24 marca 2012

Tym razem na zachód

Prawie równo rok temu pojechaliśmy na Przyprawę.

- Wtedy pojechaliśmy na południe, tym razem - na zachód.
- Wtedy na trzy dni, tym razem - na cztery.
- Wtedy spaliśmy w samochodzie, tym razem - w pięknym apartamencie i okropnym hotelu ;-)
- Wtedy spacerowaliśmy po kilku molo (w tym: po drugim najdłuższym na półkuli południowej) i po pięknych plażach, tym razem - podobnie, ale przeszliśmy się najdłuższym molo na półkuli południowej :-D


Niedziela, 18 marca

Z Adelaide wyruszyliśmy zgodnie z planem o czwartej rano. Zapakowaliśmy rzeczy do Volvika i ciemnymi ulicami, z przerwą na zalanie baku, podążyliśmy za wskazaniami Pani z Pudełka. Tym razem celem wyprawy był Port Lincoln na Półwyspie Eyrego, czyli Eyre Peninsula.
Mieliśmy przed sobą 661 km drogi - najpierw na północ do Port Augusta, a potem wzdłuż wybrzeża na południe, prawie na sam czubek półwyspu, do Port Lincoln.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

To najdłuższa, jak do tej pory, przejażdżka po naszym stanie.
Mieliśmy na nią niewiele czasu ze względu na zawodowe zobowiązania Miłego Mego, ale czas wykorzystaliśmy optymalnie - mimo kilku niespodzianek, jakie zafundowała nam pogoda, a konkretnie - cyklon, który rozbujał ocean.

Większą część drogi do Port Augusta przejechaliśmy po ciemku. Kiedy wstało słońce, mieliśmy szansę kontemplować równinny krajobraz, mijane spore pola uprawne i urokliwie rysujące się po naszej prawej stronie - pasma Gór Flindersa (Flinders Ranges).

Wzdłuż drogi przez sporą część podróży biegły tory kolejowe, raz mijaliśmy długi pociąg towarowy, który ciągnął na północ pokaźny sznur wagonów i kontenerów, także piętrowych. Na drodze towarzyszyły nam road trains - 'pociągi na drogach', czyli ciężarówki.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Skręciliśmy w kierunku malowniczej grupy domków na jednym ze wzgórz (Weeroona Island) i faktycznie zobaczyliśmy tam piękne widoki na zatokę Germein i miasteczko o tej samej nazwie, które czasy swej świetności ma za sobą (kiedyś był tu liczący się port handlowy), ale nadal szczyci się swym drewnianym molo. Jest ono ponoć najdłuższe nie tylko w Południowej Australii, ale i na południowej półkuli.
Weeroona Island nazwę swą zawdzięcza temu, że okresowo faktycznie staje się wyspą, kiedy ilość opadów plus pływy oceanu zalewają równinne tereny pomiędzy osadą a autostradą i faktycznie odcinają ją od stałego lądu.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

W Port Germein rzeczywiście, przeszliśmy po około 1500 metrów tam i z powrotem i przekonaliśmy się, że to naprawdę sporo jak na molo ;-))

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Byliśmy w Port Germein rano, w czasie odpływu. Woda była spokojna, przejrzysta, widzieliśmy w niej w niej sporo wodorostów, ale i ryb, na które polowały liczne ptaki wodne. Na molo już oczywiście byli wędkarze, a dwójka rybaków podjechała dość daleko wgłąb płytkiej wody ciągnąc łódkę traktorem, po czym wsiedli do łodzi i popłynęli dalej do zatoki na połowy.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Rzuciliśmy okiem na stary magazyn (kiedyś port był istotnym punktem przeładunkowym w handlu zbożem) i pozostałości latarni morskiej, po czym ruszyliśmy w dalszą drogę.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Miejscowość w połowie drogi - Port Augusta - tam zaplanowaliśmy wizytę w centrum informacji turystycznej, aby uzupełnić broszury na temat celu naszej wyprawy. Już nie raz zdarzyło mi się pisać, że informacja turystyczna stoi w Australii na imponująco wysokim poziomie. Rządy stanowe dbają o bieżący druk i uaktualnianie materiałów informacyjnych, które są dostępne bezpłatnie m.in. we wspomnianych centrach, jakie działają nieco na zasadzie biur podróży - udzielają informacji oraz pomagają w planowaniu podróży, wycieczek, atrakcji. Można tu również poprosić o wykonanie rezerwacji w wybranych miejscach, a usługi te wykonywane są bezpłatnie.

Piąte miasto Południowej Australii pod względem ilości mieszkańców leży na skrzyżowaniu dróg kolejowych, jest punktem wypadowym w góry Flindersa, a zarazem bramą do Eyre Peninsula.
Mając nieco czasu do otwarcia centrum informacyjnego przespacerowaliśmy się po targu staroci podziwiając skarby na niektórych stoiskach i... odwagę właścicieli innych ;-)) Wśród domowej produkcji ciast, przetworów, sadzonek wszelakich roślin, wyszywanek, wyrobów z drewna wypatrzyliśmy m.in. serię sześciu figurek uśmiechniętego Buddy, który to komplet dołączył do naszego domowego zbioru :-D

Kolejny raz zjechaliśmy z autostrady już na Eyre Peninsula, aby zajrzeć do Whyalla Conservation Park - pojeździliśmy po czerwonej drodze, popatrzyliśmy na scrub, wspięliśmy się na Wild Dog Hill (wzgórze Dzikiego Psa).

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Sielankę poważnie zakłócały... up...rzykrzające się muchy ;-)) Obeszliśmy zatem szlak żwawym marszem, wskoczyliśmy do Volvika i uciekliśmy do Whyalla.
Whyalla jest dość dużym miastem (trzecim co do wielkości populacji w Australii Południowej), o charakterze zarazem przemysłowym i portowym. Znajdują się tu zakłady przetwarzające wydobywane w okolicy rudy żelaza, 'zaplecze' dla transportu kolejowego i morskiego oraz port i marina.
Mimo to miasto oferuje liczne atrakcje turystom i wiele osób spędza tu urlopy pływając, żeglując, nurkując, wędrując po buszu lub wyjeżdżając dalej w outback.

Koło tutejszego centrum informacyjnego jedynie zrobiliśmy sobie zdjęcia na tle statku Whyalla, bo wycieczka po nim miała się odbyć... następnego dnia.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Przez tereny rolnicze, mijając wielkie ścierniska po zbożu oraz stada owiec jechaliśmy na południe w stronę Port Lincoln.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Ostatni przystanek na kawę Najmilszy zarządził w Port Neill. Malutkie rolnicze miasteczko, kolejne molo w naszej kolekcji zdjęć, lokalny pub, a w nim przemiły barman, który nawet okiem nie mrugnął, kiedy poprosiliśmy go o dwie kawy latte. Dwójka tambylców niemal ryknęła śmiechem słysząc nasze zamówienie, potem trochę się z nami poprzekomarzali, ale na koniec życzyli nam dobrej podróży i podziękowali za pomoc w odkryciu nieznanych im do tej pory talentów barmana-baristy ;-))

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

I w końcu za którymś zakrętem ukazała się panorama Port Lincoln z charakterystycznym białym budynkiem na nabrzeżu - magazynem firmy Viterra. To jeden ze stałych motywów tej wyprawy - podobne budynki z wielkim napisem firmowym mijaliśmy po drodze w prawie każdej z mijanych miejscowości. Nic dziwnego - ponoć 30% całej produkcji zboża w Południowej Australii pochodzi z półwyspu Eyre.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Skręciliśmy w stronę molo i głównej ulicy wzdłuż plaży, zakupiliśmy próbkę lokalnego wina i pojechaliśmy do zarezerwowanego apartamentu.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Volvik na dole w garażu zażywał odpoczynku po długiej podróży, my odpoczywaliśmy na górze wznosząc z niewielkim wyprzedzeniem ;-) urodzinowe toasty lokalnym Shirazem.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula


Poniedziałek, 19 marca

Pierwsze zarysy naszej wyprawy pojawiły się w październiku ubiegłego roku, kiedy kupiłam zestaw kuponów: ofertę wiązaną na noclegi i możliwość popływania z... rekinami. Potwierdzając terminy uzupełniłam program wycieczki o jeszcze jedno pływanie - z fokami.
Zapowiadały się ogromne emocje i niezapomniane przeżycia, ale wmieszał się... wiatr :-( A raczej cyklon, który rozkołysał ocean i spowodował, że w niedzielne popołudnie całkiem już niedaleko od Port Lincoln otrzymaliśmy wiadomość, że z zaplanowanego pływania nici :-(

Eeeeehhhhhhhh! Cóż było robić? Wstaliśmy w poniedziałek i pojechaliśmy do biura rozważyć możliwe opcje.
Po całkiem sympatycznej rozmowie z Tracy, która najpierw nas wyprzepraszała (o tyle, o ile można przepraszać za pogodę), a potem zaproponowała przeniesienie pływania na inny termin, patrząc na kalendarz zaplanowanych wypłynięć i prognozę pogody postanowiliśmy w południe... popływać z tuńczykami :-D Zawsze to coś ;-)

Hmmm, i na dodatek zapowiada nam się kolejna (i to stosunkowo niedługo) wizyta w Port Lincoln :-D

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Tuńczyki okazały się nie tylko większe, niż myślałam, ale i ładne (takie mają fikuśne żółte płetwy grzbietowe). Ale że tuńczyki to nie rekiny, nie musiałam dotrzymywać zawartej z Najmilszym umowy i - z powodu jednak chłodnego dnia i wzmagającego się wiatru - nie zdecydowałam się na piankę i skok do wody.

Najmilszy pływał i robił zdjęcia pod wodą, ja cykałam z góry.
Zdjęć pewnie trochę przybędzie, bo na pokładzie łódki usłyszeliśmy, że sąsiedzi rozmawiają w staroojczyźnianym języku, więc szybko się zakolegowaliśmy. Marzena i Daniel też pływali ze swoim wodoodpornym aparatem, ale drugi pozostawili mi na chwilę pod opieką - jest zatem szansa, że oprócz zbiorów w naszej fotogalerii będziemy mogli pokazać nieco więcej fot :-D

Przy okazji: ta wyprawa umocniła nas w przekonaniu, że nadchodzi bardzo szybko czas zakupu nowego aparatu fotograficznego - wooow :-D już się nie mogę doczekać :-D

Szybko minął czas przeznaczony na pływanie z tuńczykami, skończył się zapas ryb w skrzynce, do karmienia tychże i... trzeba było wracać na brzeg. Pływanie z tuńczykami odbywa się w pewnym oddaleniu od brzegu, w ogrodzonym siatką obiekcie, gdzie przebywają tuńczyki z pobliskiej fermy tuńczyków. Obiekt został zbudowany specjalnie na potrzeby tej atrakcji turystycznej - jest płytszy i mniejszy niż typowa ferma, ale podobnie zabezpieczony instalacją elektryczną, która zniechęca foki i rekiny, które chciałyby tu zapolować na ryby.

Po powrocie na ląd zajrzeliśmy do Hotelu Marina, której restauracja to jeden z obowiązkowych punktów na liście turysty-smakosza na małe conieco, bo kolację już wcześniej zaplanowaliśmy w innym nie mniej sławnym miejscu ;-))

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Przed kolacją przejechaliśmy przez uliczki Port Lincoln, odwiedziliśmy punkt widokowy the Winters Hill Lookout z wieżą widokową oraz stary młyn the Old Mill Lookout.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Kiedy wyścig ze słońcem o światło do zdjęć przestał być tak ważny, skierowaliśmy się znów w stronę molo i deptaka oraz... kolacji ;-)

Wśród araukarii koło plaży stoi pomnik naturalnej wielkości klaczy wyścigowej Makybe Diva, która jako pierwsza trzykrotnie zdobyła puchar Melbourne (tylko pięciu koniom udało się to więcej niż jeden raz i była wśród nich jedyną klaczą, postawiono na nią rekordowe ilości pieniędzy i wygrywano rekordowo wysokie stawki). Jej imię powstało ze złożenia dwóch pierwszych liter imion pracowników właściciela klaczy (Maureen, Kylie, Belinda, Diane i Vanessa)- Tony'ego Šantića, który pochodzi z Port Lincoln i zajmuje się połowem tuńczyków.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

I tak oto nadeszła pora, aby udać się na wyczekaną kolację :-D Już rano w czasie śniadania przejrzeliśmy kartę i wybraliśmy dania :-D Marzena i Daniel pozwolili sobie ulec sugestii :-D
Del Giorno’s Cafe Restaurant w pełni zasługuje na swą sławę - jest to miejsce przyjazne, gdzie można wygodnie usiąść i zerkając na piękne widoki za oknem zjeść smaczny posiłek, napić się kawy lub piwa - co sprawdziliśmy zarówno rano podczas śniadania, jak i wieczorem podczas kolacji - polecamy!
A jeśli uda Wam się spotkać Craiga (Kiwi o zniewalającym uśmiechu), potraktujcie to jak wartość dodaną :-D

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Nic dziwnego, że po takiej kolacji w parku przy plaży pojawili się jeźdźcy, a wśród nich także i pewien dżokej ;-)

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Wtorek, 20 marca

Wtorek wstał pogodny, ale bardzo wietrzny (to dziś mieliśmy pływać z fokami...). Marzena i Daniel zdecydowali się pojechać w okolice Ceduny, gdzie inny operator także organizuje podobną atrakcję, my ze względu na planowany na środę powrót do Adelajdy zdecydowaliśmy się dziś pojechać do Coffin Bay zobaczyć tamtejsze parki narodowe - Coffin Bay National Park i Kellidie Conservation Park).

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Dojazd zajmuje niecałą godzinę. Niestety, im bardziej oddalaliśmy się od Port Lincoln, tym bardziej chmurzyło się niebo, a wiatr nie tracił na sile.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Będąc w Coffin Bay skręciliśmy po ostrygi. W metalowym budynku odbywa się czyszczenie i sortowanie oraz przygotowanie do wysyłki świeżo przywiezionych z fermy ostryg. The Oyster Shed jest jedynym miejscem w okolicy (a zakładów przetwórczych jest tu sporo), gdzie można zobaczyć i posłuchać o hodowli i przygotowaniu ostryg, gdzie można ich spróbować świeżutkich pachnących oceanem, zakupić więcej na wynos (na tuziny - według życzenia klienta - zamknięte lub otwarte, tylko cytrynę trzeba dokupić w sklepiku przy marinie ;-), albo dowiedzieć się, jak zorganizować zakup z odbiorem w Adelajdzie :-D

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Przygotowani do drogi :-D wyruszyliśmy do parku Coffin Bay. Przy wejściu należy wykupić wejściówkę (pieniądze wrzuca się do koperty, od której odrywa się kawałek wypełnionego kwitka, który z kolei przykleja się na szybie samochodu; koperta z pieniędzmi i danymi turystów zostaje w skrzynce na bramie).

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Nad nami pochmurne niebo, a wokół nas przepiękne widoki. Dość daleko można wjechać 'zwykłym' samochodem, choć oczywiście znowu najwięcej zobaczą pasażerowie pojazdów z napędem na cztery koła. Hmmm, za każdym razem powtarzamy sobie, że obecnie rozpoznajemy teren przed wszystkimi wyprawami, co to jeszcze przed nami :-D

Na trasie 'dwukołowców' jest kilka punktów widokowych, więc odwiedziliśmy wszystkie z nich dojeżdżając tak daleko, jak się dało.

Templetonia Lookout

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Almonta Beach - słynna z wędkarskich zdobyczy. Tym razem w oceanie widać było wielkie ławice łososi, które silny wiatr niemal zepchnął na brzeg. Gdyby nie wyjaśnienie spotkanego wędkarza, do głowy by nam nie przyszło, że widoczne w wodzie ciemne plamy to ryby! Ale faktycznie! Kiedy podnosiły się fale, można było zobaczyć na 'ścianie wody' sylwetki łososi - dużo trudniej było to uchwycić na zdjęciu, ale wytrwale próbowaliśmy ;-))
A sama plaża? Cudna! Turkus wody i biel wydm zrobiły na nas wystarczająco duże wrażenie, abyśmy mogli sobie wyobrazić, jak pięknie ten krajobraz wygląda przy bezchmurnym niebie w słoneczny dzień.
Cóż, nie można mieć wszystkiego, ale plus dzisiejszej pogody odkryliśmy nieco później ;-))

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Kolejny punkt widokowy na Złotą Wyspę (the Golden Island) - znowu ławice łososi w wodzie. Tym razem jednak widzieliśmy też więcej wędkarzy.
Nie odmówiłam sobie poszerzenia mojej kolekcji zdjęć z serii: co Cię może spotkać na wycieczce? ;-)

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

The Avoid Point - tu złapał nas deszcz. Zaczęło się od znośnej mżawki, ale urosło do gęstego zimnego opadu...
Z jednej strony platformy widokowej wzdłuż ławicy łososi harcował delfin (niestety, nie udało mi się złapać jego skoków na fotce), z drugiej strony wśród skał bawiła się foka (też mam na zdjęciu tylko skały...).

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

A tu wspomniany wcześniej plus deszczowej pogody - sprytne kangury nauczyły się, że na asfaltowej drodze podczas deszczu w koleinach zbiera się woda. Jechaliśmy zatem od jednej kangurzej rodziny do drugiej.
Mieliśmy je tuż koło samochodu - walczyły rozdarte między strachem przed człowiekiem/ samochodem a pragnieniem, a my cykaliśmy foty (ja - starając się nie piszczeć z uciechy ;-).

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Przy Yangie Bay znajduje się pierwsze od wjazdu do parku pole kempingowe i tam też kończy się droga dla 'dwukołowców'. Stąd również odchodzi kilka szlaków spacerowych, ale ze względu na pogodę (deszcz, zimno i wiatr) nie podjęliśmy wyzwania :-(
Poniżej miniprzedsmak tego, co można zobaczyć jadąc z napędem na cztery koła...

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Wróciliśmy do Coffin Bay i po wyjeździe z parku zrobiliśmy przerwę na mały posiłek regeneracyjny dla kierowcy.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

A potem jadąc przez nadmorski pas kolejnego parku (Kellidie Conservation Park) wróciliśmy do autostrady prowadzącej z powrotem do Port Linclon.
Tu przerwa na sesję fotograficzną roślin, które wcześniej widzieliśmy jeżdżąc na wschód, koło Keith (który ma tę roślinę w swoim herbie - ciągle szukam nazwy...).

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

W Port Lincoln spędziliśmy deszczowe popołudnie w Marina Hotel - każdy nad swoją gazetą ;-) - czekając na kolację, a właściwie - na powrót Marzeny i Daniela.

Nagrodą za wytrwałość były przysmaki kuchni tajskiej, znowu z owocami morza w roli głównej. Nie na darmo Port Lincoln nazywany jest stolicą seafood w Południowej Australii ;-)

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Rozpoczęte przy kolacji długie Polaków rozmowy przeciągnęły się poza posiłek. Już po zamknięciu restauracji odwiedziliśmy Marzenę i Daniela, aby obejrzeć ich zdjęcia z dzisiejszego pływania z fokami - dalej na zachód, niedaleko Ceduny udało im się namierzyć innego usługodawcę, z którym mimo niesprzyjającej pogody popłynęli i przez kilka godzin pływali z fokami.
Zdjęcia i opowieści cudne! Mamy nadzieję, że dotrze do nas link do galerii zdjęć, mamy nadzieję, że nasze przełożone na później pływanie dostarczy nam porównywalnych emocji i... mamy nadzieję, że i miejsce koło Ceduny uda nam się kiedyś odwiedzić :-D

Był jeszcze jeden powód, dla którego nie śpieszyło nam się na nocleg... Kupon z ofertą obejmował tylko dwa noclegi, trzeci został dokupiony ze względu na planowane pływanie z rekinami. Rezerwacja była robiona późno, niewiele miejsc było jeszcze dostępnych, nie wszędzie można się zatrzymać tylko na jedną noc, cena i opis bez zdjęć też zrobiły swoje i oto... wylądowaliśmy w Hotelu Boston ;-) (you'll love it - oł jeee ;-)

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Wtopa na całego: klimaty, jakby wehikuł czasu rzucił nas sporo wstecz, opisane na stronie internetowej 'odświeżenie wnętrz' to najprawdopodobniej łazienki, które były najprzyzwoitsze w całym tym nieporozumieniu.
No cóż, zmożeni atrakcjami dnia przytuliliśmy głowy do poduszek i mimo nieprzytulnego wnętrza, hałasującego sąsiada, zapachu piwa z pubu na dole i stęchlizny na górze, stukającego okna... spaliśmy zaskakująco dobrze :-)

Środa, 21 marca

Wczesnym rankiem obudziły nas hałasy w pobliskim zakładzie produkcyjnym (przyjechały tam chyba wszystkie ciężarówki z okolicy ;-), więc wstaliśmy szybciutko, pozbieraliśmy co nasze i pojechaliśmy podreperować morale na śniadaniu w Del Giorno's.

Po śniadaniu odwiedziliśmy ponownie centrum informacji turystycznej: zarezerwowaliśmy wycieczkę w Fresh Fish Company oraz bilety na prom ;-)

Ostatnim punktem pobytu w Port Lincoln była wizyta w Fresh Fish Company - przetwórni ryb i owoców morza połączona z poczęstunkiem-degustacją ich wyrobów. Wycieczka z jedną z pracownic trwała prawie godzinę. Jej finałem były oczywiście zakupy na dzisiejszy lunch ;-)

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Nasza przewodniczka - Kate - pokazała nam, co obecnie mają w magazynie i co dzisiaj wyjedzie do klientów: w Port Lincoln, w innych miastach Południowej Australii oraz innych stanów, a nawet dalej - ciężarówkami-chłodniami.

Pokazała nam:
- snappery:

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

- kałamarnicę:

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

- whiting'a:

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

- garfish'a:

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

- flathead'a:

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

- tuńczyka:

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

- ostrygi (z prezentacją otwierania muszli tradycyjnym nożykiem do ostryg i przemysłowym otwieraczem nieco przypominającym wiertarkę, oraz poczęstunkiem)

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Potem weszliśmy zobaczyć stanowiska, gdzie obrabia się dostarczone produkty. Zobaczyliśmy obieranie krewetek i filetowanie garfish'a. Tempo i precyzja ruchów pracowników naprawdę budziły podziw i szacunek.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Na koniec - oczekiwany poczęstunek w sklepie ;-) Między innymi wędzona w przetwórni ryba.
A potem - zakupy ;-)

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

W ramach części dla wegetarian cyknęłam parę fotek za sklepem: pigwy z owocami oraz opuncji z kwiatami i owocami ;-)

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

I tak oto nadszedł moment pożegnania Port Linclon i wyruszenia w drogę powrotną.
Jeszcze ostatni rzut oka...

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

... i pomknęliśmy przez rolnicze obszary Eyre Peninsula w kierunku Cowell i Lucky Bay przystając tu i ówdzie i skręcając do niektórych miejscowości (np. do Port Neill - na pożegnalną kawę w lokalnym pubie).

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

O czwartej miał odpłynąć prom. Z Lucky Bay koło Cowell do Wallaroo na York Peninsula. Myśleliśmy, że zaoszczędzimy na czasie, ale w sumie przeprawa promem okazała się raczej kolejną atrakcją turystyczną.

- Podróż zajmuje około godziny, ale trzeba być pół godziny wcześniej. Poza tym ze względu na pogodę prom się spóźnił, a i do brzegu dotarł później, niż było zaplanowane.
- Z trasy odpada jakieś trzysta parę kilometrów (opcja bez promu to ok. 650 km, a opcja z promem to ok. 330 km drogą). Fakt, oszczędza się benzynę i zamiast prowadzić samochód kierowca ma przerwę, także na posiłek i kawę (i odwiedzenie toalety ;-).
- Przeprawa jest dość droga (opłata za samochód plus za każdego pasażera; jeśli rezerwację zrobi się wcześniej przez Internet otrzymuje się 10% zniżki).
- Prom jest nowy, duży (zabiera ok. 85 samochodów, w tym także te z przyczepami), ma wygodną kafejkę z fotelami wzdłuż przeszklonych ścian i otwarty górny pokład z siedzeniami dla pasażerów. W kafejce można się napić kawy, herbaty, są napoje chłodzące i dość skromne menu - m.in. świeżo przygotowywane kanapki i hot dogi.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Ha, dzięki temu, że wracaliśmy promem, mogliśmy po raz pierwszy rzucić okiem na drugi z półwyspów, bliżej na zachód od Adelajdy - York Peninsula ;-) Ścigając się ze słońcem przecięliśmy półwysep jadąc do Port Wakefield, gdzie wjechaliśmy na autostradę, którą jechaliśmy w niedzielę.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Zwieńczeniem naszej wyprawy była kolacja po powrocie do Adelajdy - w naszym ulubionym zaprzyjaźnionym Charminar.

Na stole pojawiły się daal makhni, podwójna samosa, goat do pyaza, saag paneer, placki garlic naan i ryż biryani vegetables. I jeszcze piwo Kingfisher oraz mango lassi ;-)

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Jeszcze raz spełniliśmy spóźniony urodzinowy toast dla Nieobecnych oraz uczciliśmy szczęśliwy powrót z kolejnej ciekawej wyprawy.

**************************************************

Podsumowując: to była bardzo krótka, intensywna, ciekawa wycieczka.

Mimo że można by ją nazwać kompletnie chybioną (plan, z jakim tam jechaliśmy - pływanie z fokami i z rekinami - kompletnie runął i dowiedzieliśmy się o tym tuż przed dojechaniem do celu), udało się stworzyć nowy grafik i, mimo że pogoda nam raczej nie dopisała niż dopisała, całkiem sporo udało nam się zobaczyć i dowiedzieć.

Port Lincoln jest ciekawym miasteczkiem, przyjaznym turystom. Widać, że mimo dużej części przemysłowej, infrastruktura turystyczna istnieje i się rozbudowuje, władze i mieszkańcy miasteczka zdają się mieć plan, jak wykorzystać posiadane atuty na potrzeby turystyki. Przemysłowe części miasteczka nie szpecą go, ani nie tłumią jego uroku. Podoba nam się w jaki sposób jest realizowana i promowana polityka mądrego gospodarowania zasobami: organizacja połowów, ustalane limity, zasady funkcjonowania licencji i hodowli.

Miasteczko nie jest zbyt duże, w biurze informacji można dostać wszelkie informacje, a także broszury i mapę miasta i okolic.
Nie ma problemu z parkowaniem, są tu dwa hipermarkety. Jest poczta, banki i bankomaty, lokalny Council, biblioteka, księgarnie.
Wzdłuż wybrzeża biegnie pieszy szlak turystyczny. Wachlarz atrakcji jest dosyć spory: oprócz spacerów, można pływać, nurkować, żeglować, łowić ryby samemu albo na wynajętych łodziach, są parki ze zwierzętami i oferty wyjazdów safari oraz atrakcje-interakcje ze stworzeniami morskimi, są winnice, można pojeździć na segway'ach. Można jeździć na wycieczki samochodem - w bliskiej odległości znajdują się parki narodowe Coffin Bay i Linclon.

Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula
Od 2012_03_Eyre_Peninsula

Oferta noclegowa w Internecie wydaje się skromna, ale jeśli poszuka się dłużej i jeżeli doda się oferty dostępne w miejscowym biurze informacji turystycznej - możliwości jest dość sporo.
Co do biura informacji turystycznej - byliśmy tam dwa razy i za każdym razem wychodziliśmy zadowoleni.

Apartament, w którym spaliśmy - fantastyczny, aż za dobry/ za duży, jak na nasze potrzeby. Pięknie położony nad kanałem w marinie, ma trzy sypialnie (łóżko podwójne, dwa łóżka pojedyncze, łóżko piętrowe - na dole podwójne + na górze pojedyncze, w salonie na dole dwie sofy), dwie łazienki (na górze z wanną z hydromasażem i kabiną prysznicową, na dole tylko kabina prysznicowa), jest też pralnia i wyposażona kuchnia ze zmywarką i mikrofalówką oraz kompletem naczyń, szkła, sztućców i potrzebnych do przygotowywania posiłków sprzętów.

W ramach kuponu czekała na nas butelka wina (o dziwo, z Wiktorii?? zdziwiło nas, że nie z lokalnej winnicy??).
Zapowiadane w kuponie śniadania kontynentalne to po prostu zapasy w lodówce i spiżarni (znowu: zdziwiło nas, że mieliśmy wyliczone po cztery kromki chleba tostowego w dwóch woreczkach strunowych...).

Przy apartamencie jest pojedynczy zamykany garaż.
W garażu na gości czeka komplet wędek i BBQ.
Ryby można łowić z trawnika za domem, bo wprost z domu wychodzi się na trawnik, który schodzi do obmurowanego nabrzeża. Można zatem także pływać schodząc z murku wprost do wody. W kanale ponoć pojawia się regularnie foka zwana Henrym (nie mieliśmy okazji zobaczyć Henry'ego).

W okolicy widać sporo nowych domów, wiele z nich ewidentnie przeznaczona jest dla turystów. Jest też sporo wydzielonych, czekających na kupca działek i wciąż wydziela się nowe.

Port Lincoln nazywany jest stolicą owoców morza w Południowej Australii i nie sposób nie zgodzić się z trafnością tego tytułu. Lokalny rynek dostarcza codziennie świeżych zapasów ryb i owoców morza. Część pochodzi z okolicznych hodowli, część dostarcza się z dalszych części półwyspu.

Towar ten trafia między innymi do restauracji i kafejek w Port Lincoln. Znakomita ich większość znajduje się przy głównej ulicy wzdłuż plaży. Większość restauracji realizuje też dostawy jedzenia pod zamówiony adres.

Ograniczona ilość czasu nie pozwoliła nam zajrzeć do żadnej z winnic, ale degustacja wina kupionego w sklepie wypadła na plus. W okolicy uprawia się ponoć Cabernet Sauvignon, Merlot, Shiraz, Riesling i Chardonnay (Boston Bay Wines), a Delacolline Estate Winery słynie z mieszanki Sauvignon Blanc/Semillon.

W maju planujemy wrócić, aby zrealizować przełożone atrakcje - mam nadzieję, że tym razem pogoda nam dopisze :-) Szkoda, że będzie to końcówka jesieni, ale ponoć jest to nadal dobry czas na podobne zajęcia ;-)
Mimo niewypału i szybkiej zmiany planów w sumie możemy polecić Adventure Bay Charters.

15 marca 2012

Porozmawiajmy o pogodzie

Według kalendarza mamy jesień.

Według ostatniego weekendu - nadal trwa lato.
Według poprzedniej nocy - jest to całkiem upalne, typowe południowoaustralijskie lato.

Według dzisiejszego przedpołudnia to nie Adelajda, ale Darwin - było duszno i parno, wiał dość silny porywisty ciepły wiatr.
Według wczesnego popołudnia nie powinniśmy zapominać o poprzedniej ojczyźnie - spadł gwałtowny gęsty grad z kulkami lodu imponującej wielkości (piłki golfowe jak nic, może nawet i większe 8-0).

Reszta dnia wskazywała na nadchodzenie jesieni, czyli padał solidny gęsty deszczowy deszcz. A że temperatura oscyluje w okolicach dwudziestu stopni - niemal słychać, jak rośnie trawa.

Jutro w ciągu dnia ma być podobnie jak dziś (około 26 stopni i deszcze), ale na niedzielę zapowiadają powrót słońca na bezchmurnym niebie.
Trzymamy kciuki za piękny słoneczny przyszły tydzień - przyda się :-D

Po przyjściu z pracy odetchnęłam z ulgą - albo u nas gradu nie było, albo ominął cytrusowe generacje owocowe.
Nowy dach znów spisał się na medal :-D

14 marca 2012

Egzamin do góry nogami

Postanowiłam w koooońcu uzupełnić baaardzo zaległy post, który obiecałam, kiedy Najmilszy z Mężów zdobywał swój dokument.
Najpierw mi trochę zeszło, a potem... rozpoczął się mój epos heroiczny...

O tym kiedy i jak należy starać się o australijskie prawo jazdy pisałam już w osobnym poście.
Teraz czas na garść przemyśleń dotyczących zdawania w Adelajdzie egzaminu praktycznego na prawo jazdy przez kierowców posiadających już polskie prawo jazdy.

Najmilszy wsiadł do nowoojczyźnianego Volvika w niecały tydzień po przyjeździe do Australii.
Od początku jeździł bez żadnego problemu,
od początku całkiem sporo (najpierw jako wolontariusz dostarczał posiłki seniorom mieszkającym w różnych częściach miasta),
na początku posługiwał się mapą (era GPSa nastała sporo później ;-).
Kierowcą jest 'od zawsze', zdążył już jeździć w różnych warunkach i różnymi pojazdami (na niektóre z nich ma nawet stosowne prawo jazdy ;-).

Kiedy zatem okazało się, że w nowej pracy wymagane jest australijskie prawo jazdy, zdobycie tegoż wydawało nam się czystą formalnością.

Najmilszy umówił się na egzamin teoretyczny,
zdał,
umówił się na egzamin praktyczny z autoryzowanym instruktorem,
pojechał...
i... nie zdał.

Hmmmmm, egzamin praktyczny na prawo jazdy w nowej ojczyźnie to szereg zadań,
rozpisanych na sekwencje zachowań kierowcy
i przyznane im ilości punktów.
Zdający jedzie,
a egzaminator odznacza ptaszkami
czynności wykonane prawidłowo,
pomyłki,
braki wymaganych zachowań
i popełnione błędy.

Wynik egzaminu podlicza się na koniec w procentach i - aby zdać - wynik ten musi wynosić powyżej 80%.

Punkty można stracić, jeśli:
- sekwencja zachowań zostanie wykonana w złej kolejności,
- sekwencja zostanie wykonana za szybko (np. przed włączeniem się do ruchu, kiedy ruszamy z pobocza, kierunkowskaz musi migać przez 5 sekund, zatrzymanie przed znakiem stopu musi trwać co najmniej 3 sekundy, przy zmianie pasa kierunkowskaz wyłączamy dopiero po całkowitym 'wpasowaniu się' itp.),
- opuścimy którąś z czynności (najczęściej jest to spojrzenie w lusterko wsteczne przed każdą 'sytuacją hipotetycznie niebezpieczną' np. przez skrzyżowaniem, przed pasami dla pieszych, kiedy zobaczymy przed sobą zwierzaka, ptaka, rowerzystę, pieszego w okolicy jezdni itp. lub niesprawdzenie punktu martwego - brak obrócenia głowy w bok przy zmianie pasa lub manewrach),
- zbyt szybko zbliżymy się do 'miejsca hipotetycznie niebezpiecznego': zakrętu, ronda, świateł (tym bardziej, jeśli mamy zielone! ;-),
- zbyt wcześnie lub zbyt późno włączymy/wyłączymy kierunkowskaz,
- mamy niewłaściwą pozycję na drodze (przy przygotowaniu do skrętu w prawo, w lewo, do zawracania itp.).

O dziwo, mniejszym 'przewinieniem' jest rozumiane w kategoriach polskiego egzaminu 'wymuszenie', niż któryś z powyższych błędów.
Trzeba sprawdzać, czy jest ktoś za nami lub w martwym punkcie, ale jak już sprawdzimy to - według jednego z instruktorów - martwić się ma zawsze ten z tyłu...


Czy zatem warto umawiać się od razu na egzamin praktyczny bez wykupienia najpierw lekcji z instruktorem?
Doświadczenie zdobyte przez Najmilszego oraz w kręgu znajomych mówi: nie warto...
(Pomijam fakt, że od zdania egzaminu teoretycznego czas biegnie tik tak tik tak, bo mamy tylko miesiąc na zdanie egzaminu praktycznego!).

Praktyka uczy, że:
- zdarzają się instruktorzy, dla których Europejczyk to synonim pirata drogowego (wrócę do tego za chwilę),
- egzaminowany traktowany jest tak samo jak początkujący kierowca (nie daje mu się prawa do wykonywania manewrów szybciej ze względu na posiadane doświadczenie i wyczucie samochodu),
- karta egzaminacyjna to świętość i nie ma przymykania oka na w/w doświadczenie kierowcy (Najmilszy za krótko stał na 'stopie' i nie dość często patrzył w lusterko wsteczne, co gorsza: sprawdzał punkt martwy tylko w lusterku wstecznym i bocznych bez obracania głowy!).

A skoro tak, to:
- szybciej,
- taniej,
- skuteczniej
jest się umówić na godzinę czy dwie i 'przejechać' egzamin słuchając omówienia wszystkich wymagań. Nawet jeśli ktoś 'normalnie' nie jeździ dokładnie w ten sposób, a jest dobrym kierowcą, to na 'potrzeby egzaminu' 'odegra' wszystko, co jest wymagane, aby egzamin zdać.

Po nieudanym pierwszym podejściu Najmilszy umówił się więc na jazdę przygotowującą do egzaminu z instruktorem, który Go oblał. Nazwijmy go 'Smoleniem', tak jak go nazwał Najmilszy.

'Smoleń' dumny był z tego, że:
jest instruktorem i świetnie zna i stosuje tutejsze przepisy ruchu drogowego,
nigdy nie wyjeżdżał poza Australię Południową (nie mówiąc już o opuszczeniu Australii i jeżdżeniu gdzieś tam samochodem),
u nas jeździ się powoli i bezpiecznie.

Najmilszy posłuchał, popytał, zagryzł zęby i... po owej lekcji egzamin praktyczny zdał (u koleżanki 'Smolenia' przez niego poleconej).

Kiedy nadszedł 'mój czas', Najmilszy umówił mnie ze 'Smoleniem' tłumacząc, że jest to dobry instruktor, bo skutecznie nauczy mnie wymaganych na egzaminie sekwencji zachowań - jak krowie na rowie, i wyegzekwuje ich bezbłędne stosowanie.


I zaczęło się!
W czasie pierwszej lekcji usłyszałam:
że jeżdżę brawurowo (!) (stwierdzenie to dedykuję wszystkim Wysłuchiwaczkom moich narzekań, że mam styl jazdy a'la starsza pani),
że Volvik nie jest dobrym samochodem,
poza tym jest niesprawny jak na potrzeby egzaminu,
na szczęście system przepisów drogowych w Południowej Australii ruguje takie złe obce nawyki.

W czasie drugiej lekcji usłyszałam, że musimy jeździć samochodem instruktora,
mimo moich protestów kazał mi jechać jego samochodem,
mimo moich próśb na wstępie 'pomagał mi' hamować, a raz czy drugi złapał za kierownicę, żeby skorygować mój ruch.

Zakładam, że się domyśliliście, że po około kwadransie tych bezsensownych cyrków zatrzymałam samochód, wysiadłam i poprosiłam o odwiezienie do domu...
Szykowałam się na wymówki w domu, ale Najlepszy z Moich Mężów roześmiał się na głos i potwierdził, że podjęłam słuszną decyzję.

Hmmmmm, szkoda tylko, że moje trzy miesiące już biegły, a ja zostałam bez instruktora...
Od czegóż jednak są koleżanki? ;-)

Nieoceniona Pati wysłuchała mojej dramatycznej historii, poparła decyzję o rezygnacji ze 'Smolenia' i opowiedziała o swoim egzaminie (też próbowała zdać z marszu i też się przejechała...) oraz o aniele, którego spotkała, kiedy opłakiwała swoją klęskę na parkingu...

Polecony anioł okazał się strzałem w dziesiątkę:
- cierpliwy,
- ciepły,
- mieszkał dość długo w Wielkiej Brytanii,
- rozumie, że przepisy przepisami a życie życiem, ale potrafił skutecznie wpoić i wyegzekwować wymagane na egzaminie zachowania,
- otwarty na dyskusje,
- dobry słuchacz,
- skuteczny nauczyciel.

Wyjeździłam z Amirem wieeeeeeele godzin,
spotykaliśmy się przy ośrodku sporo oddalonym od Chatki (każda lekcja kończyła się ok. + 90km na liczniku),
sporo się nauczyłam,
skorygowałam niektóre nawyki,
o dziwo nie wszystko porzuciłam po zdaniu egzaminu (ale nie wybiegajmy ;-).

W pewnym momencie poszłam i zdałam egzamin teoretyczny (łatwizna ;-).
Zestresowałam się, że teraz już tylko miesiąc na zdanie praktycznego.
Amir wytłumaczył, jak wygląda praktyczny.
Przećwiczyliśmy.
Uprzedził, że może się zdarzyć, że zarządzą dodatkową jazdę z audytorem.
Zestresowałam się tak, że zapomniałam się, jak się jeździ i który migacz mruga w którą stronę...
Amir zaproponował, żeby zamiast tradycyjnego egzaminu (wsiadamy i jedziemy) zrobić tzw. Log Book.
Zgodziłam się.

Log Book to rozwiązanie stosowane najczęściej przez rodziców, którzy uczą swoje dzieci, a potem ich rolę kontynuuje instruktor.
Składa się z serii zadań rozpisanych na ciąg czynności.
Każde z tych zadań ćwiczy się do skutku, następnie wykonuje dwa razy pod rząd według wskazań instruktora, który - po prawidłowym, samodzielnym wykonaniu zadania - zalicza je.
Wykonanie tych zadań powinno zająć około 100 godzin. Amir rozpisał je na 8 spotkań.
Zaliczenie wszystkich zadań w Log Book kończy się egzaminem praktycznym.
Szczęśliwy kierowca otrzymuje zaświadczenie o zdanym egzaminie praktycznym (ważne 10 dni), z którym musi się zgłosić do ośrodka Service SA Customer Service Centre.
Instruktor oddaje do ośrodka Service SA Customer Service Centre dokumentację:
- kartę egzaminu z oceną zadań i podsumowaniem wyniku,
- karty z zaliczonymi zadaniami z Log Book.

I tu słodka nadzieja: egzaminy praktyczne kończące Log Book bardzo rzadko wzbudzają zainteresowanie audytorów - dlatego właśnie poszliśmy tą drogą.
I co?
I udało się!!!

Jazda, czyli egzamin praktyczny była przyjemną przejażdżką Volvikiem, z 'moim' instruktorem, po znanym z wcześniejszych lekcji terenie. Trwała pół godziny i... po fakcie dowiedziałam się, że to nie była rozgrzewka, tylko właściwy egzamin :-D
Dzięki temu migacze migały we właściwych kierunkach, odróżniałam biegi od hamulca ręcznego i oddychałam normalnie ;-)

Ostatnia porcja stresu towarzyszyła mi podczas wizyty w ośrodku Service SA Customer Service Centre, aż do momentu kiedy dostałam do ręki papierowe tymczasowe prawo jazdy.

Na wszelki wypadek z prawdziwą ulgą odetchnęłam dopiero dziś, po wyjęciu ze skrzynki plastikowego dokumentu ;-)

Prawo jazdy do góry nogami

Edycja z roku 2014: Polska już ma podpisaną umowę, zatem ten post to raczej archiwum, niż stan wiedzy obecnej! Trzeba sprawdzić w internecie stan prawny i wymogi na chwilę obecną!



Z przepisami ruchu drogowego można zapoznać się studiując The Driver's Handbook, którą można kupić w ośrodkach Service SA Customer Service Centre.

Hmmmm, pokrótce:


- jeździmy po lewej stronie jezdni,
- poza znakami graficznymi, jakie pamiętamy ze starej ojczyzny zauważymy część znaków w postaci słownych komunikatów (np. nie blokuj skrzyżowania, skręcając w lewo zachowaj ostrożność itp.),
- w większości wypadków obowiązuje ograniczenie prędkości 60km/h, w centrum - 50h/h, maksymalna prędkość wynosi 110km/h (ale na większości dróg szybkiego ruchu jest to tylko 100km/h) - bardzo skutecznie egzekwuje się tu wszystkie limity - kamer jest sporo, mandaty docierają pocztą, automatycznie naliczane są kary finansowe i punkty karne; oprócz kamer - na drogach kręci się sporo wozów patrolowych (w tym 'tajniacy' ;-),
- bezwzględnie tępi się korzystanie w czasie jazdy z telefonów komórkowych - nawet urządzenia pomagające kierowcy nie mogą wymagać żadnej obsługi manualnej przy odbieraniu, prowadzeniu i kończeniu rozmowy - znowu: punkty i kary finansowe!,
- obowiązuje konieczność zapinania pasów i przewożenia dzieci w odpowiednich fotelikach, ale nie wiem, czy ktoś z tym jeszcze dyskutuje ;-).





Po przyjeździe do Australii posiadacze polskiego prawa jazdy mogą się nim posługiwać tak długo, jak długo posiadany dokument jest ważny. Co prawda w przepisach znajduje się zapis o tym, że powinno się mieć przy sobie tłumaczenie przysięgłe dokumentu, ale nam nie zdarzyło się, aby ktokolwiek kiedykolwiek o nie poprosił (łącznie z procedurą składania dokumentów o wydanie australijskiego prawa jazdy, ale do tego jeszcze wrócę).
 
Sytuacja zmienia się w momencie otrzymania wizy stałego pobytu. Od tego momentu nowy rezydent ma trzy miesiące na uzyskanie australijskiego prawa jazdy. Na szczęście nie wiem, jakie są konsekwencje niedotrzymania tego terminu, mimo że sama go nie dotrzymałam...
W przepisach znajduje się też wzmianka o konieczności oddania dotychczasowego dokumentu po otrzymaniu nowego, ale praktyka pokazuje, że należy to raczej rozumieć jako 'zaniechanie używania' - ufffffffff...

Hmmmm, jest taka lista szczęśliwych krajów, które mają podpisane stosowne umowy z Australią (Polska do nich nie należała w interesującym nas czasie... - wrrrrrr!!!) - w myśl umowy Australia Południowa honoruje system przyznawania prawa jazdy oraz standardy testowania umiejętności przyszłych kierowców sygnatariuszy i jeżeli dana osoba posiada albo posiadała w ciągu ostatnich pięciu lat prawo jazdy, to teraz po prostu wymienia swój zagraniczny dokument na nowoojczyźniany bez konieczności ponownego zdawania egzaminów.

Jak już wspomniałam, Polska nie podpisała jak dotąd z rządem Australii umowy dotyczącej uznawania dokumentów prawa jazdy, więc niestety po otrzymaniu wizy stałego pobytu (mimo całego czasu, który większość przyjezdnych przejeździła do tego momentu posiadając polskie prawo jazdy mając się dobrze na drogach) należy rozpocząć starania o australijski dokument, czyli... wrócić do poziomu "L"...

Australijskie prawo jazdy możemy otrzymać po zdaniu egzaminu teoretycznego i egzaminu praktycznego.
Na szczęście, pod warunkiem, że posiadamy ważne polskie prawo jazdy, omija nas poziom P, czyli coś jakby polski 'zielony listek'. "P1" i "P2" to "provisional licence" i obowiązują ich pewne ograniczenia na drodze.

Osoby pełnoletnie posiadające ważne prawo jazdy z Polski muszą zdać najpierw egzamin teoretyczny.
Odbywa się on w ośrodku Service SA Customer Service Centre.
Wystarczy się tam zgłosić (od poniedziałku do piątku, w godz. 9:00 rano do 16:15), wypełnić formularz, przedłożyć wymagane dokumenty:
- paszport z aktualną ważną wizą australijską,
- polskie prawo jazdy + tłumaczenie (nie zawsze wymagane, ale jest na liście!),
- dokument potwierdzający adres zamieszkania np. wyciąg z banku, rachunki za media, umowa wynajmu domu itp.
i wnieść opłatę (można płacić kartą kredytową).

Test wypełnia się na komputerze, przewidziano na niego około 30 minut i składa się z dwóch części:
- pierwsza część to zasady ustępowania pierwszeństwa na drodze - osiem pytań, na które należy odpowiedzieć bezbłędnie (już jedna błędna odpowiedź dyskwalifikuje zdającego = egzamin oblany!),
- druga część to podobny jak w PL test wyboru z szeroko rozumianych przepisów ruchu drogowego (w Australii jest łatwiej, bo na każde pytanie jest tylko jedna prawidłowa odpowiedź ;-) - tu można popełnić aż dziesięć błędów wśród 42 pytań, aby egzamin został zaliczony.

Do egzaminu teoretycznego można przygotowywać się np. tutaj:
- test pierwszeństwa na drodze,
- test wyboru.

Jeżeli nie uda się zdać egzaminu, możemy zdawać ponownie nawet następnego dnia, należy jednak jeszcze raz wnieść opłatę.

Jeżeli uda się zdać egzamin teoretyczny, otrzymuje się tymczasowe prawo jazdy ważne przez miesiąc, w czasie którego należy zdać egzamin praktyczny.
O egzaminie praktycznym na prawo jazdy napisałam osobny post.
Po pomyślnym zaliczeniu egzaminu praktycznego otrzymuje się zaświadczenie (a certificate of competency).
Jeżeli nie przystąpi się do lub nie zda się egzaminu praktycznego w ciągu miesiąca, wraca się do poziomu "L".

Zmorą, która spędzała mi sen z powiek, jest możliwość, że po pomyślnym zdaniu egzaminu praktycznego z wybranym instruktorem zarządzany jest ponowny egzamin (a validation assessment) z udziałem urzędnika rządowego (a government assessment officer) i dopiero po jego pomyślnym zaliczeniu zostaje wydane prawo jazdy. Marną pociechą jest chyba fakt, że ten dodatkowy egzamin jest niepłatny...

Po zdaniu egzaminu praktycznego/ egzaminów praktycznych należy się zgłosić ponownie z naręczem dokumentów do ośrodka Service SA Customer Service Centre po odbiór tymczasowego prawa jazdy (ważne jest przez miesiąc, do momentu otrzymania pocztą plastikowego dokumentu).

Należy mieć ze sobą:


- zaświadczenie o zdanym egzaminie praktycznym (a certificate of competency),
- paszport z aktualną ważną wizą australijską,
- polskie prawo jazdy wraz z jego tłumaczeniem na język angielski,
- potwierdzenie adresu zamieszkania (imię i nazwisko aplikującego plus adres - UWAGA: nie może to być imię i nazwisko współmałżonka!) np. wyciąg z banku, rachunek za media, umowa najmu mieszkania/domu,
- wypełniony formularz o wydanie dokumentu prawa jazdy,
- gotówkę lub kartę kredytową, aby wnieść opłatę.

Po przejrzeniu dokumentów i wniesieniu opłaty urzędnik wykonuje zdjęcie aplikującemu (może się zdarzyć, że nikt Wam nie powie, że Wam się śmiesznie grzywka podwinęła... :-( ), a najpóźniej dwa tygodnie po tym fakcie wyjmiecie ze skrzynki pocztowej swój zasłużony dokument.

Od Lawendowa Chatka_2010_06-2011_08

Od Lawendowa_Chatka_2011

13 marca 2012

Schyłek lata...

... jest naprawdę piękny tego roku :-D
Gdyby nie chłodne wieczory i powrót rześkich poranków (wrrrrrrr), to w ciągu dnia można by nie zauważyć, że skończyło się kalendarzowe lato. Noooo, jeszcze po trawnikach można by poznać, bo świeże zielone odrosty zamaskowały wypalone wcześniej prześwity.

Wśród cytrusów za domem pojawia się motyl - już kiedyś o nim wspominałam - przypomina pazia królowej, ale jest większy. Na szczęście zawsze widzę tylko jednego, co ważne ze względu na gąsienice tego osobnika - bardzo żarłoczne stworzenia, które niby żerują na cytrusach, ale o dziwo równo zżerają nasze zasoby bazylii, oregano, ostatnio nawet melisa im zasmakowała..
.
Co do cytrusów, to najnowsze wieści są takie: dwie najstarsze cytryny za Chatką powoli przechodzą z zieleni w stronę żółci, lemonka ma kwiateczka, a jej dolne gałązki są obecnie na etapie formowania tj. przytrzymuje je sznurek, który wygina je ku dołowi.

Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011

Nad ogrodem przelatują kolorowe papugi (nadal się u nas nie zatrzymują), a wyżej nad nimi - stada biało-żółtych kakadu, które prawie przysłaniają niebo i robią taki hałas, że ziemia drży, kiedy dyskutują nad celem kolejnego przelotu.

Od Lawendowa_Chatka_2011

U Najmilszego z Moich Mężów dobiega końca pewien etap zawodowy. Jako podwykonawca kończy kontrakt u jednego wykonawcy i zaczyna u innego, mimo że główny zleceniodawca pozostaje ten sam. Mówiąc prościej: wykonawca zmienia się na skutek wyniku ostatniego przetargu - tym razem wygrał ktoś inny, ale fachowcy będą kontynuować :-D

U mnie też nadciągają zmiany zawodowe, ale o nich napiszę dopiero w kolejnym bilansie... Na razie trwa nauka i... negocjacje ;-)

Tym razem z radością donoszę, że oto dobiegł do szczęśliwego finału istny epos heroiczny, jakim było moje zdobywanie nowoojczyźnianego prawa jazdy :-)
Mam, mam, mam!!! Dokładnie dzisiaj, w dwa lata i dziewięć miesięcy po przybyciu do nowej ojczyzny, wyjęłam ze skrzynki śliczne, nowe, plastikowe (:-)) prawo jazdy!!!

Z tej radości, a i ku pożytkowi zainteresowanych napisałam zaległy post w Notesie, jaki obiecałam, kiedy Najmilszy otrzymał swój dokument kierowcy do góry nogami.

Ostatni tydzień znowu wypełniła głównie praca, a wolne chwile - Miłemu: golf i poker, a mnie: zdobywanie prawa jazdy i książki.
Zamiast jeździć na wycieczki spacerowaliśmy nieco po plaży.
Na szczęście już wkrótce czeka nas nowa wyprawa, po której pokażemy komplet zdjęć i opowiemy o kolejnym kawałku naszego stanu - tik tak tik tak...