Czas na nową etykietę na blogu: Muzyka.
Żeby nie było, że tylko jedzenie nam w głowie ;-))
Muzyki w wykonaniu adelajdzkiej orkiestry symfonicznej miałam okazję posłuchać po raz pierwszy w grudniu 2009 roku, kiedy to w ramach Festiwalu POLART odbył się koncert inaugurujący obchody Roku Szopenowskiego - ASO celebrates Chopin.
Podczas dwugodzinnego koncertu miałam przyjemność wysłuchać zestawu utworów inspirowanych muzyką Fryderyka Chopina przeplatanych komentarzami dyrygenta Davida Sharpa, który krótko omawiał, czego za chwilę wysłuchamy i na co warto zwrócić uwagę.
Gościnnie przy fortepianie wystąpił młody pianista Michael Ierace - urodzony w Adelajdzie, obecnie mieszka i nadal się kształci w Londynie, zdobywca wielu nagród.
Na sali obecni byli głównie przedstawiciele Polonii, w różnym wieku, urodzeni zarówno w Polsce, jak i w Australii, ale wyczuwało się przepływające przez salę fale wzruszenia. Kulminacją wieczoru były Chopiniana (wiązanka w aranżacji Glazunova), a wśród nich: Polonez As-dur oraz Etiuda Rewolucyjna.
Na nadchodzący rok wykupiłam zatem komplet biletów na różne koncerty adelajdzkiej orkiestry symfonicznej, które nie tylko gwarantują regularne muzyczne spotkania na wysokim szczeblu, ale i pozwolą nam odwiedzić różne sale koncertowe.
Serię 'naszych' koncertów rozpoczął Hollywood w adelajdzkim Centrum Festiwalowym. Koncert z udziałem Mr. Movies - Billa Collinsa, który w australijskiej telewizji od lat prowadzi programy poświęcone historii filmu - Golden Years of Hollywood.
Orkiestra pod batutą Nicka Daviesa czarowała nas przez ponad dwie godziny.
Od tanecznego motywu z Przeminęło z wiatrem,
przez motyw miłosny i dynamiczną paradę rydwanów z Ben Hura, muzykę z nieznanego nam Sea Hawk,
liryczny motyw z Ojca chrzestnego,
przez jakże inną w charakterze muzykę Bernstaina z Na nabrzeżach,
a po przerwie muzyka z thrillerów Hitchcocka
- Zawrót głowy,
- Psychoza,
- Człowiek, który wiedział za dużo,
a później Moon River ze Śniadania u Tiffany'ego
i wreszcie egzotyczny finał z Lawrence'a z Arabii.
Ehhh, chciałoby się jeszcze i jeszcze...
Bill Collins to uroczy i bardzo elegancki gawędziarz, który z ogromną swobodą okraszał każdy nadchodzący utwór ciekawostkami dotyczącymi samego filmu, muzyki, kompozytora.
Mnie osobiście brakowało na tym koncercie... ekranu. Aż się prosiła ilustracja do słuchanych utworów w postaci wyświetlenia wybranych fragmentów.
Z drugiej jednak strony fascynuje mnie zawsze możliwość zobaczenia na koncercie, jak muzyka 'jest robiona'. Widzimy udział poszczególnych grup instrumentów, widzimy, jak np. ruszają się harfy, jak uwijają się muzycy z sekcji rytmicznej, jak dyrygent zawiaduje ruchem, ile prawdy jest w powiedzeniu 'grać pierwsze skrzypce' - prawdopodobnie, gdyby wcielono w życie mój pomysł z filmową ilustracją, sala koncertowa zamieniłaby się z powrotem w kino i zepchnęła muzyków na drugi plan, przeniosła akcent, jak w kinie, na obraz.
Ciekawostka? Proszę bardzo: do tej pory zupełnie umknął nam fakt, że podkład muzyczny Psychozy tworzy muzyka jedynie instrumentów smyczkowych.
Ponoć reżyser narzucił taki wybór twierdząc, że do przygotowywanego filmu pasuje mu biel i czerń na obrazie, a smyczki jako podkład muzyczny.
Inna ciekawostka? Proszę bardzo: w złotej erze Hollywood kompozytor i wykonawcy muzyki filmu przedstawiani byli w części 'napisów' razem z obsługą techniczną. Zabawne, kiedy odwiedzamy dziś sklepy z nagraniami muzycznymi i oceniamy, jak wiele miejsca zajmują ścieżki dźwiękowe z filmów - obsługa techniczna? ;-))
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PolArt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PolArt. Pokaż wszystkie posty
6 marca 2011
10 stycznia 2010
Nie Czarodziejski Flet Mozarta...
... ale czarodziejski fortepian Chopina, a właściwie czarodziejski fortepian Aleksandra Kudajczyka.
Sobotni wieczór 9 stycznia okazał się ucztą dla duszy. Mieliśmy szczęście siedzieć na widowni podczas koncertu w the Elder Hall, który to koncert był częścią festiwalu PolArt 2009 w Adelajdzie. W programie usłyszeliśmy walce, nokturny, preludia i polonezy Szopena w wirtuozowskim wykonaniu! Zwłaszcza druga część koncertu była pełna emocji: szczególnie brawurowo zagrany Polonez A dur (po którym atmosfera wyraźnie się zmieniła - nagle przy fortepianie zobaczyliśmy zupełnie innego człowieka - grającego z pasją i cieszącego się grą, władającego klawiaturą w sposób absolutnie zadziwiający), a na zakończenie sześciokrotny (!) bis.
I dramatyczne zakończenie - artysta w burzy oklasków zniknął po raz kolejny za kulisami, a przywoływany głośnymi brawami publiczności, która chciała jeszcze i jeszcze już się nie pojawił po raz kolejny. Jedna z organizatorek na darmo czekała na Niego z biało-czerwonym bukietem w ręce, bo garderoba okazała się pusta...
Dlaczego?
Artysta przyleciał parę godzin przed koncertem. W Londynie temperatura wynosiła -10 stopni, w Adelajdzie trwała fala upałów, czyli grzało nas ponad 40 stopni. Dodajmy do tego zmęczenie po długiej podróży i zmianę czasu. Mało? Więc dodajmy jeszcze taki drobiazg, że pianiście zginął bagaż. Jaki był tego efekt: wystąpił przed nami w pożyczonym ubraniu i... grał bez nut.
Czapki z głów proszę Państwa, co dedykujemy zwłaszcza Panu z pierwszego rzędu na galerii, który zniesmaczony parę razy pokiwał głową. Ot, taki polski element.
I zagadka: ile osób tego wieczoru zdobyło autograf pianisty? Nie licząc (być może) organizatorów: jedna osoba! Wiedziona intuicją poszła porozmawiać z artystą w czasie przerwy.
My o Aleksandrze Kudajczyku dowiedzieliśmy się z plakatów PolArtu - na koncert przyciągnęło nas bardziej nazwisko kompozytora niż pianisty. A niesłusznie, bo Aleksander Kudajczyk to z pewnością osobowość, która zapisze się w ciągu najbliższych lat w świecie muzyki klasycznej.
Na światowe sceny muzyczne wkroczył w sposób godny scenariusza filmowego, ale stoi za Nim bez wątpienia wielki talent i ogromna praca. Jest cudownym dzieckiem z rodziny muzyków, absolwentem polskich uczelni muzycznych, ale i wirtuozem fortepianu, o bardzo sympatycznym i pełnym ciepła sposobie bycia.
Czarował nas mistrzowsko wykonanymi pasażami, uraczył sześciokrotnym bisem, po czym... uciekł, by nieco odespać, a potem poleciał do Sydney, gdzie nagrywa (nagrał?) płytę z recitalem, z którym wróci do Europy, by tam w kolejnych salach koncertowych cieszyć tłumy słuchaczy muzyką kompozytora, którego 200 rocznicę urodzin będziemy świętować przez cały ten rok.
Nie ukrywam, że zrobimy, co się da, aby tę płytę mieć w swojej kolekcji.
Sobotni wieczór 9 stycznia okazał się ucztą dla duszy. Mieliśmy szczęście siedzieć na widowni podczas koncertu w the Elder Hall, który to koncert był częścią festiwalu PolArt 2009 w Adelajdzie. W programie usłyszeliśmy walce, nokturny, preludia i polonezy Szopena w wirtuozowskim wykonaniu! Zwłaszcza druga część koncertu była pełna emocji: szczególnie brawurowo zagrany Polonez A dur (po którym atmosfera wyraźnie się zmieniła - nagle przy fortepianie zobaczyliśmy zupełnie innego człowieka - grającego z pasją i cieszącego się grą, władającego klawiaturą w sposób absolutnie zadziwiający), a na zakończenie sześciokrotny (!) bis.
I dramatyczne zakończenie - artysta w burzy oklasków zniknął po raz kolejny za kulisami, a przywoływany głośnymi brawami publiczności, która chciała jeszcze i jeszcze już się nie pojawił po raz kolejny. Jedna z organizatorek na darmo czekała na Niego z biało-czerwonym bukietem w ręce, bo garderoba okazała się pusta...
Dlaczego?
Artysta przyleciał parę godzin przed koncertem. W Londynie temperatura wynosiła -10 stopni, w Adelajdzie trwała fala upałów, czyli grzało nas ponad 40 stopni. Dodajmy do tego zmęczenie po długiej podróży i zmianę czasu. Mało? Więc dodajmy jeszcze taki drobiazg, że pianiście zginął bagaż. Jaki był tego efekt: wystąpił przed nami w pożyczonym ubraniu i... grał bez nut.
Czapki z głów proszę Państwa, co dedykujemy zwłaszcza Panu z pierwszego rzędu na galerii, który zniesmaczony parę razy pokiwał głową. Ot, taki polski element.
I zagadka: ile osób tego wieczoru zdobyło autograf pianisty? Nie licząc (być może) organizatorów: jedna osoba! Wiedziona intuicją poszła porozmawiać z artystą w czasie przerwy.
My o Aleksandrze Kudajczyku dowiedzieliśmy się z plakatów PolArtu - na koncert przyciągnęło nas bardziej nazwisko kompozytora niż pianisty. A niesłusznie, bo Aleksander Kudajczyk to z pewnością osobowość, która zapisze się w ciągu najbliższych lat w świecie muzyki klasycznej.
Na światowe sceny muzyczne wkroczył w sposób godny scenariusza filmowego, ale stoi za Nim bez wątpienia wielki talent i ogromna praca. Jest cudownym dzieckiem z rodziny muzyków, absolwentem polskich uczelni muzycznych, ale i wirtuozem fortepianu, o bardzo sympatycznym i pełnym ciepła sposobie bycia.
Czarował nas mistrzowsko wykonanymi pasażami, uraczył sześciokrotnym bisem, po czym... uciekł, by nieco odespać, a potem poleciał do Sydney, gdzie nagrywa (nagrał?) płytę z recitalem, z którym wróci do Europy, by tam w kolejnych salach koncertowych cieszyć tłumy słuchaczy muzyką kompozytora, którego 200 rocznicę urodzin będziemy świętować przez cały ten rok.
Nie ukrywam, że zrobimy, co się da, aby tę płytę mieć w swojej kolekcji.
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)