Gdzieś tam na zapleczu bloga powstaje mega-wielki post o naszych wakacjach, z których wróciliśmy wieczorem pierwszego stycznia.
W zeszłym roku po uzyskaniu stałego pobytu przyznaliśmy sobie nagrodę w postaci dwutygodniowych wakacji w czasie świąteczno-noworocznym. Reszta, czyli wybór miejsca została wstępnie zdefiniowana w postaci listy kryteriów i powierzona szefowi projektu, którym zostałam ja :-D Mój grafik w pracy przewiduje płatną przerwę świąteczną (po raz pierwszy w nowej ojczyźnie przyszło mi tego doświadczyć ;-), a Najmilszy poprosił o urlop.
I tak, po solidnym przejrzeniu zaproponowanych w liście wybrzeży (Gold Coast, Sunshine Coast) w celu wynalezienia opcji All Inclusive, 'zboczyłam' na prawy margines, by tam znaleźć ostateczny cel naszej wakacyjnej nagrody, zupełnie gdzie indziej ;-)
Post powstaje: obok sofy góra książek i folderów, galeria to prawie dwa tysiące zdjęć, są też bieżące zapiski z pobytu - słowem: proszę jeszcze o nieco cierpliwości :-D
Rok 2012 w Sydney, jak co roku, uświetnił pokaz ogni sztucznych dając znać Reszcie Świata, że oto już za parę godzin przyjdzie im wznosić toasty i wymieniać życzenia :-D
My w tym samym czasie patrzyliśmy na potężny słup ognia - według tradycji miejsca, w którym byliśmy, na plaży powstał wielki stos, który podpalony o północy spłonął po kilkunastu minutach, na dodatek pokropiony na sam koniec deszczem.
W 2012 Adelajda wkroczyła na fali upałów - po niegodnej świąt pogodzie, temperatury pod koniec grudnia wyskoczyły pod czterdziestkę, teraz stopniowo się ochładza. Ochładza oznacza, że dziś na przykład jest... 34 stopnie. Zobaczymy, jak będzie wieczorem, bo wczoraj, kiedy po całym upalnym dniu poszliśmy się ochłodzić w oceanie czekała na nas niemiła niespodzianka: słońce zniknęło już za chmurami, piasek na górze już zdążył się oziębić (pod spodem był jeszcze wciąż ciepły), a woda była ziiiimna.
Wiał wiatr, do brzegu dopływały całkiem spore i liczne fale, po chwili 'przyzwyczajania się' temperatura wody była już znośna, więc pomoczyliśmy się jakąś godzinkę ;-) W nocy w Chatce hula klima, a nad głowami kręci się nam wiatrak.
W rok 2012 wkroczyliśmy krokiem urlopowym i wypoczętym - mamy nadzieję, że naładowane baterie wystarczą na kolejne dni nowych wyzwań, witanie następnych przygód i stawianie czoła codzienności. Specjalnych noworocznych postanowień nie było, bo wplotłyby się i tak w zaplanowane wcześniej projekty, które już trwają ;-)
Ze skrzynki pocztowej wyjęliśmy nareszcie długo oczekiwaną kartkę od Hobbitów z życzeniami świateczno-noworocznymi i kawałkiem opłatka.
Choinka w tym sezonie ma wolne - z racji wyjazdu na urlop nie ubieraliśmy jej tym razem (choć kolekcja baniek wzbogaciła się o parę sztuk ;-).
W 'ogrodzie' w pergoli zanotowaliśmy niestety straty spowodowane upałami - pożegnaliśmy ogórki i część ziół, waży się los niektórych pomidorów.
Cytrusy kwitną, prezentują małe owocki, trawnik wyraźnie podsuszony, frangipani wciąż nie kwitną.
Koty nasz urlop zniosły dzielnie i doczekały w całości i pełni zdrowia do naszego powrotu.
Kochani Czytelnicy - życzymy Wam w tym Nowym Roku
wiele radości,
zdrowia dla Was i Waszych Bliskich,
niezliczonych powodów do uśmiechu, zadowolenia, dumy.
Aby dane Wam było przeżywać pozytywne emocje,
dzielić je z osobami dla Was ważnymi,
aby Wasze szklanki były do połowy pełne
i to najlepiej szlachetnych napitków :-D
Jeżeli Chudzielce Story będzie choć niewielką częścią
Waszej Przygody, Waszych pomysłów i Waszych uśmiechów,
będzie to dla nas ogromnym wyróżnieniem :-)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przełom roku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przełom roku. Pokaż wszystkie posty
2 stycznia 2012
3 stycznia 2010
Nowy Rok 2010...
... a właściwie jego pierwszy dzień spędziliśmy na plaży, a konkretnie - w oceanie.
Fantastyczna pogoda, bezchmurne niebo, słońce i wiatr, który wyczarował świetne fale - bajka, która nie tylko zapowiadała fantastyczny początek kolejnego rozdziału, ale i kazała się szczypać: to nasze życie i to codzienne, nie jesteśmy tu na wakacjach, ale tu mieszkamy! ;-))
Ech, gdyby jeszcze te wyżyny entuzjazmu pozwoliły zachować wystarczającą ilość zdrowego rozsądku i... posmarować się porządnie i na czas środkiem z filtrem 30+... A że nie pozwoliły, to w Lawendowej Chatce zamieszkały dwie... parówki. Nowy Rok powitaliśmy zatem... na różowo-przypieczkowo ;-))
1 stycznia 2010 roku w naszym ogrodzie za domem suszyła się całkiem spora kolekcja plażowych ręczników i strojów kąpielowych.
W zestawieniu z wieściami z Polski wyglądało to jeszcze bardziej sielsko ;-))
Fantastyczna pogoda, bezchmurne niebo, słońce i wiatr, który wyczarował świetne fale - bajka, która nie tylko zapowiadała fantastyczny początek kolejnego rozdziału, ale i kazała się szczypać: to nasze życie i to codzienne, nie jesteśmy tu na wakacjach, ale tu mieszkamy! ;-))
| Od Zdjęcia Bloggera2 |
Ech, gdyby jeszcze te wyżyny entuzjazmu pozwoliły zachować wystarczającą ilość zdrowego rozsądku i... posmarować się porządnie i na czas środkiem z filtrem 30+... A że nie pozwoliły, to w Lawendowej Chatce zamieszkały dwie... parówki. Nowy Rok powitaliśmy zatem... na różowo-przypieczkowo ;-))
1 stycznia 2010 roku w naszym ogrodzie za domem suszyła się całkiem spora kolekcja plażowych ręczników i strojów kąpielowych.
W zestawieniu z wieściami z Polski wyglądało to jeszcze bardziej sielsko ;-))
Sylwester 2009/2010
Nowy Rok przywitaliśmy przy plaży, na plaży, w falach oceanu (woda nie była tak baaardzo zimna... ;-). Nad nami setki gwiazd, między którymi lśnił i Krzyż Południa, a nieco niżej fajerwerki z pokazu na plaży Glenelg.
Zawinięci w ręczniki piliśmy toasty z butelki z gwinta, cykaliśmy fotki, składaliśmy sobie życzenia mocno chaotycznie, zwłaszcza że grupa sylwestrowa okazała się... mocno niedogadana co do wizji: w jaki sposób powitamy Nowy Rok, po co właściwie nad ocean, jak to rozegrać czasowo i logistycznie? itp.
A może się czepiam?
Ogólnie rzecz biorąc: nowa wersja witania Nowego Roku bardzo mi się podoba, jakoś nie tęsknię do staroojczyźnianych mroźnych obchodów, do płaszczy i kurtek wkładanych do sylwestrowych kreacji. A cała reszta przecież została: wino, toasty i kłopoty z klimatyzacją, zwłaszcza kiedy się tańczy ;-))
A biorąc rzecz szczególnie? Po raz kolejny sprawdziła się odwieczna zasada, że na najbardziej spontaniczne wyglądają imprezy starannie zaplanowane - i tego na zaś, nauczeni tegorocznymi doświadczeniami, będziemy się, mam nadzieję, trzymać ;-))
Zawinięci w ręczniki piliśmy toasty z butelki z gwinta, cykaliśmy fotki, składaliśmy sobie życzenia mocno chaotycznie, zwłaszcza że grupa sylwestrowa okazała się... mocno niedogadana co do wizji: w jaki sposób powitamy Nowy Rok, po co właściwie nad ocean, jak to rozegrać czasowo i logistycznie? itp.
A może się czepiam?
| Od Zdjęcia Bloggera2 |
| Od Zdjęcia Bloggera2 |
| Od Zdjęcia Bloggera2 |
Ogólnie rzecz biorąc: nowa wersja witania Nowego Roku bardzo mi się podoba, jakoś nie tęsknię do staroojczyźnianych mroźnych obchodów, do płaszczy i kurtek wkładanych do sylwestrowych kreacji. A cała reszta przecież została: wino, toasty i kłopoty z klimatyzacją, zwłaszcza kiedy się tańczy ;-))
A biorąc rzecz szczególnie? Po raz kolejny sprawdziła się odwieczna zasada, że na najbardziej spontaniczne wyglądają imprezy starannie zaplanowane - i tego na zaś, nauczeni tegorocznymi doświadczeniami, będziemy się, mam nadzieję, trzymać ;-))
| Od Zdjęcia Bloggera2 |
| Od Zdjęcia Bloggera2 |
27 grudnia 2009
Boże Narodzenie 2009
Boże Narodzenie świętowane w Australii to naprawdę spore przeżycie, bo wszystko stoi na głowie: środek lata i to caaałkiem upalny, zapach grilla zamiast zapachów pamiętanych z klatki schodowej w bloku (wszak i zabudowa miejska tu inna ;-), kto by tam myślał o porządkach i mył okna mimo mrozu (jakiego mrozu? i co to jest mróz w ogóle?).
Człowiek może nieco wrócić do równowagi, kiedy uda się na zakupy, najlepiej do galerii handlowej - dekoracje całkiem podobne, przeboje świąteczne też, no może jedynie przy kasach człowieka nie popychają ;-)) W kwestii niepopychania też jednak można znaleźć rozwiązanie - wystarczy udać się na polską imprezę - w tym roku idealnie nadał się do tego PolArt, a zwłaszcza Dożynki (ale o tym raczej w osobnym poście ;-)).
W tym roku dostaliśmy piękne zaproszenie na Wigilię w polskim gronie. Obiecującą zapowiedzią wieczoru było menu, z którego potrawy podzieliliśmy między siebie. Brzmiało imponująco i budziło wyobraźnię: uszka z barszczykiem, pierogi z kapustą i grzybami, pierogi ruskie, zupa grzybowa, szynka lub indyk (hmmm, punkt kontrowersyjny jak dla nas, ale widać są polskie domy, gdzie Wigilia nie jest postna ;-)), śledzie w śmietanie/sosie jogurtowym, ryba po grecku, ryba smażona, kompot z suszonych owoców. Przewidziano także deser, czyli tradycyjne ciasta: piernik, sernik i makowiec, ale biada tym, którzy się zbytnio nastawili ;-).
Na Wigilię wyruszyliśmy w środku dnia włączając klimatyzację w samochodzie na megachłodzenie. Zamiast pełnego garnituru musiała wystarczyć wersja z samą kamizelką bez marynarki, mnie na szczęście było łatwiej, bo kobiety zwykle mają większe pole manewru w temacie strój oficjalny ;-))
Stół i to, co na nim okazał się najmocniejszą częścią popołudnia. To, co wokół stołu z tradycją świeżo zapamiętaną ze starego kraju miało już niestety boleśnie dużo mniej wspólnego... A szkoda. Życzenia złożyliśmy sobie krótko i treściwie, aby nie przeciągać (?), w tle brzmiały świąteczne angielskojęzyczne przeboje, w pewnym zamieszaniu organizacyjnym zjedliśmy suty posiłek, po czym bez wyraźnego sygnału... rozeszliśmy się od stołu. Po jakimś czasie, przynaglani przez dzieci wróciliśmy w okolice choinki, aby rozdać prezenty. Po odpakowaniu których można już było... pójść do domu, bo formuła wieczoru się raczej wyczerpała...
Hmmm, potrawy wybieraliśmy, a osoby do obdarowania pod choinką losowaliśmy - może należało przy prezentach zastosować klucz podobny jak przy menu?
Słowem: z magii nici, z wigilijnego nastroju nici, wieczór okazał się niestety bliższy współczesnej komercji niż świątecznej refleksji, o elementach duchowych nie wspominając. Nie było miejsca na "... jako i my odpuszczamy...", więc nikt niczego nikomu nie odpuścił, a przynajmniej nie wszyscy nie wszystkim i nie wszystko...
W domu wynagrodziliśmy sobie "szkody moralne" rozmawiając przez Skype z rodzicami, którzy do Wigilii się dopiero przygotowywali mając za plecami zieloną ubraną choinkę, ale wirtualnie połamali się z nami opłatkiem, oblali opłatek paroma łzami i życzyli z serca wszystkiego, co najlepsze.
Pierwszy dzień świąt wynagrodził wigilijne niedobory jeszcze bardziej - zjedliśmy pozostałości Wigilii z naszymi znajomymi, w domu w lesie, w świątecznej ciepłej atmosferze niewymuszonej radości z bycia razem.
Polskich kolęd posłuchaliśmy niewiele, choinka pojawiła się w Lawendowej Chatce na początku nowego roku, dzięki poświątecznym wyprzedażom i po raz pierwszy od tylu lat w naszym domu - plastikowa. Imituje jednak bardzo skutecznie żywe drzewko. List z życzeniami i opłatkiem od Rodziców dotarł jeszcze później niż choinka - mamy nadzieję, że na dobrą wróżbę ;-))
Człowiek może nieco wrócić do równowagi, kiedy uda się na zakupy, najlepiej do galerii handlowej - dekoracje całkiem podobne, przeboje świąteczne też, no może jedynie przy kasach człowieka nie popychają ;-)) W kwestii niepopychania też jednak można znaleźć rozwiązanie - wystarczy udać się na polską imprezę - w tym roku idealnie nadał się do tego PolArt, a zwłaszcza Dożynki (ale o tym raczej w osobnym poście ;-)).
W tym roku dostaliśmy piękne zaproszenie na Wigilię w polskim gronie. Obiecującą zapowiedzią wieczoru było menu, z którego potrawy podzieliliśmy między siebie. Brzmiało imponująco i budziło wyobraźnię: uszka z barszczykiem, pierogi z kapustą i grzybami, pierogi ruskie, zupa grzybowa, szynka lub indyk (hmmm, punkt kontrowersyjny jak dla nas, ale widać są polskie domy, gdzie Wigilia nie jest postna ;-)), śledzie w śmietanie/sosie jogurtowym, ryba po grecku, ryba smażona, kompot z suszonych owoców. Przewidziano także deser, czyli tradycyjne ciasta: piernik, sernik i makowiec, ale biada tym, którzy się zbytnio nastawili ;-).
Na Wigilię wyruszyliśmy w środku dnia włączając klimatyzację w samochodzie na megachłodzenie. Zamiast pełnego garnituru musiała wystarczyć wersja z samą kamizelką bez marynarki, mnie na szczęście było łatwiej, bo kobiety zwykle mają większe pole manewru w temacie strój oficjalny ;-))
Stół i to, co na nim okazał się najmocniejszą częścią popołudnia. To, co wokół stołu z tradycją świeżo zapamiętaną ze starego kraju miało już niestety boleśnie dużo mniej wspólnego... A szkoda. Życzenia złożyliśmy sobie krótko i treściwie, aby nie przeciągać (?), w tle brzmiały świąteczne angielskojęzyczne przeboje, w pewnym zamieszaniu organizacyjnym zjedliśmy suty posiłek, po czym bez wyraźnego sygnału... rozeszliśmy się od stołu. Po jakimś czasie, przynaglani przez dzieci wróciliśmy w okolice choinki, aby rozdać prezenty. Po odpakowaniu których można już było... pójść do domu, bo formuła wieczoru się raczej wyczerpała...
Hmmm, potrawy wybieraliśmy, a osoby do obdarowania pod choinką losowaliśmy - może należało przy prezentach zastosować klucz podobny jak przy menu?
Słowem: z magii nici, z wigilijnego nastroju nici, wieczór okazał się niestety bliższy współczesnej komercji niż świątecznej refleksji, o elementach duchowych nie wspominając. Nie było miejsca na "... jako i my odpuszczamy...", więc nikt niczego nikomu nie odpuścił, a przynajmniej nie wszyscy nie wszystkim i nie wszystko...
W domu wynagrodziliśmy sobie "szkody moralne" rozmawiając przez Skype z rodzicami, którzy do Wigilii się dopiero przygotowywali mając za plecami zieloną ubraną choinkę, ale wirtualnie połamali się z nami opłatkiem, oblali opłatek paroma łzami i życzyli z serca wszystkiego, co najlepsze.
Pierwszy dzień świąt wynagrodził wigilijne niedobory jeszcze bardziej - zjedliśmy pozostałości Wigilii z naszymi znajomymi, w domu w lesie, w świątecznej ciepłej atmosferze niewymuszonej radości z bycia razem.
Polskich kolęd posłuchaliśmy niewiele, choinka pojawiła się w Lawendowej Chatce na początku nowego roku, dzięki poświątecznym wyprzedażom i po raz pierwszy od tylu lat w naszym domu - plastikowa. Imituje jednak bardzo skutecznie żywe drzewko. List z życzeniami i opłatkiem od Rodziców dotarł jeszcze później niż choinka - mamy nadzieję, że na dobrą wróżbę ;-))
| Od Lawendowa Chatka_2009_12_2010_05 |
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)