28 marca 2010

Urodziny Chudego 2010

Nadeszły urodziny Najmilszego z Moich Mężów, więc zaprosiliśmy znajomych, aby wspólnie to doniosłe wydarzenie uczcić. Cieszyło nas to tym bardziej, że planowane na styczeń obchody moich imienin niestety nie doszły do skutku. Tradycyjnie: najpierw lista planowanego menu i z niej lista zakupów (ojjjj, nie szło nam to, nie szło, w końcu kalendarz i rychłość nadejścia soboty zrobiły swoje w czwartek wieczorem ;-)) Jak zwykle powstała też minilista rzeczy do załatwienia w ostatniej chwili tj. w sobotę do południa.

Od wypróbowanych już skośnookich sprzedawców Najmilszy przywiózł mięso na grilla (przebojem miała okazać się jagnięcina) oraz świeże owoce i warzywa.
Waga wydarzenia tym razem ośmieliła nas na tyle, że kiedy w IKEA zobaczyliśmy, że trwa promocja na zaplanowane dawno temu do zakupu fotele POANG, bez wahania kupiliśmy dwa ;-)) Od razu się uśmiechnęliśmy, na samą myśl o tym, jak to z Czarodziejami Obiektywu usiądziemy sobie z komputerami na kolanach - tak Poang w Poang - i pogadamy ;-)

Sobota była dłuuuuga i pracowita (wiszący nad głowami duszny upał nie pomagał!), ale udało nam się na czas (zaprosiliśmy Gości na piątą i wtedy byliśmy gotowi!) i ku zadowoleniu (jak mniemamy na podstawie usłyszanych opinii ;-)) Gości, choć nie brakło i dramatycznych momentów ;-) Jedzenia zostało niewiele, nie brakło (mamy nadzieję) niczego ;-))

Na uczestników wieczoru czekały:


* Cztery kolorowe dipy: czerwony (suszone pomidory i papryka z parmezanem i orzeszkami ziemnymi), żółty (hummus, czyli ciecierzyca ze świeżą kolendrą, tahini i powiewem czosnku ;-), zielony (pietruszka, zielona cebulka z białym serem i powiewem czosnku) i drugi zielony (guacamole z cytryną z ogródka - mmmm) plus różne krakersy


Od Urodziny Chudego 2010
 

* Potrawka warzywno-sojowa (papryka, pomidory, cukinia, cebula i czosnek plus soja kostkopodobna) z tostami

Od Urodziny Chudego 2010
 

* Sałatka Wspomnienie krakowskiego Mezze (gotowane ziemniaki z kolendrą i czarnymi oliwkami w sosie vinaigrette)

Od Urodziny Chudego 2010
 

* Sałatka grecka
* Masło czosnkowe by Najmilszy

* Grill, czyli tutejsze BBQ: kurczak w oliwie na ostro, jagnięcina w miodowej zalewie, wieprzowina w musztardzie

* Urodziny nie byłyby urodzinami bez tortu - tort też był - o smaku tiramisu w polewie czekoladowej, przywieziony do domu, ale całkiem przyzwoity ;-)







Od Urodziny Chudego 2010

* Kawy wypito niewiele ;-), herbatę zaproponowałam w wersji ice tea z plasterkami pomarańczy (ale najwięcej wypiłam jej chyba ja ;-) lub tradycyjnej - na gorąco ;-)
* W lodówce chłodziło się wino białe (lokalne Semillon Sauvignon Blanc oraz mieszanka Crouchen i Riesling) i piwo (Gospodarza ulubiony Crown), sok pomarańczowy, Coca Cola oraz w pełnej gotowości butelka whisky
* Niezawodni Goście poszerzyli ofertę baru o większą ilość alkoholi wszelakich ;-)

O zdrowie Solenizanta możemy być spokojni przynajmniej do przyszłego marca ;-))
O urodę Pań też możemy się nie martwić ;-))

20 marca 2010

Jesienna sobota, czyli czym się różni...

...mieszkanie w domu z ogrodem od mieszkania w mieszkaniu?
W naszym przypadku oznacza to sporo więcej miejsca, ale w tym poście chodziło mi przede wszystkim o ogród i otoczenie domu, a raczej o ilość pracy, która się z tym wiąże ;-)

W Starej Ojczyźnie tak się nam układało, że poza pierwszym wynajmowanym mieszkaniem, które było wybitnie słoneczne, na piętrze i z balkonem, trafiały nam się miejsca sympatyczne, ale parterowe, bezbalkonowe i w zacienionym układzie. Tu słońca nam nie brakuje, wręcz przeciwnie: rolety i zasłony odsłaniamy dopiero od niedawna, wcześniej od nadejścia wiosny zostawialiśmy zasłonięte, aby wnętrze domu w ciągu dnia się tak bardzo nie nagrzewało.

Słońce na zewnątrz przełożyło się na pasmo ogrodniczych porażek. Najlepszym miejscem dla roślin okazało się serce domu, czyli przezroczystodachowy korytarz, który zupełnie nieprawidłowo nazywamy 'pergolą', bo nam ta nazwa do miejsca pasuje ;-))

Tam rosną storczyki i zioła (ekhm, ekhm, w sensie: kolendra padła, bo nie dość, że to nie jej pora, nie dość, że przynieśliśmy ją do domu obrobaczoną, to jeszcze Aganiokowi tak się spodobała, że przytulał się do niej całym sobą... aż zadusił biedaczkę...).

Cytrusy w beczkach walczą ze słońcem, z żarłocznymi larwami, z pajączkami niby niewielkimi, ale też szkodliwymi oraz z chłodnymi nocami, kiedy spadnie temperatura. Porastają nowymi liśćmi, potem je znów gubią, razem z kwiateczkami lub nawet już zawiązanymi owockami, zasychają im końcówki, ale idą nowe odrosty itp. Zobaczymy, jak będzie w przyszłym sezonie ;-))

Truskawki pożegnały beczkowe domki i przeniosły się do Krainy Wielkich Łowów, albo tam gdzie trafiają zasuszone truskawki ;-)

Za to kącik lawendowy bujnie wyrósł (rozmaryn wyraźnie przoduje), ale letniego kwitnienia lawendy nie było :-( Szkoda, bo po sąsiedzku właśnie kwitnie i paaachnie.
Rośnie też pięknie górny odcinek ananasa, na razie ciągle w wodzie. Jak kupimy i odetniemy następcę, to ten pewnie trafi już do doniczki.

Skrzynko-donica z sukulentami okazała się strzałem w dziesiątkę - i tak oto znalazłam moje nowe botaniczne hobby ;-)) Ileż roślin do znalezienia i udomowienia, a ryzyko raczej niewielkie, że się nie przyjmą lub nie będą pięknie rosły ;-)) Mamy nawet pierwszy bonus - kwiateczki ;-))

Od Lawendowa Chatka2

Trawnik to pole walki Najmilszego z Moich Mężów. Siał, ale ptaki zjadały większość ziarenek; podlewa, ale słońce ucztuje na całego; walczył z chwastami i wychodziło różnie. Teraz znowu podlewa na potęgę i, o dziwo, kosi na potęgę.
Upały zelżały, ostatnio i deszcz się zdarzył parę razy więc... trawa ruszyła.

Od Lawendowa Chatka2

Trawniki w ogrodach to sprawa chyba przyjemniejsza do ogarnięcia, ale te paski zieloności przy ulicy... Z boku, od strony garażu jest dopiero przygrywka, rozgrzewka - na zewnątrz nie tylko się kosi, ale i podcina brzegi wyłażące poza zaplanowany pas zieleni. Przed domem - dochodzi jeszcze megaaraukaria, która okazała się okropnym brudasem. Uschnięte 'liście' spadają w niesamowitych ilościach i zalegają na chodniku i trawie. Samo z wiatrem nie poleci, chodzi się po tym kiepsko, a trawie zasłania świat i słońce...
Przy okazji koszenia trzeba więc zamiatać i zbierać to tałatajstwo.

Od Lawendowa Chatka2

Zaplanowane brzegi trzykrotkowe wzbogaciły się o kolejną partię, która puściła korzenie w wodzie. Poprzednie sprawdziłam i... przyjęła się większość, nieliczne dziury uzupełniłam dzisiaj. Oleandrowe korzenie jeszcze się czają :-( Kolejna porcja trzykrotek jeszcze w wodzie.
Przeniosłam awokado do zacienionego kącika, bo je słońce pogryzło, jak w nowych doniczkach postawiłam je na straży okna do gabinetu...

Wielkanoc za rogiem, upały zelżały, więc odsłaniamy okna w ciągu dnia, czyli zyskałam dwa powody, aby je umyć. Praca nieporównywalna z oknami staroojczyźnianymi, bo tu po prostu... jest czyściej - mniej spalin i mniej pyłów przemysłowych. Zatem ciach ciach mikrofibrowymi szmateczkami i... Najmilszy załapał się dziś na guza. Walczył z mrówkami śledząc ich szlak, po czym... wszedł w zasunięte drzwi między pergolą a ogrodem...

14 marca 2010

Zmierzch lata, czyli dziewięć miesięcy za nami

Ależ ten czas galopuje! Dni mijają strasznie szybko, zwłaszcza odkąd zmieniliśmy kalendarze na tutejsze.
Wydaje się jakbyśmy zupełnie niedawno witali Nowy Rok na plaży, a tu... Wielkanoc za pasem. Tryb pracy full time (na pełny etat) (plus dojazdy autobusem...) pozostawia mały margines na nowiny i nie ukrywam, że powoduje to spory niedosyt. Z drugiej strony - staramy się celebrować weekendy i wolne dni.

Od pierwszego marca trwa jesień - pierwszy tydzień był niesamowity, bo spadła temperatura i wiało nieprzyjemnie zimnymi podmuchami znad oceanu. W dzień słońce już wróciło, w ten weekend nawet z powrotem wyskoczyliśmy ponad 30 stopni, ale noce są już zimne tj. poniżej 20 stopni. Chłodny wiaterek też wieje przez większość czasu. (Oczywiście wszystko naokoło krzyczą, że zdziwiam i jakie tam chłodno ;-). Dziś niby znowu spaliśmy z włączonym w sypialni wiatrakiem, ale z kołdrą przeprosiliśmy się już jakiś tydzień temu ;-)

Wczoraj wieczorem byliśmy na koncercie - VIII Symfonii G. Mahlera zwanej Symfonią Tysiąca. W ten sposób dobiegł końca słynny (ekhm, ekhm, na tutejszą skalę) Festiwal Adelajdzki, którego Mahler był godnym podsumowaniem. Koncertowi i festiwalowi poświęcę jednak osobny post.

Projekty w Lawendowej Chatce: nieustannie toczy się jeden projekt w odcinkach (coś na kształt Dynastii, tylko na żywo), czyli Najmilszy walczy uparcie i niezmordowanie z równie upartymi mrówkami w domu. Niesamowite, jakie one są sprytne ;-)

Od Lawendowa Chatka2

Ja znów powyrywałam wszystko, co uschło i założyłam nową wersję ogródka ziołowego, bo upały już chyba za nami. Dwa awokado dostały nowe doniczki i powędrowały na zewnątrz. Wymyśliłam sobie 'grządkę' z trzykrotki na obramowanie trawnika i wsadziłam do ziemi pierwszą partię, poza tym w końcu nagrandziliśmy (ale ciiiiiiiii, bo to kosztuje $5,000 kary) oleandrowe patyki w trzech kolorach - czekam na korzenie i planuję wsadzić w ogrodzie.

Od Lawendowa Chatka2
Od Lawendowa Chatka2
Od Lawendowa Chatka2

Kupiliśmy też fajny daszek na słupach i dzięki Mistrzowi Projektów zyskaliśmy jakby-nowy-pokój ;-)) Okazał się fantastycznie zgodny z charakterem Lawendowej Chatki i bardzo miło się tam teraz siedzi i popija ;-)) Na przykład domową lemoniadę ;-))

Od Lawendowa Chatka2
Od Lawendowa Chatka2

Czy pisałam już, że... zamordowaliśmy nasze domowe zwierzątka vel dziewczyny anorektyczki? Tak, po prawie trzech miesiącach stwierdziliśmy ze smutkiem, że styczniowa fala upałów ugotowała dziewczyny, bo słońce mija nasz dom teraz pod innym kątem i dawny cień już nie pada tam, gdzie padał... W ramach gwarancji (tak tak!) mają przysłać nowe 1000 zwierzątek, ale im jakoś powoli idzie, więc musimy chyba sami podjechać do sklepu.

Koty są już zamikroczipowane i zarejestrowane na specjalnej liście, najszczęśliwsze wtedy, kiedy otworzy im się drzwi frontowe - ogród za domem jest dla nich znacznie mniej atrakcyjny. Aganiok pasjami wędruje po drzewach sąsiadki, dwa razy go ściągałam stojąc na krześle, łapiąc za łapę i targając na klatę (obyło się bez szkód, jak dotąd, odpukać). Popiołek jest wzorcem i starszym bratem, ale już tłuką się na równych prawach, a nie jak dorosły z dzieciakiem.

Od Lawendowa Chatka2
Od Lawendowa Chatka2
Od Lawendowa Chatka2

Ostatki 2010

Ostatki organizowane były w sobotę 14 marca, trochę zatem splotły Dzień Św. Walentego z tańcami ;-)) Ze sporą rezerwą podeszliśmy do propozycji Iwony i Arka, żeby ten dzień uczcić imprezą taneczną w Domu Kopernika - jednym z polskich ośrodków w Adelaide.
Dlaczego? Nie do końca wierzyliśmy w fantastyczną opinię, którą cieszy się zespół APLAUS, baliśmy się, że będzie to jedna z serii imprez, na których panuje wzajemny 'polski ogląd i osąd', nie znaliśmy sali w 'Koperniku' pod kątem warunków dla intensywnie tańczącego tłumu itp. itp.

I co? I świetnie! Po raz kolejny okazało się, że jak człowiek idzie nastawiony raczej na 'nie', przygotowany na rozczarowanie, to z reguły przeliczy się na 'tak' ;-)

Aplaus grał świetnie, w gorących latynoskich rytmach, w zgodzie z duchem i wymogami kończącego się karnawału, w trosce o kondycję bawiących się osób. Goście bawili się znakomicie, nie tylko przy stolikach ;-), ale i na parkiecie.

Od Zdjęcia Bloggera3
Od Zdjęcia Bloggera3

"Lewitujących" było dosłownie kilku, a i to raczej w zabawnym niż niesmacznym wydaniu. Jedyny minus - czas przeleciał zdecydowanie za szybko, bo impreza (z bonusem w postaci dodatkowego czasu ;-) skończyła się nieco po pierwszej w nocy.

14 lutego 2010

Zaskakująco, czyli przeleciał ósmy miesiąc

Ósmy miesiąc przeleciał szybko, pewnie dlatego, że był krótki ;-)

26 stycznia
świętowaliśmy nasz pierwszy Australia Day w nowej ojczyźnie. Zgodnie z panującym tu zwyczajem zaopatrzyliśmy się w stroje i gadżety niezbędne do uczczenia tego święta - koszulki, Najmilszy szorty oraz nagłowowy-podawacz-napojów-toastowych ;-)) Ja dostałam kapelusz ;-) Włosy nam dęba stanęły na głowie na samą myśl o podobnym wykorzystaniu polskich symboli narodowych...
Fakt, 11 listopada człowiek choćby i chciał, to raczej nie poszaleje ze świętowaniem - i rocznica historyczna podniosło-poważna, i pogoda oraz pora roku raczej gaszą entuzjazm, a i Adwent pewnie swoje robi (niektórym ;-)...

Od Zdjęcia Bloggera3

Pojechaliśmy na przepiękną plażę w Sellicks, gdzie woda jest turkusowoniebieska, a plaży strzegą malownicze klify. W ocean idzie się i idzie, bo dno opada powoli, łagodnie i piaseczkowo ;-)) Plaża jest o tyle nietypowa, że wjeżdża się na nią samochodami i z tych samochodów wydobywa piknikowy ekwipunek.
My się dopiero rozkręcamy, więc przywieźliśmy grilla i łopatę oraz piknikowe krzesła, ale bardziej zaprawieni w bojach rozstawili imponujące namioty, stoliki (jak lady na odpustowych straganach) - słowem niektóre pikniki odbywały się w fachowo rozłożonych 'obozowiskach'.

Dzień był w sumie chłodny, niebo mocno zachmurzone, słońce prześwitywało czasami, woda wymagała intensywnych ruchów (zwłaszcza, że często omywały nas zimniejsze prądy), ale i tak spędziliśmy na plaży cały dzień. Wygnał nas dopiero przypływ (woda podeszła prawie do samochodów) i świadomość, że kolejny dzień to środa i spodziewają się nas w pracy ;-)

Od Zdjęcia Bloggera3
Od Zdjęcia Bloggera3

Dopiero w domu okazało się, że słońce znowu podstępnie gryzło. Mimo szumnych zapowiedzi, że już się nauczyliśmy, mimo zakupienia i stosowania balsamów z wysokim filtrem po raz kolejny stwierdziliśmy, że nas poprzypiekało, a ja załapałam się na miano trzeciej pandy Adelaide, bo okulary przeciwsłoneczne, jak założyłam rano, tak zdjęłam po powrocie do domu... A obszar pozaokularowy przypiekło mi zdrowo (w sensie: niezdrowo...).
Zrezygnowałam z makijażu na kilka tygodni i ratowałam się tym cudem, tym bardziej że po kilku dniach zawitało na moje usta stado opryszczek - i na dolnej i na górnej wardze.
Hmmmm, chyba nie dlatego, że woda w oceanie była jednak chłodna??? ;-))
Co do opryszczek - dzięki Joli wiem, że cudownym lekiem na opryszczkę jest olejek z bergamotki - łagodzi swędzenie, zapobiega głębokim bolesnym pęknięciom, wysusza wyprysk, a przy tym pięknie pachnie łagodząc niedolę ofiary opryszczki.

W tym czasie odwiedziliśmy także ogród botaniczny w Adelaide i adelajdzkie ZOO. W oba miejsca planujemy często wracać, bo obydwa mają masę uroku. Umiejscowione w centrum miasta, w północnej części City pięknie wkomponowują się w miasto tworząc klimatyczną enklawę - królestwo roślin i zwierząt.
Można tu znaleźć spokój, wytchnienie i przenieść się z miasta gdzieś hen do natury.

W ogrodzie botanicznym królowało lato. Ominęliśmy tym razem palmiarnię i paprociarnię, ale cieszy nas perspektywa odkrycia obydwu tych miejsc w czasie jednej z przyszłych wypraw.

Od Zdjęcia Bloggera3
Od Zdjęcia Bloggera3
Od Zdjęcia Bloggera3

ZOO nie jest duże, ale jest bardzo ciekawie zaplanowane. Zwierzęta pewnie czują się jak u siebie, zwiedzający im raczej nie przeszkadzają, rośliny pięknie uzupełniają stworzone wybiegi.

Od Zdjęcia Bloggera3
Od Zdjęcia Bloggera3

Jednym z punktów wycieczki była oczywiście wizyta u pand. Pandy są dwie: Wang i Funi. Mieszkają w sąsiadujących ze sobą wybiegach (część zadaszona, za szklaną szybą i część otwarta), bo pandy to samotniki i spotykają się tylko w okresie godowym na okres kilku dni.
Aby je zobaczyć, należy zrobić dodatkową rezerwację na określony dzień i godzinę, a potem odstać swoje w kolejce ;-)) Kolejka jest jednak do przeżycia, bo to superpowolny spacer przez bambusowy gaj, który sąsiaduje z wolierami azjatyckich ptaków, a potem mieści tablice informacyjne o życiu pand wielkich.
Pracownicy ZOO i wolontariusze uprzedzają zwiedzających o absolutnym zakazie używania lamp błyskowych podczas fotografowania pand.
Szczególnie Funi jest nieśmiała i ciągle oswaja się z nowym miejscem.

Od Zdjęcia Bloggera3

Do ZOO wrócimy na przykład jesienią, aby zobaczyć, czy naprawdę działa 'motyli ogród' - to kącik odpowiednio dobranej kompozycji roślinnej przyciągającej ponoć motyle różnych rodzajów.

7 lutego 2010

Obrazek herpetologiczny drugi

Lato ostatnio obchodzi się z nami łaskawiej - wieczory i noce są zimniejsze.  Korzystamy więc z okazji i chłodzimy dom przed snem.  Drzwi na ogród za domem otwarte są przez większość czasu, kiedy jesteśmy w domu, ale że koty bardzo lubią ogród przed domem, więc i te drzwi otwieram, kiedy siedzę przed domem razem z nimi lub w pierwszym pokoju.  Mamy oczywiście drzwi z siatką, ale po cóż je zamykać, skoro w środku siatki jest dziura, przez którą jeszcze ciągle Aganiok da radę się przecisnąć, ale Popiołek już nie bardzo ;-))
Staram się jednak pamiętać o zasadzie, że otwarte drzwi = zgaszone światło, żeby ograniczyć ilość nieproszonych zwierzęcych gości.  

Czymże jednak jest nieoświetlona droga w konfrontacji z ciekawością?

W jeden z wieczorów w Lawendowej Chatce trwa babski sabat.  

Siedzimy po ciemku przed Chatką, gadamy, jest miło, koty buszują między krzewami, odwiedzają sąsiadów - słowem: pełen relaks.

W pewnym momencie wiedziona instynktem gospodyni idę do kuchni po coś absolutnie niezbędnego ;-) i nagle: krzyk, kwik, histeria!


Poczułam pod nogą niewinne, mocno wijące się ciałko, przestraszyłam się okrutnie, odsunęłam nogę, po czym zalała mnie fala poczucia winy: zamordowałam... ale co właściwie?

 
Hmmm, grube jak palec, ze dwadzieścia centymetrów długości, ciemnobrązowe, nóżki ma takie jakieś nie za długie i się wije dalej....  Po policzkach płynie mi struga łez, ale na szczęście Dzielna Wsółsabatownica zbiera ofiarę na szufelkę i wynosi do ogrodu za domem.  Wraca i PRZYSIĘGA, że nie zamordowałam gościa.  Hmmmm...  Postanawiam na zaś patrzeć uważniej pod nogi.

Obrazek herpetologiczny

Miły Mój zajęty bardzo - siedzi przy komputerze i umacnia swą pozycję w świecie pokera.
Za sofą, na której siedzi jest rozsuwane okno, które zajmuje całą szerokość ściany, przykrywa je roleta, ale ze względu na słoneczną pogodę roleta jest opuszczona prawie do samego dołu, a okno z jednej strony jest nieco odsunięte, żeby zapewnić przepływ powietrza.  Tam często siedzą koty, bo i plama słońca na podłodze i można mieć oko na ogród za domem.  Zwykle jest to obrazek leniwy i sielski.


Ale nie teraz!  

Coś tam się dzieje: Popiołek groźnie mruczy i syczy.  
Najmilszy przerywa i zerka za siebie: obydwa koty w pozycji bojowej, Popiołek jak zwykle: ogon w szczotkę, Aganiok wpatrzony w niego jak w obrazek i z pełną powagą naśladuje  - ta sama mina, ta sama postawa.

O co chodzi?


Otóż, między szybami siedzi niespodziewany gość - Blue Tongue - jaszczurka, która jest pewnie naszym sąsiadem i która postanowiła sprawdzić okolice drzwi.

Od Lawendowa Chatka2
Od Lawendowa Chatka2
 

W upały bowiem jaszczurki nie tylko wychodzą ze swoich domów, ale i wybierają się w odwiedziny do domów innych, czyli Innych, czyli ludzi ;-))

Chyba dobrze, że utknęła w miejscu, gdzie szyba ją jednak odgrodziła od kotów, bo miny mają mało gościnne ;-))

5 lutego 2010

U weterynarza - dentystycznie

Zgodnie z otrzymaną instrukcją zabraliśmy kotom miski z jedzeniem wieczorem dnia poprzedniego.
W czwartek w drodze do pracy Najmilszy pojawił się z Popiołkiem w klinice i zostawił go tam na zabieg czyszczenia zębów z kamienia nazębnego. Zabieg wykonuje się pod narkozą, więc potrzebny jest cały dzień i wcześniejszy post. Większość właścicieli robi tak, jak my - zostawiają pacjenta w drodze do pracy i zabierają wracając do domu po południu.

W ciągu dnia otrzymałam telefon z kliniki, że już po wszystkim, że Popiołek się obudził i zachowuje się normalnie, że badanie wskazuje, że wszystko z nim ok.

= Kamień ściągnięty (zbiory ośmioletnie, bo nigdy wcześniej nie miał takiego zabiegu),
= Przy okazji okazało się, że w jednym zębie jest megadziura, więc ząb został usunięty,
= Przy okazji wykonano dodatkowy test krwi, żeby się upewnić, że po ostatniej infekcji nie pozostali żadni nieproszeni goście w organizmie - negatywnie, czyli pozytywnie ;-)), czyli wszystko w porządku.

I byłoby naprawdę idealnie, gdyby nie... wysokość rachunku...
Nic to, Najmilszy zapłacił, przywiózł Popiołka do domu, nakarmił i... poszedł grać w pokera ;-))

Biorąc pod uwagę poziom obsługi klienta, życzliwość personelu, niezbyt odległe terminy zaczęłam się zastanawiać - a może i my z Najmilszym byśmy się tam zapisali jako pacjenci? ;-))