14 marca 2011

Siedem pór roku za nami ;-)

Ostatni miesiąc był powrotem do przedHobbitowej rutyny. Wróciliśmy do zajęć, które na czas pobytu Gości straciły priorytet i zeszły na dalszy plan.
Gościnny stał się znów Study, wyniesione klamoty wróciły z Socjalu, sofa stoi złożona, a na niej siedzi Ozzie - misiek przedwyjazdowy ;-))

Skończyło się lato, ale na szczęście dni nadal są słoneczne i ciepłe, chociaż do sypialni wróciła kołdra (na szczęście na razie jeszcze nie ta wełniana ;-)); wieczory są już chłodne, poranki 'rześkie' (brrrrrrrrrr...).
Sad brzoskwiniowo-nektarynkowy skończył fazę owocowania, dziewczyny za domem wyprodukowały piętro hummusu, który trafił do beczek z cytrusami. Sukulenty przed domem chyba odchorowały swoje i wracają powoli do pełni świetności. Zmieliłam wreszcie cały zapas skorupek z jajek zebranych podczas wizyty Hobbitów i podsypałam pod rośliny, po trochę, to tu, to tam.

Tu odniosę się do komentarza @ni - w Australii wszystko, co się da uprościć, zostało uproszczone: zamiast wymawiać całe długie wyrazy, wymawiamy tylko ich 'najistotniejszą część' - po co się męczyć, skoro i tak wiadomo, że 'robe' to 'wardrobe', nie wspominając o zbitkach głosek zamiast całych zwrotów (zapomnij, że usłyszysz tu: How are you? ;-)). Jednym z takich ułatwień jest początek pór roku - co trzy miesiące, pierwszego, zaczyna się kolejna pora roku. Dlatego napisałam, że od 1 marca mamy jesień (któżby się tam przejmował kalendarzem i astronomią, skoro pierwszego łatwiej zapamiętać? ;-)

Miły Mój pracuje w zadziwiającym i imponującym tempie, ja... chodzę do biura ;-)) Na szczęście, dla urozmaicenia także 'studiuję' - poza perspektywą uzyskania dyplomu, który mam nadzieję podniesie moje notowania na lokalnym rynku pracy, mam też możliwość spotykania się z nowymi osobami, jest to też jakaś odskocznia od 'pracowej' rutyny. Czy wiele się uczę? Na razie trudno ocenić; ale już wiem, że jest inaczej, niż pamiętam to ze starej ojczyzny. Przeczytałam parę inspirujących artykułów, przejrzałam kilka ciekawych stron www i... uczę się przez doświadczanie ;-))

Najmilszy znów regularnie grywa w pokera, przypomniał się stęsknionym kolegom i spędza czas, tak jak lubi i tak często, jak ma na to ochotę i siły.
Wykupiony komplet biletów na koncerty obiecuje szereg udanych wieczorów ;-), z których pierwszy już za nami.

Pisanie na blogu, a tym bardziej pisanie obiecanych uzupełnień idzie mi tak sobie - ciągle kończy się na myśleniu życzeniowym, że może jutro pióro mi się rozpędzi ;-)) Dla równowagi - czytanie idzie mi podobnie, tj. jak po grudzie. To ewidentnie znak, że czas coś zmienić!

W tym bilansie zawiera się również, niestety, Czarny Poniedziałek, czyli starta jednego z Domowników - Aganioka....
Następca został wybrany i już wkrótce pojawi się w Chatce, co mamy nadzieję, pomoże uleczyć ranę i choć nieco rozwieje smutek i zapełni wielką pustkę po Nieobecnym. Wyszukaliśmy kota tak podobnego z wyglądu, jak tylko się dało, mamy nadzieję, że i z charakterem się uda. Chcemy zobaczyć za kilka lat, jaki byłby Aganiok, gdyby został z nami dłużej, jak wyglądałby jako dorosły kocur... Niełatwe zadanie dla Małego, ale damy radę.

Popiołek bez towarzysza zrobił się znowu megaprzylepą, rano żegna nas w oknie, albo staje w drzwiach utrudniając ich zamknięcie, włazi na kolana, kiedy tylko któreś z nas usiądzie, domaga się pieszczot i głaskania, miauczeniem zwraca na siebie uwagę, no i niestety - cały czas zdaje się szukać Aganioka - a to w ogrodzie za domem, a to przed domem. Niestety, widać też, że boi się wychodzić dalej...

Bilans zamyka tym razem długi weekend, w czasie którego pojechaliśmy na Przyprawę (kto czytał Kubusia Puchatka, ten wie ;-), do Bieguna nie Północnego, ale Południowego ;-)) - oczywiście, że napisałam osobny post, dlatego tu nie napiszę nic więcej ponad: Limestone Coast zostało zbadane ;-))

8 marca 2011

Aganiok - wspomnienie

Ależ mi ciężko - to pierwszy nasz kot, który zginął...

Aganiok był chodzącą słodyczą. Mruczał na każdą okazję, z każdego powodu. Mruczał naprawdę głośno, dużo głośniej niż miauczał.
Miał dolną szczękę krótszą niż górną. Jak się popatrzyło od spodu, to było widać podniebienie, nawet jak miał zamkniętą buzię.
Podniebienie miał różowe i zgodnie z przesądem był grzecznym, radosnym i bezproblemowym kotem.

Był pieszczochem - przychodził nas zaczepiać podsuwając głowę pod naszą rękę i w ten sposób domagał się, bo go głaskać.

Od Lawendowa Chatka2

Uwielbiał wpakowywać się na kolana, sam albo razem z Popiołem. Najlepiej w niewielką przestrzeń pomiędzy brzuchem a laptopem.

Od Lawendowa Chatka3

Kiedy leżałam na trawie w ogrodzie, układał się na mnie, albo z boku od tej strony, gdzie padał cień ;-))

Od Lawendowa Chatka3

Oczywiście przychodził też pospać do łóżka w nocy, w zimne dni albo przy włączonej klimatyzacji pakował się do mnie pod kołdrę. W ciepłe noce lubił spać u mnie na głowie, albo wtulony w policzek, czasem próbował mi myć ucho lub twarz, ale dawał się przekonać, że wolę nie. Spał często z łapką podłożoną pod głowę.

Od Lawendowa Chatka2
Od Lawendowa Chatka3

W zimie ukochał grzejnik, podobnie jak ja - układał się tuż obok i chłonął ciepełko.

Od Lawendowa Chatka3

Nie zdarzyło mi się na niego wrzasnąć, nie zasłużył nigdy. Był psotnikiem, ale bardziej figlarzem niż szkodnikiem.

Od Lawendowa Chatka2
Od Lawendowa Chatka2
Od Lawendowa Chatka2
Od Lawendowa Chatka3

Przybiegał na zawołanie. Jeśli nie ściągnął go do domu dźwięk otwieranej puszki i jedzenia wygarnianego do miski, wtedy wychodziłam i wołałam przy garażu: Aganioku, Aganioku! Po paru razach przybiegał niezawodnie, z wysoko podniesionym napuszonym ogonem, pomiaukując głośno.
Ciężko było zrobić mu zdjęcie, bo gdy tylko się pochylałam, już się zrywał i biegł w moim kierunku.

Od Lawendowa Chatka3
Od Lawendowa Chatka3

Z Popiołkiem tworzyli zgodny duet, jako maluch Aganiok był wpatrzony w starszego kolegę i nie mogliśmy wyjść z podziwu, jak wiele i jak szybko się od niego uczył. Potem wiele rzeczy robili razem na zmianę się goniąc, myjąc, zamieniając miejscami przy miskach z jedzeniem. Oczywiście, czasem też 'walczyli', ale prędzej czy później i tak kończyli na wspólnym fotelu liżąc sobie nawzajem futerka.

Od Lawendowa Chatka
Od Lawendowa Chatka
Od Lawendowa Chatka
Od Lawendowa Chatka2
Od Lawendowa Chatka3
Od Lawendowa Chatka3

Głos miał śmieszny - miauczał cienko, często bardziej to przypominało jęczenie niż prawdziwe miauknięcia.
Był chyba alergikiem, albo przeszkadzała mu jakaś roślina z chatkowego ogrodu - lewe oko miał dość często zmrużone, sączyła się z niego brązowawa wydzielina - nie mogłam się doczekać aż z tego - wedle obietnic weterynarza - wyrośnie, no i nie wyrósł, niestety...

Podczas obcinania pazurów okazywał niezadowolenie, bo tak nauczył się od Popiołka.
Ze strachu zdarzyło mu się posikać: raz na nasze łóżko, bo bał się odkurzacza, ze dwa razy w klatce - w drodze do weterynarza.
Załatwiał się w większości wypadków na zewnątrz, do wykopanych dołków, które potem starannie zasypywał. Dość szybko nauczył się od Popiołka wielu potrzebnych rzeczy, w tym: dbania o swoje futerko, ale lubił też czesanie specjalną rękawicą, którą dostał pod choinkę. Niesamowite, jakie wielkie kule futra udawało się wyczesać z niego tą rękawicą...

W ciągu dnia spał na fotelach w pierwszym pokoju - czasem sam, naprzeciwko Popiołka, czasem razem z Popiołkiem na jednym. Zdarzało mu się zostać w szafie, do której wszedł podczas naszych porannych przygotowań - parę razy oswobodziła go Mama Hobbit przyprowadzona przez Popiołka, a kiedy Hobbitów nie było - musiał doczekać do naszego powrotu.

Od Lawendowa Chatka2
Od Lawendowa Chatka2
Od Lawendowa Chatka2

Sąsiedzi kojarzyli go ze spacerów koło domu, ale też często widzieli go w oknie sypialni, albo przez okno - jak siedział na słupkach w nogach łóżka.
Miał też ulubione miejsca w ogrodzie przed domem, drzewko po prawej, albo krzaki po lewej, gdzie popatrywał na ptaki, albo pod którymi grzebał w trawie szukając, nie wiem - jaszczurek? świerszczy?

Od Lawendowa Chatka

Często spacerował po drzewach u sąsiadki Julie - tam, gdzie zadebiutował ze swoim wspinaczkami nadrzewnymi.

Od Lawendowa Chatka2
Od Lawendowa Chatka3
Od Lawendowa Chatka3
Od Lawendowa Chatka3

Ostatnie zdjęcie Aganioka - w niedzielę 6 marca 2011:

Od Lawendowa Chatka3

Uwielbiał spacery, od dłuższego czasu wychodził, kiedy chciał - nie tylko przez uchylone drzwi do ogrodu za domem, ale i dziurą pod furtką na dalsze wyprawy.
Z wypraw zdarzało mu się przynosić upolowaną zwierzynę - parę razy ofiarę udało się uratować, ale parę razy niestety nie...
Bałam się zawiesić mu na szyi obróżkę z dzwoneczkiem (ptaki miałyby szansę uciec), bo uwielbiał chodzić po drzewach i bałam się, żeby się nie zawiesił na jakiejś gałęzi i nie udusił...

W poniedziałek wieczorem po raz kolejny z wielu poszedł na spacer...
Nie wrócił...

Leży pod krzakiem, gdzie kiedyś lubił siedzieć...
Popiołek chodzi po domu i woła kolegę, nie rozumie, dlaczego tak długo nie wraca, nie rozumie, kiedy mówimy, że nie wróci...

Chatka nie jest już taka sama...

Czarny poniedziałek

To był niedobry dzień.
Od rana powietrze stało w dusznym, pełnym wilgoci upale. Po niebie przesuwały się ciężkie chmury, uparcie trzymające się w całości - deszcz niby wisiał w powietrzu, niby dawał nadzieję, że lunie i wszyscy odetchną, a jednak trzymał nas w oczekiwaniu przez cały dzień.
Pogoda wpływała na nasze nastroje, miny; na dobór słów i niedobór miłości bliźniego.
Na drogach kierowcy zamienili się w nieodpowiedzialnych gamoni bez refleksu, a szybkość reakcji zachowali jedynie w obsłudze klaksonów oraz języku migowym.

Do biura dotarłam niewyspana, bo zupełnie nie mogłam zasnąć.
Telefon dzwonił raz po raz, a że byłam sama w biurze, to zbierałam na klatę pretensje i żale, przepraszałam za winy swoje i nie swoje, tłumaczyłam opóźnienia swoje i nieswoje, kierowcy przestali rozumieć mapy, klienci wyszli z domów zamiast czekać na umówione wizyty...
Czas stał w miejscu...
Najmilszy walcząc z upałem brnął przez kolejne zlecenia, a spalone w niedzielę plecy piekły i nie ułatwiały usuwania kolejnych przeszkód...

W drodze do domu wzięliśmy jedzenie na wynos, żeby móc szybko zjeść i nie musieć gotować.

Po kolacji poszłam się przebrać z ambitnym postanowieniem, że położę się i poczytam.

Wtedy ktoś zapukał do drzwi...
Pokręciłam głową i przymknęłam drzwi sypialni.
Najmilszy otworzył, po czym, co dziwne, wyszedł przed dom i, co dziwniejsze, dosyć długo z kimś rozmawiał, zanim wrócił.

Jak wrócił, powiedział mi, że sąsiedzi znaleźli Aganioka na ulicy, tuż koło chatki, gdzie potrącił go samochód.
Aganiok zginął na miejscu.

I wtedy zaczął padać deszcz.
Ale nie przyniósł, ani ulgi, ani wytchnienia.

Ja płakałam razem z niebem, a Chudy wykopał dla Aganioka dołek pod jednym z krzaków, gdzie jeszcze tak niedawno lubił siedzieć...
Kolejna sąsiadka podeszła powiedzieć, jak jej przykro i że widziała wypadek - nikt nie mówił o tym, jak wyglądał ten samochód, który jechał za szybko i który się nie zatrzymał...

Aganiok urodził się w drugiej połowie sierpnia 2009.
W Lawendowej Chatce zamieszkał 11 listopada 2009.
Zginął 7 marca 2011.

Nie miał jeszcze ani dwóch lat, ani czterech kilogramów.
2 marca 2011 pani weterynarz wystawiła mu świetną opinię po badaniu oraz zaszczepiła ze względu na jego ulubione długie spacery.


W aparacie mam jeszcze niezgrane zdjęcia z ostatniego weekendu.
Popiołek chodzi po domu i szuka młodszego kolegi.
Kiedyś wystarczyło zaprowadzić nas do zamkniętej szafy w sypialni, skąd wypuszczaliśmy zabłąkaną zgubę...

Lawendowa Chatka ucichła i posmutniała.

6 marca 2011

Strawa dla duszy tym razem ;-))

Czas na nową etykietę na blogu: Muzyka.
Żeby nie było, że tylko jedzenie nam w głowie ;-))

Muzyki w wykonaniu adelajdzkiej orkiestry symfonicznej miałam okazję posłuchać po raz pierwszy w grudniu 2009 roku, kiedy to w ramach Festiwalu POLART odbył się koncert inaugurujący obchody Roku Szopenowskiego - ASO celebrates Chopin.

Podczas dwugodzinnego koncertu miałam przyjemność wysłuchać zestawu utworów inspirowanych muzyką Fryderyka Chopina przeplatanych komentarzami dyrygenta Davida Sharpa, który krótko omawiał, czego za chwilę wysłuchamy i na co warto zwrócić uwagę.
Gościnnie przy fortepianie wystąpił młody pianista Michael Ierace - urodzony w Adelajdzie, obecnie mieszka i nadal się kształci w Londynie, zdobywca wielu nagród.

Na sali obecni byli głównie przedstawiciele Polonii, w różnym wieku, urodzeni zarówno w Polsce, jak i w Australii, ale wyczuwało się przepływające przez salę fale wzruszenia. Kulminacją wieczoru były Chopiniana (wiązanka w aranżacji Glazunova), a wśród nich: Polonez As-dur oraz Etiuda Rewolucyjna.


Na nadchodzący rok wykupiłam zatem komplet biletów na różne koncerty adelajdzkiej orkiestry symfonicznej, które nie tylko gwarantują regularne muzyczne spotkania na wysokim szczeblu, ale i pozwolą nam odwiedzić różne sale koncertowe.

Serię 'naszych' koncertów rozpoczął Hollywood w adelajdzkim Centrum Festiwalowym. Koncert z udziałem Mr. Movies - Billa Collinsa, który w australijskiej telewizji od lat prowadzi programy poświęcone historii filmu - Golden Years of Hollywood.
Orkiestra pod batutą Nicka Daviesa czarowała nas przez ponad dwie godziny.

Od tanecznego motywu z Przeminęło z wiatrem,
przez motyw miłosny i dynamiczną paradę rydwanów z Ben Hura, muzykę z nieznanego nam Sea Hawk,
liryczny motyw z Ojca chrzestnego,
przez jakże inną w charakterze muzykę Bernstaina z Na nabrzeżach,

a po przerwie muzyka z thrillerów Hitchcocka
- Zawrót głowy,
- Psychoza,
- Człowiek, który wiedział za dużo,

a później Moon River ze Śniadania u Tiffany'ego
i wreszcie egzotyczny finał z Lawrence'a z Arabii.

Ehhh, chciałoby się jeszcze i jeszcze...
Bill Collins to uroczy i bardzo elegancki gawędziarz, który z ogromną swobodą okraszał każdy nadchodzący utwór ciekawostkami dotyczącymi samego filmu, muzyki, kompozytora.
Mnie osobiście brakowało na tym koncercie... ekranu. Aż się prosiła ilustracja do słuchanych utworów w postaci wyświetlenia wybranych fragmentów.

Z drugiej jednak strony fascynuje mnie zawsze możliwość zobaczenia na koncercie, jak muzyka 'jest robiona'. Widzimy udział poszczególnych grup instrumentów, widzimy, jak np. ruszają się harfy, jak uwijają się muzycy z sekcji rytmicznej, jak dyrygent zawiaduje ruchem, ile prawdy jest w powiedzeniu 'grać pierwsze skrzypce' - prawdopodobnie, gdyby wcielono w życie mój pomysł z filmową ilustracją, sala koncertowa zamieniłaby się z powrotem w kino i zepchnęła muzyków na drugi plan, przeniosła akcent, jak w kinie, na obraz.

Ciekawostka? Proszę bardzo: do tej pory zupełnie umknął nam fakt, że podkład muzyczny Psychozy tworzy muzyka jedynie instrumentów smyczkowych.
Ponoć reżyser narzucił taki wybór twierdząc, że do przygotowywanego filmu pasuje mu biel i czerń na obrazie, a smyczki jako podkład muzyczny.

Inna ciekawostka? Proszę bardzo: w złotej erze Hollywood kompozytor i wykonawcy muzyki filmu przedstawiani byli w części 'napisów' razem z obsługą techniczną. Zabawne, kiedy odwiedzamy dziś sklepy z nagraniami muzycznymi i oceniamy, jak wiele miejsca zajmują ścieżki dźwiękowe z filmów - obsługa techniczna? ;-))

Jesień?

Dziś sobota - szósty dzień jesieni. Na szczęście nadal świeci słońce i jest ciepło w ciągu dnia, choć poranki i wieczory są już, niestety, 'rześkie'.
W przeciwieństwie do Najmilszego mego, ja na słowo 'rześkie' nie reaguję uśmiechem zadowolenia na twarzy, osobiście zdecydowanie wolę słowo: 'upał'.

Wczoraj równo podzieliliśmy się obowiązkami: Najmilszy pojechał do pracy, a ja wdziałam strój kąpielowy i kąpałam się... w słońcu na trawie za Chatką ;-) Koty popatrywały na mnie z mieszanką politowania i wyrozumiałości w oczach, oba ułożone na plackach cienia koło beczek.

Na usprawiedliwienie napiszę, że popełniłam w ciągu tygodnia sporo nadgodzin w biurze i wypoczynek baaardzo mi się przydał.
Wieczór spędziliśmy potrójnie przyjemnie: po pierwsze w ulubionej hinduskiej knajpce, po drugie w miłym towarzystwie, a po trzecie - zarówno serwis, jaki i jedzenie były wyśmienite. Zwycięzcą wieczoru okazała się kaczka (Duck curry), chociaż zarówno jagnięcina, jak i kozina zebrały sporo pochwał (domyślacie się, że powyższe opinie jedynie cytuję za mięsożercami ;-)).

Zbliża się niedzielne południe, słońce radośnie przygrzewa, a za oknem brzmi kosiarkowe stereo - Najmilszy wyszedł trawnikom naprzeciw po raz pierwszy od wielu miesięcy (dzięki Tacie Hobbitowi, który dzielnie przejął ten obowiązek podczas swojego u nas pobytu), a sąsiad zza ulicy podchwycił pomysł.
Ja tam lubię trawę w wersji nieskoszonej, ale poddaję się opinii ogółu, że wykoszony = zadbany. Dla mnie jedną z cech zadbania jest to, że w wyniku wysiłków Najmilszego (a wysiłki były długofalowe i systematycznie wdrażane) na naszych trawnikach w końcu nie ma chwastów! Tadaaam!

W tygodniu odwiedził nas Dyskretny Agent (przydomek zyskał, kiedy na czas wizyty Hobbitów zawiesił swe regularne wcześniej, cotrzymiesięczne wizyty). Tym razem udało mu się spotkać Najmilszego, który w tym dniu odstawił służbowy samochód do serwisu i zamiast do pracy pojechał z kotami do weterynarza na od dawna należący im się przegląd i szczepienie.

Pani doktor wyoglądała, posprawdzała, zważyła (Popiołek - 5800, Aganiok - 3700) i zaszczepiła porcją wprost proporcjonalną do pokonywanych dystansów pozadomowych (czyli Popiołek Przydomowy - wersja podstawowa, a Aganiok Powsinoga - wersja wzmocniona).
Przed wyjazdem na wizytę w domu odbyła się prawdziwa bitwa strategiczna, którą streścić mógłby mrożący krew w żyłach tytuł: Jak upchnąć do jednej klatki dwa koty i nie spóźnić się na umówioną wizytę do weterynarza?
Po drodze co niektórzy tak się bali, że aż się posikali (a fe! wstyd!), ale zaprawiona w bojach Pani Doktor po prostu sięgnęła po ręcznik zanim wzięła pacjenta w obroty. Oznak ospałości, czy załamania nastroju po szczepionce - jak zwykle - nie stwierdziliśmy, za to apetyt wynikający z konieczności wynagrodzenia szkód moralnych - a jakże ;-))

28 lutego 2011

Kończy się karnawał...

Ostatni weekend lutego był ciepły, ale znowu nietypowy, znowu nie-adelajdzki: mieszkamy ponoć w najbardziej suchym stanie Australii, a od jakiegoś czasu (hmmmm, wypadek w Zatoce Meksykańskiej?) pogoda sprawia nam niespodzianki... Od paru dni upałom towarzyszyła duża wilgotność powietrza - było parno, duszno, powietrze stało, a raczej drgało w dusznym upale.
Wiem to oczywiście z opowiadań, bo dni nadal spędzam w klimatyzowanym biurze, gdzie warto zakładać żakiet, bo inaczej można zmarznąć ;-)) O tym, co męczy np. Najmilszego mego dowiaduję się np. w drodze do toalety, bo idę do budynku obok.

W sobotę zatem, walcząc z duchotą, pod kręcącym się wiatrakiem wyszykowaliśmy się elegancko i ruszyliśmy do Domu Kopernika na kolejne muzyczne spotkanie z zespołem Aplaus, tym razem z okazji Ostatków. Jak zwykle fajne kawałki, jak zwykle fajne towarzystwo przy stoliku, jak zwykle spotkaliśmy stałych bywalców-sympatyków oraz poznaliśmy nowe osoby.
Volvik z tej okazji prowadzony był pewną damską ręką (ekhm, ekhm) i dał dowód rycerskości - kiedy zatrzymałam się na skrzyżowaniu widząc zółte światło, o co mnie wyraźnie nie podejrzewał kierowca za nami, Volvik ochronił damę wypinając na agresora swój zbrojony hak. Hmmm, poprosiliśmy o oświadczenie o winie agresora (który smętnym wzrokiem spoglądał to na nasz nietknięty zderzak, to na swój wgnieciony, to na resztki 'szkła' jego reflektora, to na porozbijane lampy u siebie...), przypudrowałam nosek i spóźnieni o parę minut weszliśmy na parkiet.

Aplaus przyzwyczaił nas do udanych zabaw, więc z przymrużeniem oka potraktowaliśmy parę kawałków, które zaniżały ulubiony poziom. Były przecież i inne utwory, które porywały tancerzy tak, że ani upał nie był straszny, ani duchota, ani zabójcze tempo - parkiet się zatrząsł szczególnie mocno przy "Sex Bomb" i "Ja jestem macho" ;-)) Na zmianę wirowaliśmy i tupaliśmy do polskich i zagranicznych przebojów, było rock'n'rollowo, albo nostalgicznie, polsko-biesiadnie-rzewnie, wspomnieniowo, albo bardziej na czasie. Słowem: dla każdego coś dobrego. Parkiet w każdym razie pustkami nie świecił.

Z radością wielką powitaliśmy na stolikach słodki bonus w postaci pączka dla każdego, a co więcej - została w końcu złamana pechowa seria losów, które nie wygrywają - nie wierząc własnym oczom powędrowałam po odbiór nagrody! ;-)) I nie liczyło się, że nie do końca była to ta najbardziej trafiona, liczyło się, że wyczytany wylosowany los leżał przede mną na stoliku - radość - bezcenna ;-))

Po tak aktywnej sobocie nie dało się przeleniuchować całej niedzieli - wilgotność jakby zmalała, niebo pięknie się przetarło, więc po południu ruszyliśmy na plażę. W końcu było ciepło i w końcu woda była ciepła!

Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4

Niewinnie rozpoczęta sesja zdjęciowa (zdjęcia robione z brzegu) zakończyła się demonstracją Małego-Mju-co-to-lubi-pływać ;-)) Jest już z nami od jakiegoś czasu, bardzo go lubimy, z reguły się sprawdza i nie zawodzi, choć czasem uda nam się nie dogadać, co owocuje serią nieostrych zdjęć (wiem, wiem, wystarczy dokładnie przeczytać instrukcję i sprawdzić ustawienia... ;-))

Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4
Od Zdjęcia Bloggera 4

Nagrodą za pływackie popisy był sympatyczny posiłek przy BBQ (muszę tłumaczyć, że to grill? ;-))

18 lutego 2011

Kolejne odkrycie


Jedną z miłych tradycji wdrożonych przez Najmilszego są piątkowe wieczory, kiedy jemy poza domem.
Podstawowym źródłem inspiracji jest nieoceniona Entertainment Book, a od jakiegoś czasu dołączył do niej serwis Living Social Deals.

Kiedy zatem dostałam ofertę na wejściówkę do 'założonej jako pierwsza w Adelajdzie nepalskiej restauracji', czym prędzej wyszukałam ich stronę w Internecie, poczytałam, rzuciłam okiem na menu i kupiłam.

Wcześniej mieliśmy okazję dwukrotnie odwiedzić Kathmandu Palace, wypatrzoną w Entertainment Book i z tego powodu uznaną za jedyną w Adelajdzie. Kuchnia nepalska z miejsca podbiła nasze serca - bardzo lubimy hinduskie jedzenie, z przyjemnością odwiedzamy tajskie jadłodajnie, a nepalskie potrawy naszym zdaniem trafiają w środek pomiędzy dwiema wcześniej wymienionymi. Do świetnych dań dołącza pełna ciepła i serdeczności gościnność, obsługa, która sprawia, że można poczuć się w restauracji mile widzianym gościem.

Tym razem pojechaliśmy do nowego miejsca - Sagarmatha Nepali Restaurant i dołączyliśmy kolejne miejsce do Ulubionych ;-)) Wnętrze pełne klimatycznych akcentów mieści też niespodzianki (np. ubytek w podłodze przysłonięty dla niepoznaki dywanem ;-), stoliki ustawione są blisko siebie, ale nie na tyle, aby wyeliminować romantyczne nastroje i relaks przy poszczególnych stolikach. Gospodarz podchodzi do kolejnych gości, mimo że obsługują ich już kelnerzy, chętnie nawiązuje rozmowę, wystarczy dać mu znać, że ma się ochotę porozmawiać, zadać kilka pytań. Co ciekawe: przyjechaliśmy dość wcześnie (tak, zrobiłam wcześniej rezerwację, bo tak napisano na kuponie), ale już sporo stolików było zajętych. Potem widzieliśmy, jak przyjeżdżały kolejne i kolejne i kolejne osoby, aż w końcu przy każdym ze stolików ktoś siedział. Co więcej - z wieloma gośćmi gospodarz witał się jak ze stałymi bywalcami, a nawet - przyjaciółmi. Myślę, że jest to również przyczynek do zarekomendowania tego miejsca innym.

Menu to radość najpierw dla oka, a potem dla całej reszty, zaangażowanej w konsumpcję ;-))
Było tym milej, że bez problemu zmodyfikowaliśmy wykupiony bon - rozszerzyliśmy zamówiony zestaw o dania spoza oferty i zamieniliśmy wino na inne. Mmmmmmm! Rozkosz! Jest pewne, że wrócimy po więcej!

13 lutego 2011

Słoneczna trzynastka, albo omiatanie pajęczyn ;-))

Napisałam dziś w Innym Miejscu: dwa lata temu dostaliśmy zielone światło, 20 miesięcy temu dolecieliśmy, 3 miesiące temu dotarły Hobbity..., napisałam też, że czas na powrót tutaj.

Projekt Hobbity do góry nogami został pomyślnie zrealizowany - zdjęcia zapakowaliśmy do trzech folderów pod tym tytułem, aby budziły wspomnienia, porządkowały chwile razem spędzone i... napawały dumą ;-)) Wiele się działo i to w trybie pracy na pełny etat obydwojga z nas, czasu zatem nie zostawało zbyt wiele na bieżące wpisy tutaj. A parę rzeczy na pewno wartych jest utrwalenia na piśmie, wymyśliłam zatem, ze powstanie nowa etykieta Hobbity do góry nogami, do której systematycznie będę wpisywać przywołane wspomnienia.

Hobbity wróciły do domu z przygodami - zaliczyli po drodze turbulencje, spóźnili się na samolot, ostatni odlot opóźnił się z powodu mgły - słowem: podróżnicy samolotowi pełną gębą - nadrobili w czasie tych wakacji dotychczasowe nielatanie ;-))
Stygną teraz w dalekim zimnym kraju po tutejszym słońcu, chociaż pogoda tutaj okazała się dla Nich nader łaskawa - było chłodniej niż zwykle między listopadem a lutym, dni z temperaturą powyżej 40 stopni mieliśmy zaledwie kilka - ot, tak, aby pokazać Gościom, jak to jest w czasie takiego upału w lecie ;-))

Od Hobbity do góry nogami_3
Od Hobbity do góry nogami_3
Od Hobbity do góry nogami_3
Od Hobbity do góry nogami_3
Od Hobbity do góry nogami_3
Od Hobbity do góry nogami_3

Dzięki wielkie za wszystkie kciuki, dzięki za walizki, które fantastycznie się sprawdziły (pozdrowienia dla Cioci Marii i Kasi!), dzięki za kibicowanie przez Skype na bieżąco (za wszystkie rozmowy, w czasie których słychać było zainteresowanie tym, jak mijają Wakacje-do-Góry-Nogami - puchar lidera otrzymuje Autor Anioła z Szanowną Uroczą Małżonką), dzięki za komentarze dotyczące zdjęć.

Tu pragnę umieścić wyjaśnienie, że zdjęcia dostępne w galerii Hobbitów są wyłącznie naszego autorstwa - na wielu z nich widać Mamę z aparatem, ale Jej zdjęcia na razie mogą zobaczyć Jedynie Wybrani - trzymam zatem kciuki za podanie właściwych argumentów i zachęcenie Świeżej Adeptki do pochwalenia się swoimi wizjami ;-)) Mam też nadzieję, że w przyszłości powstanie również galeria internetowa, ale to na razie pieśń przyszłości i pewnie wiele będzie zależało od Oglądających Zdjęcia ;-))

Mija dziś dwadzieścia miesięcy naszego pobytu w Nowej Ojczyźnie.
Poziom entuzjazmu, zadowolenia i ciekawości nie spada, wręcz rośnie. Proces zadomawiania się postępuje, ilość wiedzy potężnieje. Oglądamy piękne miejsca, poznajemy nowych ludzi, wgryzamy się w realia dnia codziennego, realizujemy założone cele i kreślimy kolejne plany na zaś.

Aha: ciekawostka nowoojczyźniana: nie sądziłam, że do tego dojdzie, ale stało się: znalazłam wino, którego smak umiem rozpoznać w ciemno ;-))
Jest moim ulubionym i raczej nie pomylę go z innym.