Jesteśmy w salonie Vodafone, gdzie kupujemy karty do telefonów i domowego Internetu. Zajmują się nami wszyscy pracownicy po kolei. Cierpliwie odpowiadają na niezliczone pytania, które zadaje Chudy, a potem ja tłumaczę.
Wreszcie podchodzimy do lady i zaczynamy finalizować ustalenia. Powoli powstaje faktura.
Dziewczyna, która wklepuje dane do komputera ma zrobione paznokcie, ale nie widzę i nie umiem rozpoznać z tej odległości, czy to żele...
Temat interesuje mnie baaardzo, bo niestety, nie udało mi się porwać Jovanki, a tylko namówić Ją na odświeżenie pazoorów w środę tuż przed wyjazdem, a czas leci...
Gdy faktura jest gotowa, przesuwam ją w kierunku Chudego, mrugam znacząco do Melity i mówię, że mąż zapłaci, a ja mam superważne pytanie.
- Tak?
- Czy Twoje pazoory to to samo, co mam ja?
Ona na to (rozumiejąc, jak ważne to zagadnienie): - Nie, ja mam akryle, nawet na nie nie patrz. Nie są tak piękne, jak Twoje (Jovi - buziaki!!!)
- Bardzo dziękuję (po staropolsku pokraśniałam z dumy). A czy takie, jak mam teraz, zrobię gdzieś tutaj?
- Jasne, nazywają się (i tu wymówiła coś, jak dżół, co natychmiast wyobraziłam sobie, jako JO i kombinuję, od czego to pochodzi...)
Melita jest jednak profesjonalistką i dobrze interpretuje moją minę.
- Zapiszę Ci dla pewności na karteczce. Po prostu podejdż i zapytaj, czy takie robią.
I podaje mi karteczkę, na której napisano... GEL acrylic.
Hmmmm...
16 czerwca 2009
14 czerwca 2009
Dwie dziurki w nosie i zaczęło się ;-)
Pierwszy samolot wystartował w czwartkowe przedpołudnie.
Na lotnisku pożegnały nas słodko-gorzkie uśmiechy, łezki w oku, Mama kreśląca na naszych czołach znak krzyża - tradycyjnie i po polsku, a potem razem z Tatą i Artystami Obiektywu - Anią i Piotrem - machająca na pożegnanie z tarasu widokowego. Całości dopełniały serdeczne SMSy oraz wspomnienia licznych imprez pożegnalnych z ostatnich tygodni.
Oj, poświętowaliśmy godnie, pożegnaliśmy się z większością Bliskich, choć kalendarz miał swoje okrutne prawa i nie dla wszystkich wystarczyło czasu.
Londyn powitał nas strajkiem metra, unieruchomił na Heathrow w oczekiwaniu na kolejny lot. Pozwolił zasmakować po raz pierwszy nowego poziomu obsługi klienta oraz poznać bliżej Agnieszkę i Wojtka. Nasi nowi znajomi byli w drodze na swoje wakacje, które skończą się w mieście, do którego my jedziemy bezpośrednio. Na kawę zatem już jesteśmy umówieni ;-)
Minusy Londynu?
Brak dostępu do darmowego Wi-Fi na lotnisku.
W tej jedynej kwestii okazało się, że Kraków rozpieszcza swych mieszkańców i gości...
Wieczorem ruszyliśmy w dalszą drogę. Od tej pory opiekował się nami Nasz Ulubiony Przewoźnik. Zostaniemy z Qantasem na zaś - zdecydowanie podbili nasze serca.
Droga na spotkanie naszej Przygody obejmowała cztery przeloty i trwała ponad dobę, ale było warto.
Dotarliśmy do ostatniego lotniska, przeszliśmy przez procedury bezpieczeństwa, oddaliśmy ostatnie wypełnione kwestionariusze i usłyszeliśmy profesjonalnie wypowiedziane "witamy". Na lotnisku powitali nas przyjaciele oraz agent. Razem pojechaliśmy do mieszkania, w którym zostaniemy na najbliższe 12 tygodni - taksówką na koszt rządu, z taksówkarzem, który podjął się roli ambasadora Naszej Nowej Ojczyzny - opowiedział nam o mieście, o tym, gdzie co kupić, o oceanie, rowerach, pogodzie i o kupowaniu samochodu ;-)
Nowe mieszkanko Owocówką nie jest, ale ma pewien potencjał. Ma dwie sypialnie, salon, kuchnię i łazienkę, a co najważniejsze - gości w nim sporo słońca ;-)
Ocean dmuchnął nam w twarze i dusze swoim świeżym oddechem; ulice i ogrody pokazały swoje skarby, czyli mega rośliny, które do tej pory widywałam w doniczkach, w zupełnie innych rozmiarach; z utęsknieniem czekam na tutejsze "wróble", na razie zobaczyłam, powiedzmy, "gołębie", czyli... pelikany.
Brzmi fajowo, prawda?
I tak już będzie ;-)
Pogoda była zaskakująca - wbrew prognozom świeciło słońce na czystym niebie. Wiał chłodny wiatr, ale sweter i polar wystarczyły ;-)
Zaliczyliśmy pierwszy lunch (kuchnia grecka na początek) oraz pierwsze zakupy - mamy zapas jedzenia na kilka dni (na razie nie z placu, na którym spodziewamy się znaleźć nowości ;-), nową pościel i ręczniki.
Drobne rzeczy, a jak cieszą ;-)
Na lotnisku pożegnały nas słodko-gorzkie uśmiechy, łezki w oku, Mama kreśląca na naszych czołach znak krzyża - tradycyjnie i po polsku, a potem razem z Tatą i Artystami Obiektywu - Anią i Piotrem - machająca na pożegnanie z tarasu widokowego. Całości dopełniały serdeczne SMSy oraz wspomnienia licznych imprez pożegnalnych z ostatnich tygodni.
Oj, poświętowaliśmy godnie, pożegnaliśmy się z większością Bliskich, choć kalendarz miał swoje okrutne prawa i nie dla wszystkich wystarczyło czasu.
| Od Zdjęcia Bloggera |
Londyn powitał nas strajkiem metra, unieruchomił na Heathrow w oczekiwaniu na kolejny lot. Pozwolił zasmakować po raz pierwszy nowego poziomu obsługi klienta oraz poznać bliżej Agnieszkę i Wojtka. Nasi nowi znajomi byli w drodze na swoje wakacje, które skończą się w mieście, do którego my jedziemy bezpośrednio. Na kawę zatem już jesteśmy umówieni ;-)
Minusy Londynu?
Brak dostępu do darmowego Wi-Fi na lotnisku.
W tej jedynej kwestii okazało się, że Kraków rozpieszcza swych mieszkańców i gości...
Wieczorem ruszyliśmy w dalszą drogę. Od tej pory opiekował się nami Nasz Ulubiony Przewoźnik. Zostaniemy z Qantasem na zaś - zdecydowanie podbili nasze serca.
Droga na spotkanie naszej Przygody obejmowała cztery przeloty i trwała ponad dobę, ale było warto.
Dotarliśmy do ostatniego lotniska, przeszliśmy przez procedury bezpieczeństwa, oddaliśmy ostatnie wypełnione kwestionariusze i usłyszeliśmy profesjonalnie wypowiedziane "witamy". Na lotnisku powitali nas przyjaciele oraz agent. Razem pojechaliśmy do mieszkania, w którym zostaniemy na najbliższe 12 tygodni - taksówką na koszt rządu, z taksówkarzem, który podjął się roli ambasadora Naszej Nowej Ojczyzny - opowiedział nam o mieście, o tym, gdzie co kupić, o oceanie, rowerach, pogodzie i o kupowaniu samochodu ;-)
Nowe mieszkanko Owocówką nie jest, ale ma pewien potencjał. Ma dwie sypialnie, salon, kuchnię i łazienkę, a co najważniejsze - gości w nim sporo słońca ;-)
| Od Zdjęcia Bloggera |
Ocean dmuchnął nam w twarze i dusze swoim świeżym oddechem; ulice i ogrody pokazały swoje skarby, czyli mega rośliny, które do tej pory widywałam w doniczkach, w zupełnie innych rozmiarach; z utęsknieniem czekam na tutejsze "wróble", na razie zobaczyłam, powiedzmy, "gołębie", czyli... pelikany.
Brzmi fajowo, prawda?
I tak już będzie ;-)
Pogoda była zaskakująca - wbrew prognozom świeciło słońce na czystym niebie. Wiał chłodny wiatr, ale sweter i polar wystarczyły ;-)
| Od Zdjęcia Bloggera |
| Od Zdjęcia Bloggera |
| Od Zdjęcia Bloggera |
| Od Zdjęcia Bloggera |
Zaliczyliśmy pierwszy lunch (kuchnia grecka na początek) oraz pierwsze zakupy - mamy zapas jedzenia na kilka dni (na razie nie z placu, na którym spodziewamy się znaleźć nowości ;-), nową pościel i ręczniki.
Drobne rzeczy, a jak cieszą ;-)
11 czerwca 2009
Listy z podróży - Londyn, Heathrow
Kochani,
Jesteśmy w Londynie. Siedzimy już na Heathrow i czekamy na otwarcie check-in. Nie wychodzimy z lotniska, bo strajkuje metro - buuuuu...
Na razie wszystko - odpukać - idzie zgodnie z planem i nie przewidujemy opóźnień. Jedyne co wkurza, to brak wi-fi i polskich liter na ich płatnych komputerach.
Do zobaczenia w Adelajdzie o 8 rano w sobotę ;-)
Kot na kwarantannie zdenerwowany, ale spoko. Już mamy raporty od nich ;-) Daje się głaskać pracownikom ośrodka, a to już sporo ;-)
Pozdrawiamy,
Nowi-Przybysze
| Od Zdjęcia Bloggera |
| Od Zdjęcia Bloggera |
| Od Zdjęcia Bloggera |
Kochani Rodzice,
Już jesteśmy na Heathrow i już coś sobie zjedliśmy pysznego.
Czekamy aż będzie można nadać bagaże, podobno check-in otworzą o 17:00, czyli za parę minut. Zobaczymy, czy na wszystkie loty?
Na razie idzie zgodnie z planem.
Pozdrawiamy,
Dzieci-w-drodze-do-Australii
List z podróży - Londyn, Gatwick
Kochani,
Właśnie wylądowaliśmy w Londynie. Niebo zachmurzone i zbiera się na deszcz.
Kupiliśmy bilety na lotnisko Heathrow. Autobus mamy o tutejszej 14:40, na miejsce dojedziemy na 15:30, czyli w Polsce o godzinę później.
Metro nie jeździ co najmniej do wieczora (wybrali sobie datę na strajkowanie, co?), więc chyba nic nam nie wyjdzie z wycieczki wgłąb Londynu. Dostęp do Internetu mamy tu tylko z ich płatnych komputerów - na razie nie możemy użyć laptopa.
Mamy wieści z ośrodka kwarantanny. Popiołek dotarł bezpiecznie. Jest zdenerwowany, niewiele je, ale skorzystał normalnie z kuwety. Podobno to typowe zachowania i podobno po kilku dniach powinno już być ok.
Na razie kończę, bo mija nam wykupiony czas. Mam nadzieję, że odezwiemy się z Heathrow przed drugim odlotem.
Buziaki z Londynu.
Dzieci-w-drodze-do-Australii
| Od Zdjęcia Bloggera |
6 czerwca 2009
Gorączka chłodnego czerwca
Wpadam na chwilkę po długim czasie smutnego milczenia.
Nasze Chudzielcowe Story kręci się od pewnego Lutowego Wieczoru jak karuzela.
Po dłuuuuuugim czasie w naszym tunelu zajaśniało światełko - Projekt A wkracza w swą właściwą fazę. Ahoj, Witaj Przygodo! - tak, to bardzo odpowiednie słowa.
Owocówka ma nowego właściciela. Już czeka na swych nowych mieszkańców, ale jeszcze nas gości. Spakowane rzeczy piętrzą się w półtoratonową hałdę pudeł na dwóch europaletach i tworzą grunt neutralny, na którym ktoś inny wyczaruje swoją wersję Owocówki.
Kraków współpracuje, niestety, w kwestii czekających nas zmian - razem trenujemy nadchodzącą ku nam zimę. A szkoda! Bo my przecież kochamy słońce, a i Krakowowi ze słońcem i ciepłem bardziej do twarzy.
Grzeją nas za to spotkania pożegnalne. Kalendarz od dłuższego czasu jest naszym niezbędnikiem - pozwala optymalnie sprawiedliwie dzielić naszym Czasem Krakowskim tych, którzy stają w kolejce - cóż to za wzruszający ogonek ;- )
Walizki Czarnoweselne doczekały się przyrodnich sióstr - szarosrebrnej Dużej i Średniej.
Karuzela wiruje...
Nasze Chudzielcowe Story kręci się od pewnego Lutowego Wieczoru jak karuzela.
Po dłuuuuuugim czasie w naszym tunelu zajaśniało światełko - Projekt A wkracza w swą właściwą fazę. Ahoj, Witaj Przygodo! - tak, to bardzo odpowiednie słowa.
Owocówka ma nowego właściciela. Już czeka na swych nowych mieszkańców, ale jeszcze nas gości. Spakowane rzeczy piętrzą się w półtoratonową hałdę pudeł na dwóch europaletach i tworzą grunt neutralny, na którym ktoś inny wyczaruje swoją wersję Owocówki.
| Od Zdjęcia Bloggera |
Kraków współpracuje, niestety, w kwestii czekających nas zmian - razem trenujemy nadchodzącą ku nam zimę. A szkoda! Bo my przecież kochamy słońce, a i Krakowowi ze słońcem i ciepłem bardziej do twarzy.
Grzeją nas za to spotkania pożegnalne. Kalendarz od dłuższego czasu jest naszym niezbędnikiem - pozwala optymalnie sprawiedliwie dzielić naszym Czasem Krakowskim tych, którzy stają w kolejce - cóż to za wzruszający ogonek ;- )
Walizki Czarnoweselne doczekały się przyrodnich sióstr - szarosrebrnej Dużej i Średniej.
Karuzela wiruje...
2 marca 2009
Kończy się luty...
Zima tego roku była godna swej nazwy. Zamarudziła ze śniegiem psując nam święta i tło za choinką. Potem i śniegu nie poskąpiła, niektórym aż się przejadło... Za to zimno było popisowo od samego początku, i ciemno, i bezwiosennie....
Chudzielce Story pomroczniała od tej zimy, zieleni w nas zostało tyle co w ramkach bloga, nadzieja tliła się gdzieś w kątku, ale królowały smutki i trzymanie miny mimo wszystko i wbrew rzeczywistości.
A i grypa nas nie oszczędziła w tych smutnych czasach...
I oto 13 lutego, w piątek, zajaśniał nam pierwszy promyczek zwiastujący wiosnę, ba - lato stulecia zwiastujący. Śliczny optymistyczny pierwiosnek, chociaż jeszcze nic to pewnego nie było - zwiastun na razie. Zwiastun wywołał jednak pierwszą solidną burzę, wstrząsnął nami i naszym światem.
Zagrzały się łącza, wyszukiwarki zadziałały na najwyższych obrotach, bo Najnowszy Projekt Życia wszedł w kolejną fazę zbierania informacji i wybierania opcji.
W świat powędrowały e-maile z prośbą o przygotowanie różnorakich ofert.
Kolejny dzień, który będziemy zaznaczać jako dzień świętowania w naszych przyszłych kalendarzach, to 25 lutego. Stały się wtedy dwie rzeczy: pewien pracodawca dowiedział się, że oto z końcem maja traci pracownika, a pewien urzędnik oficjalnie podpisał papiery otwierające aplikującym Drzwi do Przygody Życia. Juuuuuuppppiiiiiiiii! A raczej: Ahoj, Przygodo!
1 marca odczytaliśmy maila, w którym było napisane o tym urzędniku ;-)
W tym gorącym okresie Owocówka miała wielu gości, większość została jej fanami, ale nie każdy był zainteresowany przełożeniem swej sympatii na kasę i transakcję.
Nie każdy, ale... Ciiiiiii, nie zapeszajmy ;-)
Zapyta ktoś może o Popiołka po tak długiej przerwie?
Proszę bardzo: Popiołek dorobił się mikroczipa zgodnego ze standardami ISO, granatowego paszportu, w którym odnotowano szczepienie przeciw wściekliźnie oraz... pudełka (ex-zgrzewki po mleku), w którym trenuje pakowanie się ;-)
Okazał się przy tym od początku Mistrzem Przenikliwości i jako Kot Supergrzeczny od początku prosił pięknie o dołączenie go do Projektu, skoro szczęśliwie dla wszystkich Chudzielców zmieniły się przepisy ;-))
Chudzielce Story pomroczniała od tej zimy, zieleni w nas zostało tyle co w ramkach bloga, nadzieja tliła się gdzieś w kątku, ale królowały smutki i trzymanie miny mimo wszystko i wbrew rzeczywistości.
A i grypa nas nie oszczędziła w tych smutnych czasach...
I oto 13 lutego, w piątek, zajaśniał nam pierwszy promyczek zwiastujący wiosnę, ba - lato stulecia zwiastujący. Śliczny optymistyczny pierwiosnek, chociaż jeszcze nic to pewnego nie było - zwiastun na razie. Zwiastun wywołał jednak pierwszą solidną burzę, wstrząsnął nami i naszym światem.
Zagrzały się łącza, wyszukiwarki zadziałały na najwyższych obrotach, bo Najnowszy Projekt Życia wszedł w kolejną fazę zbierania informacji i wybierania opcji.
W świat powędrowały e-maile z prośbą o przygotowanie różnorakich ofert.
Kolejny dzień, który będziemy zaznaczać jako dzień świętowania w naszych przyszłych kalendarzach, to 25 lutego. Stały się wtedy dwie rzeczy: pewien pracodawca dowiedział się, że oto z końcem maja traci pracownika, a pewien urzędnik oficjalnie podpisał papiery otwierające aplikującym Drzwi do Przygody Życia. Juuuuuuppppiiiiiiiii! A raczej: Ahoj, Przygodo!
1 marca odczytaliśmy maila, w którym było napisane o tym urzędniku ;-)
W tym gorącym okresie Owocówka miała wielu gości, większość została jej fanami, ale nie każdy był zainteresowany przełożeniem swej sympatii na kasę i transakcję.
Nie każdy, ale... Ciiiiiii, nie zapeszajmy ;-)
Zapyta ktoś może o Popiołka po tak długiej przerwie?
Proszę bardzo: Popiołek dorobił się mikroczipa zgodnego ze standardami ISO, granatowego paszportu, w którym odnotowano szczepienie przeciw wściekliźnie oraz... pudełka (ex-zgrzewki po mleku), w którym trenuje pakowanie się ;-)
Okazał się przy tym od początku Mistrzem Przenikliwości i jako Kot Supergrzeczny od początku prosił pięknie o dołączenie go do Projektu, skoro szczęśliwie dla wszystkich Chudzielców zmieniły się przepisy ;-))
5 stycznia 2009
Noworoczne lektury
Obiecaj mi - stary dobry Coben! Autor opowiada nam o dalszych przygodach Myrona i jego przyjaciół. Znowu udaje się rozwiązać kolejną zagadkę powikłanych ludzkich losów. Trochę się niepokoimy, trochę filozofujemy, trzymamy kciuki za głównego bohatera i tych, którym pomaga. Akcja się dzieje, padają ciosy i strzały, dialogi się toczą, kartek ubywa. Słowem: jak zwykle solidna robota i porcja satysfakcjonującej rozrywki dla miłośników gatunku i autora.
Bez śladu - znowu thriller i ponownie: dobra robota, czyli miłośnicy gatunku będą zadowoleni. Nawet jeśli dość wcześnie wpadłam na to, jakie będzie zakończenie, to i tak książka na tym nie straciła. Dobrze się czyta, jeśli ktoś lubi taką rozrywkę.
Lisa Unger - Piękne kłamstwa i Cząstka prawdy. Reklamowane dwie części tej samej historii. Ja zaś po lekturze mam mieszane uczucia... Może dlatego, że sporo ostatnio czytam książek z tego gatunku, ale z jakiegoś powodu męczyłam się i z trudem brnęłam przez te dwie lektury. Może to niedostateczna ilość lub sposób konstruowania dialogów? Może chodzi o styl, może tylko o tłumaczenie? Nie wiem. Bo pomysły autorka ma niezłe, postaci są wyraziste, a zwroty akcji dobrze wróżą i często zaskakują, książka zdaje się być dobrym materiałem na film, ale chyba nie do końca udały się proporcje w tym tekście...
Księga bez tytułu - fantastyczna porcja rozrywki: jest tu i humor (górujący nad całą resztą), i zabawy językiem, i sporo dosadnych wyrażeń napisanych bez wykropkowania, nieco westernu, i sporo horroru, i nutka fanatsy - słowem zabójczo wciągająca mieszanka gwarantująca dobrą zabawę i nie pozwalająca nam się znudzić aż do ostatniej karty. I nawet jeśli się już domyślimy finału, to może nie całkiem, albo nie wszystkiego, bo nie o to tutaj chodzi, a raczej o podążanie za autorem (jak to? przecież....) przez kolejne karty tego labiryntu.
Polecam!
Na koniec dwie książki o Mikołaju Koperniku.
Obydwie dość podobne, napisane w podobnym, popularnym stylu, raczej powieści niż dzieła naukowe, oplatające znalezione strzępy informacji zmyśleniem lub wersją zdarzeń będącą hipotezą pisarzy, zgodną z ich wyobrażeniem o przebiegu wydarzeń w życiu wielkiego astronoma.
Mnie osobiście poruszyły dwie rzeczy:
1) obaj autorzy nie są Polakami i obaj są wyraźnie zafascynowani postacią geniusza, wielkiego człowieka nauki, znakomitości czasów Renesansu
i
2) ja jako współrodaczka Kopernika wiem o nim tak niewiele.
Kołatały mi się po głowie jakieś strzępki informacji pamiętane z lekcji w podstawówce, może w liceum, ale z podkreśleniem słowa strzępki. Ze zdumieniem odkrywałam wielkość postaci astronoma na tle jego czasów, miejsca, gdzie zdobywał wiedzę, ludzi, z którymi się zetknął, nauczycieli, kolegów "po fachu" zgadzających się z nim i go zwalczających oraz uczniów i naśladowców.
Jack Repcheck - Sekret Kopernika. Jak się zaczęła rewolucja naukowa - tę przeczytałam najpierw i chyba dobrze, bo wydaje mi się być echem drugiej. Tym bardziej, że powstała później.
Jean Pierre Luminet - Tajemnica Kopernika - powtarzając większość zdarzeń z poprzedniej nie tylko rozwija ich opis na powieściową modłę, ale i dodaje wiele nowych wydarzeń i wiadomości. Obraz życia Kopernika zdaje się pełniejszy, barwniejszy, a sam Kopernik jawi się jako człowiek bardziej sympatyczny i łatwiejszy do zrozumienia niż wahający się lizus z poprzedniej książki.
Bez śladu - znowu thriller i ponownie: dobra robota, czyli miłośnicy gatunku będą zadowoleni. Nawet jeśli dość wcześnie wpadłam na to, jakie będzie zakończenie, to i tak książka na tym nie straciła. Dobrze się czyta, jeśli ktoś lubi taką rozrywkę.
Lisa Unger - Piękne kłamstwa i Cząstka prawdy. Reklamowane dwie części tej samej historii. Ja zaś po lekturze mam mieszane uczucia... Może dlatego, że sporo ostatnio czytam książek z tego gatunku, ale z jakiegoś powodu męczyłam się i z trudem brnęłam przez te dwie lektury. Może to niedostateczna ilość lub sposób konstruowania dialogów? Może chodzi o styl, może tylko o tłumaczenie? Nie wiem. Bo pomysły autorka ma niezłe, postaci są wyraziste, a zwroty akcji dobrze wróżą i często zaskakują, książka zdaje się być dobrym materiałem na film, ale chyba nie do końca udały się proporcje w tym tekście...
Księga bez tytułu - fantastyczna porcja rozrywki: jest tu i humor (górujący nad całą resztą), i zabawy językiem, i sporo dosadnych wyrażeń napisanych bez wykropkowania, nieco westernu, i sporo horroru, i nutka fanatsy - słowem zabójczo wciągająca mieszanka gwarantująca dobrą zabawę i nie pozwalająca nam się znudzić aż do ostatniej karty. I nawet jeśli się już domyślimy finału, to może nie całkiem, albo nie wszystkiego, bo nie o to tutaj chodzi, a raczej o podążanie za autorem (jak to? przecież....) przez kolejne karty tego labiryntu.
Polecam!
Na koniec dwie książki o Mikołaju Koperniku.
Obydwie dość podobne, napisane w podobnym, popularnym stylu, raczej powieści niż dzieła naukowe, oplatające znalezione strzępy informacji zmyśleniem lub wersją zdarzeń będącą hipotezą pisarzy, zgodną z ich wyobrażeniem o przebiegu wydarzeń w życiu wielkiego astronoma.
Mnie osobiście poruszyły dwie rzeczy:
1) obaj autorzy nie są Polakami i obaj są wyraźnie zafascynowani postacią geniusza, wielkiego człowieka nauki, znakomitości czasów Renesansu
i
2) ja jako współrodaczka Kopernika wiem o nim tak niewiele.
Kołatały mi się po głowie jakieś strzępki informacji pamiętane z lekcji w podstawówce, może w liceum, ale z podkreśleniem słowa strzępki. Ze zdumieniem odkrywałam wielkość postaci astronoma na tle jego czasów, miejsca, gdzie zdobywał wiedzę, ludzi, z którymi się zetknął, nauczycieli, kolegów "po fachu" zgadzających się z nim i go zwalczających oraz uczniów i naśladowców.
Jack Repcheck - Sekret Kopernika. Jak się zaczęła rewolucja naukowa - tę przeczytałam najpierw i chyba dobrze, bo wydaje mi się być echem drugiej. Tym bardziej, że powstała później.
Jean Pierre Luminet - Tajemnica Kopernika - powtarzając większość zdarzeń z poprzedniej nie tylko rozwija ich opis na powieściową modłę, ale i dodaje wiele nowych wydarzeń i wiadomości. Obraz życia Kopernika zdaje się pełniejszy, barwniejszy, a sam Kopernik jawi się jako człowiek bardziej sympatyczny i łatwiejszy do zrozumienia niż wahający się lizus z poprzedniej książki.
2 stycznia 2009
... i zaczyna się nowy
No i zaczęło się!
I oby dobrze trwało i oby życzenia spełniły się wszystkie - te usłyszane i te pomyślane, i oby niedługo ;-)
Świętowaliśmy ze znajomymi w knajpce na krakowskim Kazimierzu. Przed północą odliczyliśmy, po gromkim "juuuuż!!!" rozlaliśmy "szampana", wznieśliśmy toasty, wymieniliśmy życzenia i pocałunki, a na okrasę pooglądaliśmy sztuczne ognie wystrzeliwane z Rynku, znad zakola Wisły i samego Kazimierza.
Tego roku na naszym Sylwestrze rozmowy przeważyły nad tańcami, a nastroje uczestników nad profesjonalnym podejściem organizatora. Stroje luźno-nieformalne przeważyły nad balowymi, ale atmosfera rodzinno-domowej imprezki jakoś nie powstała. Zgodnie ze smutną polską tradycją moje uzgodnione wcześniej menu wegetariańskie zaowocowało bólem żołądka, czyli - jak to się często zdarza - wcale wegetariańskie nie było... Tańcem nie dało się problemu pokonać, gdyż knajpka - jak to niestety często w Krakowie - wentylowana jest dosyć marnie, ale nade wszystko właściciel nie przygotował się muzycznie i kiedy zdesperowani wymusiliśmy na nim w końcu włączenie RMF zamiast zapodawanych nieporozumień o reanimacji animuszu już raczej mowy nie było. Dogasały rozmowy, intensywniało ziewanie, opadała nas senność i chęć powrotu do własnego łóżka...
My z Chudym wróciliśmy nieprzyzwoicie jak na nas wcześnie...
Co do knajpki - szkoda, bo potencjał jest. Brakło profesjonalizmu? wyczucia? doświadczenia?
Sama nie wiem, gdyż właściciel jest naprawdę sympatyczny, życzliwy i kocha swoje miejsce. Może tylko organizowanie Sylwestra dla "obcej" grupy go przerosło?
Najprawdopodobniej wrócę jeszcze do Cafe Antonio, gdzie faktycznie kawa to poemat, a słodycze niczym nie grożą nawet wegetariance ;-) Cafeteria nie jest zbyt wielka, ale ma swój klimat, Antonio nieźle mówi po polsku i chętnie zagaduje swoich gości. W toalecie czyściutko, co też nie jest bez znaczenia, prawda?
Wydaje mi się, że wspaniale udawałyby się tam babskie posiadówki i sabaty. Trzeba to będzie sprawdzić któregoś popołudnia ;-)
W domowym zaciszu witamy z Chudym ten nowy rok. Obok mnie zestaw relaksacyjny, czyli książka, komputer i kubek kawy ;-) Popiołek przeszczęśliwy sprawiedliwie nas sobą obdziela polegując na zmianę u każdego z nas na kolanach. Czas płynie nieco za szybko, ale cóż - nie można mieć wszystkiego... ;-)
Nie zamiataliśmy, nie odkurzaliśmy, nie wyrzuciliśmy żadnych śmieci, aby nie pozbyć się szczęścia ;-) Nie odwiedził nas co prawda na dobrą wróżbę żaden mężczyzna, ale na szczęście nie pojawiła się też żadna kobieta ;-)
Nieco później wybieramy się do Hobbitów złożyć wyrazy uszanowania i życzenia.
Bo Hobbity świętują dziś nie tylko Nowy Rok, ale i swoją kolejną rocznicę ślubu. Wzniesiemy więc toasty, powtórzymy życzenia i będziemy się razem cieszyć.
I oby dobrze trwało i oby życzenia spełniły się wszystkie - te usłyszane i te pomyślane, i oby niedługo ;-)
Świętowaliśmy ze znajomymi w knajpce na krakowskim Kazimierzu. Przed północą odliczyliśmy, po gromkim "juuuuż!!!" rozlaliśmy "szampana", wznieśliśmy toasty, wymieniliśmy życzenia i pocałunki, a na okrasę pooglądaliśmy sztuczne ognie wystrzeliwane z Rynku, znad zakola Wisły i samego Kazimierza.
Tego roku na naszym Sylwestrze rozmowy przeważyły nad tańcami, a nastroje uczestników nad profesjonalnym podejściem organizatora. Stroje luźno-nieformalne przeważyły nad balowymi, ale atmosfera rodzinno-domowej imprezki jakoś nie powstała. Zgodnie ze smutną polską tradycją moje uzgodnione wcześniej menu wegetariańskie zaowocowało bólem żołądka, czyli - jak to się często zdarza - wcale wegetariańskie nie było... Tańcem nie dało się problemu pokonać, gdyż knajpka - jak to niestety często w Krakowie - wentylowana jest dosyć marnie, ale nade wszystko właściciel nie przygotował się muzycznie i kiedy zdesperowani wymusiliśmy na nim w końcu włączenie RMF zamiast zapodawanych nieporozumień o reanimacji animuszu już raczej mowy nie było. Dogasały rozmowy, intensywniało ziewanie, opadała nas senność i chęć powrotu do własnego łóżka...
My z Chudym wróciliśmy nieprzyzwoicie jak na nas wcześnie...
Co do knajpki - szkoda, bo potencjał jest. Brakło profesjonalizmu? wyczucia? doświadczenia?
Sama nie wiem, gdyż właściciel jest naprawdę sympatyczny, życzliwy i kocha swoje miejsce. Może tylko organizowanie Sylwestra dla "obcej" grupy go przerosło?
Najprawdopodobniej wrócę jeszcze do Cafe Antonio, gdzie faktycznie kawa to poemat, a słodycze niczym nie grożą nawet wegetariance ;-) Cafeteria nie jest zbyt wielka, ale ma swój klimat, Antonio nieźle mówi po polsku i chętnie zagaduje swoich gości. W toalecie czyściutko, co też nie jest bez znaczenia, prawda?
Wydaje mi się, że wspaniale udawałyby się tam babskie posiadówki i sabaty. Trzeba to będzie sprawdzić któregoś popołudnia ;-)
W domowym zaciszu witamy z Chudym ten nowy rok. Obok mnie zestaw relaksacyjny, czyli książka, komputer i kubek kawy ;-) Popiołek przeszczęśliwy sprawiedliwie nas sobą obdziela polegując na zmianę u każdego z nas na kolanach. Czas płynie nieco za szybko, ale cóż - nie można mieć wszystkiego... ;-)
Nie zamiataliśmy, nie odkurzaliśmy, nie wyrzuciliśmy żadnych śmieci, aby nie pozbyć się szczęścia ;-) Nie odwiedził nas co prawda na dobrą wróżbę żaden mężczyzna, ale na szczęście nie pojawiła się też żadna kobieta ;-)
Nieco później wybieramy się do Hobbitów złożyć wyrazy uszanowania i życzenia.
Bo Hobbity świętują dziś nie tylko Nowy Rok, ale i swoją kolejną rocznicę ślubu. Wzniesiemy więc toasty, powtórzymy życzenia i będziemy się razem cieszyć.
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)