13 maja 2013

Grzybobranie rozpoczęte :-)

Piękne lato mamy tej jesieni :-)

Niby jesień w ostatniej odsłonie (1 czerwca oficjalnie zaczynamy nową porę roku), niby od początku maja nie obowiązuje zakaz palenia ognisk, ale nadal jest ciepło i słonecznie.
Niby w poszwie na łóżku pojawiła się kołdra, ale na razie ta lżejsza i wystarcza nam w zupełności.
No dobra - nie chodzimy już pływać w oceanie i zdarzyło nam się parę razy włączyć wieczorem grzejnik, ale ogólnie: jest ciepło ;-)

Złą stroną wysokich temperatur, mimo padających czasem deszczy (ale deszcz przychodzi, pada, po czym się kończy - nie ma kilkudniowych serii, niebo szybko się przeciera i wraca słońce) jest to, że jest sucho. Zwłaszcza na wzgórzach na Adelajdą.
A mamy tu kilka niebezpiecznych tradycji...  Po pierwsze: sporo osób stosuje kontrolowane wypalanie trawy.  Hmmmm, niezmiernie łatwo traci się kontrolę nad 'kontrolowanym' wypalaniem - ściółka jest sucha, znikąd pojawia się wiatr i, niby ugaszony, ogień 'wstaje' jak to mówią po nowoojczyźnianemu.  I 'biegnie' przez busz...
Inny zwyczaj to palenie ognisk (bonfires) - podpala się ułożony stos (im wyższy, tym lepszy) i świętuje dookoła, dzieciaki pieką pianki marshmallow (błeeeee...), dorośli... jak to dorośli, jest ciepło i romantycznie, ogień trzaska i skry skaczą wokół...

Niestety, nad Adelajdą często widać ciemnoszare smugi dymu.
W czwartek jeden z pożarów jak się zaczął przed południem, tak ugasili go w nocy.
Następnego dnia zamiast ciemnoszarego dymu można było oglądać białą smugę mgły...

W związku z tym, że jest ciepło i sucho - sezon grzybowy się opóźnił.
Regularnie odwiedzamy grzybowe miejsca: najpierw było pusto, raz przeszliśmy po śladach tych-co-zdążyli-na-czas, wśród maślaków, po które zgłosili się kilka dni wcześniej grzybiarze lub... robaki.
Zaskakuje nas kolorystyka znanych miejsc - w tym roku zieleń dopiero się pojawia, ale na początku kwietnia drogi - szerokie połacie między drzewami i brzegi lasu były szarozłote, pokryte wypaloną suchą trawą, ani śladu mchu czy wilgotnolubnych białokwitnących roślin...

Od Zdjęcia_Bloggera_5


Dziś w końcu się udało!!! :-)
Pojechaliśmy w jedno z zagłębi maślakowo-rydzowych i przywieźliśmy nieco maślaków i rydzów do Chatki :-)  (Spójrzcie Drodzy Czytelnicy na późnojesienny strój Pana Lawendowej Chatki... ).

Od Zdjęcia_Bloggera_5


Wbrew pozorom muszę przyznać, że grzybów było mało.  Spore grupki, ale większość już zaklepana przez robaki, wiele niestety... wyschniętych.
Rydze chyba dopiero zaczynają, poza tym rosną sprytnie spod igliwia i nie wystawiają kapeluszy do słońca.  Maślaki pojawiły się już kilka tygodni temu, ale raczej przyzwyczajone do innych warunków w ubiegłych latach nie radzą sobie z wysoką temperaturą, niedostatkiem wilgoci w podłożu i krótkotrwałością opadów.

Żal było patrzeć, jak wiele grzybów miało popękane kapelusze - miały energię, by rosnąć, ale brakło im wody...

Nic to, powybieraliśmy jednak dość, by zapełnić trzy wiaderka :-)

W domu ruszyła akcja: rydze na patelnię!  Ha, pycha!  Na masełku, nieco soli i sporo pieprzu - super!

Od Kulinaria
Od Kulinaria
Od Kulinaria
Od Kulinaria


Najmilszy pokroił kilka kapeluszy w kostkę, a ja szybko pomieszałam dwa mokre i dwa suche w czterech miskach i..... po dłuuuuugiej przerwie w Chatce znów zapachniały muffiny.

Tuzin ze smażonymi rydzami w towarzystwie ziół, szóstka z borówkami i szóstka z malinami.  Do owocowych dla smaku i koloru dosypałam nowoojczyźnianego 'kakao', czyli Milo.

Kolejnym etapem było blanszowanie maślaków - z myślą o przyszłych sosach, marynatach i zupach, mmmmm...

Od Kulinaria
Od Kulinaria
Od Kulinaria

24 lutego 2013

Zakupy z dostawą do domu

Przez kilka tygodni testowaliśmy nową wersję zakupów - z dostawą do domu.
Pomysł w teorii wydał nam się znakomity - trzy razy w tygodniu otwieramy rano drzwi i znajdujemy tam przenośną lodówkę pełną pyszności na śniadanie i pozostałe posiłki.

Dwa razy w tygodniu są to produkty typu nabiał, świeże soki, pieczywo, ryby itp.
Raz w tygodniu - owoce i warzywa - standardowy albo układany przez klienta zestaw w kartonowym pudle.

Producenci to australijscy farmerzy, produkty są świeże i najwyższej jakości.
Zamówienie można mieć stałe, można je modyfikować przez stronę internetową firmy, można zadzwonić, jeśli ktoś woli taką opcję.  Rachunki reguluje się na koniec miesiąca, zleceniem z karty kredytowej.

Hmmm, ponieważ podziękowaliśmy za tę usługę nie będę podawać strony internetowej ani nazwy :-( , rozwinę za to nieco, co w praktyce nie za bardzo się udało:

- nabiał (mleko, masło, ser, jajka), soki i pieczywo bez zastrzeżeń - lodówka spełniała swoje zadanie, a śniadanie nabierało nowych barw :-)
- ryby - no niestety - porcja pod nazwą 'ryba dnia' nie tylko zawiodła sposobem przygotowania filetów, nie tylko zniechęciła brakiem urozmaicenia oferty, ale - co najgorsze - dwa razy ryba okazała się nieświeża!
- owoce i warzywa - no niestety, notorycznie zdarzały się pomyłki typu jeden brokuł zamiast dwóch itp, ale co najgorsze - ta dostawa robiona była w ciągu dnia, a nie w nocy i mimo mojej prośby, aby zostawiać pudełko po zacienionej stronie domu koło garażu, dostawa czekała na nas przed drzwiami wejściowymi - w pełnym słońcu przez kilka godzin...
- różnica cenowa spora w stosunku do sklepu, który zwykle odwiedzamy, ale liczyliśmy na reklamowaną przez firmę super jakość - noooo, też niestety nie do końca: poza pomyłkami ilościowymi zdarzyły się np. niedojrzałe zielone banany (bez szansy na to, że dojrzeją w domu koło jabłek...) lub nadgniecione brzoskwinie...

Dlaczego nie reklamowałam?
Reklamowałam raz, a potem mi się tak jakoś odechciało....
Rozczarowało mnie, że nowa rozwijająca się firma, zdobywająca dopiero rynek w Adelajdzie już nie dba o klientów, że już się trzeba upominać i uczyć, z czego klient byłby zadowolony...

W dostarczanych z towarem gazetkach doczytałam, że farmerzy-producenci mają swoje farmy w różnych stanach, lokalnych było naprawdę niewielu - jakoś mi się to nie zgodziło z wizją świeżej lokalnej produkcji, ekologicznego transportu itp...

Zadzwoniłam zatem i podziękowałam za współpracę.  Niby starano się mnie zatrzymać, ale nie za wszelką cenę, więc znów poczułam się niezbyt wysoko ceniona jako klient ;-)

No, doooobra, może ma rację ten, kto powie, że pewnie zatęskniłam za zakupami i wizytami w sklepach?  Może? 

17 lutego 2013

Letnia (?) sielanka

Trwa popisowe nowoojczyźniane lato :-D  Najmilszy trochę narzeka, bo upały dają w kość w pracy w ciągu dnia, bo na golfie jest ciężej z powodu gorąca itp.  Za to ja po pracowitych dniach w klimatyzowanych wnętrzach, w wolnych chwilach wygrzewam się z lubością, chociaż w cieniu...  Skutki czytania książki w ogrodzie w stroju kąpielowym... brązowieją do dziś, mimo że ani nie siedziałam długo, ani nie czułam, kiedy zdążyłam popisowo sczerwienieć...

Stanowy Departament Zdrowia znowu rozesłał apele ostrzegające przed trwającą właśnie 'heat wave', czyli falą upałów - na co uważać, czego unikać i dlaczego warto zajrzeć, czy u starszych osób wszystko w porządku...  Jak zwykle największa troska należy się teraz maluchom i osobom starszym właśnie - mimo wielu lat doświadczenia i edukacji nadal zdarzają się udary, groźne odwodnienia, a nawet... zgony z powodu upałów... :-(

Był taki tydzień, że się zasmuciłam, że już koniec lata - zaliczyliśmy kilka zimnych nocy i wieczorów, kiedy po zachodzie słońca wyziębiało się od razu nieprzyjemnie i 'rześkich' poranków, których - jak wierni Czytelnicy już wiedzą - szczerze nie cierpię ;-)  Ale ufffff - lato nadal trwa :-D
Wróćmy zatem do jasnych stron lata, bo przecież w tytule wpisałam: 'sielanka' ;-)

W nocy znów się nie da spać bez włączonej klimy i wiatraka, w dzień nie warto otwierać drzwi, bo i przeciąg niespecjalny, i nagrzewać wnętrza nie warto ;-)  Lodówka z podajnikiem lodu i zimnej wody znów jest naszym najbliższym przyjacielem :-)  Lody niby kuszą, ale nie do końca skutecznie - po takim słodko-lepkim lodzie, to dopiero chce się pić ;-)

Na błękitnym niebie pojawiły się dziś białe baranki, obudził się przyjemny wietrzyk, więc powietrze się rusza (przez kilka ostatnich dni w powietrzu stał upał, no może drgał, jak stał, ale stał ;-) ), koło mnie szemrze fontanna, ptaki chyba śpią, albo im się nie chce wydzierać, koty poznajdowały sobie zacienione kąciki i śpią, lekko faluje odrastająca trawa i gałązki cytrusów - ehhhhhh, chwilo trwaj :-D

W kuchni  na stole nie tylko oszałamiająco pachnie walentynkowy bukiet, ale i uśmiechają się soczyste owoce - trwa sezonowa parada winogron, brzoskwini, nektarynek, arbuzów i melonów, nadal dostępne są soczyste mango i 'krzaczkowe': truskawki i borówki.
Pomidory kuszą wachlarzem odcieni, wielkości i kształtów.  Domowa 'maślanka' 'robi się' w jeden dzień od dolania kilku łyżek 'starej' do butelki świeżego mleka - kocham lato :-D

14 lutego 2013

Witaj Wodny Wężu :-D

Rachu ciachu i nadszedł czas na kolejny Bilans...

Hmmmmm, wiem, że obiecałam uzupełnić zaległości - podtrzymuję obietnicę, proszę jedynie o wydłużenie czasu (czyli o ponowne nadwyrężenie Waszej cierpliwości, Szanowni Czytelnicy).

Od ostatniej 'trzynastki':
- Goście wrócili do dalekiego zimowego teraz kraju - mamy nadzieję, że bogatsi o ciekawe wspomnienia, górę zdjęć i nowych wrażeń - dla równowagi teraz pojechali poszaleć na nartach na śniegu :-D,
- my wróciliśmy do pracy - w Nowym Roku karuzela kręci się równie szybko, jak w ubiegłym: Najmilszy zyskał Nowego Kolegę po fachu (nareszcie, Brachu :-D; nareszcie i gratulacje na nowej drodze zawodowej ;-D), a ja zyskałam nowe biurko - 'swojsze', więc z radością 'zagospodarowuję i 'oswajam' nowy kącik :-D,

- w kuchni na ścianie zawisł nowy kalendarz i z radością dodaję tam kolejne wpisy dotyczące zaplanowanych na ten rok ciekawostek - ojjjj, będzie się działo ;-),

- zakwitło drugie frangipani i to kompletem dwóch kwiatostanów :-D,

- z postrzyżyn fikusa do doniczki trafiły dwie nowe gałązki z korzeniami, ale że je głupio wystawiłam na zewnątrz, to mamy teraz w pergoli.... yyyyy... okaz fikusa ze spalonymi liśćmi - yyyyy, czekamy na razie, co z tego wyniknie.  Do postrzyżyn szykuje się Kolega Kuzyna Konia i jedna gałąź Kuzyna ;-),

- cytrusy z dumą prezentują wciąż zielone, ale coraz większe owoce, a nam się ta duma udziela, a jakże :-D,

Aganiok nie kuleje!!!!! Z ogromną radością donoszę, że noga wróciła do pełni sprawności i chodzi całkiem normalnie :-D  Razem z Popiołkiem zarzucili nam Chatkę warstwami sierści, więc im teraz zapewne nieco łatwiej w panujących temperaturach - zmianę najlepiej widać po ogonie Aganioka - taki się zrobił cieniutko-marniutki - hihihihi, z ledwo widoczną teraz białą końcówką ;-)

Z zapisków na kuchennym kalendarzu powstaną pewnie nowe posty tutaj:

- obejrzeliśmy 'Hobbita' przez trójwymiarowe okulary i wyszliśmy z kina ze skrajnie różnymi opiniami ;-)
- byliśmy na koncercie Adelajdzkiej Orkiestry Symfonicznej 'Błękitna Planeta': z popularnej serii programów przyrodniczych BBC wybrano fragmenty filmów, które najlepiej ilustrują rolę, jaką w tych opowieściach gra muzyka - nad sceną z muzykami, na dużym ekranie widzieliśmy obrazy, konferansjer wprowadzał nas w prezentowane utwory - po raz kolejny mieliśmy okazję przekonać się o mistrzostwie i szerokiej gamie możliwości muzyków naszej ASO, której fanami jesteśmy od pierwszego spotkania :-D,
- trwa nowa seria odcinków Master Chef - 'Profesjonaliści' - po raz pierwszy powstał program, w którym zmagają się zawodowi szefowie kuchni,
- tegoroczne Święto Australii spędziliśmy na 'domówce' u znajomych zamiast na plaży w Sellicks ;-), ale zanim tam dotarliśmy, zjedliśmy super lunch w Ding Hao - ponoć najlepsze yum cha w Adelajdzie...

... jest o czym pisać, niech mi tylko wróci wena i zapał do pisania w długie letnie ciepłe wieczory ;-)

Bilans zamknęliśmy wejściem w nowy rok księżycowy - według chińskiego kalendarza nastał rok Wodnego Węża, który niesie zmiany, zmiany, zmiany - hmmmmm, czy to znaczy, że do tej pory było nudno, monotonnie, i na jedno kopyto?????? ;-)
Pożyjemy, zobaczymy :-D: "... Wodny Wąż najbardziej ze wszystkich ludzi kocha niepoprawnych marzycieli i to właśnie im pomaga najlepiej, jak potrafi..."

13 stycznia 2013

A ku ku, czyli: nadszedł Nowy Rok 2013

Zacznę może od oklepanego stwierdzenia, że czas pędzi jak szalony.
Wiem, nie było nowych wpisów od wieków, ale po tej stronie monitora aż tak tego ogromu czasu odczuć nie zdążyłam ;-)

Trzynastka w kalendarzu oznacza: Bilans, czyli: nową notkę na blogu.  A nowa notka zwykle wróży 'rozpędzenie pióra' i bardziej lub mniej skuteczne zapchanie powstałych dziur i luk w zapiskach.

Od ostatniego Bilansu mamy w Chatce Gości z dalekiego zimnego kraju: 
- pokazaliśmy im nieco Adelajdy (z racji tego, że mamy lato, podstawą są wizyty na plaży: West Beach, Glenelg, Sellicks, ale chwalimy się także od strony kulinarnej w domu i poza domem - mmmmmm, w wersji 'wychodne' przebojem okazała się restauracja chińska na Gouger Street - Ding Hao gdzie trafiliśmy trochę niechcący, wbrew wcześniejszym zamierzeniom i gdzie zgotowano nam niezwykłą ucztę),

Od 2012_12_Goście_S&W
Od 2012_12_Goście_S&W
Od 2012_12_Goście_S&W
Od 2012_12_Goście_S&W
Od 2012_12_Goście_S&W
Od 2012_12_Goście_S&W
Od 2012_12_Goście_S&W

- wyjechaliśmy poza obręb miasta (najpierw do Parku Gorge poprzytulać koale i obgłaskać kangury, a potem odfajkowaliśmy żelazny punkt programu: Dolina Barossy - degustowanie wina, porównywanie różnych gatunków przed Centrum Jacob's Creek i oczywiście pizza w Ryczących Czterdziestkach w Angaston.  Niestety, spóźniliśmy się nad Whispering Wall, za to przejechaliśmy trasą turystyczną od Barossy przez Lobethal, Hahndorf, Mount Lofty krętą drogą przez malownicze okolice.  Na Mount Lofty gościom pokazał się tuż przy drodze, w całej okazałości dziki kangur!),

Od 2012_12_Goście_S&W
Od 2012_12_Goście_S&W
Od 2012_12_Goście_S&W
Od 2012_12_Goście_S&W
Od 2012_12_Goście_S&W
Od 2012_12_Goście_S&W
Od 2012_12_Goście_S&W

- po czym rozłożyliśmy mapy, pogrzebaliśmy w Internecie i ułożyliśmy plan Noworocznej Przyprawy (post wkrótce, mam nadzieję) - kilometry nadal się liczą, zdjęć pozostało prawie 2.100 w dwóch folderach i końcówką w trzecim, przy stoliku piętrzy się góra materiałów informacyjnych zebranych na trasie - tik tak tik tak, zbieram się w sobie :-D

Ten Bilans można też określić mianem czasu urlopowego - obydwoje z Najmilszym odpoczywamy od obowiązków zawodowych :-D

Od 2012_12_Goście_S&W
Od 2012_12_Goście_S&W

Dzięki życzliwości i staraniom Petrosa w Zielonym Kąciku obyło się bez strat, mimo że pod naszą nieobecność temperatury wyskoczyły na ponad 40 stopni.

Od Lawendowa_Chatka_2011_2012
Od Lawendowa_Chatka_2011_2012
Od Lawendowa_Chatka_2013
Od Lawendowa_Chatka_2013
Od Lawendowa_Chatka_2013

Koty czekały grzecznie i cierpliwie, przywitały nas stęsknione, z radością.  Obydwa wydają nam się nieco jaśniejsze - czy to możliwe, żeby słońce zmieniło trochę kolor ich futerek? 
Aganiok powoli odrasta (choć nadal nie wygląda jak przedstawiciel rasy kotów długowłosych) i już prawie nie kuleje.

Trawnik prezentuje jeszcze skrawki zieloności, ale dominuje złoto spalonej trawy ;-)  Cytrusy i sukulenty mają się dobrze.  Fikusy znowu rosną jak szalone - odbyły się kolejne 'postrzyżyny' rośliny, która dotknęła sufitu, więc czekamy teraz aż hodowane w wodzie korzenie osiągną gotowość do wsadzenia nowego zielonego domownika do doniczki.

Od Lawendowa_Chatka_2013
Od Lawendowa_Chatka_2013
Od Lawendowa_Chatka_2013

Rok podsumowaliśmy:

- wymianą kosiarki na nowszy model (poprzednia przeniosła się do kosiarkowego raju),
- zakupem nowego aparatu (nie, nie tego, o którym przebąkuję już od jakiegoś czasu!  Zgubiłam gdzieś naszego Mju i trzeba było zaprosić do domu jego młodszego brata, który nota bene już zdążył się cudnie sprawdzić :-D  Zakup Nowego Aparatu ciągle w fazie planów, ale sprawa posunęła się o tyle, że ostatnio potrzymaliśmy sobie planowane cudo w ręce ;-)
- Noworoczną Przyprawą, czyli przebyciem około czterech tysięcy kilometrów od Adelajdy przez Canberrę, Sydney, wzdłuż wybrzeża Pacyfiku do Melbourne, przez Mornington Peninsula promem do the Great Ocean Road, przez Mount Gambier, Monarto ZOO i Hahndorf z powrotem do Adelajdy,
- prawie zakupem nowego Volvika (jako że zaprzyjaźniam się ze swoimi samochodami, na razie trzymam kciuki, żeby skończyło się jedynie na mechaniku - nie chcę nowego Volvika!  Tym bardziej, że dotychczasowy Dzielniak wzorowo mimo utrudnień wrócił do bazy z wielokilometrowej Przyprawy Noworocznej :-D).

Zobaczymy, co też przyniesie nam Nowy Rok ;-)

14 grudnia 2012

Jadą do nas Goście :-D

Od ostatniego Bilansu minęły kolejne pracowite tygodnie.

Ja z radością, ale i kapką niedosytu skończyłam kolejny etap mojej nowoojczyźnianej edukacji - na moim koncie mam już drugi diploma z TAFE :-D  Hihihihi, powieszę sobie nad biurkiem jeszcze jedną ramkę ;-)  Czas pomyśleć o kolejnym szczeblu tutejszej edukacji - ale o tym na razie ciiiiiiii...  Plany się klują ;-)
Pan Dyrektor niezmiennie oczarowuje klientów i panie w biurze swoim nieodpartym urokiem osobistym uzupełnionym talentami: organizatorskim, 'złotorączkowym' oraz coraz solidniejszą znajomością sektora, w którym działa.  Puchnę z dumy, ilekroć o tym pomyślę i to pewnie wyjaśnia, czemu w niektórych ciuchach mi ciasnawo ;-)
Przegapiliśmy w tym roku naszą tradycyjną głodówkę i od jakiegoś czasu snujemy plany, coby to nadrobić (tiaaaaa..., a tymczasem lato nadeszło... 8-0).

Nadchodzi czas nagrody za wytężoną pracę, a mianowicie urlop!  Wbrew tradycji i preferencjom nic jeszcze nie zostało zaplanowane, bo przyjeżdżają do nas goście z dalekiego zimnego kraju i dopiero wspólnie z nimi ustalimy gryplan - gdzie pojedziemy, co zobaczymy i co będziemy robić...  Przygotowaliśmy ze swojej strony listę propozycji bazując na tym, co już znamy i lubimy oraz na tym, gdzie jeszcze nie byliśmy, a chcielibyśmy być :-)

Pogoda wreszcie zrobiła się godna Australii - nad głowami mamy piękny nieskończony błękit nieba oraz gryzące słońce.  Samochodowe okna okleiliśmy ciemną folią, a w sypialni roletę podnosimy tylko podczas odkurzania ;-)  Spacery po plaży uzupełniamy wchodzeniem do wody, ale do ubrania strojów postanowiliśmy jeszcze trochę poczekać ;-)
Podczas ostatniego miesiąca zaliczyliśmy już włączanie na noc wiatraka w sypialni oraz klimatyzacji, żeby nieco obniżyć temperaturę w Chatce.

Wykorzystaliśmy też ostatnie bilety z tegorocznej 'kulturalnej' kupki: byliśmy na fantastycznym przedstawieniu "Ovo" w wykonaniu ekipy Cirque du Soleil.
Dwie godziny ciekawej muzyki i fascynującej mieszanki: choreografii, gimnastyki, sztuki cyrkowej w przepięknej scenografii i efektownych strojach - to zupełnie inne, nowoczesne i porywające oblicze cyrku, które nic nie traci z uroku przedstawień pamiętanych z dzieciństwa, a zarazem prowadzi nas na zupełnie inny poziom wrażeń.
Cirque du Soleil to grupa artystów z Kanady, którzy podbili już serca widzów na całym świecie.  Byli już wcześniej w Australii, tym razem przyjechali z "Ovo".  W Adelajdzie przedstawienia odbywały się od połowy grudnia przez miesiąc.
Siedzieliśmy jak zaczarowani chłonąc świat owadów - po scenie skakały pasikoniki (jeden z naszych faworytów, jeśli chodzi o kostium), pod sufitem wirowały motyle, w pajęczynie urzekały nas baaardzo atrakcyjne pająki, rozbawiły nas mrówki uprawiające akrobacje znoszonymi do mrowiska skarbami (wyglądającymi jak kawałki owoców).  Dwa akty rozdzielone przerwą i seria popisów artystów o bardzo wysokim poziomie umiejętności.  Oczywiście był tam jeden czy drugi drobiazg, uchybienie, ale posłużyły raczej jako kontrast ukazujący mistrzostwo innych ;-)
Niesamowite były też akrobacje na ścianie, po której biegały i skakały wszystkie po kolei owady.  Poruszający był finał, kiedy na scenie pojawili się wszyscy artyści i dołączyli do nich zza kulis członkowie zespołu muzycznego śpiewając i grając na scenie.

Otaczała nas grupa profesjonalistów sprawnie panująca nad zmianą scenerii, ustawianiem przyrządów, rozpinaniem lin, trapezów itp., niesamowita muzyka oraz gra świateł i laserów.  Wow!!!  Bez wahania stwierdziliśmy, że gdy Cirque du Soleil wróci do Adelajdy, postaramy się znów zasiąść na widowni.

Niestety, ten post musi się odbyć bez dokumentacji zdjęciowej, albowiem w połowie grudnia posiałam gdzieś nasz ukochany malutki niezawodny aparacik :-(  
Zrobiłam mały eksperyment na Facebooku i czekam z zaciśniętymi kciukami, kupiliśmy od razu młodszego brata utraconego sprzętu, ale została dziura - ostatnie zdjęcia zgrałam z karty 11 listopada...  :-(  Kolejnych nie ma - buuuuuu...  
Noooo, chyba że Facebookowy eksperyment się powiedzie...

1 grudnia 2012

Lato :-D

Lato w tym roku przyleciało na skrzydłach motyla - ponoć ma ich być dużo, bo podobno mieliśmy tej wiosny sporo gąsienic.  Yyyyyyy, nie wiem - my przegapiliśmy fazę gąsienic...  W pracy, a może odpoczywając po...?

Po kilku dniach z temperaturami w okolicach czterdziestu stopni, po serii przelotnych burz i gwałtownych krótkich opadów deszczu nadszedł 1 grudnia.
Najmilszy w pracy, ja dochodzę do siebie po kolejnym intensywnym tygodniu - zamknęłam jeszcze jeden etap tutejszej edukacji, zaliczyłam w pracy następne projekty - mam na swoim koncie przeprowadzonych szkoleń świeżo dodane do listy sesje.
Pan Dyrektor konsekwentnie realizuje tydzień pracy, który kończy się w piątki w południe i przechodzi w weekend rozgrywkami golfa.
Koty śpią.  W ciągu dnia więcej czasu spędzają w Chatce, bo w środku jednak jest chłodniej.  Za to w ciepłe wieczory bardzo chętnie wychodzą do ogrodu - Popiołek elegancko i dostojnie, z pewną dozą ostrożności, a Aganiok prezentując wygolono-odrastające boki i kulejąc niestety po sławetnej bójce z psem sąsiadów...

Wiem, wiem, Drodzy Czytelnicy, zaniedbałam bloga ostatnio i należy się Wam parę postów uzupełniających Chudzielce Story - dojdziemy do tego mam nadzieję, proszę o jeszcze trochę cierpliwości.

Z racji nadejścia lata Volvik poszedł w ślady samochodu Pana Dyrektora, czyli... szyby zostały oklejone przyciemniającą folią.  Słońcu teraz trudniej zaglądać do środka w ciągu dnia, a ja mogłabym (ale nieeeee, ja taka nie jestem) prawdopodobnie podłubać w nosie stojąc na czerwonym świetle korzystając z nowo uzyskanej prywatności za ciemnymi szybami ;-)

Trawniki znowu skoszone na krótko, w Zielonym Kąciku tradycyjnie niestety więcej porażek niż sukcesów - ze smutkiem pożegnaliśmy i pomidory i ogórki, które mimo naszych wysiłków po raz kolejny przegrały z chorobą.  Zioła rozrastają się jakoś niechętnie, powoli.
Mogę się na szczęście pochwalić, że część storczyków nadal kwitnie, cytrusy mają się dobrze (obecnie przeważają małe owocki, choć gdzie nie gdzie pojawiają się pojedyncze kwiateczki.  W gaiku awokado wyciąga się ku niebu już trzecia roślinka - juuuupiiii - warto było się upierać przy wsadzaniu kolejnych pestek :-)
Z radością patrzę na rosnące kwiatostany na frangipani - ciekawe, czy zakwitną na święta?

7 października 2012

Wiosna, ach to Ty :-D

... Hmmm, wbrew obietnicy aktualizacja, czyli tworzenie posta o zimowisku potrwała nieco dłużej, ale oto jest - zapraszam do słonecznego zimowego Queensland na Hamilton Island :-D
relacja i Notes.

**************************

Nareszcie - nade mną błękitne niebo, termometr pokazuje ponad dwadzieścia stopni, siedzę w ogrodzie za domem, owiewa mnie zapach kwiatów pomarańczy - chłonę otaczającą mnie wiosnę, chłonę zieloność i ładuję, niedoładowane od dawna, baterie nowym zapasem energii i optymizmu :-D

Najmilszy z Mężów niestety w pracy.
Obiecałam, że tu napiszę - od tak dawna zaległe - dwa posty o wakacjach...
Galerie uzupełniłam na bieżąco, ale z pisaniem mi schodziło...  Bo i materiał do ogarnięcia spory, i grafik zajęć nie sprzyjał, i pogoda nie za bardzo pasowała - lista wymówek była długa i moim zdaniem brzmiała całkiem wiarygodnie...

Ale nareszcie są - tadaaaaammm!
Wakacje pierwsze: relacja i Notes

***************************

Kolejny wiosenny dzień - dziś Najmilszy gra w golfa.
Dla mnie pracowity weekend przy blogu trwa: wakacje drugie także powoli zyskują swoje posty...