10 września 2012

Opera do góry nogami, czyli słów parę o State Opera of South Australia

Naszą przygodę z operą do góry nogami rozpoczęłam ja, w roku 2010, dzięki nieocenionej Joli zwanej czasem Jolką-Demolką ;-) Zaproszona przez Jolę siedziałam na widowni podczas prób generalnych oglądając najpierw "Le Grand Macabre", a kilka tygodni później - "Poławiaczy pereł".

I wtedy się zaczęło ;-)

2010

Pierwsze przedstawienie wzbudziło sporo mieszanych emocji, bo to opera w wydaniu współczesnym. Współczesna była nie tylko tematyka, nie tylko muzyka, ale też scenografia, efekty sceniczne, gra świateł - słowem: wszystko, co działo się na scenie podczas przedstawienia.

"Le Grande Macabre", anty-antyopera napisana w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku i zmodyfikowana do obecnej wersji w roku 1996 przez György Ligeti'ego, została pokazana w Adelajdzie w ramach trwającego Festiwalu Sztuki.
Przedstawienie rozgrywało się 'przy użyciu' wielkiego 'ciała' kobiety, która 'padła na scenę' w dramatycznych okolicznościach i zastygła w dramatycznej pozie... Aktorzy pojawiali się wychodząc z jej ust, a następnie z innego otworu, znajdującego się tam, "... gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę...". Wspomniany otwór w pewnym momencie prowadził do... knajpy. Efekty świetlne zamieniały 'ciało' w szkielet, zapalały czerwone światła w 'oczach', a nad całością unosiły się dźwięki czasem jakby cytowane z dzieł klasyków, czasem naigrawające się z widowni... kakofonią tworzoną przez klaksony samochodowe.
Niektóre arie brzmiały zadziwiająco 'tradycyjnie', 'operowo'...

Hmmm...
Nie jest to mój ulubiony rodzaj sztuki.
Współczesne przekazy docierają do mnie bardziej lub mniej skutecznie, podobne wydarzenia są dla mnie raczej okazją do snucia refleksji, niż zachwycenia...
Z reguły źle znoszę podważanie autorytetu klasyków, lubię operę jako taką, choć zdarzało mi się oglądać i kiepskie opery i kiepskie wykonania...

Co nie zmienia faktu, że cieszę się, iż mogłam zobaczyć to przedstawienie. Widziałam, mam swoją opinię, były elementy, które doceniam, i takie, które mnie zaskoczyły i dały do myślenia. Wiem, że był to jeden z elementów Adelajdzkiego Festiwalu Sztuki i cieszy mnie, że kierujący Festiwalem ludzie ujmują dla widowni w programach imprez kulturalnych całe spektrum sztuki dając możliwość poznania ważnych wydarzeń świata kultury.
Wklejony powyżej link odsyła do jednego z artykułów, ale w Internecie znaleźć można nie tylko recenzje samego przedstawienia, ale i fragmenty opery. Ciekawych - zapraszam ;-)

Moim zdaniem duży plus dla orkiestry, dyrygenta i śpiewaków.
Ogromne brawa dla ekipy tworzącej oprawę sceniczną (to pierwsze wrażenie, jakie odniosłam podczas pierwszego spotkania z zespołem opery stanu Australii Południowej trwa niezmienione do dziś).

********

Po kilku tygodniach wróciłam na widownię Centrum Festiwalowego, aby zobaczyć "Poławiaczy pereł". Tym razem był to zupełnie inny wieczór, inny nastrój, inna muzyka. Uffff, klasycznie tym razem ;-)

Czarująca muzyka Bizeta, popularne arie, treść przedstawienia... eeeee, żadna, ale pozwalająca pokazać i egzotyczne stroje i umiejętności zarówno zespołu baletowego, jak i chóru opery ;-)
Słuchało się dużo łatwiej, wieczór gwarantował i zapewnił spodziewaną porcję rozrywki.

2011

W tym sezonie pojawiliśmy się w Centrum Festiwalowym trzykrotnie, na wszystkich trzech dużych realizacjach zespołu Opery - zasiadaliśmy na widowni obydwoje z Mężem Mym Ulubionym i, co ważne, podobało się każdemu z nas.

Repertuar obejmował jak zwykle mieszankę różnych stylów: od "Lunatyczki", poprzez "Moby Dicka" do "Carmen".

"Lunatyczka" Belliniego to chyba najsłabsze przedstawienie, jakie widziałam w Adelajdzie do tej pory.
Nie z winy zespołu - jak zwykle usłyszeliśmy dobre wykonania zarówno orkiestry, jak i śpiewaków. Piękne bel canto w wykonaniu Aminy - Emmy Matthews.
Nie z winy scenografów - jak zwykle w ciekawy sposób zaaranżowano scenę (szczególnie, kiedy lunatyczka śpiewa we śnie spacerując nad rzeką).
Może z winy przewidywalnego scenariusza, może po prostu nie trafiło w nastrój chwili?

Mimo że "Lunatyczka" jest często wystawianą operą i znajduje się na liście przedstawień wartych zobaczenia/ wysłuchania przez miłośników opery, nie umieściłabym jej na liście moich ulubionych ;-)

********

Kolejnym punktem programu był "Moby Dick" w wersji operowej. Oczywiście przedstawienie oparte jest na znanej powieści Hermana Melville'a o białym wielorybie. Po raz kolejny scenografowie spisali się na medal wyczarowując dla nas na scenie statek, fale, sztorm, łódki z wielorybnikami goniącymi zdobycz.
Dekoracje plus światła wspaniale uzupełniały muzykę.

Fantastyczny wieczór! Porcja ciekawej muzyki, znakomite widowisko na scenie, gra emocji i wzruszeń, okazja do refleksji - słowem, warto było być, zobaczyć, posłuchać i klaskać :-D

Kompozytorem "Moby Dicka" jest Jake Heggie, twórca muzyki do filmu "Dead Man Walking", a przedstawienie które obejrzeliśmy to kolejna światowa premiera koprodukcji Dallas Opera, State Opera of SA, San Diego Opera, San Francisco Opera i Calgary Opera.

********

Sezon 2011 zamykała "Carmen". Fantastyczne przedstawienie!
Wspaniale zaśpiewane, zagrane (i dotyczy to zarówno gry aktorskiej śpiewaków, jak i występu orkiestry :-D ). Znów ciekawa scenografia - dekoracje budujące tło zwłaszcza dla scen zbiorowych. Fabryka cygar jako siedlisko zła - fantastycznie oddany klimat, emocje, jakie budziły pracownice tejże fabryki - ehhhh ;-), pomarańcze na rynku - przeniosły nas do dalekiej Hiszpanii.

Było dynamicznie i z werwą.
Rola Carmen została świetnie obsadzona - Milijana Nikolic serbskiego pochodzenia grała całą sobą, bardzo wiernie oddając charakter postaci scenicznej, w którą się wcieliła. Osobiście żałowałam, że Don Jose raczej słuchałam, niż oglądałam ;-) Prywatnie mąż Milijany, na scenie jednak spodziewałam się zobaczyć... urodziwego młodzieńca..., a oglądałam grubaska śpiewającego interesującym tenorem.
Cóż, nie można mieć wszystkiego ;-)

Ciekawym uzupełnieniem przedstawienia były sceny zbiorowe, szczególnie podobały nam się dzieciaki - także w partiach śpiewanych.

Na zakończenie przedstawienia klaskaliśmy długo i głośno, a artyści kłaniali się w pas raz po raz :-D

I tak oto doszliśmy do trwającego sezonu
2012

W tym roku widzieliśmy "Cyganerię" Pucciniego, operetkę "Orfeusz w piekle" Offenbacha, a przed nami jeszcze "Fidelio" - jedyna opera napisana przez Ludwiga van Beethovena.

"Cyganeria" i "Orfeusz..." miały sporo wspólnych elementów - obraz paryskiej bohemy współgrał z karykaturalnym przedstawieniem Olimpu i Hadesu w operetce Offenbacha. Nie wspominając o kankanie odtańczonym w piekle ;-)
W "Cyganerii" mieliśmy okazję przyjrzeć się biedzie młodych artystów i zajrzeć do wnętrza jednego z popularnych klubów (ha! frywolne dziewczęta w scenie w klubie nocnym wystąpiły 'topless', dzięki sztuczce kostiumografa). Każdy akt wzbudzał w nas inne emocje i wzruszenia, pod koniec oczywiście ściskało nas w gardle, kiedy Mimi umierała na gruźlicę, a Musetta pokazała swoje dobre serce oddając kolczyki i kiedy panowie odeszli, żeby za uzyskane ze sprzedaży kolczyki sprowadzić do chorej lekarza i zdobyć lekarstwo.

"Orfeusz w piekle" to pierwsza operetka, którą tu zobaczyliśmy i z radością przekonaliśmy się, że reagowaliśmy śmiechem na większość żartów wplecionych zarówno w libretto, jak i w jego tutejszą wersję.
Na scenie padały odwołania do lokalnych polityków (hmmm, tu było nieco gorzej...), do Royal Adelaide Show (który rozpoczął się w ostatni weekend), do opinii publicznej i tego, co ma na nią wpływ i jaki.

Operetka pokazuje inną niż znana z mitologii wersję mitu o Orfeuszu i Eurydyce, jest parodią nie tylko ich historii, ale i wyśmiewa Olimp - w zamierzeniu autora - wyższe sfery Cesarstwa.
Tutaj małżeństwo nie należy do zbyt udanych (każde z małżonków ma kochanka), a Orfeusz nie jest znakomitym muzykiem, choć ma swoich wyznawców. Widownia grozi jednak, że zmieni swą pochlebną opinię, jeśli Orfeusz zaakceptuje, że jego żona została pochłonięta przez moce piekielne i nie postara się jej sprowadzić z powrotem na ziemię i trwać w pozornie szczęśliwym związku.

Orfeusz (w towarzystwie Opinii Publicznej) rusza zatem na Olimp, gdzie nie tylko spotykamy wracających nad ranem imprezowiczów - Wenus, Marsa i Amora, ale i poznajemy targaną żądzą Dianę strofowaną przez Jowisza, który zamienił Akteona w jelenia, 'by uniknąć niezręczności', a wreszcie jesteśmy świadkami sceny zazdrości między Junoną a Jowiszem, a następnie - strajku bogów olimpijskich żądających: koniec z ambrozją, koniec z Gromowładnym, wyśmiania romansów Jowisza ze śmiertelniczkami, a wreszcie - ultimatum, że bogowie puszczą płazem dotychczasowe zdrady, jeśli Jowisz udając się do Piekła, by rozrządzić sprawę Orfeusza, zabierze wszystkich ze sobą. Dlaczego? Bo Olimp jest nudny, a Piekło zapowiada świetną zabawę!

Salwy śmiechu wzbudził Merkury na mega-rowerze szybującym nad sceną, Eurydyka wyśpiewująca swe żale w wannie pełnej piany oraz Jowisz flirtujący z nią pod postacią muchy. Bzy bzy bzy - a widownia zaśmiewała się do łez.

Operetka musi kończyć się happy end'em - hmmmm:
- Jowisz udowodnił winę Plutonowi i nakazał oddać porwaną Eurydykę mężowi,
- Pluton rozpoznał przebraną Eurydykę zauroczoną i planującą ucieczkę z Jowiszem, przypomniał zatem Jowiszowi, że ten obiecał Orfeuszowi, że zwróci mu żonę,
- Orfeusz nie chce Eurydyki z powrotem,
- Eurydyka nie chce wracać do Orfeusza...

... mit podsunął rozwiązanie: Jowisz stawia warunek: Eurydyka wróci na ziemię z Orfeuszem, jeśli ten nie odwróci się w stronę Hadesu w drodze powrotnej. Małżonkowie ruszają w stronę Styksu, a Jowisz... w ostatniej chwili rzuca piorun tuż za plecy Orfeusza, który... się odwraca tracąc w ten sposób żonę.

Fakt, ani w tym morału, ani zbyt wiele sensu, ale zabawa była przednia ;-D

W czasie imprezy w Hadesie zobaczyliśmy ewolucję tańca - od menueta do kankana (tak, TEGO kankana ;-), nieprzystojne stroje i zachowania.
Najbardziej piekielnym elementem były zapewne dwa diabły z całkiem pokaźnych rozmiarów czerwonymi członkami 8-0

I oddajmy sprawiedliwość kompozytorowi: mieliśmy okazję usłyszeć także liryczne fragmenty :-D

18 sierpnia 2012

Sobotnia sielanka

Istnienie sobót osładza istnienie zimy. Nieco...

Najmilszy niestety pojechał do pracy, ale za to my z kotami solidnie pospaliśmy do późna. Było nam ciepło, śniły nam się sny i wstaliśmy w nastroju pasującym do pięknej soboty.

Koty zajrzały do misek, ja wypiłam wyciśnięty bladym świtem sok i poszliśmy do ogrodu zalanego słońcem. Siedzieliśmy, Popiołek uprawiał swoje tai chi, czyli skradał się w kierunku ptaszka podskakującego na trawniku, Aganiok to wędrował za płot to wracał, żeby mieć na nas oko, a ja trochę poczytałam, trochę popisałam - chłonęliśmy sielski nastrój przedwiosennej soboty :-D

A potem dołączył do nas Najmilszy z Moich Mężów. Wypiliśmy kawę, zjedliśmy w końcu naszą jedyną w tym roku mandarynkę z własnego drzewka ;-), a potem zrobiłam budyń. Cytrynowy. Z cytryny (niejedynej) z własnego drzewka. Słodki. Ciepły.

Posłuchaliśmy kilku piosenek.
Pogadaliśmy o Sprawach Bieżących ('bieżący' od 'biegać' ;-)).
Zagadaliśmy wirtualnie do znajomych.

A potem zaszło słońce, przenieśliśmy się do Chatki i rozpoczęły się rozmowy przez Skype :-D

14 sierpnia 2012

Wyczekiwanie

Minął kolejny miesiąc: na szczęście znowu mignął nie wiadomo kiedy - wypełniona pracą seria dni o zmiennej pogodzie i nocy o zbyt niskiej temperaturze; seria poranków, kiedy po szybach płynęła woda, a dzień za oknem budził się zwykle nieśpiesznie, często pokazując szarobure niebo.

No co ja zrobię, że nie przepadam za tutejszą zimą?

Od Lawendowa_Chatka_2011

Najmilszy jednak 'zaliczył' infekcję. Spędza zimowe dni w plenerze, w pracy i po pracy (często ostatnio grywał w golfa w deszczu...), to i Go dopadło przeziębienie. Z drugiej strony, ja zamknięta w biurze nie wiem aż tyle o nadchodzącej wiośnie, co Najmilszy.

Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011

Bo powolutku powolutku rośnie nasza nadzieja - i słońca więcej, i przerwy między deszczami jakby dłuższe, i zdecydowanie cieplejsze, i rośliny przygotowują wiosenne sukienki. Różowe drzewko za płotem całe w kwiatach, nektarynki rozchyliły pierwsze różowe płatki na koniec tego bilansu, by w sierpniowe święto już zmienić się w różowe bukieciki ;-)

Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011

Pracy dużo dużo, ale były i chwile rozrywki: posłuchaliśmy muzyki gitarowej, pojechaliśmy pooglądać wieloryby, zamknęliśmy z Księgowym kolejny rok finansowy :-)

Dobiega końca trzeci rok w Lawendowej Chatce, nadal czekamy na nową umowę. Dostaniemy? Super, bo mieszkanie tutaj ma swoje plusy. Nie dostaniemy? Hmmmm, poszukamy nowego miejsca, które - udomowione po naszemu - przyniesie zapewne nowe wyzwania i radości ;-)

Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011

Poza zimą, jest dobrze!

Raz po raz zbieramy dowody na to, o ile łatwiej nam tu żyć, planować, pracować i korzystać z owoców pracy. Zamknięty rok finansowy wypadł dobrze, wiemy więcej i możemy planować kolejne kroki.
System prawny zakłada zdecydowanie dobrą wolę obu stron, nie bazuje na założeniu, że naszą intencją jest oszukiwać, naciągać, kręcić; przestaliśmy udowadniać naszą niewinność, które to uczucie towarzyszyło nam jakże często w dalekim zimnym kraju ;-)
O tutejszym systemie podatkowym mówi się, że jest trudny do zrozumienia; może to i prawda, ale: dostępni są gotowi do pomocy specjaliści, bezpłatne szkolenia, formularze, strona internetowa urzędu podatkowego pełna odnośników, tabel i przykładów.
Da się zapewne i samodzielnie przez to przebrnąć, nam od zawsze pomaga Księgowy, bo od początku prowadzi rozliczenia nie tylko nasze, indywidualne, ale i sprawy firmy Pana Dyrektora ;-D Poza tym, pięknie wydrukowane i zbindowane raporty roczne o lśniących okładkach zrobiły już kilka razy furorę w banku, a o to też chodzi, prawda? ;-)

Firma Pana Dyrektora wejdzie wkrótce w kolejny etap rozwoju, ja cieszę się moją 'karierą zawodową'. Jasne, że pracujemy i to sporo, ale mamy i satysfakcję i wpływy finansowe, robimy ciekawe rzeczy i możemy się uczyć. Podjęte wcześniej decyzje okazały się trafnymi inwestycjami. Ci, którzy kręcili głowami, kręcą dalej, a my... uśmiechamy się, ze jednak wychodzi na nasze ;-)

Podczas niedawnej rozmowy powiedziałam (po raz kolejny) rzecz oczywistą: stałym elementem naszej rzeczywistości jest otwartość na to, co się dzieje i gotowość udzielenia odpowiedzi, (pro)aktywność i skupianie się na pozytywach. Nie do przecenienia jest też tendencja do patrzenia na 'duży obraz', planowania długofalowego i tworzenia scenariuszy zawierających różne warianty 'co by było gdyby'.

I tak trwa nasza Chudzielce Story pod błękitnym niebem do góry nogami :-D

12 sierpnia 2012

IV Międzynarodowy Festiwal Gitarowy

Od 2007 roku odbywa się w Adelajdzie Międzynarodowy Festiwal Gitarowy.
Jest bliźniaczą imprezą podobnego wydarzenia w Nowym Jorku. Jego założeniem jest promować artystów i wirtuozów gitary grających w różnych stylach: rock, jazz, muzyka klasyczna, eksperymentalna, blues i muzyka etniczna. Od początku odbywa się w Adelajdzkim Centrum Festiwalowym umacniając jego znaczenie jako ośrodka ważnych imprez kulturalnych.

W pierwszym roku na widowni zasiadło w sumie trzydzieści tysięcy widzów w czasie dziesięciu dni. Adelaide Advertiser napisał wtedy, że ,,... nigdy wcześniej nie mieliśmy takiego festiwalu. Impreza była niesamowitym sukcesem i niekwestionowanym zwycięzcą...". Ponad stu muzyków z całego świata dało ponad czterdzieści koncertów, a festiwal wpisał się na stałe do muzycznego i kulturalnego kalendarza Adelajdy.
Rok 2008 powtórzył sukces. W 2009 roku ogłoszono zmianę formuły imprezy: od 2010 roku będzie się odbywać co dwa lata, a w program Festiwalu zostanie włączony Międzynarodowy Konkurs Gitary Klasycznej, który da możliwość młodym muzykom wystąpienia przed międzynarodowym gremium uznanych wykonawców, a pula nagród o wysokości ponad dwudziestu pięciu tysięcy dolarów ustawi poprzeczkę na wysokości porównywalnej z najbardziej prestiżowymi konkursami na świecie.

W tym roku IV Międzynarodowy Festiwal Muzyki Gitarowej trwał przez cztery dni (9-12 sierpnia 2012, poprzedzony wieczorem z Tommy'm Emmanuelem 5 sierpnia) i ponownie częścią programu był Międzynarodowy Konkurs Gitary Klasycznej z pulą nagród o wartości ponad trzydziestu tysięcy dolarów (pierwsze miejsce to nagroda dziesięć tysięcy dolarów plus gitara wykonana przez sławnego lutnika z Południowej Australii - Jima Redgate'a - o wartości szesnastu tysięcy). Ha! Najbardziej prestiżowy konkurs tego typu na półkuli południowej :-D

My mieliśmy ogromne szczęście siedzieć na widowni w czasie pierwszego i ostatniego wieczoru Festiwalu.

Pierwszy wieczór - specjalny koncert Tommy'ego Emmanuela otwierali jego przyjaciele-muzycy goszczący w Australii po raz pierwszy - Frank Vignola i Vinny Raniolo.

Niesamowity wieczór!!!! Wirtuozi i czarodzieje na scenie!!!

O ile pierwsza część wieczoru w wykonaniu Franka i Vinny'ego była najwyższej klasy rozrywką, o tyle wirtuozeria Tommy'ego Emmanuela zapierała dech w piersiach i wymagała pochylenia się nad Jego talentem i umiejętnościami technicznymi. Tommy gra dziesięcioma palcami, używa pudła gitary jako sekcji rytmicznej, odgrywa na gitarze dźwięk fletu, szarpie, tłucze, wodzi słuchaczy za nos i przeplata utwory komentarzami zdradzającymi człowieka-duszę. Zaprezentował nam swoje trzy gitary i indywidualne do nich podejście ;-)
Z wdzięcznością przyjęłam 'sztuczkę', kiedy grał, nagle prawą ręką zaczął wystukiwać rytm o pudło, a muzyka płynęła dalej, jakby jakaś niewidzialna prawa ręka dalej grała...

Na koniec wystąpili wszyscy w trójkę, i znowu nas rozbawili, wzruszyli i rozgrzali nasze dłonie z racji długich rzęsistych braw.
Koncert trwał o godzinę dłużej niż to było zaplanowane, a każda minuta wypełniona została wspaniałą ciekawą muzyką. Wachlarz zawierał muzykę klasyczną, filmową, pop, jazz, rock, kompozycje Tommy'ego Emmanuela oraz 'tańce' (w tym balet) w wykonaniu Franka i Vinny'ego ;-)

Przez kolejne dni nuciliśmy sobie pod nosem różne fragmenty odegrane w tamten niedzielny wieczór.

Drugi (dla nas) koncert odbył się tydzień później - 12 sierpnia. Tym razem był to wieczór poświęcony flamenco. Na scenie wystąpiły dwa zespoły - gitarzysta, tancerze i nieodzowne osoby wspomagające, które udowodniły, że klaskanie może być sztuką, a skrzynka, na której siedzi jedna z osób to instrument perkusyjny. Gitara podawała ton, rytm i wysyłała w przestrzeń wibracje, emocje, refleksje, a tancerze utrwalali te kreacje wystukując rytm podkutymi podeszwami i podkreślając wrażenie ruchami rąk.
O ile tancerze mieli do 'dyspozycji' stopy i dłonie, o tyle tancerki potrząsały falbanami, podnosiły brzegi sukni ukazując kawałek nogi lub czarowały nas korzystając z wachlarza. Co ciekawe, taniec był pełen pasji i emocji, a zarazem dumy i dostojeństwa.
Na odnotowanie zasługują też śpiewacy. Mimo nieznajomości języka słyszeliśmy w ich głosach emocje, skargi, gniew, tęsknotę, ból lub wściekłość.

Chwilami (zwłaszcza w drugiej części koncertu) na scenie panowała atmosfera jakby 'u cioci na imieninach' - grupka wykonawców skupiona wokół gitarzysty 'dorzucała' swój 'wkład' - czasem klaskali i kiwali głowami, jakby potakując gitarzyście, czasem 'komentowali' śpiewem lub tańcem, od czasu do czasu wznosili okrzyki, wznosili ręce, by uhonorować solistę, który właśnie wykonał swoją część.

Cieszy nas, że po raz kolejny przeżyliśmy i doświadczyliśmy czegoś ciekawego. Flamenco nie stanie się zapewne naszą pasją, ale możemy teraz powiedzieć coś więcej na ten temat ;-)

11 sierpnia 2012

Zimowe Wielorybobranie ;-)

Druga z czterech sobót sierpnia, prawie połowa miesiąca, pogoda nadal w kratkę (kratka urozmaica przebieg każdego dnia - deszcz, słonko, deszcz, trochę wiatru, znów słonko - cała gama wrażeń plus tęcza na podtrzymanie nadziei...).

Tropienie zwiastunów wiosny i myślenie życzeniowe trwają :-D
Z infekcjami zapeszyłam - Najmilszy zaliczył katar, teraz paskudnie kaszle... Wioooooosnoooooo, gdzie jesteś? Nie zwlekaj!

Lawenda rozpoczęła kwitnienie, po Chatce szaleją komary, Aganiok zrzuca zimową okrywę, tik tak tik tak...

Wstaliśmy świtem niebladym, ubraliśmy się na cebulkę i pojechaliśmy na południe... pooglądać stworzenia, co to do nas przypływają z okolic Antarktydy się... zagrzać :-D

Wieloryby biskajskie południowe płyną na północ, podpływają m. in. do południowych brzegów Australii w miesiącach zimowych i zostają to do wiosny (oglądać je można ponoć od połowy maja do połowy października), gdyż tu odbywa się ich sezon godowy i tu rodzą się młode.

My pojechaliśmy dziś do najbliższego Adelajdzie miejsca obserwacji - do Victor Harbor, ale pasjonaci mogą wybrać się na zachód do Head of the Bight (za Ceduną, ok. 12 godzin jazdy samochodem z Adelajdy) lub na południowy-wschód do sąsiedniej Wiktorii do Warrnambool (gdzie byliśmy już dwa razy, ale nie udało nam się zobaczyć wielorybów - nie był to jednak 'szczyt sezonu'...) Warrnambool nazywane jest wielorybim żłobkiem...

Oglądanie wielorybów warto zaplanować w oparciu o stronę Centrum Informacji oraz o wizytę w samym Centrum. Życzliwi wolontariusze podpowiadają, gdzie ostatnio były widziane wieloryby i rozdają darmowe mapki.
Centrum znajduje się niedaleko Visitor's Centre i stacji tramwaju konnego, który jeździ po moście na Granitową Wyspę.

Po otrzymaniu informacji, że przed godziną jeden wieloryb widziany był z Granitowej Wyspy właśnie i że prawdopodobnie popłynął na zachód, skierowaliśmy się na wzgórze zwane Bluff, skąd roztacza się piękny widok na zatokę (na górę prowadzi krótka, ale dość stroma ścieżka, więc wycieczka zyskuje element 'turystyki górskiej') i skąd pewnie świetnie ogląda się wieloryby. Niestety, dane nam było pooglądać jedynie fokę figlującą wzdłuż skał przy brzegu. Na początek, dobra i foka ;-)

Od Zdjęcia_Bloggera_5
Od Zdjęcia_Bloggera_5

Zjechaliśmy do Victor Harbor na kawę i ciacho oraz 'prawdziwego niemieckiego hot-doga' (ehhhh, te zdolności perswazyjno-marketingowe ;-). Budka z hot-dogami okazała się jednak cennym punktem wymiany aktualności o wielorybach. Ha!

Od Zdjęcia_Bloggera_5
Od Zdjęcia_Bloggera_5

Wyruszyliśmy tym razem na wschód - do Middleton, gdzie zahaczając o malowniczy punkt widokowy Freemana, dotarliśmy do Basham's Beach, gdzie wreszcie wreszcie zobaczyliśmy wieloryby. Dwa, po kawałku, skaczące bardzo szybko, w kilkunastu 'migawkach'.

Od Zdjęcia_Bloggera_5

Hmmmmm, trzeba mieć sporo szczęścia, dobrą kurtkę chroniącą przed wiatrem i... lornetkę lub aparat ze sporym przybliżeniem. Robienie zdjęć wielorybom to wyczyn, na który się nie porwałam, nauczona już doświadczeniem z Coffin Bay, kiedy to próbowałam uwiecznić harce delfinów ;-)

Ale znak informacyjny, proszę bardzo :-D

Od Zdjęcia_Bloggera_5

Znak pokazuje rozmiar ogonka małego niedawno urodzonego wielorybiątka (taki maluch ma po urodzeniu ok. pięciu do sześciu metrów długości, ssie mleko matki, rośnie bardzo szybko i potrafi podwoić długość ciała w ciągu pierwszego tygodnia życia). Jego mama ma zwykle 'nieco' większy ogon, długość jej ciała to około piętnaście (do osiemnastu) metrów, a waga - około 50 ton (do 96 ton maksymalnie).

31 lipca 2012

Przedwiośnie?

Ufff, ostatni dzień lipca!
Ha ha ha - w świecie do góry nogami, w sielskiej Adelajdzie lipiec ma swoje minusy ;-)) Nieustannie wskazuję na zimę jako najsłabszą z tutejszych atrakcji ;-)) Jak zwykle zimno daje nam w kość, a krótkie dni mijają stanowczo za szybko. Na szczęście - puk puk - w tym roku infekcje ominęły nas szerokim łukiem. Dzięki regularnym dostawom cytrusów, które znajomy sprzedawca przywozi z Riverland jakoś brniemy przez ten zimny czas nie niepokojeni zbytnio... W garażu piętrzą się worki z pomarańczami i grejpfrutami, a szklanka świeżo wyciśniętego soku pomaga mówić zimowemu światu "dzień dobry" co rano.

Urlop nieco podreperował nasze morale, ale już w parę dni po powrocie wkręciliśmy się na tyle w wir zawodowej codzienności, że pobyt na wyspie wydał nam się jakąś odległą przeszłością...
Wieczory dość wiernie, choć mocno niesystematycznie, spędzaliśmy przed telewizorem kibicując uczestnikom czwartej już edycji Masterchefa :-) Hmmm, jak ten czas leci! Przyjechaliśmy tu, kiedy rozkręcała się pierwsza edycja tego programu. Nie oglądaliśmy na bieżąco (ominęło nas wtedy zbyt dużo odcinków), uzupełniliśmy później, dzięki stronie programu w Internecie. Potem na półkach pojawiały się książki z przepisami z kolejnych programów. A teraz po raz pierwszy oglądaliśmy wspólnie, dyskutowaliśmy, trzymaliśmy kciuki i kibicowaliśmy faworytom.

Masterchef się skończył, lipiec też, więc od nowa zacisnęłam kciuki i tropię zwiastuny wiosny :-D Jest w tym sporo myślenia życzeniowego, bo przed nami jeszcze zimowy sierpień, ale:
- kwitną storczyki :-D kwiatostany rozwinęły już dwa epidendrum, dwa cymbidium, a pędy kwiatowe na wszystkich pozostałych czekają w gotowości na swój dzień :-D - sama radość, kiedy się na nie patrzy :-D

Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011
Od Lawendowa_Chatka_2011

- rozmaryny kwitną nieprzerwanie, a na dwóch lawendach widać pączki kwiatostanów, jeden już prawie się rozwinął :-D
- drzewka koło pola golfowego otoczone już białą mgłą kwiateczków, nasze różowe cudo za płotem ma masę pączków i jeden już się nawet rozwinął :-D - sad brzoskwiniowo-nektarynkowy ewidentnie czerpie inspirację, bo tegoroczne pączki wyraźnie nabierają mocy - jeszcze śpią, ale rosną z dnia na dzień :-D
- sukulenty pięknie się podreperowały dzięki zimowym opadom deszczu - podrosły i zgęstniały, a teraz przygotowują kwiatostany - na razie dwie rośliny wypuściły pędy kwiatowe,
- u cytrusów aż pulsuje élan vital - dojrzewają owoce, rośnie młodsze pokolenie i pojawiają się zawiązki przyszłych kwiatostanów :-D Cieszy nas, że obie pomarańcze zdają się budzić do życia (zwłaszcza jedna z nich miała dłuuuuuuuugą przerwę i balansowała na granicy wyprowadzki na śmietnik ;-) )

Od Lawendowa_Chatka_2011

Super! Super! Super! Wrócą długie słoneczne dni i ciepłe wieczory. Wrócą posiłki w dodatkowym pokoju i spacery nad oceanem. Wrócą klapki i sandały ;-) Tik tak tik tak...

8 lipca 2012

Hamilton Island

Dlaczego Hamilton Island?
Czy wrócimy?
Kiedy?

Hamilton Island to dość popularne w Australii miejsce na wakacje.  Popularność wyspy systematycznie rośnie, w dużej mierze dzięki bardzo umiejętnie prowadzonej polityce marketingowej oraz dużej ilości funduszy i przyszłościowemu planowaniu - odkąd kupił ją Robert Oatley na wyspie dużo się dzieje i wyraźnie zmienia się jej oblicze, profil, status...  Inwestycji towarzyszy też odpowiednia promocja i nagłośnienie, zarówno w Australii, jak i poza jej granicami.

Co nam się podobało?

- w zimie jest tu ciepło i słonecznie - w zależności od szczęścia i warunków pogodowych można chodzić w letnich ciuchach łącznie ze strojem kąpielowym,
- można pływać zarówno w oceanie, jak i w przyhotelowych basenach (choć ja osobiście wolałam w piance, bo to zawsze cieplej... ;-),
- wyspa oferuje szeroki wybór zarówno miejsca zamieszkania o różnym standardzie, jak i form spędzania wakacyjnego czasu - w zależności od nastroju, pogody i uzgodnionego budżetu można się wylegiwać na leżaku, pływać, latać, wędrować po górach lub jeździć na quadach,  grać w golfa, żeglować, nurkować (uwaga! trzeba mieć ze sobą ważne w Australii papiery tj. licencję nurka!),
- wiele miejsc jest przyjaznych rodzinom z dziećmi (co w zależności od punktu siedzenia zmienia, jak wiadomo, punkt widzenia ;-),
- wyspa jest niby mała, ale rozległa, tłum się zagęszcza głównie na marinie, ale w rozsądnych ilościach,
- można obejrzeć całą wyspę spacerując lub jeżdżąc wynajętym buggy (opcja płatna) lub bezpłatnym busem,
- można jadać w hotelu, przygotowywać sobie posiłki we własnym zakresie lub odwiedzać punkty gastronomiczne - od prostych kafejek przez restauracje w hotelach i pubach aż do bardziej wykwintnych lokali - nie jest tanio, ale bywa smacznie, 
- wielbiciele owoców morza będą zachwyceni, opcji dla stekożerców nie spróbowaliśmy, bo tamtejsze menu nie uwzględnia nie-stekożerców (bez komentarza...), menu dla wegetarian jest nieco monotonne, nie każdy lokal przewidział dania dla wegetarian, ale da się i bywa całkiem satysfakcjonująco ;-)

Wrócimy!  Przylecimy tu znowu prędzej czy później, po więcej słońca i na kolejne spotkania z Wielką Rafą Koralową.  Tym razem byliśmy siedem dni (może to i lepiej, bo pogoda średnio dopisała), ale dwa tygodnie wydają się okresem optymalnym, by odpocząć i skorzystać z możliwości, jakie oferuje wyspa

Gdyby ktoś zapytał nas: Lord Howe czy Hamilton Island? odpowiedzielibyśmy: Lord Howe :-D

 
- Rustykalność, wiejsko-swojskość Lord Howe przypadły nam do gustu bardziej niż elegancka miejskość, czyli dla nas: komercja, Hamilton.  Zakupy, modnie ubrany tłum na deptaku w ciągu dnia i wieczory w klubach to nie jest nasza wersja wymarzonych wakacji ;-)
- Prywatność i zawiązujące się więzi cenimy sobie bardziej niż anonimowość i często 'urzędowy' poziom obsługi klientów w tłumie innych klientów.  Obsługa klienta to jest w ogóle coś. na co baaardzo zwracamy uwagę i co sobie cenimy.
- Poziom rozwoju i kreowany wizerunek Hamilton Island przekładają się niestety na wieczne odwoływanie się do portfela klienta - na każdym kroku (prawie) słychać: zapłać, zapłać! co akurat nas drażni.  

I nie chodzi o to, że usługi nie mają kosztować, chodzi raczej o sposób konstruowania ofert i włączania lub nie pewnych opcji w cenę pobytu, co pozwala potem cieszyć się każdym kolejnym dniem wypoczynku nawet jeśli portfel został w pokoju hotelowym ;-)  

Mądrzejsza o wrażenia i wnioski z tego pobytu pewnie lepiej rozegram tę część planowania następnym razem.

Zimowisko 2012

Czerwiec do góry nogami to nie tylko pierwszy miesiąc zimy, ale i ostatni miesiąc roku finansowego.  Z zawodowego punktu widzenia oznacza to domykanie planów (w tym finansowych).

Najlepszy z Dyrektorów trochę domykał, trochę rozpędzał na nowo: nieco się pozmieniało i trzeba było sprawdzić, jak działa.  Osobisty Księgowy powoli obmyślał, jakie by tu zmiany wprowadzić w nadchodzącym roku finansowym, na początek prosząc o dokumentację finansową tak szybko, jak tylko się da.

Przy moim nie-tak-dawno-zdobytym biurku czas wpadł w jakieś magiczne zawirowanie - tyle się działo, tyle trzeba było zrealizować, tyle dopiąć w dobiegającym końca rocznym planie pracy...
Były wyjazdy międzystanowe i okołostanowe: odwiedziłam mglisto-deszczowo-szarobure Melbourne, gdzie pospacerowałam po mokrym brzegi rzeki Yarra wzdłuż budynków kasyna, Akwarium, budynku Eureka po tym, jak już w centrum konferencyjnym odbyły się wszystkie sesje konferencji na dany dzień (w tym całkiem udana prezentacja w moim własnym wykonaniu - że tak skromnie wplotę kupamięci ;-) - niesamowite, jak wiele wspomnień już budzi i jak znajome wydaje się kilka miejsc w Melbourne ;-)
Niby tylko cztery dni, ale tęskniłam i za Najlepszym z Mężów, i za kotami, za Chatką i za Adelajdą - obiecując sobie w duchu, że ograniczę narzekanie na pogodę po powrocie: zima może być gorsza ;-)

Odwiedziłam też Riverland - Berri i Renmark, gdzie odbyła się seria szkoleń - znowu żałowałam, że bez Męża i obiecywałam sobie w duchu, że to zawodowy rekonesans przed prywatną wycieczką.
W Renmark w hotelu nad rzeką miałyśmy przytulne pokoje, na dole w restauracji nakarmili mnie tak od serca, że aż mi się żołądek zbuntował - przypomniały mi się staroojczyźniane czasy, kiedy na prośby o dania wegetariańskie obsługa wiedziała lepiej i decydowała za mnie, że przecież odrobina mięsnego wywaru, czy wspólna patelnia na jajo z boczkiem i jajo bez boczku jeszcze nikogo z tego świata nie wygnały...  Tiaaaa...
Gdyby nie przygody kulinarne, wyjazd zaliczyłabym do bardzo udanych.  Było zimno, ale przynajmniej w ciągu dnia świeciło słońce.  Nic to, że rano trzeba było... zeskrobywać szron z przedniej szyby auta!

Najpracowitszy z Dyrektorów pracował w ciągu tygodnia i w wiele sobót, ale wprowadził nowy zwyczaj - piątki kończy teraz jak europejscy korporaci, czyli w porze lunchu - weekend zaczyna koło pierwszej na polu golfowym Grange :-D

W związku z powyższym dość wcześnie w czerwcu policzyłam, ile to już miesięcy minęło od ostatniego urlopu i wyszło mi, że należą nam się wakacje zimowe :-D  Przedstawiłam swoje wnioski Najlepszemu z Dyrektorów i z Jego akceptacją poszłam po akceptację do szefowej w pracy - czy mogę prosić o tydzień urlopu na początku lipca?  -  Ależ oczywiście :-D
Najlepszy z Dyrektorów, tradycyjnie, po prostu uwzględnił moją koncepcję w lipcowym grafiku :-D

I zaczęła się faza, którą bardzo lubię, czyli podróże palcem po mapie - trochę w atlasie, trochę wirtualnie.
Zimowisko 2012 zaczęło nabierać kształtów.
Na początek było wiadomo: pierwszy tydzień lipca, od soboty do soboty, ma być tak ciepło, jak się da, przeloty mają zjeść jak najmniej urlopowego czasu, a pobyt - realizować wersję jak najbliższą all inclusive ;-)  Hmmmmm, da się, ale nie jest tak całkiem łatwo.  Zwłaszcza, że konsekwentnie, do czasu uzyskania obywatelstwa nie wyjeżdżamy poza Australię.  Poza tym: im sprytniej zagospodaruję budżet, tym większy margines zostanie na dodatkowe przyjemności.

Zerknęłam w oferty last minute, w oferty typu kupon-grupon, porównałam połączenia lotnicze - czasy przelotów, połączenia i koszty i... wysunęłam kolejną w swojej karierze planisty wakacyjnego odważną teorię: Hamilton Island.

Wyszukana oferta nie należała do najtańszych, ale nie wyglądała źle na tle innych - na każdy rozpatrywany wariant składały się takie elementy jak: czas i koszt przelotów, koszt pobytu na miejscu i jak wiele mieści się w cenie pobytu.
Słowem: po uzyskaniu wstępnej akceptacji Pana Dyrektora wysłałam zapytania i dość szybko dopięłam szczegóły wyjazdu.
Potem, tradycyjnie: pozostało (nie)cierpliwie liczyć dni ;-)

*************************

30 czerwca 2012

Po zbyt krótkiej przedwyjazdowej nocy wstaliśmy bladym świtem: w nocy przygotowałam kupki rzeczy do zabrania (z przewagą swoich) i walizki oraz komplet dokumentów, przewodników i bagaż podręczny.  Obok, jako wynik dotychczasowej nauki, stanęła waga ;-)  Najlepszy z Chatkowych Pakowaczy sprawnie zapakował walizki, taksówka podjechała z niewielkim opóźnieniem, na lotnisko przybyliśmy w ostatniej chwili, czyli... tuż po zamknięciu elektronicznego check in...  Na szczęście udało nam się skutecznie wyuśmiechać odprawę u jednej z pań w okienkach i... po wypiciu kawy, punktualnie o siódmej rano wystartowaliśmy do Sydney.
Tym razem przedwyjazdowe nerwy trzymały mnie sporo dłużej - to chyba z zimna... ;-)

W Sydney odwiedziliśmy znajomy punkt sprzedaży okularów słonecznych, gdzie Współwakacyjny Mąż dokonał zamiany gwarancyjnej - bo jakże to jechać na urlop ze starymi okularami przeciwsłonecznymi?
Siedzieliśmy na lotnisku czytając przewodniki, bo odlot na wyspę opóźnił się o ponad godzinę...  Hmmm, niezły początek...  Prognozy, jak przystało na nasze urlopy, nie brzmiały zbyt optymistycznie - pozostawało mieć nadzieję, że nie sprawdzą się całkiem dokładnie ;-)

W końcu - oł jeeeeee - odlecieliśmy w kierunku słonecznego Queensland, by po dwóch i pół godzinie wylądować na kolejnej w naszym dorobku wakacyjnym wyspie :-D  Na lot czekała spora grupka pasażerów, samolot był pełny, na lotnisku na wyspie było nas nadal całkiem sporo...
Pracownik lotniska przywitał nas z służbowym uśmiechem na twarzy i zapowiedział, że kierowcy busów z kolejnych hoteli będą kolejno wywoływać 'swoich' gości.  I tak się stało: zobaczyliśmy i nasz bus, zapakowano nasze walizki i ruszyliśmy w stronę hotelu. 
Część osób katamaranem odpłynęła na sąsiednie wyspy archipelagu Whitsunday.

Od 2012_07_Hamilton_Island

Jadąc oglądaliśmy sobie kurort wypoczynkowy - miasteczko dla turystów, jezdnie, chodniki, latarnie uliczne, budynki różnych usługodawców, zadbaną tropikalną roślinność otaczającą kolejne budynki, aż wreszcie zatrzymaliśmy się przed hotelem i zerkając, by policzyć piętra, spojrzeliśmy słońcu w twarz - pięter było sporo...

Od 2012_07_Hamilton_Island

W recepcji ustawiła się kolejka, po odebraniu klucza można było ustawić się... w kolejnej kolejce... do windy, albo w kolejce do konsjerżki - pani, która pomaga ułożyć wakacyjny gry plan, czyli pośredniczy w rezerwacji kolejnych form aktywnego wypoczynku tudzież jadania poza hotelem...
OK, najpierw do windy, czyli do pokoju :-D
Walizki pojawiły się chwilę po nas, pokój okazał się co najmniej tak przyjemny jak na zdjęciu, a widok z balkonu caaałkiem obiecujący.

Tradycyjnie: szybkie rozpakowanie walizek, zagospodarowanie łazienki, szaf i szafek ;-) oraz przebieranie w wakacyjne ciuchy :-D
A potem: czas na rozpoznanie terenu.  Przez plażę, deptakiem, w kierunku mariny - czytając mijane drogowskazy dotarliśmy do grupy sklepów i restauracji.  Są tam sklepy spożywcze z myślą o planowaniu wyżywienia we własnym zakresie, jest poczta, galeria sztuki, są restauracje, kafejki, lodziarnie i oczywiście biura operatorów wycieczek.  Spojrzeliśmy na budynek Yacht Clubu - jedno ze sławnych dzieł architektonicznych na Hamilton Island - obeszliśmy go dookoła, weszliśmy na taras, zajrzeliśmy przez okna do lobby przy salach konferencyjnych oraz przez uchyloną bramę na klubowe wille dla wakacjowiczów i bardziej w oddali - domki campingowe.



Od 2012_07_Hamilton_Island

Poczytaliśmy ogłoszenia w tutejszym biurze nieruchomości (gdybyśmy nie podeszli do tej lektury z humorem, mogłoby się skończyć zawałem serca ;-), zerknęliśmy na oferty operatorów wycieczek i wytypowaliśmy miejsce, gdzie chcielibyśmy zjeść dzisiaj kolację.

Restauracja w stylu włoskim, Romano's Restaurant.  Podeszliśmy w czasie przerwy między lunchem a kolacją i zrobiliśmy rezerwację na wieczór.  Wróciliśmy na umówioną godzinę i dostaliśmy przyjemny stolik w wyższej części restauracji, z widokiem na taras (nieco poniżej nas) i marinę.
Restauracja urządzona jest ze smakiem, zastawa i sztućce są dobrego gatunku, za to jedzenie...  Jest wykwintnie, porcje są ładnie ułożone na talerzu, ale artystycznie małe ;-)... zwłaszcza w stosunku do cen.  Czy nas zbiło z nóg?  No właśnie nie ;-)

Na początek: dla mnie bruschetta z salsą z pomidorów i świeżą bazylią, dla Najmilszego - krewetki.  Potem dla mnie makaron z sosem z trzech serów, dla Współwakacjowicza - grillowany snapper z pomidorkami koktajlowymi, do tego miska rukoli z serem pecorino.  Na deser: mus z gorzkiej czekolady i deska serów.



Od 2012_07_Hamilton_Island

Nie powtórzył się schemat z poprzednich wakacji, nie zostawiliśmy tu po kawałku naszych serc, nie wróciliśmy po więcej.
Podziękowaliśmy i poszliśmy na spacer.
Ze wzgórza z punktem widokowym zerknęliśmy na wyspę nocą.

Od 2012_07_Hamilton_Island

1 lipca 2012

Rano wstaliśmy bez pomocy budzika, za to z pomocą sąsiadów w drodze na/ze śniadania i obsługi hotelowej...  Z balkonu nadal roztaczał się czarujący widok na lagunę, a z błękitnego nieba uśmiechało się słońce.  Odmeldowaliśmy się więc i my na śniadanie.


Od 2012_07_Hamilton_Island

Spora restauracja, kilka sal i duży urozmaicony bufet.  My wybraliśmy salę przy basenie, w części zadaszonej, ale z otwartymi drzwiami i słońcem padającym na część stolika.
Dobra kawa, wybór płatków, jogurtów plus różnych dodatków oraz część na ciepło: jajka, bekon, grillowane pomidory, pieczywo i różne smarowidła, owoce z puszki i świeże, ciastka i drożdżówki.
W basenie obok restauracji pływało (bardziej lub mniej na serio) kilka osób.  Współwakacjowicz zerkał z namysłem, ja drżałam z zimna na samą myśl - Queensland Queenslandem, ale jednak mamy pełnię zimy ;-)

Po śniadaniu złamaliśmy jedną z zasad na wyspie i... nakarmiliśmy żółtoczube kakadu, które przyleciały się przywitać do sąsiadów, i którym to sąsiadom pozazdrościliśmy stopnia zażyłości z tymi efektownymi ptakami...

Od 2012_07_Hamilton_Island

Posileni, ruszyliśmy na spacer - najpierw na plażę przy lagunie, a następnie do wypożyczalni po wózek elektryczny tzw. buggy.  Tutaj jest to podstawowy środek transportu poza darmowymi busami, które regularnie kursują po pętli w obu kierunkach, co mniej więcej kwadrans.
Po dopełnieniu formalności i krótkim szkoleniu, z mapką wyspy w ręce, ruszyliśmy na rekonesans naszym nowym pojazdem.







Od 2012_07_Hamilton_Island

Wyspę pokrywa sieć starannie utrzymanych dróg i chodników oraz zadbana tropikalna roślinność.  Widać sporo kompozycji roślinnych, choć są też obszary porośnięte roślinnością wyglądającą na dziką.
Łatwo się zorientować, gdzie mieszkają stali mieszkańcy wyspy, gdzie są ośrodki dla turystów, gdzie jest główny kurort, gdzie jest część usługowa.  Zabudowa ma różny styl, ale wiele jest budynków o spójnym stylu architektonicznym i należą do tej grupy zarówno prywatne domy, jak i część zabudowy komercyjnej oraz apartamenty (i na sprzedaż, i na wynajem).  Przy większości budynków widać stacje ładowania akumulatorów wózków buggy, choć jest też i sporo samochodów.  Rowerów na wyspie nie ma, albo nie mieliśmy szczęścia żadnego zobaczyć.

Widać sporo obiektów w fazie realizacji lub przebudowy: buduje się domy, wymienia/modernizuje zabudowę turystyczną, rozbudowuje się lotnisko oraz poszerza ofertę form spędzania czasu podczas pobytu na wyspie.




Od 2012_07_Hamilton_Island

Na Hamilton Island widać spójną wizję realizowaną przez Gospodarza (właścicielem wyspy jest Bob Oatley i jego rodzina) - wydzielono obszar zabudowany i obszar, który ma pozostać dziki, zaplanowano nowy kurort, centrum handlowo-restauracyjno-rozrywkowe oraz kwatery dla turystów o różnych potrzebach, zainteresowaniach i... grubości portfela:  są miejsca bardziej przyjazne rodzinom z dziećmi, są takie dla grup przyjaciół/ rodziny przyjeżdżających większą grupą, są dyskretnie ukryte ośrodki dla tych, którzy szukają prywatności.
Co kto lubi - wielki hotel albo domki campingowe w mniejszych lub większych skupiskach, są też domy z kilkoma sypialniami, wspólną kuchnią i salonem.

Od 2012_07_Hamilton_Island

Rozbudowuje się lotnisko, unowocześniono marinę, zbudowano pole golfowe (ale do tego jeszcze wrócę ;-), zainwestowano w wózki buggy i busy dla turystów.



Od 2012_07_Hamilton_Island

W stosunku do rozmiaru wyspy, zaskakiwać może stopień i gęstość jej zabudowania oraz wysoka jakość i spójność zabudowy, a także staranność zaplanowania i wykonania infrastruktury.
Przewidziano również i to, że część turystów przypływa na wyspę z pobliskiej Airlie Beach na stałym lądzie promem, by spędzić tu dzień lub kilka dni.  Podobnie lotnisko - przyjmuje turystów, którzy zostają na Hamilton Island lub odpływają katamaranami na pobliskie wyspy.  Część osób przypływa tu łódkami i zatrzymuje w marinie.

Od 2012_07_Hamilton_Island

Na wyspie dość często pojawiają się znaki z prośbą, aby nie karmić dzikich zwierząt, ale niestety zupełnie otwarcie większość osób nie stosuje się do zakazów.  Szczerze mówiąc - nie zastosowaliśmy się i my - podkarmialiśmy żółtoczube kakadu na balkonie w hotelu (przestrzegając zasady, by starannie zamykać drzwi do pokoju) oraz ze dwa razy kolorowe rozelle w czasie spaceru.
Niestety, zarówno ptaki, jak i inne zwierzaki na wyspie już nauczyły się, że człowiek to dość wygodna i mało męcząca forma zdobywania pożywienia i... domagają się czasem bardzo natrętnie...
W kafejce zauważyliśmy ciekawostkę ewolucyjną: otóż sprytne kakadu nauczyły się rozpoznawać papierowe tubki z porcjowanym cukrem - podlatują, sprawnie rozrywają stopniowo taką tubkę od góry i językiem wybierają cukier.  Kelnerki biorą udział w swoistym wyścigu: kto pierwszy dopadnie filiżankę zostawioną przez klienta, ten zgarnia cukier.






Od 2012_07_Hamilton_Island

Zajrzeliśmy do kafejki w Yacht Clubie, gdzie wypiliśmy zestaw kawowo-czekoladowy ;-) pięknie podany w pięknych okolicznościach przyrody, w pełnym słońcu z widokiem na ocean i sąsiednie wyspy.




Od 2012_07_Hamilton_Island

W pewnym momencie porzuciliśmy buggy, żeby się trochę podładował i spacerowaliśmy w okolicach mariny zaglądając po kolei do większości sklepów i biur oraz studiując menu mijanych restauracji z myślą o wieczornym posiłku.  Tym razem wybór padł na tętniącą życiem pizzerię Manta Ray Cafe, mimo że zwykle nie jest to nasz ulubiony rodzaj kuchni.
Sęk w tym, że Hamilton Island otoczona oceanem i bogactwem darów morza ma bardzo bogatą ofertę dla wielbicieli sea food, ale dość ograniczoną dla wegetarian ;-)
Na szczęście pizzeria nie okazała się tylko pizzerią ;-)  Mają dość bogate menu, w tym osobną opcję w porze lunchu i na wieczór, oprócz pizzy podają makarony i sałatki, jest też kilka różnych przystawek oraz kuszące zawartością lodówki z deserami...


Od 2012_07_Hamilton_Island

Na kolację zjedliśmy tym razem pizzę: ja dwuczęściową wegetariańską, Najmilszy - z owoców morza, plus świetną sałatkę z rukoli ze świeżą gruszką i serem pecorino.
I stało się: oto znaleźliśmy naszą kulinarną przystań na Hamilton Island - przyjazna obsługa, dobre jedzenie, przystępne ceny - szybko, sprawnie i fachowo ;-)
I z uśmiechem, kiedy pojawialiśmy się ponownie ;-)  I z przemiłym pytaniem: to co zawsze?

Posileni wsiedliśmy w buggy (też posilony ;-) i przejechaliśmy się jeszcze raz oglądając wyspę nocą, wiedząc, że kolejnego dnia po śniadaniu oddamy wózek odkreślając tę atrakcję jako obadaną ;-)


Od 2012_07_Hamilton_Island

2 lipca 2012

Następnego dnia, po kolejnej pobudce w wykonaniu obsługi hotelowej i sąsiadów z pokoi obok, wstaliśmy i zjechaliśmy na śniadanie.  Usiedliśmy znowu przy wybranym wczoraj stoliku, łapiąc poranne promienie słońca i nieśpiesznie brnęliśmy przez posiłek odwiedzając bufet, by spróbować szerokiej oferty :-)

Plan dnia na dziś przewidywał wycieczkę pieszą jednym ze szlaków (Scenic Trail), na szczyt Passage Peak (239 m n.p.m.).
Wracając ze śniadania zauważyliśmy, że koło biurka uśmiechniętej konsjerżki nie ma kolejki, więc skorzystaliśmy z okazji i podeszliśmy zrobić kilka rezerwacji.  Ostatecznie stanęło na wyprawie łódką na rafę w wersji ja - snorkelling, Wakacyjny Mąż - nurkowanie, przelot samolotem nad grupą wysp Whitsunday i  gra w golfa plus lunch w tamtejszym klubie.
Oddaliśmy buggy i, obchodząc wokół hotel, weszliśmy na szlak kierując się na Passage Peak.





Od 2012_07_Hamilton_Island

Tu na szczęście nie dotarły jeszcze betonowe ścieżki i inne komercyjne rozwiązania.  Było raczej pusto, zadziwiająco sucho, a roślinność bardziej przypominała busz, niż tropiki.  Fakt, przecina się tutaj kilka różnych ścieżek (w tym - o zgrozo! - trasa dla quadów - chwilowo na szczęście nieczynna), ale oznaczenia są bardzo czytelne i nie kłócą się z naturą wokół.




Od 2012_07_Hamilton_Island

Niespodziewanie los naszych pieszych wycieczek na tych wakacjach został przesądzony: od butów Wakacyjnego Męża nagle... odpadły podeszwy 8-0  Jadąc na wakacje zapakował nowe buty 'górskie', bo jakże to tak zabrać stare?  No i nowe okazały się... zakupową pomyłką, nietrafioną okazją - yyyyy (tu Szanowny Czytelniku domyśl się proszę i wstaw odpowiednie słowo...).  Niestety, w walizce Najmilszego raczej nie było alternatywy, oferta sklepów zawierała ograniczony i kosztowny wybór, rozważałam nawet zamówienie on-line, ale stopy Mojego Ostatniego Męża wymagają, by każde buty zmierzyć, bo nie każde się nadają...  Czyli, tzw. pat...



Od 2012_07_Hamilton_Island

Najbardziej Pechowy z Turystów obwiązał zatem na wpół utracone podeszwy sznurówkami, zacisnął zęby z postanowieniem: zdobędziemy chociaż ten szczyt i wracamy, i kontynuował starając się nie zauważać, hmmmm, rozczarowania na mojej twarzy.  Wypadek losowy, ale...


Od 2012_07_Hamilton_Island

Po tak pięknie rozpoczętej i tak niefortunnie zakłóconej wycieczce, ze sporym uczuciem niedosytu i rozczarowania ruszyliśmy z powrotem...


Od 2012_07_Hamilton_Island

Nie możemy pochodzić po górach?  Chodźmy na plażę.

Od 2012_07_Hamilton_Island

Bogaty we wrażenia dzień zakończyliśmy w... saunie, z przerwami na jacuzzi.  Szalony Współwakacjowicz 'przejął' jedną z wanien wrzucając do niej kilka wiaderek lodu...  Kiedy wychodziliśmy z sauny, 'lodową' wannę mieliśmy tylko dla siebie, a twarze sąsiadów z drugiego jacuzzi prawie w ogóle nie wyrażały zdziwienia (hihihihihi,,, ale sobie musieli myśleć...).  Oczywiście, że ja wchodziłam, zanurzałam się i biegłam z powrotem do sauny, za to Wrzucacz Lodu ochładzał się porządnie...
Brrrr (przypominam: środek zimy!) ;-)

3 lipca 2012

Dziś w południe mieliśmy zaplanowany przelot helikopterem nad naszą i sąsiednimi wyspami.  O umówionej godzinie przyjechała po nas hostessa, aby zabrać nas z hotelu na lotnisko.
Pilot okazał się sympatyczny i oprócz swojego zestawu informacji chętnie odpowiadał na nasze pytania.  Hmmm, zaskakujące, jak szybko minęło wykupione pół godziny lotu... ;-)

Od 2012_07_Hamilton_Island

Z zapartym tchem oglądaliśmy dziką część 'naszej' wyspy, ale przede wszystkim - Whitsunday Beach (plażę Whitsunday) na sąsiedniej niezamieszkanej wyspie - piękna romantyczna plaża - pas białego piasku wzdłuż turkusowej wody, a dalej wgłąb lądu - las tropikalny.












Od 2012_07_Hamilton_Island

Podziękowaliśmy za propozycję odwiezienia do hotelu i ruszyliśmy spacerem oglądając nieco oddaloną od hotelu część wyspy, którą wcześniej objechaliśmy buggy.  Mogliśmy bliżej przyjrzeć się roślinom i zrobić więcej zdjęć.








Od 2012_07_Hamilton_Island

Dzień był na tyle ładny i ciepły, że postanowiliśmy obadać baseny i leżaki w ośrodku przy lagunie - na plaży wiało, ale baseny osłonięte są krzewami, wśród których można sprytnie ustawić leżak w plamie słońca ;-)





Od 2012_07_Hamilton_Island

4 lipca 2012

Nareszcie się doczekaliśmy: wyprawa na Wielką Rafę Koralową!  Doradzono nam środę ze względu na warunki pogodowe - wcześniej wiał wiatr, który ograniczał bezpieczny dystans, na jaki można było odpłynąć od zacisznych wysp wgłąb oceanu, a niebo było zachmurzone, co skutkuje nie tyle niższą temperaturą (w wodzie jest cieplej, zwłaszcza po założeniu pianki ;-), a raczej - gorszą widocznością - w słońcu kolory rafy są dużo żywsze :-D

Wstaliśmy raniutko, spakowaliśmy, co potrzebne do plecaka i wyruszyliśmy w dół - do mariny.
W biurze dopasowano nam pianki, maski, rurki, płetwy - słowem to, co amator oglądania rafy włożyć na siebie powinien ;-)



Od 2012_07_Hamilton_Island

I zaczęło się :-D  Znowu mogliśmy pływać w przejrzystej wodzie nad kolorowymi koralami i podziwiać bogactwo i czar podwodnego świata :-)  Nad nami świeciło słońce i pięknie oświetlało podwodne cuda.









Od 2012_07_Hamilton_Island

Plan takiej wycieczki zwykle zakłada, że kolejne 'sesje', czyli czas pod wodą (zwykle około godziny) przedziela czas na łódce, kiedy to można się zagrzać (przebrać, wysuszyć, wypić lub/i zjeść coś ciepłego) - tiaaaa, a jak ponad wodą wieje?  Lunch był dobry, a i owszem, ale ciepło, to było pod wodą ;-)
Fakt, emocje też pewnie robią swoje ;-)


Od 2012_07_Hamilton_Island

Na dany sygnał, że przerwa dobiegła końca z zapałem wskoczyliśmy z powrotem w pianki i do wody ;-)
Tym razem słońce jeszcze bardziej umiliło nam chwile pod wodą pięknie oświetlając podwodny świat.  Najlepszy z Fotografów spotkał tym razem żółwia i odbyli małą bardzo udaną sesję :-)









Od 2012_07_Hamilton_Island

W drodze powrotnej w ramach dodatkowej niespodzianki zobaczyliśmy wieloryba!  Ha!  Skoczył dwa razy po jednej stronie łódki i raz po drugiej - zdjęcie nie oddaje wszystkiego, ale i tak cud, że chociaż rąbek ruchliwego gibkiego ciała udało się uchwycić ;-)


Od 2012_07_Hamilton_Island
Od 2012_07_Hamilton_Island

Wieczór podzieliliśmy pomiędzy chwilę kibicowania w pubie a spokojną kolację w ulubionej i z racji meczu opustoszałej Manta Ray Cafe.




Od 2012_07_Hamilton_Island

Na kolację zawitał także - widziany wcześniej przelotem - possum (opos).

Od 2012_07_Hamilton_Island

5 lipca 2012

Tego dnia popłynęliśmy promem na sąsiednią wyspę - Dent Island - na pole golfowe.  Zaprojektowane przez pięciokrotnego zwycięzcę British Open - Petera Thomsona, jest jedynym w Australii polem golfowym, które położone jest na osobnej, na ten cel przeznaczonej wyspie.

Widoki istotnie zapierają dech w piersiach!
Pogoda była słoneczna, ale niestety wietrzna, a greeny (ostatni etap rozgrywania piłki na każdym 'dołku', czyli zwykle zielone pole wokół dołka) - poniżej krytyki - suche, twarde i nieprzygotowane, bo... odrastały na zbliżające się mistrzostwa.
Najlepszy z Chatkowych Golfistów miał jednak sporo przyjemności z rozgrywanego meczu, a ja - tradycyjnie - z cykanych fot ;-)

Od 2012_07_Hamilton_Island

Po odebraniu wypożyczonego buggy i sprzętu, ruszyliśmy w drogę :-D





















Od 2012_07_Hamilton_Island

Ten dołek zwany jest top of the course - roztacza się stąd pełna panorama - umieściłam zatem i obeszłam dookoła piłkę czyniąc z niej centrum panoramy na serii zdjęć:





Od 2012_07_Hamilton_Island
 
Golfiści rozgrywają piłki zaczynając od wybranego miejsca - każdy 'tee', czyli punkt startowy danego dołka ma trzy stanowiska (to te zielone obszary, często z drewnianymi pomostami, jakie do nich prowadzą od drogi dla wózków) - różna skala trudności i różna odległość do końcowej flagi.
Na tym polu golfowym trzy poziomy oznaczają symbole roślin: (grass tree, pandanus i hoop pine - araukaria).



W pewnym momencie zjechaliśmy na dół, do klubu, do tamtejszej restauracji na zaplanowany wcześniej lunch.  Nie udało nam się skończyć gry przed posiłkiem ze względu na innych grających, którzy grali przed nami - Najmilszy grał sam, więc posuwał się szybciej niż grupki kilku graczy rozgrywających po kolei każdy swoje uderzenie :-D

Fantastycznie, bo ten odcinek, kiedy droga prowadząca do klubu biegnie dość stromo w dół, jest bardzo malowniczy.  Wart czekających na nas dań, a zwłaszcza... wina :-D - Chardonnay z winnicy właściciela wyspy z polecanej przez niego karty :-D  Pyszne :-D

Najpierw ostrygi i sałaty ze szparagami i rukolą pod pierzynką z parmezanu ze świeżą gruszką i grzankami, grzanki z duszonymi grzybami, suszonymi pomidorami, bazyliowym pesto i świeżym serkiem ricotta, a potem sałatka z krewetek i zielone risotto.  






Od 2012_07_Hamilton_Island

Po posiłku wróciliśmy dokończyć rozgrywkę.
Tu chyba najtrudniejszy dołek: między dwoma wzniesieniami teren opada i każde nieprecyzyjne uderzenie oznacza utratę piłki...







Od 2012_07_Hamilton_Island

Część gry po lunchu przebiegała bardzo szybko - gracze przed nami byli daleko w przodzie - tylko my, widoki i wiatr...




Od 2012_07_Hamilton_Island

Po zakończeniu gry i krótkiej wizycie w klubowym sklepie (tradycyjny zakup: komplet piłek na pamiątkę) promem wróciliśmy na Hamilton Island.

Tego wieczoru kolację zjedliśmy w hotelowej restauracji.  Były plusy i minusy.  Dużo osób z obsługi (każdy ma przydzielone funkcje i większość dobrze sobie radzi z powierzonymi im zadaniami), w większości sprawna obsługa, bardzo nierówna jakość dań i... luźne powiązanie pomiędzy opisem dań w karcie i zawartością talerza...  Szeroki wybór win, dobra kawa.
Poziom zadowolenia klienta przy naszym stoliku był wyższy niż przy stoliku po prawej, ale niższy niż przy stoliku po lewej - słowem: nierówno... ;-), a rachunki do niskich nie należą...

6 lipca 2012

Nad wyspy Whitsunday znowu nadciągały chłody i deszcze, wiatr zapowiadał, że temperatura spadnie, więc w ostatni dzień pobytu na zimowisku spacerowaliśmy i uzupełnialiśmy zdjęcia i zapas pamiątek z wakacji ;-)
Odwiedziliśmy 'galerię sztuki' koło mariny, zakupiliśmy pamiątkowe koszulki, zjedliśmy pożegnalny lunch w Manta Ray Cafe.  Chłonęliśmy piękne widoki i cieszyliśmy się słońcem, póki się do nas uśmiechało.








Od 2012_07_Hamilton_Island

7 lipca 2012

Poranek tego dnia zafundował nam za oknem niezwykły widok: nad laguną wisiało szarobure niebo, a o szyby stukał deszcz.  Czas było spakować walizki i zjechać na ostatnie wakacyjne śniadanie...

Po zapakowaniu bagaży i sprawdzeniu wszystkich kącików rozpoczęliśmy pożegnanie z wyspą: ostatnie śniadanie z widokiem na moknący basen, ostatni rzut oka na plażę przy lagunie i baseny kurortu, spacer po mokrych chodnikach pomiędzy kroplami deszczu spadającymi z liści tropikalnych roślin...
Może chodziło o to, żeby mniej żal było odlatywać? ;-)

Od 2012_07_Hamilton_Island
Od 2012_07_Hamilton_Island
Od 2012_07_Hamilton_Island
Od 2012_07_Hamilton_Island
Od 2012_07_Hamilton_Island
Od 2012_07_Hamilton_Island
Od 2012_07_Hamilton_Island
Od 2012_07_Hamilton_Island
Od 2012_07_Hamilton_Island
Od 2012_07_Hamilton_Island
Od 2012_07_Hamilton_Island
Od 2012_07_Hamilton_Island


Tuż przed tamtejszą trzecią po południu pożegnaliśmy Hamilton Island, by przez Sydney wrócić do domu i naszej strefy czasowej, do Adelajdy, do Lawendowej Chatki i stęsknionych Futrzaków.

Od 2012_07_Hamilton_Island
Od 2012_07_Hamilton_Island
Od 2012_07_Hamilton_Island


Dwie dziurki w nosie i nasze zimowisko dobiegło końca...
Nowy rok finansowy uznaliśmy za otwarty ;-)