejfrutów. Wypijamy i wychodzimy naprzeciw trwającej zimie ;-) Za chwilę skończą się grejfruty i ogarną mnie uczucia ambiwalentne: smutek, bo lubię ten sok, ale i radość, bo grejfruty kończą się, kiedy przychodzi wiosna ;-)

Ogród? Trawnik i efekt łąki trwają, pojawiają się nowe kwiaty w różnych miejscach - w trawie, na krzakach i drzewach, w powietrzu coraz częściej czuć powiew wiosny, a niebo raz po raz kusi błękitem.

Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08

Ptaki latają parami, nad roślinami unoszą się motyle (też parami ;-), obudziły się pierwsze muchy i muchopodobne.
Imieninowy storczyk szykuje kolejne pokolenie kwiatów na obu pędach.

Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08

Na cytrusach za Chatką ciągle wisi pięć coraz bardziej pomarańczowych pomarańczy (hehehe, też Wam się skojarzyła święta jabłoń z Seksmisji?), obok widać zielone i niewielkie (ale za to w różnych rozmiarach) cytrynki, trzymamy też kciuki za przyszłe losy pąków kwiatowych na cytrynie i lemonce.

Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08

Przed Chatką, w sadzie brzoskwinie otworzyły dzisiaj pachnące różowe kwiaty - pozazdrościły widać drzewku za płotem ;-))

Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08

Widać też już znudzenie zimą w skrzynkach - zarówno u sukulentów, jak i u lawendy.

Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08

Ze specjalną dedykacją dla Hobbitów wklejam zdjęcia oposa (possum). Koło Lawendowej Chatki mieszka po sąsiedzku rodzina tych lokalnych torbaczy. Codziennie wieczorem można je zobaczyć, jak spacerują między czubkami araukarii i słupów po kablach. Jedna ze stałych ścieżek prowadzi przez dach Chatki i ogrodzenie pomiędzy nami a sąsiadką. Podczas wizyty u nas, Mama regularnie oglądała wędrówki possumów, czasem z aparatem, ale zdjęć nie udało się zrobić.
Proszę bardzo: oto kogo Najmilszy z Moich Mężów zaczarował światłem latarki, co pozwoliło mi zrobić kilka fotek. Zwierzątko było tak przestraszone, że po krótkiej sesji zgasiliśmy latarkę i pozwoliliśmy mu kontynuować - została nam jednak pamiątka ;-))

Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08

I wreszcie: futrzani Milusińscy - Popiołek i Aganiok.
Wszystko u nich dobrze ;-)) Pokryci lśniącym, gęstym futrem, śpią w nocy z nami, a w ciągu dnia ogrzewają się nawzajem. Mały już jest całkiem duży - pięknieje z dnia na dzień.
Ostatnio odkrył dwie nowe zabawy: polowanie na motyle (zdumiewające, jak wysoko potrafi skakać! i to obracając się w powietrzu w potrzebnym kierunku ;-) oraz... uciekanie najpierw przez frontowe drzwi, a potem - poza obręb płotu (skubaniec, dobrze wie, że mu nie wolno, ale tak go cieszy ta odmiana berka...).
Całkiem niedawno uciekł mi, jak już byłam przebrana w piżamę - tiaaaa, strój w sam raz na wieczorne przechadzki wzdłuż domów sąsiadów... Wczoraj, na szczęście, byłam jeszcze w stroju 'dziennym'.

Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08

16 lipca 2011

Zimowe nastroje

Zima jest zdecydowanie najsłabszym wynalazkiem Południowej Australii.
Zwłaszcza zimna zima.
Jeszcze bardziej - zimna zima spędzana pod dachem wynajmowanego starego domu, choćby był nawet tak przytulny i zabezpieczony, jak Lawendowa Chatka.

W ciągu dnia wypatrujemy słońca i trzymamy kciuki, żeby nie wiało.
Kiedy słońce zajdzie (zdecydowanie za wcześnie!), włączamy grzejniki, gotujemy, pieczemy muffiny, bo to ogrzewa kuchnię. Śpimy w piżamach z flaneli, od góry grzeją nas koty, a pod kołdrą - termofory wypełnione wrzątkiem.
Gdyby nas to nie rozśmieszało, to chwilami byłoby żałosne...

Po dotarciu do domu (oczywiście po pracy oznacza po ciemku wskakujemy w dresowe ciepłe spodnie i swetry, ja zakładam swoje 'ugboots'owe' papcie (mają 'futerkową' wykładzinę i sięgają ponad kostkę) i grzejemy czym prędzej wodę na herbatę. Kiedy nie pomaga herbata, sięgamy po wino...
Seanse przed telewizorem zapowiadają tryb życia na emeryturze - siedzimy w śpiworze, albo okryci kocem. Najlepiej jeszcze z kotem na kolanach.

Mam nadzieję, że szczytowe osiągnięcia tej zimy w kwestii zimna i dawania w kość zmarzluchom mamy już za sobą ;-) Po deszczowych, wietrznych i szaroburych dniach, w zeszłym tygodniu zza chmur wyjrzało i uśmiechnęło się do nas słońce, co sprawiło, że wróciły nadzieja i nowy zapas entuzjazmu ;-} Najmilszy niestety walczy z kolejną infekcją...

Noce nadal rozdzierają nam serca temperaturą poniżej dziesięciu stopni i finiszem w postaci chłodnego poranka, kiedy to po pojedynczych szybach płynie woda ze skroplonej pary... Para oznacza, że w domu mimo wszystko jest sporo cieplej niż na zewnątrz...

I proszę Was, Drodzy Czytelnicy, nie czytajcie tego posta z perspektywy trwającego u Was lata, nie czytajcie z perspektywy mieszkańca solidnego, niedawno ocieplonego budynku z centralnym ogrzewaniem - pomyślcie raczej, jak przykre potrafią być zimne, pochmurne i deszczowe maje, kiedy dawno już minął sezon grzewczy, a spółdzielnia nie kwapi się, aby od nowa wpuścić wodę do kaloryferów ;-))

Na szczęście dzisiejsza sobota była pełna słońca, z temperaturą około 15 stopni i błękitnym niebem.

U sąsiadów naprzeciwko bottle brush ma już pierwszy czerwony pióropusz, nasz krzak ma już kilka różowych kwiatostanów, kwitną dwa rozmaryny, drzewka koło pola golfowego, które wiosną kwitną, jak sad owocowy, mają już sporo pąków - pierwsza połowa zimy już za nami, minęła najdłuższa tu noc (Świętojańska ;-) - teraz może być już tylko lepiej ;-))

14 lipca 2011

Brniemy przez zimę...

Pierwszy miesiąc trzeciego roku zaczęliśmy od złożenia aplikacji o wizę stałego pobytu.
Spełniliśmy wymagania wizy, na którą tu przyjechaliśmy, uprawniające nas do starania się o stały pobyt, czyli: mamy udokumentowane dwa lata pobytu w Południowej Australii, a ja jako główny aplikant przepracowałam na pełnym etacie (minimum 35 godzin w tygodniu) więcej niż wymagane 52 tygodnie.
Aplikację wysłaliśmy elektronicznie załączając skany dokumentów (tu gorące podziękowania dla Doroty i - szczególnie - Petrosa!) i... czekamy.

Kolejna porcja zimy dała się nam we znaki: zimne, krótkie dni, kiedy wychodziliśmy do pracy szaroburymi porankami i wracaliśmy po ciemku, wieczory, kiedy walcząc z zimnem mieliśmy siłę rzucić okiem na komputer, czy program w telewizji, ale najlepiej wychodziło nam odmeldowywanie się do spania; poranki, kiedy nie chciało się wstać, kiedy po szybach płynęły strugi wilgoci - na zewnątrz, bo padał deszcz, a w środku, bo tam, gdzie padał deszcz było jeszcze zimniej niż w Chatce.

Czas mijał w jakimś wariackim tempie, większość dni i tygodni wypełniała praca i sen - jednego jakby za dużo, drugiego jakby za mało. Z wycieczek najlepiej wychodziły nam wyprawy do sklepów i restauracji...
W ramach strawy dla ducha udało się wysłuchać jednego koncertu - post w planach ;-))

Ogród wzbudza w nas uczucia ambiwalentne: trawa wybujała, jest gęsta i wysoka - na koszenie brakuje sił, słońca i czasu - Najmilszy z Moich Mężów pracuje ostatnio przez większość sobót, więc trawnik na liście priorytetów wciąż się obsuwa...
Na soczyście zielonym tle pięknie prezentują się żółte i różowe chwasty - takie ładne, a takie niepożyteczne...

Cytryny z drzewka przed domem pachną w kuchni w koszyku, a pomarańcze za domem nabierają pomarańczowego odcienia.

Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08
Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08

Ogłosiliśmy oficjalne zakończenie procesu kiszenia rydzów ze skutkiem pozytywnym. Na razie większość wydobycia została wkomponowana w muffiny, które zostały ocenione baaardzo pozytywnie.
Gotowaliśmy trochę w domu, jedliśmy dobre rzeczy poza domem - i u ulubionego Hindusa i w nowych miejscach - zdjęcia czekają w galerii, a Kulinaria - na nowe posty.

Najmilszy rozpoczął nowy rok finansowy, trwają prace nad zamknięciem minionego. Zlecenia wróciły do zdrowego tempa, gorzej z Panem Dyrektorem - zima się uczepiła i obdarowuje Go infekcjami. W ostatnich tygodniach należy zapewne do czołówki konsumentów tutejszej kuzynki polopiryny.
Pamiątka na nodze po spotkaniu z pająkiem na szczęście po wielu tygodniach zniknęła...

Ja przeszłam ze statusu wolontariusza na płatne stanowisko i z zapałem witam każdego dnia kolejne wyzwania ;-)) Zapas nowo wyprodukowanych wizytówek służbowych topnieje w sporym tempie, a znajomość nowego miejsca rośnie proporcjonalnie ;-)) Robię ciekawe rzeczy, wrastam w otoczenie i uczę się, uczę się, uczę się.
Nieocenioną wartością dodaną są rozmowy z mentorem - nareszcie się doczekałam - ruszył rozwój zawodowy, wiem, gdzie i po co idę ;-)

Moja przyjaźń z Volvikiem z każdym dniem się umacnia - odwiedziłam już kilka miejsc poza pracą, zaliczyłam samodzielne wyprawy i po zakupy i w celu załatwiania spraw domowych-przeróżnych, w drodze do pracy zahaczam o pocztę i o bank (wykonując prawoskręty, będące odpowiednikiem polskich lewoskrętów ;-)).

Miesiąc zakończył się optymistycznym akcentem - pojechaliśmy, a raczej - popłynęliśmy na urlop ;-))
Pomysł okazał się świetny, urlop był bardzo udany i pełen wrażeń, a pogoda dopisała dużo piękniej niż w Adelajdzie. Kolejny kawałek nowej ojczyzny odsłonił przed nami swoje piękno, bogactwo i uchylił rąbki kilku tajemnic.

10 lipca 2011

Zagadka

Na wniosek Najmilszego z Moich Mężów wpisuję Wam, Drodzy Czytelnicy zagadkę.

Co widać na zdjęciach poniżej?

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Otóż - między pniem eukaliptusa a gałęzią śpią sobie... dwie sowy.
Pokazał nam je Michael - nasz przewodnik w czasie wycieczki po parku Reedy Creeks Waterfalls.

Nieśpiące sowy wyglądają tak.

Urlop na rzece

Zbliża się nasze kolejne domowe święto - piętnaście lat Chudzielce Story - przystąpiłam zatem do planowania obchodów.
Jakby na zamówienie, pojawiła się oferta specjalna na rejs po rzece Murray. Poczytałam, przedstawiłam propozycję do zatwierdzenia Najmilszemu z Moich Mężów, po czym, po uzyskaniu akceptacji... zastygłam w bezruchu przy komputerze, bo system pokazał, że... wszystkie dostępne dwuosobowe kabiny zostały już wykupione...

Nic to, w poniedziałkowy poranek ściskając kciuki zadzwoniłam do biura i dalejże miauczeć, że może jeszcze coś zostało, że tak byśmy chcieli popłynąć... Ależ oczywiście, proszę bardzo, czyż nie żyjemy w Kraju do Góry Nogami? Ale jedyny dostępny rejs zaczyna się... w najbliższą niedzielę.

Wysłałam przelew, ochłonęłam, po czym poszłam ponegocjować z szefową. Ufffff, uznała, że urlop należy mi się, jak nic. Że mam jechać, odpocząć i wrócić pełna sił i zapału na podjęcie dalszych wyzwań. U Najmilszego było o tyle łatwiej, że On po prostu wypełnia i wysyła grafik na nadchodzący miesiąc, co uczynił w oparciu o zdobyty termin rejsu ;-))

Przez resztę tygodnia podskakiwałam z radości ;-)

NIEDZIELA, 3 lipca

W niedzielę rano spakowaliśmy walizki, przygotowaliśmy Chatkę na naszą nieobecność, zaopatrzyliśmy koty w góry jedzenia, liczne miski z wodą, dodatkowe kuwety i po wczesnym obiedzie pojechaliśmy do Murray Bridge, skąd około ósmej wieczorem miała odpłynąć nasza łódka.
Ze względu na zapas czasu przejechaliśmy tam i z powrotem mostem w Murray Bridge, zajrzeliśmy do pubu na herbatę i piwo, pooglądaliśmy z daleka łódkę, pospacerowaliśmy nad brzegiem cykając pierwsze fotki, w miarę jak czas płynął i zapadał wieczór.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Odwiedziliśmy Bunyipa - po wrzuceniu jednodolarówki wyłania się z wody i donośnie ryczy. Mityczny stwór z aborygeńskiej mitologii miał wychodzić o zmroku z rzek, kanałów, strumieni i napadać na ludzi i zwierzęta. Opowieść długo wzbudzała przerażenie wśród pierwszych kolonistów, aż wreszcie, na przełomie wieków, udowodniono, że taki stwór naprawdę nie istnieje.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Murray Expeditions to nazwa łódki, która pływa cały czas realizując rejsy dwu-, trzy- i pięcionocne ;-) oraz krótkie rejsy połączone z lunchem na rzece.

Na bilecie napisano, że załoga bardzo prosi, aby na pokład wchodzić od godz. 19:30, gdyż wcześniej sprzątają i przygotowują się na przyjęcie nowej grupy gości.
Parę minut po wspomnianej godzinie podeszliśmy na brzeg, gdzie koło trapu czekały dwie osoby.

Jedna z nich przedstawiła się jako James, kierownik rejsu. Drugi Pan z uśmiechem zaoferował, że wniesie nasze bagaże do kabiny numer 6.
Super: dolny pokład, tuż nad lustrem wody, ostatnia kabina.
Aha: kolejny członek załogi zaoferował, że odprowadzi Volvika na ogrodzony plac firmy, bo jednak nierozważnie jest zostawiać samochód bez opieki na parkingu w parku nad rzeką, koło pubu, na pastwę pomysłowości lokalnej młodzieży... Hmmm, wręczyliśmy kluczyki i pomaszerowaliśmy po trapie.

Zostawiliśmy rzeczy w kabinie i wyszliśmy na środkowy pokład, gdzie mieści się jadalnia, bo zaraz miała rozpocząć się kolacja.

Od
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

W jadalni poznaliśmy całą załogę (sześć osób), przy czym okazało się, że pomocny Pan, który wniósł do kabiny nasze bagaże to... kapitan - Dave, a Volvika odprowadził szef kuchni - Billy. Pasażerów było 30 osób, z czego 2 osoby (Kiwi, czyli Nowozelandczycy) miały nas opuścić po dwóch dniach.

I zaczęło się. Najpierw szef kuchni - Billy przeszedł obok każdego stolika wypytując o nasze życzenia/ ograniczenia dietetyczne/ alergie itp. wszystko skwapliwie notując. Potem wyszedł na środek i opowiedział, co zjemy za chwilę, a kiedy mówił, nam niemalże ślina zaczęła ściekać po brodach ;-)) Posiłek nie zawiódł nas ani trochę. Tuż po Billym wokół stolików przeszła Tegan rozdając nam identyfikatory, na których wypisaliśmy swoje imiona. Proste, a bardzo przyśpieszyło proces zgrania się grupy.

W czasie kolacji odbiliśmy od brzegu, kierując się do Sunnyside, gdzie po około dwóch godzinach mieliśmy zacumować przy brzegu na pierwszy nocleg. Z przodu łódki umieszczono reflektory, które oświetlały wodę przed nami i brzegi. Po kolacji siedzieliśmy jeszcze trochę popijając lokalne wino i rozmawiając z nowo poznanymi znajomymi z Victorii: Shirley, Michaelem, Deb i Gregiem.

Panujące wokół ciemności wygnały nas do łóżek tuż po tym, jak zgasł silnik. Kabina okazała się mniejsza niż wydawała się na zdjęciu, łóżko okazało się krótkie, jak na mój wzrost, ale wystarczające, jak na moje potrzeby (bo śpię pozwijana), a nade wszystko - było cudownie ciepło, dzięki regulowanej klimatyzacji/ ogrzewaniu. Każda kabina ma swoją łazienkę z kibelkiem, umywalką i prysznicem, a szafa wzdłuż całej ściany pomieściła nasze rzeczy i walizki.
Na półce czekała lornetka, mapa odcinka rzeki, którą mieliśmy przepłynąć oraz ściąga: zdjęcia i opis ptaków, jakie żyją na tym terenie.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Pełni nadziei na cudny urlop poszliśmy spać.

PONIEDZIAŁEK, 4 lipca

O ósmej rano zaczęło się śniadanie i wtedy też odbiliśmy od brzegu. Obudziliśmy się dzięki budzikowi, bo inaczej nie byłoby mowy, abyśmy zdążyli na posiłek.

Dzięki uprzejmości Danny'ego, którego poznaliśmy w czasie rejsu - wklejam zdjęcia. Sama nie uwieczniłam żadnego z naszych bufetów śniadaniowych, a Danny nie ma nic przeciwko temu, bym wykorzystała Jego foty (zajrzyjcie do Jego galerii - jest tam kilka urokliwych panoram oraz inne foldery pokazujące ciekawe miejsca w Adelajdzie i nie tylko ;-))

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Co jakiś czas przez głośniki było słychać głos kapitana, który opowiadał nam ciekawostki na temat mijanych miejsc.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Na zdjęciu powyżej uwieczniłam zabytek. W latach 1891-1913 wierni kościoła anglikańskiego - pojedynczy farmerzy i członkowie społeczności mieszkający wzdłuż brzegów Murray - korzystali z duchowej posługi świadczonej przez pływającą misję.

Pierwsza łódź misji to był parowiec, zastąpiony w 1899 roku przez jednostkę o napędzie parowym i łopatkowym zbudowaną w Milang, na pokładzie której znajdowała się kaplica i checkhouse (ciągle sprawdzam: gabinet lekarski, czy kantor bankowy??). Obydwa statki nosiły nazwę Etona, od Eton College, który zapewnił fundusze na realizację przedsięwzięcia.

Etona miała stałą siedzibę w Murray Bridge. Z księdzem Williamem Bussell'em u steru, pływała pomiędzy Goolwa aż do granicy stanu Australia Południowa z Wiktorią, świadcząc posługę duchową na stacjach, farmach i obozach drwali, a także dla rybaków, rodzin mieszkających w łodziach przy rzece i małych osadach. Bussell przywoził też produkty potrzebne w tych odizolowanych społecznościach otrzymując w zamian drewno potrzebne do napędu parowych silników, świeże warzywa i ryby.
Około 1897 roku statek pokonywał 1600 kilometrów co sześć tygodni odwiedzając po drodze blisko czterdzieści miejsc, w tym osadę Aborygenów w Port McLeay. Bussell odpowiadał za ster i przygotowanie posiłków, a inżynier dbał o podtrzymywanie pracy kotłów i silników; obydwaj mężczyźni przerzucali tony drewna opałowego niezbędnego, by produkować parę potrzebną do napędzania jednostki.
Nabożeństwa były odprawiane na pokładzie albo na brzegu. Do ludzi mieszkających dalej od rzeki ksiądz docierał w pożyczonych dwukołowych powozach, konno, na rowerze lub pieszo.

Zabytkowa Etona czeka przy brzegu na lepsze czasy. Prawdopodobnie już niedługo zostanie odrestaurowana i udostępniona zwiedzającym, bo jej historia jest warta pamiętania - przypomina o niesamowitych i pełnych wyzwań czasach pierwszych osadników - pionierów otoczonych przez niełatwe i egzotyczne okoliczności przyrody.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Płynąc mijaliśmy Mypolonga, Wall Flat, Caloote i Ponde, aby około dziesiątej przybić do brzegu w Mannum. Tu czekał na nas autobus, który zabrał nas na wycieczkę (w tym czasie na Murray Expeditions pojawiła się nowa grupa pasażerów, którzy popłynęli na dwugodzinny rejs po rzece połączony z lunchem).

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Pojechaliśmy do niezwykłego muzeum. Jego właścicielka, po przejściu na emeryturę poświęciła się wyszukiwaniu i gromadzeniu maszyn, urządzeń i przedmiotów codziennego użytku z ubiegłych lat. Zbiory zajmują obecnie trzy spore szopy, część znajduje się na zewnątrz. 'Muzeum' przyjmuje gości utrzymując się z datków, a gospodyni, od kilku lat wdowa, uśmiecha się do odwiedzających i chętnie odpowiada na zadawane pytania.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

W drodze powrotnej rzuciliśmy jeszcze okiem na panoramę doliny rzeki Murray z punktu widokowego i, żegnani przez tęczę, wróciliśmy na łódkę na lunch.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

W czasie tego rejsu wiele się dowiedzieliśmy o rzece Murray i jej mieszkańcach, o historii transportu rzecznego, który uzupełnił transport kolejowy i przyczynił się do skutecznej wymiany towarów między poszczególnymi rejonami, a także o powodziach w tym i ubiegłym wieku (największa powódź wydarzyła się w roku 1956 - w wielu miejscach znajdują się tablice z oznaczeniem, jak wysoko podniosła się wówczas woda) oraz o sposobach regulacji rzeki i programach jej ochrony.
Cały system rzek Murray i Darling można porównać do Missisipi, Nilu i Amazonki, po których Murray-Darling zajmuje czwarte na świecie miejsce co do długości (co nie jest wcale takie oczywiste, biorąc pod uwagę, że Australia kojarzy się raczej z pustyniami i suszą ;-) ).

Podczas lunchu odbiliśmy i ruszyliśmy w dalszą podróż w górę rzeki mijając po drodze Younghusband, Teal Flat, Bowhill, Purnong, w drodze do Walker Flat.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Na brzegach widzieliśmy piękne eukaliptusy (Red River Gum) - wiele z nich ma nawet ponad trzysta lat - osiągają wysokość do 45 metrów. Piękne, fascynujące drzewa o ciekawej korze - o bogatej fakturze i kolorystyce, i rozłożystej koronie.

Kapitan zwrócił naszą uwagę na mijane grupy wierzb rosnących przy brzegach. Kilkadziesiąt lat temu wprowadzono wierzbę w ekosystem rzeki Murray, aby umocnić brzegi i zabezpieczyć je przed korozją. Niestety, coś, co sprawdza się w Europie, nie sprawdziło się tutaj: wierzba rozrasta się bardzo szybko, a jej korzenie rozsadzają brzegi - zamiast chronić, niszczą - powodują oddzielanie się kawałków skał, a potem zbierają muł i przepływający materiał. Tworząc nowe 'wyspy' zawężają rzekę, gnijące liście zanieczyszczają wodę (w przeciwieństwie do eukaliptusów wierzby zrzucają jesienią wszystkie liście), a oderwane gałęzie bardzo szybko się ukorzeniają i wrastają w mijane 'wyspy'. Wierzby dają dużo cienia, ich zwarta kora nie stwarza dobrych warunków dla żerujących owadów, brak owadów i kwiatów dających nektar nie przyciąga ptaków - słowem: żadnych pożytków dla lokalnego ekosystemu.
Ponoć dobrze zorganizowane dwie grupy fachowców spływając w dół rzeki i karczując wierzby po drodze byłyby w stanie oczyścić dolinę z niechcianego gościa w ciągu czterech lat, ale projekt na razie nie wyszedł poza fazę dyskusji...
Niestety, w przeciwieństwie do wierzby, eukaliptusy mogą rosnąć w wodzie maksymalnie jeden rok - jeżeli po tym czasie woda nie opadnie, drzewo obumiera.
Więcej informacji tutaj.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Stopniowo brzegi wznosiły się coraz wyżej. Chłonęlismy widoki, podziwialiśmy zmieniające się niebo i światło. Wypatrywaliśmy ptaków.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

I nareszcie: klify. Pomarańczowe, o fantazyjnych kształtach, ozdobione eukaliptusową koronką.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Zachmurzone niebo i wiatr wyczarowywały wciąż nowe efekty świetlne, więc popijając herbatę za herbatą dla rozgrzania robiliśmy dziesiątki zdjęć.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Na kolację Billy przygotował potrawy, których motywem przewodnim były 'Australiana' - podano owoce morza, potrawkę z kangura, lokalną jagnięcinę i wołowinę oraz sery i warzywa.
A po kolacji, po ciemku przybiliśmy do brzegu, gdzie czekał autobus, aby zabrać nas na wycieczkę w australijski busz na spotkanie z aktywnymi w nocy zwierzętami. Szczególnie cieszyła nas perspektywa zobaczenia gatunku wombatów, które żyją jedynie po tej stronie rzeki, w tej okolicy - the Southern Hairy Nosed Wombat.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Dokumentacja zdjęciowa to niestety seria ciemnych obrazków o różnych odcieniach czerni, ale wierzcie nam na słowo: widzieliśmy trzynaście wombatów (dzięki silnej latarce i wiedzy Michaela, który z niesamowitą wprawą odróżniał zwierzaki od krzaków i nierówności terenu kierując strumień światła we właściwym kierunku). Wombaty trochę przypominają świnki, ale to kuzyni koali. Ponoć 'spotkanie' z nimi na drodze źle się kończy dla samochodu i pasażerów - ze względu na wzrost, pokrój i 'zbitą' budowę ciała (porównać je można pod tym względem do dzików)...
Wisienką na torcie była kangurza rodzina, która pojawiła się na poboczu, a następnie... prowadziła autobus skacząc po szosie przed nami przez dość długi odcinek, aby następnie oddalić się z powrotem na bok, w busz.
Przed jedenastą wróciliśmy na pokład - jedni skręcili jeszcze do jadalni, sprawdzić stan zapasów w barze, inni od razu odmeldowali się do kabin na ciszę nocną ;-)

WTOREK, 5 lipca

Podczas śniadania odbiliśmy z Walker Flat w dalszą drogę przez Wongulla, Nildottie i Big Bend.

Nildottie słynie ze znaleziska archeologicznego - zaniepokojony farmer zgłosił znalezienie szkieletu młodego chłopca - kiedy policyjni specjaliści zbadali znalezisko, okazało się, że chłopiec zginął... sześć-siedem tysięcy lat temu. Wtedy do akcji wkroczyli archeolodzy odkrywając tajemnice osadnictwa aborygeńskiego sprzed tysięcy lat.

Big Bend z kolei oferuje szeroki wachlarz wycieczek na spotkanie z mieszkańcami australijskiego buszu.

Dowiedzieliśmy się o tym podczas pogadanki w wykonaniu naszego kapitana, który pływa na Murray Expeditions od wielu lat, jest przyrodnikiem z zamiłowania, wspaniałym gawędziarzem i prawdziwą skarbnicą wiedzy o rzece Murray, jej otoczeniu i mieszkańcach.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

W pewnym momencie daleko za nami pokazała się Murray Princess - statek, który widzieliśmy wcześniej w Mannum, napędzany kołem z zespołem łopatek (skojarzenie z Tomkiem Sawyerem i rejsami po Missisipi jest jak najbardziej prawidłowe - to był wzorzec dla statków budowanych w Australii na przełomie wieków, w początkach żeglugi po Murray). Ze 120 pasażerami na pokładzie płynęła w kierunku Blanchetown, gdzie przekroczy śluzę, by kontynuować dwudniowy rejs w górę rzeki.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Na ścianach mijanych klifów zaczęło pojawiać się coraz więcej ptaków, a wśród nich krzykliwe grupy biało-żółtych papug - kakadu.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Widzieliśmy też przeróżne pompy i ujęcia wody dla okolicznych gospodarstw. Niektóre zadziwiały skalą przedsięwzięcia.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Pojawiało się też coraz więcej pelikanów. Tutaj spotkać można tylko dorosłe osobniki. Młode przychodzą na świat w gniazdach budowanych na terenach lęgowych w okolicy, którą odwiedziliśmy w marcu.
Właściwie tuż po tym rejsie należałoby tam wrócić, gdyż właśnie trwa lub niedługo się zacznie sezon lęgowy.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Minęliśmy malowniczo położony rezerwat kultury aborygeńskiej w Ngaut Ngaut. Wrócimy tu w czwartek, aby zobaczyć wszystko z bliska, na wycieczce z przewodnikami.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Słoneczna pogoda sprzyjała przechadzkom lub siedzeniu na pokładzie. Zmarznięci wracaliśmy do jadalni na herbatę, kawę, po dobra z baru lub składaliśmy wizyty gościnnemu kapitanowi i inżynierowi w sterówce. Gawędząc z gośćmi, kapitan robił przerwy na informacje podawane przez mikrofon wszystkim pasażerom - komentował, co mijamy, ubarwiając podróż licznymi ciekawostkami i anegdotami.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Każdy z posiłków jest wart wspomnienia - tu wtorkowy lunch.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Po południu zatrzymaliśmy się w Swan Reach, skąd ruszyliśmy na kolejną wycieczkę autobusem.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Odwiedziliśmy jedno z tutejszych gospodarstw, gdzie produkuje się migdały i... raki.
Warto tu wrócić w sierpniu, kiedy kwitną migdałowce, co tworzy niesamowity obraz - gęsto ukwiecone rzędy drzew, pod nimi zielona równo posiana trawa, która pomaga tłumić chwasty, nad sadem błękitne niebo. Słońce i piękny zapach - achhhhhh...

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Potem ruszyliśmy w kierunku Blanchetown, by tam przespacerować się koło śluzy i zobaczyć, jak przekracza ją Murray Princess.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Śluza w Blanchetown została zbudowana w roku 1922 i jest pierwszą z sześciu śluz na rzece Murray w Południowej Australii (na rzece Murray jest w sumie trzynaście śluz). Pomagają one regulować poziom wody i chronić okoliczne obszary przed powodziami.
Więcej o programach związanych z rzeką Murray można przeczytać tutaj.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Przy śluzie w Blanchetown zbudowano też sprytną pułapkę pozwalającą odławiać karpie.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Okoliczni farmerzy uzyskali zgodę rządu na założenie hodowli karpia pod warunkiem odpowiedniego zabezpieczenia stawów i zadbania, by ryba ta (będąca konkurencją dla lokalnych gatunków) nie przedostała się do rzeki. Wszystko było dobrze do czasu... powodzi, która wypłukała ryby ze stawów i sprawiła, że przedostały się do rzeki. Karp - nazwany w Australii 'rzecznym odpowiednikiem królika' - wykazał niesamowite zdolności przeżycia (wyrzucony na brzeg hibernuje i potrafi przeczekać nawet trzy doby, po których wrzucony do wody powróci do pełni sił; inny sposób to umiejętność zagrzebania się w wilgotnym mule albo wcześniejszego dojrzenia ikry w wypadku śmierci matki przed jej złożeniem).

Karp uznany został za szkodnika. Za wrzucenie złowionego z powrotem do wody lub pozostawienie na brzegu grozi grzywna w wysokości pięciu tysięcy dolarów. Trzeba go zabrać ze sobą, wyrzucić do kosza z daleka od brzegu, a jeśli zostawić, to... pokrojonego 8-0.
Odłowione karpie przerabia się na nawozy.

Karp nie tylko zabiera żywność lokalnym gatunkom ryb, ale i niszczy ich środowisko - ryjąc w mule w poszukiwaniu jedzenia (nie gryzie, bo nie ma zębów - zasysa porcje wody i odcedza jedzenie, a resztę wypuszcza) niszczy złożoną tam ikrę oraz narusza zakorzenione rośliny, mąci wodę, co utrudnia polowanie innym gatunkom żyjątek wodnych, bardzo szybko i licznie się mnoży w porównaniu z lokalnymi gatunkami, szybko przegania je też rozmiarem ciała. Na dodatek nie ma naturalnych wrogów, cały ciężar walki spada więc na człowieka.
I jeszcze coś: ta rzeczna, dzika wersja karpia nie przypomina znanej większości Polaków ryby hodowlanej - jest okrutnie oścista, ości są drobne i bardzo ostre, a mięsa jest mniej i nie jest ono podobne w smaku do naszych tradycyjnych dań wigilijnych. Więc jak się już złowi, to nawet zjeść się nie da :-(

Pełni wrażeń i nowych wiadomości wróciliśmy na łódkę, gdzie po kolacji, podzieleni na grupy, graliśmy w 'Państwa, miasta'. James zaproponował, że za każdy wyraz opisujący wybrane hasło doda nam ekstra punkt (oczywiście dodatkowe wyrazy też musiały się zaczynać na wylosowaną literę). Nasza wyobraźnia rozpędzała się coraz bardziej, a jadalnia długo w noc rozbrzmiewała wybuchami śmiechu.
Kategorie to: miasto w Australii, coś co znajduje się na łódce, aktor/ aktorka, piosenka (dodatkowy punkt za jej zaśpiewanie), kolor, drink, zwierzę.
Nie obyło się bez oszukiwania (Deb z naszej drużyny ściągała dodatkowe przymiotniki ze słownika otwartego... na wyszukiwarce w iPhonie ;-)) i podbierania sobie słów przez poszczególne grupy, ale zabawa była przednia.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

ŚRODA, 6 lipca

Rano, 'bladym świtem' (=tuż po siódmej) wyrwał nas ze snu ryk silnika - wypłynęliśmy tego dnia wcześniej. Dołączyliśmy na śniadanie zerkając nieco niespokojnie na zachmurzone niebo i krzywiąc się na podmuchy zimnego wiatru.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Około dziesiątej przybiliśmy do brzegu i poszliśmy z kapitanem na krótki spacer wśród pięknych eukaliptusów i kęp lignum. Znów porcja wiedzy o otaczających nas roślinach oraz kilka ciekawostek o życiu aborygeńskich plemion mieszkających lata temu na tym terenie.
Zobaczyliśmy na przykład ślad na jednym z drzew po wycięciu kawałka kory na łódkę - canoe. Aborygeni zabierali potrzebną im część kory, ale dbali o wybór właściwego, zdrowego i silnego drzewa oraz o zminimalizowanie skutków cięcia - wycinali korę wiosną, od południowej strony - na pniu zostawała blizna, ale drzewo rosło dalej.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Eukaliptusy nazywane są czasem 'producentem wdów'. Chodzi o to, że osłabione drzewo, w niekorzystnych warunkach, zrzuca nieraz całe konary. Nietrudno się domyślić, że skutki mogą być smutne dla przechodnia...

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Na lunch Billy przygotował nam niespodziankę - fish & chips (ryba z frytkami) w tradycyjnym angielskim wydaniu t.j. zawinięte w gazetę. Oczywiście, nie zabrakło ani cytryny, ani sosu tatarskiego ;-)) Ja dostałam omlet - o dziwo, nie był zawinięty w gazetę ;-)

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Niedługo po lunchu przybiliśmy do brzegu w okolicach Big Bend, skąd, podzieleni na dwie grupy popłynęliśmy 'łódką Jamesa' z kapitanem na wycieczkę po przybrzeżnych płyciznach, a następnie podpłynęliśmy pod ścianę klifu. Pogoda nam nie sprzyjała - było chłodno i wietrznie, na dodatek pokrapywał deszcz, ale na pytania kapitana, czy chcemy wracać, zgodnie odpowiadaliśmy, że NIEEEE! ;-)

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Wzdłuż brzegów, na rosnących tam roślinach, wciąż widać, na jaką wysokość podniosła się woda w czasie ubiegłorocznej powodzi.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Różowo-fioletowa warstwa na wodzie to bardzo pożyteczna roślina - na początku jest zielona, z wiekiem na skutek fotosyntezy zmienia kolor. Nie tylko zapewnia pokarm wielu lokalnym mieszkańcom rzeki, ale dotlenia i filtruje wodę.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Do głównego koryta rzeki płynęliśmy poganiani przez deszcz, pod klifem udało nam się nieco schronić.
Pooglądaliśmy z bliska skutki erozji, wykwity na skałach, skamieniałe muszle sprzed wieków, pajęczyny, rosnące w otworach paprocie oraz precyzyjnie ulepione z błota gniazda jaskółek i garncarzy. Kapitan pokazał, po czym poznać, że w danym otworze znajduje się gniazdo - pisklęta wystawiają małe dupki na zewnątrz i dzięki temu w domu jest czysto ;-))

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Czas spędzony na wycieczce pomógł nam podjąć decyzję w kwestii nadchodzącego wieczoru. Jednogłośnie zdecydowaliśmy, że zamienimy wieczorne BBQ na brzegu pod gwiazdami na wieczorne BBQ w jadalni z widokiem z okna na gwiazdy ;-)

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Dzień zakończył się pięknym spektaklem - zachodzące słońce przedarło się przez chmury oświetlając na pomarańczowo klify.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Kolację serwowali nam wszyscy członkowie załogi. Znów mogliśmy docenić bogactwo lokalnej produkcji - mięsa, sery, warzywa i owoce (że nie wspomnę o winie ;-)).

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Po kolacji dołączył do nas Dave Verrall - dusza towarzystwa, uznany wykonawca australijskiej sceny muzycznej - dowcipny, ciepły i czarujący. Kiedy kolacja układała się w naszych przewodach trawiennych, Dave zaczął nas bawić, wzruszać, rozśmieszać, rozczulać itp. Wciągnął do zabawy wszystkie pokolenia - najstarsi imponowali nam znajomością tekstów, śpiewali równo z Dave'm. Rozdane 'instrumenty' sekcji perkusyjnej krążyły z rąk do rąk i cieszyły się ogromnym powodzeniem. Najmilszy z Moich Mężów podbił serca publiczności dwukrotnie - najpierw solówką na... klapki plażowe, a następnie na... dupkę wombata.

(Przepraszam za jakość zdjęć w galerii - dlatego ich tu nie wklejam, ale w sumie: oddają treść i pasują do nastroju tego wieczoru ;-)) Na szczęście mogę znowu posiłkować się zdjęciami Danny'ego - ten to ma aparat - fiu fiu).

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Wieczór planowany przy ognisku w australijskim buszu pod rozgwieżdżonym niebem (z dala od świateł miasta gwiazd widać całą masę), a przeniesiony z racji zimnej, burzowo-wietrznej nocy do jadalni trwał i trwał. Sala rozbrzmiewała dźwiękami gitary, piosenkami bardziej i mniej tradycyjnymi oraz salwami śmiechu. Były 'rozruchowe' elementy taneczne (coś na kształt pląsów zuchowych - tu pozdrawiam tych, co to mają takie wspomnienia, na czele z nieocenioną Paskudą ;-) - pamiętacie Tu stoją krokodyle, i orangutany? oraz prawdziwe eleganckie tańce - kapitan zaszczycił większość Pań zapraszając je do tańca, a John dzielnie Go naśladował. Panie były przeszczęśliwe ;-)


CZWARTEK, 7 lipca

Kolejny dzień zaczął się wcześnie od pobudki zgotowanej przez uruchomione silniki. Posłusznie daliśmy się wygonić i z łóżka i z kabiny, w kierunku śniadania. Poranek był naprawdę przepiękny - nie za dużo chmur i gładka powierzchnia wody, w której pięknie odbijało się to, co na brzegu.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Po śniadaniu, tuż po ósmej rano, dobiliśmy do brzegu i zeszliśmy na ląd, by zwiedzić Ngaut Ngaut - rezerwat kultury aborygeńskiej i jedno z najstarszych stanowisk archeologicznych w Australii.
Było słonecznie, ale nie za ciepło - na szczęście i czekające na nas schody i urok okolicy zagwarantowały, że nie było nam zimno. Spacerowaliśmy z przewodnikami, którzy opiekują się rezerwatem i pracują tu całymi rodzinami jako wolontariusze. Opowiadają o historii tego miejsca, o kulturze swoich przodków, przybliżając aborygeńską przeszłość, zwyczaje i wierzenia zapisane na skałach klifu tajemniczymi symbolami.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Mieliśmy okazję spróbować 'soli z krzaka' - czerwone owoce są naprawdę słone.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Dzięki opowieściom przewodników 'ożyły' historie zapisane na skale za pomocą znaków, licznych kropek i kresek. Stało się jasne, jak wyglądał rozkład 'pomieszczeń' i które z nich pełniły jakie funkcje - gdzie spali myśliwi, a gdzie kobiety, dzieci i starszyzna; na co polowano i jakie zasoby żywności można było zdobyć w okolicy, w jakiej odległości znajdowały się święte miejsca itp.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Prace archeologiczne pozwoliły odsłonić wielowiekową tradycję plemion, które wędrując wracały nad rzekę przez lata, pokolenia... Wśród skał widać nie tylko liczne muszle, ale i warstwy popiołu oraz osmalone 'sufity'.
Park utrzymuje się bez pomocy fundacji rządowych. Wolontariusze nie tylko oprowadzają zwiedzających, ale i naprawiają na bieżąco zużywające się schody, barierki itp. Dodatkowym źródłem zarobku jest też sprzedaż pamiątek. Wróciliśmy na łódkę bogatsi o parę drobiazgów ;-))

W oczekiwaniu na lunch popijaliśmy gorącą herbatę i podziwialiśmy liczne ptaki. Wśród nich np. łabędzią rodzinę - większość ptaków podlatywała co jakiś czas do przodu, a jeden ptak uparcie za nimi płynął. Gdy się nieco zbliżyliśmy, tajemnica się wyjaśniła: 'maruderem' była mama z maluchami, która w pewnym momencie dopłynęła do przybrzeżnych zarośli i się w nich schroniła.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Zobaczyliśmy też film o powodzi w 1956 roku, a potem zjedliśmy zasłużony lunch. Mijając po drodze widziane już wcześniej łodzie, domy i zabytek ;-) po południu dopłynęliśmy do Mannum. My ruszyliśmy na spacer, załoga uzupełniała zapasy, a Billy w kuchni przygotowywał uroczystą kolację kapitańską.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Mannum nie jest duże - to typowa dla tego rejonu miejscowość nad rzeką. Wiele tu domów typu letniskowego, ale coraz więcej ludzi osiedla się również na stałe. Obecnie powstaje tutaj nowe osiedle - marina - mieliśmy okazję obejrzeć mapę z wydzielonymi działkami i planem zagospodarowania terenu.
Pasażerowie naszej łódki stworzyli na głównej ulicy całkiem imponujący tłum. Lokalne centrum informacyjne niestety dość szybko zamknęło swe podwoje (ale udało się zabrać kilka ciekawych broszur - tutejsze materiały i centra informacyjne nieustannie nam imponują - to prawdziwa kopalnia wiedzy i bardzo skuteczna forma promocji - tak by się chciało od razu wszędzie pojechać i wszystkie te piękne miejsca zobaczyć na własne oczy ;-))
Przeszliśmy się jedną ze spacerowych ścieżek, ale naszym wrogiem okazała się temperatura i... krótki dzień - dość szybko zapadała ciemność. Zahaczyliśmy zatem o niepozorną kawiarenkę z kawą z ekspresu i pyszną czekoladą, gdzie już siedzieli Deb i Rebecca, każda ze swoim Gregiem ;-)

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Po powrocie na łódkę ruszyliśmy na kapitańską kolację. Załoga przywitała nas w pełnej gali, rozdano drinki i przekąski, a potem wieczór stopniowo się rozwijał. Na stolikach pojawiały się kolejne potrawy, rozmowy rozbrzmiewały śmiechem, anegdotami i wspomnieniami.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
- dziękujemy Danny ;-)

Z jednej strony cieszyła panująca w jadalni atmosfera, z drugiej - było nam jednak smutno, że jutrzejszy dzień był ostatnim w planie tej wyprawy :-(


PIĄTEK, 8 lipca

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Tego ranka wstaliśmy na dźwięk budzika, nie silników. Po ostatnim wyprawowym śniadaniu wypłynęliśmy z Mannum, by przez Ponde, Caloote i Wall Flat dotrzeć do punktu startowego ostatniej wyprawowej wycieczki - Woodlane, skąd wyruszyliśmy autobusem do Reedy Creek Waterfalls - malowniczego parku z wodospadami.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Po spacerze w parku pojechaliśmy odwiedzić szkołę w Mypalonga, gdzie uczniowie założyli i prowadzą swój sklepik. Sprzedają tam między innymi suszone morele, przy produkcji których pracują w czasie wolnym od zajęć szkolnych. Praca w sklepiku połączona jest z projektami, dzięki którym uczniowie doskonalą swoją znajomość matematyki oraz zdobywają doświadczenie w prowadzeniu sklepu, obsłudze klienta itp. Absolwenci tej szkoły tak bardzo wyróżniają się na tle innych uczniów w gimnazjum, że rodzice z nawet odległych miejscowości starają się tu zapisać swoje pociechy.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Hmmmm, to było już ostatnie zejście z pokładu przed zejściem pożegnalnym :-( Odpłynęliśmy z Woodlane, a mijając znowu Mypolonga, Sunnyside, Mundurra i Willowbanks zbliżaliśmy się coraz bardziej do Murray Bridge, gdzie tak niedawno, a zarazem jakby wiele dni temu rozpoczęliśmy nasz urlop na rzece.
Do kolekcji pamiątek dodaliśmy jeszcze koszulki i moją kamizelkę z logo Murray Expeditions.
A potem wymienialiśmy adresy i wizytówki, a jeszcze później - w ruch poszły chusteczki... Niebywałe, ale polało się sporo łez podczas uścisków pożegnalnych...

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition
Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition

Z planu pooglądania Murray Bridge niewiele wyszło, bo postanowiliśmy jednak ruszyć z powrotem do Adelajdy ścigając się z zapadającą ciemnością. Pożegnaliśmy nowych znajomych - współpasażerów i członków załogi, po czym z parkingu kolejno odjeżdżały samochody, a Michael odwiózł niektórych do autobusu do Melbourne, a niektórych na dworzec autobusowy w Adelaide.
Załoga wróciła na łódkę, by przygotować się na przyjęcie kolejnej grupy gości.

Dwie dziurki w nosie i skończyło się.
Została nam góra pamiątek i zapas zdjęć, które dłuuuugo w noc sortowaliśmy, aby upchnąć je do jednego albumu.
Koty powitały nas przeszczęśliwe, że w końcu wróciliśmy. Chyba przespały większość czasu, bo i jedzenia trochę zostało i... kuwety były w całkiem przyzwoitym stanie. Wspominając z rozrzewnieniem ciepłą kabinę i całkiem łaskawą pogodę włączyliśmy grzejnik i wsłuchiwaliśmy się w bębnienie deszczu...

Dodatkowym plusem urlopu były... sobota i niedziela do naszej dyspozycji przed powrotem do pracy.

Od 2011_07_03_08_Murray River Expedition